środa, 31 sierpnia 2016

Rozdział XIII.

   muzyka.
       Oliver's P.O.V
          Obserwowałem tę dzicz, próbującą dostać się do przepełnionego amfiteatru w Chastain Park. 268 akrów zieleni wydawało się zbyt niewielkim, by pomieścić tych wszystkich fanów, psychofanów, dziennikarzy i paparazzi. Już teraz nie było tam miejsc, a do 10:00 było jeszcze mnóstwo czasu.
     Siedziałem w samochodzie i czekałem na resztę zespołu. Nie spaliśmy w jednym hotelu, w zasadzie od dawna nie byliśmy zespołem. Raczej... grupą osób, które nadal muszą zarabiać. Jak w wielkiej korporacji. Stukałem palcami o podłokietnik, wyglądając przez okno.
      Nie chciałem wygrać wczorajszego Reed's Festival, ale kurwa, byłem pewien zwycięstwa. Kto inny miałby zgarnąć statuetkę? Sleeping with Sirens? All Time Low? Black Veil Brides z wokalistą, który rozpędza solową karierę? No proszę, kurwa, bez żartów. Byliśmy jedynymi faworytami.
      Oprócz Maddie Miko. Dziewczyna, której szukałem przez pół roku po dwóch kontynentach i trzech krajach była... tu, gdzie ja. Wysłałem za nią nawet tego głupca, porywając mu żonę i dziecko, zaryzykowałem rozpad zespołu, który notorycznie dostarcza mi pieniądze, przekonałem Hannah, że cichy ślub jest lepszy niż huczna impreza, wyciszyłem plotki w mediach,  a to wszystko po to, żeby wpaść na nią w najmniej spodziewanym momencie.
    Dłoń niemal sama zwinęła mi się w pięść, gdy o tym pomyślałem. Ona nadal była nieświadoma. Nie miała pojęcia, że na nią poluję. Najwidoczniej nie domyśliła się nawet, że to ja wysłałem Trevora. No tak, przecież mając taki wianuszek fanów wokół niej, nie spodziewała się, że kolejny facet może być wtyczką. Była tak pewna siebie, taka nieustraszona. Właśnie to w niej kochałem. Ducha walki. Była najpiękniejszą kobietą, jaką znałem.
    Powoli zjeżdżały się inne zespoły. Pomimo tego, że Reed's Festival było trzymane w tajemnicy, na następny dzień po imprezie i tak odbywała się konferencja prasowa, żeby media nie były zbyt zasmucone, a fani zawiedzeni. To dwie silne grupy, a obie musisz mieć w swojej garści, by przeżyć na scenie.
     Wysiadłem, gdy zobaczyłem nissana Horizon. Nie wydawali się przejęci porażką. Jakby było im wszystko jedno, czy wygraliśmy my, czy jakieś przybłędy z drugiego końca świata. Podszedłem do nich, nie odzywając się słowem. Oni również nic nie powiedzieli. Matt rozglądał się w tłumie, jakby kogoś szukał. Przez chwilę w piersi ukłuło mnie uczucie niepewności. A jeżeli Matt przez ten cały czas miał kontakt z Maddie, ja go lekkomyślnie odtrąciłem? Przecież oni zawsze byli blisko...
   Zaśmiałem się głośno, gdy to sobie uświadomiłem. Panowie spojrzeli na mnie z pobłażaniem i raczej niewielkim zainteresowaniem. I tak traktowali mnie jak świra.
- Hej, może po tym wszystkim pójdziemy na piwo? - zaproponowałem. Odwrócili się od obiektywów.
- Nie ma jeszcze południa. - powoli zauważył Lee.
- Tak, wiem. Ale nikt nie mówi o imprezie, tylko o pojednawczym piwku.
- Ja chyba odpuszczę. - stwierdził Matt i odszedł. Ręce mnie świerzbiły, by go dogonić i mu trzasnąć, ale się powstrzymałem. Wymusiłem uśmiech, patrząc na resztę Horizon. Powoli kręcili głowami.
- Może jak wrócimy do domu, co? Tam będzie prościej.
- Tak. Pewnie. - w duszy przewróciłem oczami. Jeżu, że też muszę się zniżać do ich poziomu. Ruszyliśmy do amfiteatru, mijając tłumy. Obserwowałem mój zespół. Gdy przechodziliśmy koło innych kapel, z żadnej ze stron nie rozlegały się powitalne okrzyki. Raczej ciche pozdrowienia, gdy już złapali kontakt wzrokowy. Mój zespół nie maszerował dumnie przez tłum. On przemykał, pokonany i zmęczony. Czarę goryczy przelał moment, gdy Pierce the Veil po prostu się odwrócili na nasz widok. Nie rozumiałem tego.
      Wyszliśmy na scenę, wszystkie nominowane zespoły. twenty one pilots, jako zwycięzcy, stali dokładnie po środku. Idiota w różowych włosach i  autystyk w żółtej marynarce. Nie było drugich i trzecich miejsc, żadnych nagród pocieszenia. Albo jesteś wystarczająco dobry, albo spadaj. I oni podobno byli. Przez chwilę byliśmy na pierwszym planie - jakichś 15 artystów - a potem wyszedł prowadzący Festival. Billie Joe Armstrong.
    Wymieniał wszystkie zespoły po kolei. Zacząłem się kiwać na stopach, ziewając z nudów. Mój wzrok przykuł ruch po drugiej stronie szeregu. Wychyliłem się. Maddie robiła dokładnie to samo co ja. Złożyłem przed sobą ręce. Ona również. Podrapałem się po nadgarstku. Spojrzała na mnie i posłała mi kpiące spojrzenie. Cofnąłem się.
- I jestem serio szczęśliwy, mogąc przyznać zwycięstwo jednym z najmłodszych nominowanych artystów, wiecie? Przedstawiam wam twenty one pilots!
    Przewróciłem oczami, gdy obaj wyszczerzyli się do siebie w tym samym momencie i wyszli równe trzy kroki przed szereg. Byli tak kurewsko kompatybilni, że zacząłem się zastanawiać, czy ćwiczą to w domu.
- A z racji tego, że cały Festival jest niespodzianką samą w sobie, nie wiedzieli oni również, że muszą teraz zagrać jeden utwór! - te amerykańskie wymoczki nadal mieli uśmiechy na twarzach. Denerwowało mnie to. - Ale nie ich. Nigdy nie słyszałem, żeby Tyler grał na gitarze, więc to sprawdzę. Nieco narcystycznie wychodzę z założenia, że każdy słyszał tę piosenkę chociaż raz... i nominuję twenty one pilots do wykonania American Idiot!
   Muzycy na scenie byli zdziwieni. Tradycją Reed's było zadanie dla zwycięzcy, ale coverowania bez przygotowania jeszcze nie było. Może Billie też nie wierzy w ich wygraną.
- Przyda nam się tylko basista - uśmiechnął się wokalista. Wypchnąłem policzek językiem. Jeżu, ale to będzie żenujące. Wszyscy grzecznie zeszliśmy na backstage, by podziwiać występ. Poczłapałem tam, no bo co miałem zrobić.
    Maddie zeszła otoczona muzykami. Oparłem się o ścianę, zakładając ręce na piersi. Najchętniej już teraz wróciłbym do domu.
- O której masz samolot, Madd? - usłyszałem. Słuch automatycznie mi się wyostrzył, choć starałem się stać niewzruszenie i patrzeć, jak różowowłosy świr zajmuje miejsce za perkusją, a Mike Dirnt wchodzi na scenę jako dodatkowy basista.
- Za trzy godziny, Cody. Pytałeś już z 10 razy! - jej głos był tak radosny, że sam miałem ochotę się uśmiechnąć.
- Tak, wiem. Ale nie mogę przywyknąć do tej myśli, że wyjeżdżasz! - przytulił ją. A ona się nie odsunęła.
- Koniec trasy, koniec zabawy. Ale, hej, możemy się przecież jeszcze zobaczyć!
- Maddie, a ja też mogę przylecieć do tych twoich... czekaj, nauczyłem się! Do Katowice? - zapytał gitarzysta z Set It Off. Maddie natychmiast uciszyła go i rozejrzała się. Dostrzegła mój wzrok.
   I nie posłała mi już kpiącego uśmiechu.
   1:1, Maddie Miko.
--------------------------------------------------------------------------------------
       Maddie's P.O.V.
         Okej, dobra, przyznaję bez bicia. Uciekłam. ZNOWU. Bardzo łatwo było mi być odważną w środku zatłoczonego klubu, otoczona muzykami. Co innego, gdy miałam sama wsiąść w samolot i lecieć do siebie, zwłaszcza, że Zach wygadał się przy Oliverze co do mojego miejsca zamieszkania. Taki mój los.
       Zanim jednak uciekłam, postanowiłam wcielić mój plan w życie. No wiecie, priorytety. Poczekałam, aż cały tłum gratulujących puści Tylera wolno. Wydawał się bardzo zmęczony i to niekoniecznie przez śpiewanie do 7 rano.
- Jakie to uczucie, panie Joseph? - zapytałam. Odwrócił się w ledwo hamowaną niechęcią na twarzy. Jednak gdy mnie zobaczył, tamten wyraz zastąpiła ulga.
- Maddie, to ty! Przez chwilę myślałem, że ktoś znowu będzie mi gratulować. Nawet nie wiem już, co im odpowiadać...
- Nigdy nie mów: "wiem". Dostaniesz etykietkę snoba i zadzierającego nos pedała.
- Mówisz z autopsji? - zawołał Josh z drugiej strony ich vana.
- Nie, ja dobrze wyglądam w krótkich spódniczkach.
- Tyler też.
- W takim razie może zadzierać nosa.
     Przez chwilę po prostu staliśmy. Tyler patrzył w ziemię, ja gapiłam się na Tylera, a we mnie wzrok wlepiał Josh. Oderwałam spojrzenie od wokalisty i posłałam pytającą wersję perkusiście. Zmrużył oczy, kręcąc głową, jakby chciał mi powiedzieć: "Ani się waż". Wyszczerzyłam się w niewinnym uśmiechu.
- A więc.. - urwałam, przypominając sobie słowa Tomka, żeby nie zaczynać zdania od "a więc". Ale co tam, po  angielsku brzmi to lepiej. - A więc gdzie teraz?
- Co masz na myśli? - Tyler zerknął na mnie przelotnie.
- Co teraz robicie. Trasa, dom, trip życia?
- Na chwilę do Ohio, zaczerpnąć powietrza... a potem w trasę.
- Międzynarodową. - dodał Josh.
- Wow. Jacy staliście się sławni!
- Gdybym wiedział, że do czerwonych skarpetek powinienem zakładać legginsy, a nie spodnie, to już dawno byśmy tu doszli.
     Parsknęłam śmiechem, widząc jego powagę. 
- Jak cię odnajdę, Maddie Miko? - padło w końcu pytanie, do którego zgrabnie dążyłam. Ukryłam pełen satysfakcji uśmiech i wyciągnęłam marker.
- Napiszę ci na nadgarstku, żeby nie było podejrzeń. Ty przecież często mażesz się pisakami, co? - szybko nabazgrałam mu mój numer, a wierzch dłoni pomazałam i roztarłam tusz, tak jak robili to chłopcy. Tyler zmrużył oczy.
- Niezła z ciebie agentka.
- A przy tym jaka skromna. Słyszymy się wkrótce. - przytuliłam go, pomachałam Joshowi i odeszłam najbardziej wyluzowanym krokiem, na jaki było mnie stać. Odliczałam w myślach... 3... 2... 1...
-  Maddie!- zatrzymałam się i odwróciłam. Włosy zafalowały na wietrze. Uniosłam brew pytająco, chodź wiedziałam, o co chodzi. Joseph podbiegł do mnie i pocałował w policzek. - Dzięki. Za wszystko.
    Posłałam mu uśmiech i opuściłam go. Wiedziałam, że za mną patrzy. Zawsze to robili. Szłam sobie pewnym krokiem, czując, jak podekscytowanie wypełnia mnie coraz bardziej, gdy na coś wpadłam.
- Kurde... - wymamrotałam, bo to zniszczyło moje efektywne wyjście.
- Kiedyś inaczej na mnie reagowałaś.
      Zamarłam, gdy spojrzałam mu w twarz. Mężczyźnie, któremu kiedyś powierzyłam własne życie. Za którym wskoczyłabym w ogień. Dopóki sam nie próbował mnie w niego wepchnąć...
- Słyszałem, że masz trzy godziny. Chodźmy na drinka.
- W zasadzie już tylko 2,5, no i muszę jeszcze wrócić do hotelu po rzeczy...
- Zdążysz.
- I pożegnać się...
- O, zdecydowanie zdążysz. - pociągnął mnie za ramię.
- Oliver, ale ja nie chcę z tobą iść!
     Przyciągnął mnie do siebie.
- Zawsze musisz mieć widownię, hm? Nie możesz choć raz zwyczajnie czegoś zrobić, Maddie?
      Poczułam się na tyle urażona jego słowami (hej, kto tu robił publiczne przemówienia o swoim uzależnieniu?!), że po prostu za nim poszłam. Rozglądałam się po drodze, szukając kogoś, kto mi pomoże, ale jak złość wszyscy gdzieś zniknęli. Albo ich do tego zmuszono.
    Oliver nadal miał ten irytujący zwyczaj trzymania dłoni na moim biodrze i prowadzenia mnie, więc co chwila musiałam przyśpieszać, żeby tego uniknąć. Perswazje słowne na niego nie działały. Na szczęście tuż po wyjściu z parku znaleźliśmy przyjemną knajpkę. Oliver bez słowa zaprowadził mnie do stolika i zamówił butelkę whisky i colę.
- Poważnie? Whisky w samo południe?
- Maddie jest niezadowolona. Co robić? Może zaproponuję jej coś, co ją ucieszy. - zmarszczyłam brwi, czując niewielkie deja vu. Gdzieś już słyszałam ten tekst. Oliver zmienił zamówienie na sok pomarańczowy i wódkę. Przewróciłam oczami.
- Po co mnie tu ściągnąłeś?
- Żeby porozmawiać.
- Więc rozmawiajmy.
- Najpierw przyjemności. - kompletnie zignorował kelnerkę i upił łyk drinka, którego przyniosła. W swoim wyczułam tylko sok pomarańczowy.
- Dzięki, tato - uśmiechnęłam się, obiecując sobie, że będę dzisiaj ironiczna i cyniczna aż do bólu. Zbierał się w sobie, żeby coś powiedzieć, więc go uprzedziłam. - Dlaczego mnie ścigasz?
- No pewno nie po to, żeby nagrać z tobą album.
- Ah, tak, jeden ci się udało samemu. Chociaż, czekaj... Nie, gdyby nie chłopcy - no i Jordan - miałbyś raczej marne szanse, co?
- Dla własnego dobra mogłabyś czasem milczeć. - knykcie nieco mu zbielały, gdy zacisnął palce na blacie.
- No przecież mnie tu nie zabijesz - zaśmiałam się. - Rozmawiamy jak przyjaciele. Przecież nimi jesteśmy, tak?
    Zmarszczył brwi i sięgnął po moją szklankę, pociągając z niej łyk.
- Czuję się dziwnie, wiedząc, że upiłaś się sokiem pomarańczowym.
- Skończmy gierki. Wiem, że masz wtyczkę wśród moich znajomych. Domyśliłam się tego, tylko ty powodujesz paranoję i choroby psychiczne.
    Wydawał się naprawdę zaskoczony, zwłaszcza takim obrotem spraw. Nie musiał wiedzieć, że kłamię i gram na czas. Nachyliłam się do niego.
- Więc czego ty ode mnie jeszcze chcesz? Chciałeś mnie znaleźć - brawo, udało ci się. Co teraz?
    Siedział i patrzył w stolik. Upiłam nerwowy łyk i ukradkiem wytarłam spocone dłonie o uda.  Byłam przerażona tą konfrontacją, choć jak na razie wszystko wskazywało na to, że wygrywam. Ale z Oliverem nigdy nic nie było czarno-białe. Zbierał się w sobie, walczył z myślami. Wyjrzał przez okno za mną i zaklął.
- Ty naprawdę im płacisz, co?
     Odwróciłam się, szukając powodu zdenerwowania Sykesa. W naszą stronę zmierzał Cody z Maxxem, a za nimi... Trevor.
- Maddie, wbrew pozorom nie chcę cię skrzywdzić - zaczął, ale przerwałam mu śmiechem. 
- Nasyłasz na mnie jakichś gogusiów w kapturach, podstawiasz chłopaka, śledzisz mnie, porywasz z konferencji, rozwalasz sobie zespół jakąś obłąkańczą manią... - drgnął gwałtownie.- ... i ty chcesz mi powiedzieć, że nie chcesz mnie skrzywdzić? Lada chwila otworzę lodówkę i ty tam będziesz!
- Skąd to wiesz?
- Nie doceniasz mnie. - odparłam i odchyliłam się na krześle. W tym momencie chłopcy weszli do knajpki.
- Witaj, Oliverze. Pozwolisz, że zabierzemy już Maddie?
- Nie przypominam sobie, żebyśmy byli po imieniu. - na twarzy Anglika pojawiła się ledwie skrywana pogarda. Uniosłam brew.
- Jak zawsze uroczy - skomentował Cody i podał mi rękę. Przyjęłam ją i podniosłam się. Oliver za mną, chwytając mnie za ramię.
- Nawet się nie waż.
- Hej, zostaw mnie! - szarpnęłam się. Zmierzył mnie spojrzeniem i powoli puścił z leniwym uśmiechem.
- Okej. Pozdrów ode mnie babcię. Do zobaczenia. - jednym haustem dopił drinka, rzucił banknot na stół i wyszedł, rzucając nam tajemniczy uśmiech. Dopiero gdy wyszedł, Cody dotknął mojego podbródka, zamykając mi buzię.
- Jest dziwniejszy niż myślałem.
- Wręcz przeciwnie. - odparłam cicho, obserwując przez witrynę oddalającą się sylwetkę. - Jedźmy już do domu.
      Wyszliśmy na ulicę i powoli zmierzaliśmy w stronę naszego vana. 
- Maddie, nie możesz uciec. - odezwał się Trevor, zatrzymując się. Zerknęłam na niego przelotnie.
- Słucham?
- Musisz wrócić do Olivera. On cię potrzebuje!
- Chyba znowu się przesłyszałam. Czy ty właśnie bronisz Sykesa?
- Tak. - odparł, po krótkim wahaniu. - Nie widzisz, że on jest zdesperowany?
- Najpierw się go boisz, potem go bronisz. Czy ty masz rozdwojenie jaźni? - Maxx przewrócił oczami. W tym momencie podeszli do nas uśmiechnięci bracia Fuentes wraz z zespołem.
- Myślę, że dla własnego bezpieczeństwa powinieneś się trzymać z dala od Maddie, Trevor. - Cody z namysłem patrzył na kolegę. - Nie to, że ona jest groźna. Nie. Ja osobiście cię znajdę, jeżeli coś jej się stanie.
- Cody, ale robisz melodramat. - Wentworth rozłożył ręce. - Wiesz co? Jeżeli coś jej się stanie, to nie ja będę za to odpowiedzialny. Ostrzegałem was.
- Mówiłem. Zdecydowanie rozdwojenie jaźni. - skomentował Maxx. Trevor spojrzał na mnie błagalnie.
- Maddie. Proszę. Rób to, co mówię. - przez chwilę starałam się z niego wyczytać, o co tak naprawdę chodzi. Tym razem moja intuicja zawiodła. Pokręciłam głową. Błagalny wyraz na jego twarzy zmienił się w rozwścieczoną maskę. - Świetnie. Życzę ci powodzenia w przeżyciu następnych 24 godzin.
     Odszedł szybkim krokiem. Mike gwizdnął.
- To chyba było zerwanie.
- Maddie, nie możesz lecieć tym lotem. - Cody położył mi dłonie na barkach, patrząc mi głęboko w oczy.
- Czy tylko my nie mamy obłąkańczej manii ratowania Maddie? - Mike skrzywił się, patrząc na brata. - Powiedz mi, Vic, czy my robimy coś źle, że się w niej nie zakochujemy?
        Spojrzenie Victora zawierało całą odpowiedź. Zacisnęłam powieki. W co ja się znowu pakuję...?
--------------------------------------------------------------------------------------------
      Cicho weszłam do mieszkania, starając się nie zabić o wszystkie swoje tobołki. Zanim zamknęłam drzwi, rozejrzałam się jeszcze podejrzliwie po korytarzu. A potem upuściłam sobie gitarę na stopę. Zaklęłam cicho, uświadamiając sobie, że nie śpię od jakichś 72 godzin. Wszystko przez to, że panicznie boję się latać i zamiast nafaszerować się lekami nasennymi, zapchałam się ogromną ilością kofeiny. Gdzieś na trasie Chicago - Warszawa zaczęło mną trząść tak bardzo, że bałam się, że wprowadzę samolot w turbulencje i każą mi wysiąść.
      Dasz radę - pomyślałam, zaciskając zęby i raz jeszcze podjęłam próbę przejścia przez korytarz. Rzuciłam wszystko w drzwiach do własnego pokoju, włącznie z kurtką i wysokimi butami. Rzuciłam okiem na zegarek na nadgarstku. Dochodziła północ. Gdzie jest Ania...?
      Dotarły do mnie dźwięki muzyki. Przez chwilę musiałam zebrać w sobie, żeby zlokalizować ich źródło. Pokój dzienny.
- Cześć. - opadłam na kanapę koło przyjaciółki. Czytała jakąś książkę, kompletnie mnie ignorując. Patrzyłam na nią podejrzliwie. - Nie oglądasz Sherlocka?
      Uniesiona brew wystarczyła mi za odpowiedź. Westchnęłam głośno raz czy drugi, wyciągając telefon.
- Zauważyłaś w ogóle, że nie było mnie przez 2 miesiące w domu?
- Nie przesadzaj, niecałe półtora. Doskonale to wiem, w końcu nikt mi nie marudził nad uchem, że się nudzi.
     Pozostało mi tylko urażone spojrzenie i skierowanie wzroku w ekran. Po przejrzeniu wszystkich nowych followersów i odpisaniu na zaległe wiadomości ("Żyjesz?"; "Uprowadzili ci samolot?"; "Tęsknisz już za mną?") zaczęłam przeglądać instagrama. Parsknęłam śmiechem, gdy zobaczyłam zdjęcie z backstage'u, na którym jestem otoczona muzykami, zawzięcie im coś tłumacząc. A potem znalazłam to z klubu, gdzie stoję naprzeciw Olivera, z ręką wspartą o biodro, a on z wyciągniętą dłonią proponuje mi powrót do gry. Za nim jest pełno tańczących ludzi, zupełnie ignorujących nas, a za mną stoją jak mur mniej więcej 3 zespoły. Udostępniłam je Ani. Cmoknęła z irytacją, odkładając książkę i wyciągając telefon. Przez chwilę patrzyła na zdjęcie, a ja wsłuchiwałam się w piosenkę, lecącą w tle. Nie podobała mi się, zbyt (albo za mało) psychodeliczna.
- Głupia jesteś? - zapytała mnie, ściskając telefon. - Miałaś nie iść na koncert Our Last Night.
- I nie poszłam. To z Reed's Festival, takiego...
- Wiem, co to jest. Umiem przeglądać internet.
- Ale nie interesujesz się takimi nowinkami...
- Zamilcz. Dlaczego ja cię widzę z Oliverem?
- Bo Adam Elmakias robi dobre zdjęcia z ukrycia...?
- Co tam się wydarzyło?
        Opowiedziałam jej wszystko. Hej, tylko na to czekałam, żeby w końcu móc się pozachwycać moim amerykańskim snem! Na zakończenie dodałam, ciężko wzdychając:
- Chyba się zakochałam.
- Ty się nie zakochujesz.
- Przecież spotykam się z mężczyznami!
- To wyzysk i hobby.
- No wiesz! - oburzyłam się. Przypomniał mi się seksowny uśmiech Tylera. - Ale słuchaj... 
- Będziesz mi znowu opowiadać o chłopaku, tak?
- Zamierzam wyrwać Tylera Josepha. To muzyk z....
- twenty one pilots. To też wiem.
- Skąd?
- Słucham ich od jakichś... no nie wiem, 3 lat?
- Dlaczego ja o tym nie wiem?
- Wiesz. Nazywasz to głupimi rapsami i każesz mi ściszyć. - zakręciła ręką w powietrzu. - A to słyszysz? To też twojego, hm, chłopaka. Życzę ci powodzenia.
        Przez chwilę siedziałam, wsłuchując się w piosenkę. Nadal mi się nie podobało. Zaczęłam się zastanawiać, w którym kierunku zmierzam. Trevor ma żonę. Tyler ma żonę. Oliver ma żonę. Andy wkrótce się żeni. Alex też.
       Tylko ja muszę być poważna i napisać maturę. Nie chcę być schematyczna. Zwykły zawód nie jest jednak dla mnie.
- Ja cię tylko proszę, Magda. Opanuj się. Nie podoba mi się to twoje spojrzenie.
       Roześmiałam się głośno, ignorując jej wzrok. Przecież ja już mam nowy plan na życie.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział XII.

      muzyka.

      Nie doczekałam końca imprezy. Wiedziałam, że nie mam szans wygrać, nawet mi na tym nie zależało. Zagrałam piosenkę Tomka i wcisnęłam im kit, że to kawałek z nadchodzącej płyty, a większość nie miała nic przeciwko takiemu obrotowi spraw. Myślę, że Tomek też nie miałby problemu z tym, że jego perełka uzyskała aprobatę muzycznego świata.
     Ale występ na scenie, poprzedzająca go trasa koncertowa i na koniec nagłe spotkanie Olivera twarzą w twarz zrobiło swoje i koło 2 w nocy nogi się pode mną ugięły.
- Cody, nie mam już siły. - poskarżyłam się chłopakowi, odrywając go od rozmowy z Maxxem. Zmierzył moje vansy krytycznym spojrzeniem.
- Przynajmniej nie przez wysokie buty.
- Proszę cię, nigdy nie założyłabym szpilek na coś, co ma w nazwie "Festival".
- Dobra dziewczynka. To co, zrywamy się? - zaproponował. Ochoczo się zgodziłam, potrząsając głową jak małe dziecko na obietnicę frytek.
- Zostanę, żeby poznać wyniki - odezwał się Maxx, dopijając drinka.
- Spotkamy się w hotelu.
      Podał mi rękę i razem zaczęliśmy się przeciskać do wyjścia. Nie było to łatwe, bo każdy, dosłownie każdy musiał wyrazić swoje zdziwienie naszą ucieczką i dorzucić kilka słów w ramach odbębnienia towarzyskiej rozmówki. Przy kolejnej osobie ("Maddie, już wychodzisz? Poważnie? Zabawa się dopiero zaczyna!") zerknęłam w górę, by zobaczyć, czy wisi nade mną świecący baner. Nie wisiał. A mimo to ludzie ciągle mnie zaczepiali.
- To by było na tyle z dyskretnej ucieczki. - sapnęłam do Cody'ego, gdy udało nam się w końcu wyjść na zewnątrz.
- Ciesz się, że w środku nie ma dziennikarzy, bo nie mielibyśmy życia.
- I tak nie będziemy mieli. Muzycy są większymi plotkarzami niż paparazzi. - odpowiedziałam, wyciągając Carsonowi kluczyki od samochodu z dłoni. - Piłeś, nie jedź!
- Wypiłem tylko kilka drinków...
- Zamówimy taksówkę.
- A kto odwiezie mój samochód?
- Wypożyczalnia, z której go wziąłeś. - stanęłam tuż przy krawężniku i wyciągnęłam kciuk. Niemal natychmiast zatrzymał się żółto-biały pojazd. Cody wzruszył ramionami i zagadał do kierowcy, a ten wskazał tylną kanapę.
     Nie jestem pewna, ile zajęła nam podróż, bo chyba mi się przysnęło. Tak samo jak lokajowi w hotelu, więc Cody przechylił się przez ladę i zuchwale porwał naszą elektroniczną kartę.
- Biedaczek, musi się z nami użerać. Mam nadzieję, że tu nie ma kamer. - pokręcił głową, ciągnąc mnie za sobą do windy, a potem dalej, do pokoju. Czułam się skrajnie wyczerpana, nie miałam nawet siły dowlec się do sypialni. Opadłam na kanapę w salonie, zrzucając pada do konsoli i chrupki. Cody stał pod drzwiami z nieodgadnionym wyrazem na twarzy. Gdy już udało mi się skupić na nim zmęczony wzrok, chyba podjął jakąś decyzję i ruszył powoli do sypialni.
    Powieki same mi opadały, resztką woli przytrzymywałam je otwarte. Kiedyś, gdy byłam z Anią w stolicy na koncercie, kilka godzin jeździłyśmy metrem, na zmianę zasypiając i budząc się. Chyba nigdy nie zasnęłyśmy równocześnie, ale za każdym razem jedna otrzymywała od drugiej reprymendę (- "Nie śpij, bo cię okradną"! - Nie śpię. Ty śpisz. - Nie. Ty śpisz!"). Właśnie tak się teraz czułam - podświadomość już spała, ale ciało jeszcze nie.
    Bardziej wyczułam niż zobaczyłam, że Cody siada koło mnie i zrzuca buty. To samo robi z moimi, a potem kładzie się na plecach, ciągnąc mnie za sobą. Oparłam się o jego pierś i w tym samym momencie zasnęłam, czując kocyk pod brodą i dłoń Cody'ego na moich włosach.
     Śniło mi się, że leżę na scenie, przytulona do Cody'ego Carsona. Śpimy. On trzyma rękę w moich włosach, a ja obejmuję go w pasie, ale wydaje się to w porządku. Zdecydowanie nie w porządku jest to, że wprost na nas świeci reflektor, a my sami jesteśmy pod baczną obserwacją setek par oczu. Gdzieś z daleka, ale bardzo wyraźnie dobiegają do mnie głosy.
- Wygląda słodko jak śpi.
- Uhm. Maddie też!
      Nastała ciężka cisza, wyczuwalna nawet w moim śnie. Poruszyłam się nieznacznie, czując się coraz bardziej skrępowana tą sytuacją.
- Jesteś idiotą, Jaime.
- A ty homofobem!
- A ty jesteś jak produkcje DC.
- Jaki...?
- Niedorobiony.
- Cii! - włączył się trzeci głos, gdy na sali rozległy się śmiechy i łomot. - Obudzicie ich.
      Teraz usłyszałam czwarty, rzeczowy i poważny ton.
- Czy oni są parą?
        Otworzyłam oczy. Tak, byliśmy obserwowani, ale nie przez setkę, a przez dziesiątkę par ślepi. Oślepiającym reflektorem okazała się lampka, skierowana prosto na nas, oraz zwykłe światło z żyrandola. Natomiast zdecydowanie leżałam przytulona do nie swojego chłopaka. Ja przecież nie mam chłopaka.
- Nie możecie sobie znaleźć innej piaskownicy? - wymamrotałam, odgarniając grzywkę i mocniej naciągając koc na głowę.
- W tej bawimy się wystarczająco dobrze.
- Czy ty możesz przestać za mną chodzić, Jaime? Lubię cię, ale bez przesady, to już się robi chore...
- Jeezu, co wy wszyscy do mnie macie?! - obruszył się i wstał, odchodząc w kąt. - Znajdę sobie nowych przyjaciół!
- I zespół, błagam. - dorzucił Tony.
- Maddie, wytłumacz nam, proszę, dlaczego my jeszcze nie wiemy o tak poważnych zmianach w twoim życiu? - Vic nachylił się ku nam z drugiej kanapy. Patrzyłam na niego jednym okiem, zastanawiając się nad ciętą odpowiedzią.
- Tak, oni są parą. - dotarł do mnie kolejny głos. Odwróciłam lekko głowę, patrząc w tamtą stronę. Czarne włosy. Biała koszula. Różowe włosy. Czarna koszulka.
- Uff. Nie jesteśmy jedyną homoseksualną parą tutaj. - właściciel białej koszuli uniósł rękę z czerwoną przepaską i przyłożył ją do serca. Drugą trzymał na kolanie kolegi. Powoli usiadłam, przeciągając się i ciesząc,  że nie muszę już odpowiadać Vicowi.
- No nie, ja i Jack te... - chwila ciszy. Wyprostowałam się i skierowałam pytające spojrzenie na Alexa Gaskartha. - Nie, Jack, jednak z tobą zrywam.
- Ja z tobą też, Tyler. Mam dość bycia wykorzystywanym! - różowowłosy strącił dłoń przyjaciela ze swojego kolana.
- Zakładam zespół The Outsiders. Ktoś chce w nim być? - odezwał się Jaime z kąta.
- Ja! - podniósł rękę Barakat. - I to JA z tobą zrywam, Alexandrze!
      Cody uniósł powiekę.
- Zamknijcie mordy, jest 4:30!
     Wszyscy, którzy znali Krystalicznego Carsona, spojrzeli na niego. Maxx aż się zachłysnął powietrzem.
- Kochanie! Ty znasz takie słowa?!
- Kurde, dajcie spać... - odwrócił się na bok, zabierając cały kocyk. Przez chwilę się z nim szarpałam, ale dałam za wygraną, zadowalając się moją własną sukienką, którą (na szczęście) nadal miałam na sobie.
- Otóż to, jest 4:30. Co wy tu robicie o tej godzinie? - zapytałam, przejmując pałeczkę w odpytywaniu.
- Nie, właściwe pytanie brzmi: Co WY tutaj robicie o tej godzinie. - Vic złączył palce i wlepił we mnie wzrok.
- "Zdania pytające kończy się znakami zapytania, nie kropką. Opcjonalnie zdań oznajmujących nie zaczyna się od pytającego wyrazu." - zacytował Jaime.
- Siedzisz w kącie? To siedź! - starszy Fuentes nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Mimowolnie zaczęłam się rozglądać za młodszym.
- Ja pizgam. - Cody odrzucił koc i usiadł gwałtownie. Jego blond włosy sterczały na wszystkie strony. Dyskretnie przeczesałam własne, brązowe kosmyki. - Czego chcecie i dlaczego nazywacie mnie lesbijką?
- After party! - wrzasnął Mike, otwierając drzwi na oścież. Za nim do środka wtoczyli się Trevor i Woody. Każdy z nich trzymał w ręku butelkę alkoholu. Fuentes zatrzymał się jako pierwszy, nieprzytomnie i nieprzyzwoicie radośnie rozglądając się po pomieszczeniu. Zauważył Jaimego. - A co ty tu robisz, bracisssszku? - zapytał go, dość chwiejnie ruszając w jego stronę.
     Tyler i jego kolega o różowych włosach wymienili niepewne spojrzenia. Reszta towarzystwa skupiła się na Preciado, szlochającym w rękaw Mike'a, a Cody, z całą godnością, na jaką go było stać, wymaszerował z pokoju do łazienki. Trevor zasnął na kanapie.
- Hej, nie jest tak źle. - odezwałam się do duetu. - Oni już tak mają.
- I on mi wtedy powiedział: "Marsz do... do... do kąąąąątaaaa!" - zawodził Jaime.
- Nie tak wyobrażałem sobie liderów obecnej muzyki. Raczej dużo brokatu i łzawych opowieści o trudnym dzieciństwie, nie to. - chłopak w czarnej koszuli wydawał się trochę... spostponowany.
- Łzawe opowieści już masz. - uśmiechnęłam się. - Jestem Maddie.
- Tyler - odpowiedział od razu mój rozmówca z baru na festiwalu. - I przepraszam za tamto dziwne gadanie przy barze. Wypiłem za mało energetyków.
- A ja jestem Josh i nie piję od 5 lat. - odparł perkusista.
- A co się stało 5 lat temu?
- Dołączyłem do Tylera i było wystarczająco dziwnie. - odsunął się od niego kawałek. Przez chwilę w zamyśleniu patrzyliśmy na odcinek "Trudnych spraw', rozgrywający się na naszych oczach, a potem zabrałam głos.
- Jak się tu znaleźliście?
- Hm, chyba Alex nas porwał. Mówił, że jesteśmy bardzo dobrzy i popieprzeni i będziemy tu idealnie pasować.
- Tylko nie jesteśmy pewni, którym przymiotnikiem. - dodał Josh. Zaśmiałam się.
- Kto wygrał Reed's?
- twenty one pilots. - Tyler nabawił się seksownego uśmiechu, od którego nie mogłam oderwać wzroku.
- O. A kto to?
- Hm. My - odparli obaj równocześnie. 
- O. - powtórzyłam, przywołując w myślach ich piosenkę. Ten elektryzujący występ, czystą pasję, płynne ruchy. - O.
- Cieszę się, że ci się podobało. Nazywa się "Fairly Local". Nawet udało ci się zapamiętać tekst.
      Zanuciliśmy go razem, a Josh wybijał rytm na kolanach. Ledwo co zatrzymaliśmy się w przyjaznej ciszy pełnej zrozumienia, gdy Mike podniósł głowę jak pies myśliwski, łapiący trop.
- Talent show! - wrzasnął.
- Nie umiesz nic oznajmić spokojnym tonem? - zapytał Vic.
- Niee! Śpiewamy, śpiewamy, śpiewamy!
- Ty akurat powinieneś cieszyć się najmniej, przecież nie umiesz. - wtrącił Alex. Duet z Ohio znowu wymienił niepewne spojrzenia. Alex podchwycił je i szybko wytłumaczył zasady. - Żadne przechwałki, to tylko improwizacja, panowie. Można się dobierać w pary, grupki, robić show, dać się ponieść. Dowolną piosenką. Dobra zabawa. Maddie, pokażemy im?
    Skinęłam głową, zapraszając też Vica. Jack wziął gitarę. Alex rozpoczął ich własną piosenkę, a ja, wraz z Victorem robiliśmy za chórki w "A Love Like War". W drugim refrenie zerwaliśmy się z siedzeń, skacząc i tańcząc po pokoju, zupełnie, jakbyśmy byli na koncercie. W solówce porwałam drugą gitarę i wraz z Jackiem, klęcząc naprzeciw siebie, zagraliśmy jak prawdziwi rockowcy. W tym czasie wrócił Carson, w o niebo lepszym humorze.
- Podbijam stawkę - wtrącił Jaime po skończonej piosence. - Fall Out Boy, The Phoenix. Maddie kontra Cody.
   Nie było czasu na zaakceptowanie - każde wyzwanie było od razu realizowane. Cody wziął na siebie pierwszą zwrotkę, ale ja porwałam refren, choć twardo próbował mi dotrzymać kroku. Zdecydowanie wygrałam jednak, wyciągając sylabę dwukrotnie dłużej niż oryginał. I nadal miałam powietrze w płucach.
- Rozumiecie zasady? - zapytał Vic chłopców zupełnie niepotrzebnie. Oczy im się świeciły na samą myśl, jak epicko jest wziąć w tym udział.
- Tyler kontra Vic, IAMX, The negative sex! - rzuciłam z satysfakcją.
    Zanim zdążyłam się nacieszyć, Tyler zmazał mi uśmiech z twarzy. Absolutnie wymiatał. Z miejsca zakochałam się w jego głosie, po raz kolejny. Nie mogłam się na niego napatrzyć, nasłuchać. Miałam ochotę go dotknąć, trzymać, nie puszczać. Oczarował mnie. Czułam pożądanie, wiedziałam, że ten facet musi być mój. Patrzyłam, jak z zamkniętymi oczami rusza się na boki, z dłońmi wciśniętymi pod uda. Wyczuwałam drgania muzyki, jego głosu w powietrza, tej energii. Pierwszy raz coś takiego czułam. Tę moc, poczucie wyższości, niezniszczalności i totalną ignorancję.
- Maddie. Ziemia do Maddie Miko. Halo.
    Zamrugałam gwałtownie, wracając do rzeczywistości. No, nie całkiem.
- Maddie dostałaś wyzwanie. - niepewnie powtórzył Tony.
    O tak. Wiem. Sama je sobie postawiłam. Właśnie na nie patrzę.
 - Z przyjemnością je przyjmę.
   I wygram.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Rozdział XI.

    muzyka. 
 
       Usiadłam przy barze, opierając się łokciami o ladę. Srebrne bransoletki zsunęły się do połowy przedramienia prawej ręki, podzwaniając cicho. Ale w tym szumie i hałasie zapewne nikt, oprócz mnie, tego nie usłyszał.
- Przepraszam? - dopiero teraz zauważyłam chłopaka, siedzącego ze dwa krzesła dalej. Miał na sobie białą, dopasowaną koszulę z czerwoną opaską na lewym ramieniu. Spojrzałam na niego wyczekująco, unosząc brwi. Zmieszał się leciutko i zarumienił. Teraz brwi samoistnie ułożyły mi się w grymasie zdziwienia.
- Słucham? - zapytałam grzecznie. Po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru miałam ochotę poświęcić komuś swoją uwagę. Chłopak przeniósł wzrok na szklankę wody, trzymaną w dłoniach, potem na mnie i z powrotem w dół. Jeju, on naprawdę się zawstydził!
- Ja... miałem taką głupią prośbę, ale ona naprawdę jest głupia... - jego przyjemny, lekko skrzypiący głos doskonale przebijał się przez zgiełk sali. Wyraźnie docierał do mnie przez przestrzeń o odległości dwóch stołków barowych, wypełnioną dymem papierosowym, rozmowami innych ludzi, muzyką i oparami różnych używek. Mój rozmówca miał hipnotyzującą barwę głosu i takież spojrzenie. Uśmiechnął się nieznacznie i przygryzł wargę. - Mogłabyś jeszcze raz poruszyć ręką?
    Ehh. Dlaczego, gdy chłopak jest już przystojny, całkiem młody i intrygujący, to jest też psychiczny...?
    Chyba zobaczył moje myśli, bo natychmiast zaprzeczył.
- Chodzi mi o to, że... Niesamowity jest ten dźwięk, prawda?
- Ten dźwięk? - zmarszczyłam nos. Potarł krótką, ciemną czuprynę. Chyba żałował, że zaczął rozmowę.
- No... gdy twoje bransoletki się o siebie obiły... ten dźwięk jest totalnie aprobujący. Możesz dopasować do niego początek każdej dobrej melodii. Na przykład... - zagryzł na chwilę wargę i wyciągnął palec wskazujący. Uderzył lekko w szklankę, a potem potarł jej krawędź. Dodał kilka stuknięć w blat i zaczął cichutko nucić, nieznacznie ruszając głową. Patrzyłam na jego czary z rozchylonymi ustami. Zerknął na mnie i znów nieznacznie się uśmiechnął. - Uwielbiam mój świat. Jest intrygujący i magiczny...
- Frien, tutaj jesteś! Mogłem się tego spodziewać! - nagle stanął za nim chłopak o różowych włosach, opierając mu dłonie na ramionach. Sięgnął ponad nim po szklankę. - Co pijesz? - pociągnął łyk. - Woda. Mogłem się tego spodziewać. - powtórzył się i opadł na drugi stołek, zasłaniając kolegę przed moim wzrokiem. Czarnowłosy jednak posłał mi krótkie, rozbawione spojrzenie. Jego towarzysz obejrzał się za siebie. - Ouh. Rozmawialiście ze sobą?
- Troszeczkę - znowu na jego ustach zagościł uśmiech. Patrzyłam na niego zafascynowana, odwzajemniając grymas. - Muszę lecieć. Miej oczy i uszy otwarte, bo wszystko może być ideą.
     Wraz z odejściem tajemniczego mężczyzny zniknął cały mój dobry humor i uwaga. Wpatrywałam się w jego szczupłe, niemal anorektyczne plecy, dopóki nie przyłapał mnie na tym różowowłosy. Wyszczerzył do mnie zęby, aż się zmieszałam. JA, Maddie Miko zmieszałam się. Zerknęłam w bok i dopiero teraz zorientowałam się, że siedzę naprzeciw barmana, który wyczekująco stuka palcami o blat.
- Poproszę malibu. - wymusiłam na ustach uśmiech.
- Dowodzik?
- Żartuje sobie pan?
- A wyglądam jakbym sobie żartował? - napiął wszystkie możliwe bicepsy i tricepsy.
- Ona jest ze mną. - rozległ się głos koło mnie i owionęła mnie lekka mgiełka dobrych, męskich perfum. - Co pijesz?
- Teraz już margaritę.
- Dwa razy - rzucił do barmana i odwrócił się znowu do mnie, ignorując złowrogie spojrzenie mężczyzny. Machnął głową w stronę odchodzących chłopaków. - Kto to był?
- Ah, to tylko... - urwałam. Czy ciemnowłosy, uroczy chłopak się przedstawił? Szybko przeczesywałam pamięć. - Nie wiem kto to. Chyba miał na imię Frien.
    Cody uniósł brew.
- Dobrze, że barman ci nic nie chciał podać, bo bym w ciebie zwątpił. - zamilknął na chwilę, gdy stawiano przed nami drinki. Potem odwrócił się przodem do mnie, opierając prawy łokieć o bar i nabierając głęboki wdech. - Maddie, chciałem cię zapytać...
- Ej, misiaki, będziecie tu tak siedzieć, czy trochę się rozerwiecie? - Jaimie Preciado przerwał Cody'emu, zarzucając nam ręce na ramiona i zwieszając się między nami. - Madd, masz przepiękny tyłeczek w tej sukience i połowa obecnych tu facetów molestuje cię wzrokiem, a ich laski właśnie planują twoją własną apokalipsę. Uczyń mi ten zaszczyt i chodź ze mną.
    Cody skrzywił się i obrócił z niesmakiem, jednym haustem wypijając margaritę. Mamrotał sobie coś pod nosem, coś co brzmiało jak: "ja się staram, a on o tyłeczkach... dawno to wiedziałem, jeżyk cholerny..."
- Jaime, nawet nie jesteś jeszcze pijany! - zauważyłam, czując, jak mój poziom towarzyskości wzrasta wraz z szerokością uśmiechu basisty.
- Przy tobie się już więcej nie upiję. Niekoniecznie z powodu jakichś tam zasad moralnych, bez przesady, ale nie chodzi też o to, że się ciebie boję - zaśmiał się głośno, lecz raptownie zamilknął. - No dobra, boję się trochę. Ale popatrz, nie tak bardzo! - sięgnął po mojego drinka. Zdążyłam trzasnąć go po łapie.
- Gdzie z rączkami!
       Przesunął lubieżnie po mojej postaci ubranej w krótką, czarną sukienkę i wysunął znacząco język.
- Fuuuj, Jaime! Wygrałeś, idę. Cody, idziesz?
- Chyba zostanę tutaj. - pokręcił głową. Pocałowałam go w policzek i pociągnęłam Preciado za rękę.
- Chcę tańczyć!
- Przed chwilą nie chciałaś nawet odejść od baru, jestem pod wrażeniem!
     Okręciłam się w pół kroku, pozwalając, by krótka sukienka owinęła się wokół moich bioder. Basista głośno przełknął ślinę.
- Jeżeli chciałaś się dzisiaj nie wyróżniać, to znowu ci nie wyszło.
- Niektórzy są jednak stworzeni do posiadania fanów.
        DJ tworzył dobry nastrój, czułam się coraz bardziej wyluzowana. Podskakiwaliśmy z Jaimem jak piłki, co jakiś czas wykonując niezidentyfikowane ruchy rękoma lub głową. W tańcu łapałam spojrzenia innych: Biersack skłonił głowę, Kellin wyszczerzył zęby i uniósł kciuki w górę, Gaskarth wesoło mi pomachał, stojąc ramię w ramię z Jackiem. Nagle tuż koło nas pojawił się Mike, zręcznie wsuwając się między mnie a Jaimego.
- Odbijany! - wrzasnął, odpychając kolegę pupą i zaczynając własną choreografię, polegającą na gwałtownym wyrzucie kończyn w powietrze i ruchami biodrami, powodując salwy śmiechu wśród obserwujących nas muzyków.
      Raptownie muzyka straciła na sile i cichła z każdą sekundą. Kolorowe światła zgasły i otoczyła nas ciemność. Automatycznie przysunęłam się do Mike'a, dodając sobie otuchy dotykiem jego klatki piersiowej, a on objął mnie za ramiona, wpatrując się w ciemną dal.
- Panie i panowie... - rozległ się męski głos wzmocniony mikrofonem. Otoczył nas ze wszystkich stron. Gwałtownie drgnęłam. - Zasada numer 1: Nie wie o tym wydarzeniu nikt oprócz zaproszonych. Zasada numer 2:  Żadnych nazw własnych do czasu ogłoszenia wyników. Zasada numer 3: Głosowanie jest tajne.
- Tajne głosowanie? - zapytałam Mike'a. Ktoś obok syknął uciszająco. Przecięłam mrok wzrokiem, mając nadzieję, że sykacz padnie w drgawkach na ziemię. Co za maniery!
- Zasada numer 4: Macie tylko jedną szansę na zaprezentowanie się. Zasada numer 5: Żadnych walk poza sceną. Zasada numer 6: Sami pilnujecie czasu na swój występ. Zasada numer 7: Muzyka ponad wszystko. Zapraszam pierwszego artystę.
       Scenę oświetliły ostre światła, zmuszając mnie do zmrużenia oczu. Ludzie rozglądali się po sobie niepewnie. Cisnęło mi się na usta setki pytań, ale nie wypowiedziałam żadnego z nich, bo zewsząd rozlegało się ciche nagranie, wciskające się do uszu i mózgu, drażniące zmysły. Białe światło zniknęło, zastąpione przez niewielkie, niebieskawe reflektorki. Właśnie wtedy przez salę przeszedł szmer.
     Wyglądał jak anioł. Anioł zemsty. Wpatrywałam się w niego jak zahipnotyzowana. Znikąd pojawił się na scenie... To znaczy tak, oni wszyscy się pojawili. Ale liczył się tylko On. Stał nieruchomo, jedną dłonią obejmując mikrofon, drugą trzymając statyw. Patrzył w dal, po prostu, najzwyczajniej w świecie. Był przerażająco przystojny, pewny siebie i zdeterminowany.
- This song is called... - zrobił krok w tył i Bring Me the Horizon rozpoczęło swoje show.
     Zamarłam, gdy usłyszałam piękną sekwencję Matta zwiastującą nową wersję zespołu. Nagle dotarło do mnie, że ta melodia nie nadaje się do screamu. Oliver śpiewający? Czysto? DWUGŁOSEM? Rozejrzałam się po scenie, starając się wypatrzyć syntetyzator. Zamiast tego dostrzegłam Jordana, stojącego nad keybordem i triggerami, z ustami przy mikrofonie i uśmiechnęłam się gorzko. Oliver nigdy nie osiągnie wymarzonego wokalu. Zawsze będzie polegał na innym wokaliście. Dyskretnie zerknęłam na boki. Muzycy z uznaniem kiwali głową, wymieniając między sobą szybkie uwagi, oceniając możliwości. Pośród tłumu widziałam kilka nietęgich min, należących głównie do uczestników clevelandzkiej gali. Przeniosłam wzrok na scenę i drgnęłam.
- Maddie? Dobrze się czujesz? - Mike położył dłoń na moich plecach, nachylając się nade mną. On nie wiedział, że moje zagrożenie jest teraz idealnie widoczne, stoi tam, na scenie, w tych ciemnych ciuchach i patrzy...
     Wprost na mnie. Świetnie.
- Świetnie - powtórzyłam głośno, siląc się na uśmiech oraz pozytywny ton i głośno przełknęłam ślinę.
- Obiecaj, że nie będziesz mdleć.
- Nie będę. - tylko daj mi relanium, tak ze trzy paczki.
- Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
- Ducha umiem już pokonać. Obejrzałam wszystkie sezony Supernatural. - wymusiłam uśmiech na ustach, odrywając wzrok od sceny. Widziałam, jak Mike, nieprzekonany, poszukuje przyjaciół na wsparcie. - Na czym polega ten cały festiwal, hm? Jesteś tu pierwszy raz?
     Widocznie ucieszył się ze zmiany tematu. Zatarł ręce, zanim przystąpił do tłumaczenia.
- Reed's Festival to taka undergroundowa gala nagród... Każdy, kto otrzymał imienne zaproszenie ma obowiązek wystąpić. To takie wyzwanie. No i nikt bez zaproszenia nie ma tu wstępu. Muzyk ma do dyspozycji czas swojej jednej piosenki, którą wykonuje bez żadnych udoskonaleń - przebrania, dymy, wymyślna choreografia, światła... nic się nie liczy. Tylko muzyka. Każdy artysta w każdy album wrzuca przynajmniej jedną taką "głęboką", dopracowaną piosenkę, którą tu przedstawi. Bo każdy słyszał o Reed's, ale niewielu dostaje zaproszenie. Nikt nie zna dnia ani godziny, dowiadujesz się dosłownie tydzień przed. Najczęściej to wtedy masowo odwołuje się koncerty, bo to właśnie to jest prawdziwym potwierdzeniem twojej pracy. Nie miliony sprzedanych płyt, nie trasa koncertowa na trzy lata, nie 194 zaliczone państwa, ani nagrody MTV, tylko właśnie to.
- Dlaczego? - zmarszczyłam brwi.
- Bo tutaj głosują tylko inni muzycy. Największe sławy rocka, małe, niezdefiniowane gwiazdki... Wszyscy mają szansę. Ale wymaga się od nas dwóch rzeczy... - spojrzałam na niego wyczekująco, więc podjął temat, zadowolony, że przyciągnął moją uwagę. - Nie przechwalasz się sobą i całe głosowanie podejmujesz na podstawie jednej piosenki, którą wybrał zespół lub artysta. Tak zwana uczciwość i konsekwencja.
- W tym biznesie? - parsknęłam, a na scenę wszedł kolejny zespół. Nawet gdy padły na nich światła, nie mogłam skojarzyć tych twarzy. Odwróciłam wzrok i znów zamarłam. - Każdy, kto dostanie imienne zaproszenie ma wystąpić...?
     Mężczyzna skinął głową, śledząc występ.
- O jeju... - wymamrotałam, uświadomiwszy sobie to, czego nie uświadomił sobie jeszcze Mike.
- Maddie Miko dostała zaproszenie na Reed's Festival. Nie wiedziałem, że to X-Factor, gdzie każdy może przyjść. - usłyszałam za sobą głos. Lekko sepleniący, z tym cudownym, brytyjskim akcentem. Niemal nieświadomie ścisnęłam Mike'a za rękę. Zerknął zdziwiony na dół, a potem powiódł wzrokiem na moją pobladłą twarz i spojrzał za mnie. Jego twarz stężała.
- Oliver.
- Michael. - zapewne skinął mu głową. - Madeline, nie przywitasz się? Zawsze miałaś lepsze maniery. - mogłabym przysiąść, że zmarszczył brwi. Spojrzałam na Mike'a, ale jego twarz nie zdradzała niczego. Wzięłam głęboki wdech.
- Cześć, Oliver. - przybrałam możliwie zrelaksowaną pozę. - A ja nie wiedziałam, że potrzebujesz jakichkolwiek nagród, by czuć się uznanym muzykiem.
      Na sali było ciemno i tęczówki Olivera też były ciemne, ale mogłabym przysiąc, że teraz jeszcze bardziej pociemniały. Czułam się nieswojo, myśli Olivera przenikały moje, oczy wwiercały się w duszę.. Nagle to wszystko ustało.
- Boże, Maddie, ile im płacisz za ochronę? - wykrztusił. Zerknęłam za siebie i dostrzegłam kilka zespołów, stojących za mną niczym obronny mur. Wzruszyłam ramionami,
- Ty też kiedyś taki byłeś.
- Hm. - mruknął głośno, po czym szybko przysunął się do mnie i wyszeptał mi do ucha: - A co, jeśli ci powiem, że nie wszyscy z tego wianuszka fanów Maddie Miko są po twojej stronie?
- A co, jeśli ci powiem, że ja też nie ufam im wszystkim?
       Zdziwiłam go, to mało powiedziane. Był zszokowany.
- No proszę cię, chyba nie sądzisz, że po tym wszystkim nadal bawię się w powierzanie komuś swojego życia? Jak myślisz, kto tu naprawdę dyktuje warunki?
    Cofnął się o krok lub dwa i wpadł na kogoś. Wymamrotał przeprosiny i znów na mnie zerknął.
- No to ponownie witaj w klubie. - wyciągnął dłoń.
- Nie, dzięki. Chyba zostanę w moim wianuszku adoratorów mojej osoby.
        Odwróciłam się i przeszłam między przyjaciółmi z innych zespołów. Nikt, oprócz mnie, nie będzie dyktował moim życiem. Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Ha, Miko 1:0 Sykes!
     Nagle znowu nastała nieprzenikniona ciemność. Ogarnęłam, że poprzedni zespół skończył swój występ. Teraz na scenie stała perkusja z triggerami, a na środku sceny....
     Mój towarzysz od wyłapywania dźwięków.
     On nie tańczył. On się po prostu ruszał. Muzyka pochłaniała go całego.
- Fascynujący, co? - zapytał Cody, który szedł zaraz za mną. Skinęłam głową. - To chyba z nimi rozmawiałaś przy barze, co?
- No. - przytaknęłam. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Fascynował mnie, pociągał mnie, intrygował mnie. Musiałam go poznać. - Jak oni się nazywają?
- Hm, nie pamiętam. Wiem, że są z Ohio.
- Wiesz, skąd są, ale nie pamiętasz ich nazwy?
- No... nie. Wiem, że Tylor jest zajęty.
- Dziewczyna nie ściana. Szokuje mnie twoje wybiórcze podejście do ploteczek.
- Ale on ma żonę.
      Zaśmiałam się krótko.
- No to tym lepiej.
     Co mi się roi w głowie? Cody chyba doszedł do tego samego wniosku, bo spojrzał na mnie badawczo.
- Chyba to spotkanie zaszkodziło ci bardziej, niż powinno.
- Raczej... uświadomiło mi coś.
- Co takiego?
- Że występuję zaraz po nich.
       Zmierzając w stronę sceny naprawdę sobie coś uświadomiłam. Spotkawszy Olivera, nie czułam strachu, tylko coś na kształt pewności siebie. Właśnie to zbiło Sykesa z tropu.  Lecz to uczucie niezwyciężenia nadal mi towarzyszyło. Pchało mnie do przodu i kazało to zrobić.
     Ania nie byłaby zadowolona.
      Weszłam na scenę.
- Nie nagrałam jeszcze żadnego solowego albumu i chyba dostałam to zaproszenie, żebym nabrała kompleksów, ale to nic. I tak wam coś zagram...

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział X.

muzyka.

      Powinnam napisać poradnik "Jak wyjść z twarzą z każdej sytuacji". Sytuacja numer 1: Spotykasz swojego dawnego najlepszego przyjaciela, który jest członkiem pewnego zespołu, którego wokalistą jest osoba, która próbowała cię zabić. Co robić?
       Maddie Miko odpowiada, swoim profesjonalnym, lekko ironicznym tonem: "Bądź księżniczką Disney'a; zemdlej".
       Wróćmy do tego momentu. Chłopak wchodzi do pokoju. Znam tę sylwetkę, ten krok, ten potok słów, których często nie rozumiem. Ma lepszą fryzurę niż pół roku temu, jest wyraźnie szczuplejszy, ale wyrzeźbione mięśnie zauważalnie rysują się pod koszulką. Ma na sobie dżinsy, i to nie dziurawe, co jest niespotykane, gdy ma grać. W ogóle mnie nie zauważa, podchodzi kolejno do Matta, Woody'ego i Tima, witając ich męskim uściskiem - poklepując po ramieniu lub po plecach. Lekko przesuwa spojrzeniem po stole z przekąskami i krzywi się. Podchodzi do nas, jest tuż-tuż... Siada między mną a Trevorem, w tej pustej przestrzeni naszego niezrozumienia. Patrzy na Trevora i kontynuuje swój monolog o wszystkim i o niczym. Ledwo rejestruję nazwisko Olivera, a potem jego oczy kierują się na mnie i nazywa mnie Crystal.
      A później wszystko widzę w zwolnionym tempie - ruch jego źrenic, szok i grymas przerażenia na twarzy, rejestruję ten moment, w którym adrenalina podskakuje w górę, a wraz z nią wszystkie mięśnie i nerwy nakazują Mattowi wstać i odsunąć się. Czynimy to w tym samym momencie.
    Jakimś sposobem uświadamiam sobie, że teraz chłopak przerasta mnie o dobre 20 centymetrów. Niemal machinalnie wypowiadam jego nazwisko w odpowiedzi na swoje własne imię. Unosi rękę do góry, odgarniając włosy z oczu. Robi niepewny krok w moją stronę.
       A ja z całą pewnością mdleję.
       Ej, to było po prostu za dużo, rozumiecie? Bardzo chętnie rzuciłabym jakąś zabawną uwagę albo coś w tym stylu (co się mówi eks chłopakowi twojej najlepszej przyjaciółki?), ale mój układ przywspółczulny postanowił się popisać i... zbić mnie z nóg. W tamtej chwili przez mój mózg przepłynęło tyle informacji, że gdyby były one sensowne, to może zawstydziłabym Einsteina. Okej, podsumowując ten nagły zwrot wydarzeń, omdlenie nie jest honorowym zagraniem, tylko prostackim. No cóż..
       Rzeczywisty czas akcji jest taki, że ledwo otwieram oczy, a już jestem w innym miejscu niż upadłam. To znaczy jestem pewna, że złapał mnie Nicholls, ale teraz zdecydowanie nie byłam w tamtym pomieszczeniu z kanapą. Na szczęście on nadal przy mnie był. Chyba na szczęście. Odzywa się, zanim zaczynam panikować.
- Dobrze, że jestem przystojny i dziewczyny często mdleją na mój widok, bo przynajmniej wiem co robić. I dawno temu jakaś nawiedzona nastolatka w kółko rzucała jakimiś mądrymi tekstami medycznymi.
- Mówi się terminami - wymamrotałam.
- Nadal jest nawiedzona.
- A ty irytujący.
- Skończmy pitu-pitu. Jak się czujesz?
- Kręci mi się w głowie. Co ty tu robisz?
- O nie - pokręcił głową i usiadł na podłodze, opierając ręce o kolana. - To pytanie mogę zadać tylko ja. - odczekał chwilę, patrząc w bok. W końcu spojrzał na mnie.- Co ty tu kurwa robisz?
- Nie cieszysz się na mój widok? - ostrożnie usiadłam, zaciskając powieki.
- Nie. Nie, szczerze mówiąc, jestem przerażony. Masz beznadziejne wyczucie czasu.
- A ty masz fajną fryzurę.
        Pomimo udręki w oczach, na jego twarzy zagościł lekki uśmiech. Pokręcił głową i głęboko odetchnął.
- Mamy jakieś 5 minut zanim zaczną mnie szukać. Dość długo zajęła ci drzemka. Musisz odpowiedzieć mi na kilka bardzo ważnych pytań.
- Nie tak wyobrażałam sobie nasze spotkanie. - przyznałam, wpatrując się w swoje dłonie. Pamiętałam, o ile mniejsze są od dłoni Nichollsa.
- Ja też nie spodziewałem się, że wparujesz na koncert Bring Me the Horizon. - patrzył na mnie badawczo, jakby upewniał się, że zniosę przesłuchanie. - Dlaczego tutaj jesteś? Jest Annie? Ufasz mi? Dlaczego z Set It Off? Miałaś jakieś wiadomości od Sykesa? I...
- Gdzie jest Trevor? - wtrąciłam, tracąc pewność siebie. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Chciałam mieć przy sobie kogoś, komu ufam.
- I skąd do cholery znasz Wentwortha.
          Matt Nicholls był poważnie przejęty. Jego przystojna twarz była wykrzywiona zmartwieniem. Nie był niedostępny ani wycofany, ale zdecydowanie daleko mu było do śmieszkowatego chłopaka, który potargałby mi grzywkę tylko po to, żeby mnie wkurzyć. Ogarnął mnie smutek. Objęłam się ramionami, jakby nagle zrobiło mi się zimno. Bo tak naprawdę gdzieś w głębi duszy utknęła mi kostka lodu. Na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Kiedy już sobie uświadomiłam, gdzie jestem, miałam nadzieję, że Matt jak zwykle przygarnie mnie do siebie, leniwie się uśmiechnie i powie, że tęsknił, że świetnie wyglądam i wszystko jest epickie.
- Nie możesz mnie po prostu przytulić i powiedzieć, że tęskniłeś...?
- Oh, Miko. Chyba nie sądzisz, że będę szczęśliwy? Od kilku miesięcy jeździsz po świecie, grając koncerty, a nagle przyjeżdżasz tutaj i myślisz, że wszystko jest w porządku? To nie jest najlepszy sposób na odwdzięczenie się za ratowanie ci tyłka, żebyś mogła przeżyć swoje 18 urodziny.
         Niech ktoś wstanie i pomoże mi zebrać szczękę z podłogi. Matt Nicholls był nie tyle przejęty (jak sądziłam wcześniej), co.... wściekły. Dopiero teraz zobaczyłam, jak mocno zaciśnięte ma dłonie na kolanach, jak drga mu policzek, gdy zaciska zęby. Zaczęło we mnie kiełkować coś na kształt poczucia winy.
- Matt...
- Nie, nie skończyłem. - wstał i zaczął chodzić w kółko. - Mogę się założyć, że Annie jest w to wszystko wplątana. Nie możesz być taką egoistką, Madeline! Nie rozumiesz, jak wielka jest stawka? Czy ja się w lipcu wyraziłem niejasno? Prosiłem cię o zniknięcie. A ty... - stracił wątek i usiadł koło mnie. - Śniłaś mi się po nocach. Bałem się, że nadal tu jesteś i grozi ci niebezpieczeństwo. Aż nagle... aż nagle zjawiasz się na łamach Alternative Press, ze swoim zdjęciem na 4 stronie i artykułem o tobie na trzy kolejne... I nagle cały youtube jest zawalony amatorskimi filmikami z koncertów SIO i jesteś na każdym z nich - uśmiechnięta pełna życia... beztroska...
- Matt, musisz mnie zrozumieć.
- Nie teraz - spojrzał na drzwi. - Spotkamy się wieczorem, u ciebie w hotelu. Bo skoro mieszkasz z Trevorem, to pół Atlanty wie, gdzie jesteś. - dodał z rozgoryczeniem.
- Pół?
- Jutro startuje jakiś Reed's Festival. Wszyscy, którzy się liczą, będą tu. Módl się, żeby Sykes się upił, zanim cię zobaczy.
        Wstał, i już miał podejść do drzwi, gdy spojrzał na mnie raz jeszcze. Tym razem w jego oczach było mnóstwo miłości i radości. Zbiło mnie to z tropu. Czy wszyscy muzycy coś biorą? Jeżeli tak, to ja się z tego biznesu wycofuję.
- Cieszę się, że jesteś. Ale to ten typ radości, którą czułem, gdy się ocknęłaś ze śpiączki.
      Nie rozumiałam i on to doskonale wiedział. Dlatego dodał, ignorując moje zmarszczone brwi.
- Byłem szczęśliwy, że żyjesz. I przerażony, że najłatwiejsze było za tobą.
----------------------------------------------------------------------------------------
@Oliver's P.O.V
       
             Byłem w stanie odwołać koncert. Wyjątkowo nie dlatego, żeby zrobić komuś na złość, tylko dlatego, że wszystko zaczyna mi się wymykać z rąk. Kurde, ja się po prostu boję, że wszystko mi się posypie.
        Trevor wyłamał się spod planu. Wbrew mnie przyszedł do Fox Theatre. Mało tego - zrobił to bez Maddie Miko. Ten człowiek był szalony. Mam jego żonę i dziecko, a on zjawia się tu bez jedynej szansy na ich ułaskawienie.
- Horizon, kolejne podejście! - krzyknął Tom. Uniosłem głowę, patrząc na sylwetkę mojego młodszego brata. Uśmiechał się, poklepując członków zespołu po plecach, wspierając ich, rzucając dobre słowo. To on mógłby robić za lidera Bring Me the Horizon.
        Co za głupota. Oczywiście, że nie mógłby. Brakowało mu charyzmy, polotu i arogancji, by mnie zastąpić. Nie nadawałby się na rządzenie takim zespołem jak mój.
       Za to nadawał się na faceta Maddie Miko.
       Kurwa. Ledwo osiągnięty spokój opadł. Tom chyba wyczuł moje spojrzenie, wwiercające mu się w kark, bo odwrócił się w moją stronę i zmarszczył brwi. Po chwili przybrał na twarz uśmiech i ruszył, by mnie wkurwić.
       Ciężko było mi pamiętać, że młodszy Sykes niemalże bez słowa przyjął moje wyjaśnienia w Australii. Na całe szczęście jakiś czas później Miko związała się z Irwinem, więc moje słowa były całkiem wiarygodne. Tom przesiedział kilka dni samotnie, odciął się od pracy, zespołu, rodziny, w swoim towarzystwie odpędzając demony. Jednak gdy wyszedł z pokoju, nie wspomniał ani słowem o tamtym wydarzeniu. Przyodział maskę na twarz, wrócił do nas. Nigdy mi tego nie wypomniał.
       A teraz stał przede mną, zbierając się, by coś powiedzieć.
- Skoro Our Last Night jednak przyjechali, to chyba nie musimy załatwiać innego supportera? - zagadał. Z sykiem wciągnąłem powietrze. Ten dupek, Wentworth, był jak wrzód na tyłku. Zacisnąłem zęby.
- Nie, nie musicie.
- Bo w sumie w okolicy jest lepszy zespół... Set It Off, kojarzysz?
       Drgnąłem. Trevor wspominał o SIO...
- Są dostępni?
- Późnym wieczorem grają w innej dzielnicy.. ale zostało nam dużo biletów, jak ogłosimy szybko zmianę w line-up'ie, to mamy szansę na zwiększenie zysków.
       Set It Off. Co dokładnie mówił Trevor? Zaprosiłem ją na studniówkę, tak, jak kazałeś. A ona zaprosiła Set It Off, trochę młodszy od nas zespół z Florydy... Poznali się w Cleveland. Ona chyba nadal trzyma z muzykami, wiesz? Jest mi trochę trudno się przebić, jest w nich zapatrzona...
     A ja mu wtedy kazałem spierdalać, dopóki nie będzie miał pomyślnych wieści. Czy tak kurewsko trudno jest sprowadzić cholerną nastolatkę na jeden pieprzony koncert?!
- Zadzwoń do nich. Daj im, ile chcą.
- Przekażę Phillowi...
- Nie. Ty zadzwoń. - wysiliłem się na uśmiech. - Ty zrobisz to lepiej.
     Wstałem nieśpiesznie, kierując się na scenę. Chyba wszystko zaczyna się układać.
---------------------------------------------------------------------------
@Maddie's P.O.V

            Przysięgnij mi, że będziesz na siebie uważać. - poprosiłam Cody'ego, poprawiając mu poły białej kurtki na czarnym podkoszulku. Oczywiście nie mogło na nich zabraknąć turkusowego akcentu, znaku rozpoznawczego zespołu. Zaśmiał się.
- To ty zostajesz sama w hotelu.
- Nie sama, tylko z nami, jasne? - wtrącił Trevor. Cody posłał mu przeciągłe spojrzenie.
- No właśnie dlatego masz uważać - rzucił do mnie cicho, a głośno oznajmił: - My się chyba nie chcemy pokłócić, Trevczi?
- Nie. - burknął chłopak. Odkąd wróciliśmy z Fox Theatre chodził taki naburmuszony. Rzucił się nawet z pięściami na Woody'ego, gdy chłopak rzucił jakiś żart na jego temat.
- Jak zawsze uroczy - uśmiechnął się Cod i puścił mi oczko. - Wrócimy zaraz po występie i zgarniemy cię na nasz koncert, okej?
         Pokiwałam żałośnie głową. Podeszłam do Maxxa, poprawiającego w lustrze fryzurę. Zerknął na mnie.
- Dobrze ci w bieli - potargałam mu włosy. Żyłka wyskoczyła mu na skroni i niebezpiecznie pulsowała. Dopieszczał blond grzywę od 10 minut. Odsunęłam się kawałek, dla własnego bezpieczeństwa. - Nie bierzcie słodyczy od obcych, nie wsiadajcie z nimi do samochodu i nie rozmawiajcie z nimi, jasne? Trzymajcie się razem.
- Cody, zostało ci jeszcze trochę rumianku? - zapytał Matt, odwracając wzrok od ekranu. Posłałam mu miażdżące spojrzenie. Niestety nie padł trupem.
- Zbieramy się. Bawcie się dobrze, dzieciaki - Carson posłał mi ostatnie spojrzenie pełne otuchy i wyszedł z pokoju. Wraz z nim uciekła cała moja pewność siebie. Okręcałam się bezradnie w miejscu, jak Vincent Vega w Pulp Fiction.
- Chodź tu, usiądź obok mnie. - Woody poklepał kanapę koło siebie. Po drugiej stronie siedział Trevor z zaciętym wyrazem twarzy.
- Gdzie zniknąłeś, Trevor? - zapytałam. - Dlaczego mnie zostawiłeś?
- Nie jesteś pierwsza. - odparł, patrząc niewidzącym wzrokiem na film.
- Słucham?
- Jeżeli myślałaś, że jesteś dla mnie najważniejsza, to byłaś w błędzie. - wstał gwałtownie. - Nienawidzę cię.
        Odprowadziłam go zaskoczonym spojrzeniem. Chwilę później wrócił do pokoju. Stanął w drzwiach, w oczach miał łzy.
- Pytałaś, kim jest Crystal. Jest moją żoną. Mamy razem wspaniałego syna. I wiesz co? Nie mam pojęcia, gdzie oni są. - rozłożył ręce, wzruszając ramionami i zaśmiał się krótko, bez humoru. - Nie mam, kurwa, zielonego pojęcia. Wiem tylko, że jesteś ty i muszę się trzymać blisko ciebie, albo stracę ich na zawsze. Powiedz mi teraz, Maddie Miko - przysunął się niebezpiecznie blisko. - Jak cię, kurwa, zatrzymać przy sobie, hm? Jak cię uwieść, okręcić wokół palca, przewidzieć twoje ruchy?
     Odsunęłam się maksymalnie daleko, tak jak tylko mogłam na kanapie.
- Trevor...
- Jesteś cholernym utrapieniem, Maddie. I moją jedyną szansą. Więc bądź tak dobra i zamilcz. Nie rozumiesz tego, więc się nie wtrącaj, tylko mnie słuchaj. Jasne?
      Jak słońce.

sobota, 28 maja 2016

Rozdział IX.

   muzyka.

         Trevor rzucił telefonem o ścianę, głośno klnąc. Nerwowo drgnęłam, patrząc, jak opanowanie Trevora ulatnia się w mgnieniu oka. Podbiegł do roztrzaskanego telefonu i cicho załkał, gdy zobaczył jego stan. Drżącymi rękoma próbował go pozbierać, ale gdy po raz kolejny szczątki rozsypały mu się przez palce, warknął i wstał, rozpoczynając marsz w kółko. Szczupłe palce wplótł w swoje loki, szarpiąc je i mamrocząc do siebie. Zachowywał się, jakby oszalał, a najbardziej niepokojący był brak reakcji ze strony jego przyjaciół, jego rodzonego brata. Poczułam się w obowiązku uspokojenia go, podejścia. Przecież ja naprawdę byłam jego przyjaciółką!
       Wykonałam jeden, jedyny krok w jego stronę i drogę zastawił mi Matt. Uśmiechnęłam się.
- Cześć - rzuciłam i próbowałam go wyminąć, ale tym razem mężczyzna złapał mnie za ramiona. Uśmiech zszedł mi z ust. - Matt, puść mnie.
- Zostaw go. On jest chory.
- Nie jest chory, tylko samotny.
- Przez ciebie.
- Ach, przeze mnie? Patrząc na wasze relacje, był taki, zanim się spotkaliśmy!
- Matty, zostaw ją. - odezwał się cicho przedmiot naszego sporu. Siedział na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Przyglądał się mini karcie SIM, trzymanej w dłoni. - Znajdź mi nowy telefon, teraz. Maddie, podejdź do mnie.
      Posłałam starszemu Wentworthowi triumfalne spojrzenie, ominęłam go i klęknęłam koło jego brata, obejmując go. Oparł głowę na moim ramieniu i przymknął oczy.
- Maddie Miko. Dlaczego jesteś tak niebezpieczna?
- Bo przyciągam niebezpieczeństwa - zaśmiałam się cicho, głaszcząc go po włosach. - Powiesz mi, kto to był?
      Zawahał się chwilę.
- Ktoś znacznie ważniejszy ode mnie. Odwołał nam koncert.
      Wokół nas zebrali się członkowie obu zespołów. Cody przyglądał mi się z zamyśleniem, Matt z nienawiścią. Maxx wyglądał, jakby przepełniał go bezbrzeżny smutek. Maddie Miko, wyzwalacz wszystkich emocji. Jeśli jeszcze jakiegoś nie znacie, zgłoście się do mnie, a na pewno wkrótce go zaznacie.
- Czułaś kiedyś, że wszystko wymyka ci się spod kontroli...? - jego oczy wyrażały wewnętrzną walkę z samym sobą. Jakby próbował mi coś przekazać, a ja nie mogłam zrozumieć treści i właśnie to go frustrowało.
- Ostatni raz 5 minut temu. Kogo mieliście supportować, Trev?
- Miko, albo masz w torbie bombę, albo wibruje ci telefon - odezwał się Tim, perkusista. - Mam nadzieję, że to drugie, bo na dzisiaj mam dość wrażeń.
        Rozejrzałam się wokoło, marszcząc brwi. Niby kto miał do mnie dzwonić o tej porze? Maxx zlitował się nade mną i brodą wskazał mi mój bagaż. Upewniłam się, że Trevor przez chwilę sobie beze mnie poradzi i odebrałam w ostatniej chwili.
- Tak? - po drugiej stronie panowała cisza. Zerknęłam na ekran, numer nieznany. Ciarki przeszły mi po plecach. - Kto mówi?
       Posłałam kolegom zmieszane spojrzenie i jeszcze raz spojrzałam na wyświetlacz.
- No, słucham?
       Po drugiej stronie rozległ się wysoki, szyderczy śmiech. Pisnęłam ze strachu, niemalże wypuszczając telefon z ręki. Głos raptownie się urwał i połączenie zostało przerwane. Łzy same napłynęły mi do oczu. Ale tym razem nie byłam już mięczakiem! To nie były łzy strachu, tylko gniewu, bezsilnej, ogłupiającej złości.
- Frajer, kuźwa, amatorzy, ja pizgam, cymbał, ciućmok, cholera jasna, idioci! - chodziłam w kółko po pokoju, jak Trevor jeszcze 5 minut temu, wyrażając się po polsku. Jednak chłopcy zrozumieli wydźwięk.
- Maddie, może zaparzę ci rumianku...? - zaproponował Cody. Z furią w oczach odwróciłam się do niego.
- A może kup wiązankę temu dowcipnisiowi, któremu urwę łeb, jak go spotkam!
- To zaparzę. - wyszedł z pokoju. Trevor zaczął wpatrywać się w swoje dłonie, a Maxx podszedł do mnie powoli, tak, jak podchodzi się do nieoswojonego chomika - no wiecie, niby z miłością, ale jednak z niepewnością.
- Ej, kociaku, głuche telefony są zawsze lepsze od uciętej głowy konia w łóżku - próbował mnie udobruchać nawiązaniami do Ojca Chrzestnego.
- A niezadzieranie z don Corleone jest lepsze niż dług u niego. - zaripostowałam.
- Wow, szybko awansowałaś na szczyt naszego gangu "Rock in ciasnas rurkas".
         Parsknęłam śmiechem i przewróciłam się na kanapę.
- W takim razie mamy dzisiaj wolny wieczór, tak... Pogramy w Guitar Hero?
- Chyba jej odbiło - mruknął Tim, niby cicho, a jednak głośno.
- Chyba jesteś słaby w te klocki - odparowałam.
- Jestem perkusistą!
- Skopię ci dupę, amebo.
- Niby czym?
- Nibynóżką. - rzuciłam cholernie słaby żart biologów.
- Zaparzę mocniejszy - Cody cofnął się do kuchni, z której właśnie wyszedł z filiżanką w ręce.
- Poszukaj relanium! - zawołał za nim Matt. Zmierzyłam go spojrzeniem.
- Chodź, farfoclu. Zagrajmy.
- Mogłabyś skończyć z tymi dziwnymi określeniami, których nikt nie rozumie? - skrzywił się. Udałam, że namyślam się chwilę, wygrzebując konsolę z torby.
- Oczywiście, że nie, ty głupia kiełbasko.
- Brzmisz jak Sykes - Trevor patrzył gdzieś w bok, obejmując kolana rękoma.
- Trochę się od siebie nauczyliśmy przez te kilka lat. - wzruszyłam ramionami. - To kto gra pierwszy?
- Może powinniśmy się położyć do spania. Jest późno, jutro trudny dzień. - Danny przecierał oczy ze zmęczenia.
- Poważnie, próbujesz mnie pokonać w "Anastasii"? - kpiąco uśmiechnęłam się do Matta, który stanął do walki. - Jesteś śmieszny.
- A ty rozkojarzona.
     Zaśmiałam się w duchu. Rany, jaki on był naiwny. On nadal nie załapał, że Maddie Miko pod wpływem emocji staje się masterem na scenie. Nawet jeśli tą sceną był duży pokój w dwugwiazdkowym hotelu w Atlancie. A jej koncertem był level w Guitar Hero. Wzięłam gitarkę do ręki. Nic tak nie pomaga na zły humor jak wygrana.
      W ciągu półtorej godziny udało mi się ograć wszystkich gitarzystów oprócz Danny'ego, który deklarował tak ogromne zmęczenie. Mimo to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Mieliśmy wynajęty wieloosobowy pokój z niecodziennym rozmieszczeniem pokojów - dwie pięcioosobowe sypialnie były rozdzielone pokojem dziennym. Niestety w standard wyposażenia nie wchodziła kuchnia i łazienka, które były wspólne dla wszystkich gości hotelu na korytarzu. Gdy skończyliśmy grę, zabrałam swoją kosmetyczkę, piżamę oraz telefon i poszłam do toalety. Chłopcy zdążyli się już umyć i starali się zasnąć.
     Myjąc zęby, już przebrana w luźną koszulkę i damskie bokserki, co jakiś czas zerkałam na telefon. Od tamtego połączenia już się nie odezwał. Intrygował mnie ten śmiech, wwiercający się w uszy, pełen świadomości i kpiny. Napotkałam swój własny wzrok w lustrze i uświadomiłam sobie, co krąży mi po głowie.
- Miko, nawet się nie waż. - powiedziałam stanowczo. Odgarnęłam włosy i wypłukałam usta. Wycierając twarz, ponownie zerknęłam w lustro. - Magda, nie! To głupie.
      Sięgnęłam po telefon i wybrałam ostatni numer. Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Magda, błagam odłóż słuchawkę.
- Halo...? - zaspany, lekko zachrypnięty głos zagłuszył głośne bicie mojego serca. Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na stertę własnych ciuchów. Nie znałam tego głosu i ani trochę nie przypominał właściciela tamtego śmiechu. W pośpiechu zebrałam wszystkie rzeczy i niemal wybiegłam na korytarz, wpadając na kogoś. Przytrzymał mnie, ale cała moja własność rozsypała mi się pod nogi. Zaśmiałam się nerwowo, odsuwając się szybko.
- Przepraszam, nie widziałam cię.. - zająknęłam się, klękając i podnosząc ciuchy. Odpowiedziała mi cisza. Podniosłam wzrok. Zapomniałam otworzyć drzwi, a ciepło cudzego ciała i siłę ramion tak naprawdę zastąpił szok i klamka od drzwi. Przetarłam zmęczone oczy i odblokowałam zamek, wychodząc na zewnątrz i mamrotając do siebie. Był środek nocy, zaczynałam schizować.
      Z prędkością błyskawicy wpadłam do naszego pokoju, zakluczyłam drzwi i uciekłam do sypialni, którą dzieliłam z Set It Off. Wpełzając do łóżka między Cody'ego i Maxxa, przypomniałam sobie, że dawno temu sypiałam tak z Mattem i Oliverem. Wszystko się zmienia.
       Wydawało się, że dopiero zasnęłam, a już mnie budzili.
- Madd, wstawaj, śniadanie gotowe. Sam je zamówiłem - dumnym tonem oznajmił Cody. - Czekamy na ciebie w Midgardzie.
      Przewróciłam oczami, słysząc ten słaby żart. Mid, że niby middle, że niby na środku, tak jak znajdował się nasz wspólny pokój. No i Midgard, jako świat ludzi w mitologii skandynawskiej, w której byłam zakochana (wcale nie przez Toma Hiddlestona). Zwlekłam się z łóżka i, owinięta kocem, dołączyłam do chłopaków, wciskając się na kanapę, między Maxxa a Danny'ego. Ten drugi wyszczerzył do mnie zęby.
- Skopałem ci wczoraj dupę.
- Nie chciałam wyjść na rasistkę. - mruknęłam. Dopiero po chwili,gdy panowie zaczęli krztusić się ze śmiechu, zarejestrowałam to, co powiedziałam. - Rany, Dan, przepraszam!
- Nie ma sprawy, Miko. - uśmiechał się, ale ja nadal nie mogłam uwierzyć w swoją głupotę.
- Mistrzem taktu to ty zdecydowanie nie będziesz, kociaku. - Cody otarł łzy śmiechu z oczu i dolał mi mleka do kawy, przesuwając kubek w moją stronę. - Wypij to. Zamówiłem ci naleśniki.
- Słyszeliście, jak w nocy coś huknęło za ścianą? - rzucił Trevor. - Aż się obudziłem.
    Udałam bardzo zaaferowaną pochłanianiem śniadania.
- Mój ty biolchemie, jesteśmy w Atlancie. Może wybierzemy się do ogrodu botanicznego? - zaproponował Cody, odchylając się w fotelu i zakładając nogę na nogę. Upiłam łyk kawy, by nie zakrztusić się przepysznym naleśnikiem.
- Chciałem ją zabrać do Grant Park - odezwał się Trevor.
     Eh. Zakrztusiłam się.
- A ja chciałem jej pokazać Turner Field! - jęknął Maxx.
- To może zagramy w Guitar Hero? - uśmiechnął się Danny.
     Matthew wstał gwałtownie.
- W czym ona jest tak specjalna, że wszyscy ją ubóstwiacie? To zwykła nastolatka, do cholery jasnej. Ogarnijcie się i skupcie na tym, dlaczego tu jesteśmy.
     Cody odstawił kubek i oparł łokcie o kolana, stykając czubki palców.
- Mam wrażenie, że jesteśmy tu w dwóch różnych sprawach. Czyż nie, Trevorze?
     Chłopak powoli pokręcił głową.
- Ja już nie wiem, po co tu jestem. - wyszedł z pokoju. Wytarłam usta i wstałam.
- To może pójdziemy i tu, i tu, co? A teraz przepraszam, pójdę sprawdzić, co z nim.
          Matthew ruszył w moją stronę, ale Woody zatrzymał go w miejscu. Gdy mierzyli się spojrzeniami, ja zostawiłam kocyk i wyszłam na korytarz. W którą stronę poszedł Trevor? Odrzuciłam stronę łazienki, więc poszłam w lewo. Na końcu przejścia stał stolik do kawy i wygodne kanapy. Na jednej z nich siedział Wentworth, z głową pochyloną w dół. Zawahałam się. Wydawał się tak przybity, że nawet moja obecność mu nie pomoże. Z drugiej strony nie dowiem się tego, jeżeli nie podejdę. Przewróciłam oczami, klnąc sama na siebie. Nowy rok, nowa ja, po co się pchałam w ten związek?
      Usiadłam koło niego w milczeniu. Siedzieliśmy tak kilka minut, aż podniósł głowę i przetarł oczy.
- Nienawidzę cię, Maddie. Żałuję, że cię poznałem.
- W takim razie po co... - zamknął mi usta pocałunkiem. Okej, to było dziwne, ale jego pocałunek był tak gwałtowny, pełen bólu i mieszanych uczuć, że nie miałam serca się odsunąć. Przesunęłam dłonią po jego twarzy, ale chwycił moje obie dłonie i przycisnął je do mojego ciała. Nigdy nie pozwalał się dotykać.
- Obiecaj, że nie będziesz wściekła. - wyszeptał, opierając głowę o moje czoło. Zmarszczyłam brwi.
- Trevor...
- Nie. Wkrótce to skończę, okej? Wszystko będzie jak dawniej.
- Nic nie będzie jak dawniej. Natura na to nie pozwala...
     Zaśmiał się cicho, bez humoru.
- Zamiast pchać się w ten świat, mogłabyś zostać jakimś naukowcem. Naukowców mordują tylko na wojnach.
      Uśmiechnęłam się, gdy wstał i podał mi rękę. No przecież miał rację. Szkoda tylko, że ja nie jestem naukowcem. I dawno nie mieliśmy żadnej wojny. No i jestem tutaj. W tym świecie. Ehh.
------------------------------------------------------------------------------------------------
       Łaziliśmy pół dnia. Miałam totalnie dość i byłam gotowa dać im spokój z grą na konsoli. Ale nie, im uwidziało się dalsze chodzenie.
- Stawiam piciu, jeśli wrócimy już do hotelu - jęczałam, wlokąc się za Our Last Night. Drugi zespół musiał się od nas odłączyć na próbę dźwięku w drugiej części miasta.
- Miko, powiedz mi coś. Jak ty dawałaś radę na trasie z Bring Me the Horizon, skoro, po pierwsze: jeździli więcej od nas, po drugie: grali więcej od nas, po trzecie: pili więcej od nas? - zapytał Woody.
- Oni mnie lubili - wymamrotałam.
- Ah, czyli, że my cię nie lubimy?
- To nie to samo. Oni są Brytyjczykami, mają lepsze poczucie humoru.
- Lepsze? - Tim uniósł brwi.
- To cynicy. I są sarkastyczni, ironiczni i pełni dwuznaczności. To odpowiada mi bardziej niż wasze ciche riposty od przypadku do przypadku i potrzeba tłumaczenia wszystkiego.
- Czyli... gdybym cię teraz zjechał, to byś się nie obraziła, tylko uznała, że cię lubię? - zmrużył oczy Matt.
- Właśnie o tym mówię. Jesteście do bólu dosłowni.
- Tutaj mieliśmy grać koncert. Może uda nam się wejść na backstage? - Trevor wskazał na ogromną kolejkę przed nami.
- O ja cię, tak! - uśmiechnęłam się i wyprzedziłam korowód, przebijając się na czoło. Pograłabym sobie... - rozmarzyłam się. Trevor skręcił w zaułek, w którym stał duży, czarny autokar. Jeden z takich, którymi jeżdżą szanowane gwiazdy. Przyjemny dreszcz emocji przeszedł mi po grzbiecie. Może w końcu dowiem się, kto gra dzisiaj pierwsze skrzypce! Trevor minął autobus i podszedł do ciężkich, metalowych drzwi. Już po nie sięgał, gdy zadzwonił mój telefon. Chłopak zatrzymał się i nakazał mi odebrać.
- Co chcesz? - powitałam Anię ciepłymi słowami.
- Jesteś już w Atlancie?
- Tak, od wczoraj. Czemu pytasz? Coś się stało? - dziewczyna brzmiała, jakby był naprawdę przejęta.
- Nie możesz iść na dzisiejszy koncert Our Last Night. Obiecaj mi, że nie pójdziesz.
- Luzik, nie pójdę. Ich manager go odwołał. - w sumie nie byłam pewna, czy to manager anulował występ, ale ogólny fakt sprowadzał się do jednego - zespół zostaje w hotelu.
- Ouh. No chyba, że tak... Jak ci się podoba w trasie..?
- Słuchaj, Aniu, Trevor znalazł coś ekstra. Oddzwonię wieczorem, okej? - zerknęłam na zegarek na ręce, było dobrze popołudniu. - Albo raczej w nocy.
- Uważaj na siebie, okej? - Trevor pociągnął drzwi, które stanęły otworem. No, w końcu coś się dzieje!
- Pewnie. Na razie!
    Schowałam telefon i minęłam chłopaka, posyłając mu szeroki uśmiech. Wyglądał trochę blado, ale odwzajemnił grymas.
     Sufit był wysoko nad nami. Ogromna sala była pogrążona w półmroku.
- Gdzie my jesteśmy? - wyszeptałam. Bezmiar pomieszczenia trochę przytłaczał.
- Na zapleczu Fox Theatre.
- Wooow... - przeszłam kilka kroków w przód, okręcając się. Spódniczka, którą miałam na sobie, zawirowała wokół mnie. - Tu jest nieziemsko.
- Chodź - pociągnął mnie gdzieś w prawo i weszliśmy w labirynt korytarzy. Dało się słyszeć echo, jakby ktoś gdzieś bardzo daleko grał koncert rockowy. Pomimo całej uwagi, którą poświęcałam na oglądanie otoczenia, byłam już zagubiona. Trevor jednak chyba wiedział, gdzie jesteśmy, bo wydawał się bardzo pewny siebie. W końcu pchnął jakieś drzwi i wpuścił mnie do środka. Stało tutaj kilka foteli, mnóstwo czarnych skrzynek o różnej wielkości i stół z jedzeniem i napojami.
- Częstuj się - chłopak wskazał na stół, a sam zasiadł na kanapie, której dotychczas nie widziałam. Reszta zespołu kręciła się po pokoju, rozglądając się. Szum i bębnienie stało się tutaj o wiele bardziej wyraźne. Wzięłam sobie butelkę wody i usiadłam na kanapie. Między mnie a Trevora spokojnie zmieściłaby się jeszcze jedna osoba.
- Możemy tutaj być? - zapytałam, upijając łyk i zakręcając butelkę.
- Zdecydowanie jesteśmy tu, gdzie powinienem być.
- Musi być miło odnaleźć swoje miejsce w świecie. - zgodziłam się z nim. Gdzieś w tle rozległ się zgrzytliwy jazgot i huk. Zatkałam uszy. Buczenie ustało, teraz panowała cisza. - Hm. Fajnie tutaj.
- Miko, czasami się zastanawiam, dlaczego nie spotkałem cię wcześniej - Trevor uśmiechnął się całkiem szczerze. Ten koleś zdecydowane miał rozdwojenie jaźni, ale nic nie powiedziałam. W końcu czasem się z nim całowałam, byliśmy tak jakby parą, więc nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzenie się z tym.
      Gdzieś na korytarzu rozległy się kroki i po chwili drzwi się otworzyły.
- Pierdolę, nie gram już. Śmieje mi się w twarz, tysiące dzieci cierpią na brak śmiechu, a on się śmieje jak głupi do sera, wkurwia mnie to już... - wysoka, szczupła, ale umięśniona postać mamrotała coś do siebie, a ja zupełnie nie mogłam zrozumieć połowy słów. - Miło was zobaczyć, chłopaki, dawno się nie widzieliśmy. - mężczyzna w szarej koszulce podszedł do każdego z muzyków i objął go męskim uściskiem, aż podszedł do nas i wcisnął się między mnie a Trevora, ciężko siadając na kanapie i stękając głośno. - Ten taboret jest chujowy, ale poprzedni złamałem, muszę czekać na nowy. Trevor, myślałem, że nie możecie dzisiaj z nami zagrać, Sykes mówił, że odwołali wam samolot, czy coś takiego i nie zdążycie. Ale widzę, że w końcu spotkaliście się z Crystal, czujesz się już lepiej? Lee chciał ci kupić aspirynę, ale Jordan powiedział, że już masz, no i... - mężczyzna dopiero teraz na mnie spojrzał. Jego zielonkawe tęczówki przez chwilę zniknęły, tak szeroko rozszerzyły mu się źrenice ze zdziwienia. Patrzyłam na niego z rozchylonymi ustami.
       W sumie to oboje patrzyliśmy się na siebie, jakbyśmy się widzieli pierwszy raz w życiu. I niemal równocześnie poderwaliśmy się do góry.
- Maddie!
- Nicholls!
- Ja pierdolę.
       Nie. 'Ja pierdolę' to za mało. Zdecydowanie za mało.

niedziela, 8 maja 2016

Rozdział VIII.

                muzyka.
*spoiler: Rozdział z wieloma wulgaryzmami. Czytasz na własną odpowiedzialność.*
   @BMTH P.O.V

        Fuck. Jak ja się tu cholernie nudzę. Nie umiałem ukryć tej pogardy, która sama cisnęła mi się na linię ust, w każde spojrzenie, każdy ruch. Z całej mojej postaci emanowała silna awersja i pogardliwa niechęć. Ja sam czułem jej moc. I widziałem spłoszone spojrzenia, rzucane mi przez przyjaciół.
        Próba dźwięku zupełnie nam nie szła. Wiedziałem, że to przeze mnie. No, w dużej mierze, bo przecież nie odpowiadam sam za całe zło tego świata. Nie chciało mi się nawet unosić mikrofonu do ust. Wsłuchiwać się w muzykę. Stałem w miejscu i patrzyłem sobie w dal, w nicość. Myślałem.
- Okej, okej, okej. - rozległ się głos Philla. - Zróbmy sobie przerwę. 15 minut, co?
        Wiedziałem, że wszyscy są zmęczeni. I miałem to w dupie. Rzuciłem mikrofon na ziemię i po prostu zszedłem ze sceny, nie oglądając się na nic i na nikogo. Za chwilę jakiś frajer, który za marny hajs zatrudnił się na staż do techników Bring Me the Horizon, podbiegnie i podniesie sprzęt, będąc wdzięcznym, że dotyka rzeczy, która była w rękach Olivera Sykesa. Ale tylko on jeden będzie zachwycony. Reszta za mniej niż 15 sekund zacznie obrabiać mi dupę. Tyle wystarczy, by muzycy przecięli scenę i zbili się w grupkę gdzieś na uboczu. Za 10 sekund będą rzucać mi spojrzenia pełne potępienia. A za 5...
- Oli!
           A za 5 sekund Matt znowu się do mnie przyczepi. Wzruszyłem ramionami i szedłem dalej przed siebie, aż do stołu z przekąskami. Byliśmy teraz w czołówce muzycznego świata i kuszono nas takimi cackami jak szwedzki stół bez ograniczeń. To miłe, że dorobiliśmy się darmowego żarcia tylko w 12 lat ciężkiej pracy.
- Sykes!
           Gwałtownie się zatrzymałem.
- Stoisz tylko metr ode mnie. Nie musisz się drzeć, kurwa. - zanim Nicholls zdążył coś odpowiedzieć, ruszyłem dalej. Podszedłem do stołu i wziąłem sobie energetyka. W pewien sposób te napoje zastępowały mi ketaminę, którą odebrała mi Pixie. Sprawdzała mnie każdego wieczoru, nawet pod pozorem seksu albo czułości. Szykowała mi co rano ubrania, śniadania i kawę. Wpadała do nas w trakcie dnia. Wkurwiało mnie to, ale w sumie z rozbawieniem patrzyłem na jej starania i ulgę, gdy każdego dnia czuła spełnienie swojej misji. Szkoda tylko, że ani czułość i miłość Pixie, ani kawa, ani energetyki... nic nie mogło odwzorować tamtego słodkiego ukojenia, poczucia wolności i odrealnienia, poszerzania horyzontów myślenia i wyostrzenia spojrzenia. Wszyscy sądzą, że byłem uzależniony, ba! - ja sam tak myślałem. Ale zrozumiałem coś. To nie był narkotyk. To wspomagacz. I cholernie mi go brakuje.
- Słuchaj, Oli. Musisz się zdecydować. Może dla ciebie ten zespół nie jest już ważny, ale tutaj jest mnóstwo ludzi, którzy sporo dla niego poświęcili i nie chcą go stracić.
          Matt paplał coś sobie, jak to on, a ja patrzyłem na niego, popijając Nitrous Killer-B. Fascynowałoby mnie jego zaangażowanie, gdybym nie miał tak bardzo wyjebane na 97% świata.
- A co z Pixie? Ona też nie jest dla ciebie ważna? Sykes, musisz zrozumieć, że ranisz innych! Jeżeli ci się już nie chce, to daj nam znać. Wiesz, że na twoje miejsce znalazłoby się 10 innych.
- Chcesz mnie zastąpić jakimś... Jakimś śmieciem? Co to jest, Asking Alexandria? - warknąłem. Matt wyprostował się.
- Nie. Danny miał jaja, żeby przyznać, że to jego koniec w kapeli.
           Rozluźnienie dłoni trzymającej puszkę, jej cichy stukot, gdy uderza o drewnianą podłogę. Szybkie dwa kroki w przód, wyciągnięcie ręki, żelazny uścisk dłoni na szyi, mocne pchnięcie i nagle ściana jest tuż za jego plecami. Głośne przełknięcie śliny, przyśpieszenie tętna, utrata oddechu, krzyki w tle. Sykes 1:0 Nicholls. Moje usta tuż przy jego uchu.
- Jak ci się coś kurwa nie podoba, to spierdalaj. Załóż sobie pieprzony boysband i baw się dobrze. Ale odpieprz się ode mnie, jasne?
- Ty... chory...pojeb...
          Znudziłem się. Puściłem go, patrząc na niego z obrzydzeniem. I pomyśleć, że ten mięczak był kiedyś moim przyjacielem. Teraz już nie potrzebuję przyjaciół. Potrzebuję sojuszników. Posłałem mu ostatnie spojrzenie i zapomniałem o sytuacji. Wziąłem sobie kolejnego energizera i wyszedłem na podwórko.
         Owionęło mnie zimne, świeże, lutowe powietrze, nie zanieczyszczone ich strachem i rozczarowaniem. Potrząsnąłem głową, przydługie kosmyki włosów wpadły mi do oczu. Miałem kilka spraw do zrobienia i wśród nich nie znajdował się powrót na próbę. Jestem zbyt dobry, by uczestniczyć w jakichś chujowych próbach. Rozejrzałem się wokoło. Jordan, mój jedyny sojusznik w tym beznadziejnym zespole, powinien już tu być. Jak na zawołanie, pojawił się w drzwiach za mną.
- Idziemy? - zapytał, pocierając ramiona. Skinąłem głową i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę naszego autokaru. Stał, zaparkowany w drugim budynku. Można było do niego dojść korytarzem, łączącym prywatny parking z salą koncertową, albo właśnie wychodząc na podwórko. Nie śpieszyło mi się, ale i tak wybrałem tę krótszą drogę.
- Nicholls robi się niebezpieczny. - odezwał się Fish.
- Jeszcze trochę i mu przejdzie. Jak Weinhofenowi. - zerknął na mnie z zaskoczeniem, ale szybko się opanował.
- Już ty masz swoje sposoby.
- Otóż to. Nie zapominaj, że wiem, jak ukryć ciało.
         Zaśmiał się, szczerze, jak na mój gust. On nie zdradzi. I wiem, kto jeszcze mnie nie zdradzi. Pchnąłem drzwi od garażu. Dwie drobne sylwetki po drugiej stronie budynku  uniosły głowy. Mniejsza postać beztrosko kopała piłkę. Nie powinna być beztroska, ale niby miała prawo. Nie musiała niczego rozumieć. Nie to, co starsza osoba. Ona musiała doskonale wiedzieć, o co toczy się gra. I chyba rozumiała, bo natychmiast przywołała do siebie chłopca, który złapał piłkę i podbiegł do matki. Odwróciłem się i wyciągnąłem telefon. Jordan podszedł do naszych, hm, gości. Tak jak robiliśmy to od dawna. Wybrałem numer i odczekałem może z 5 sekund.
- Tak?
- Jesteś w Atlancie? - wcisnąłem rękę do kieszeni i uniosłem brodę, bez zainteresowania oglądając sufit.
- Tak.
- Przyjedziecie dzisiaj?
- Mówiłeś, żeby przyjechać dopiero jutro... - głos w słuchawce zaoponował. Zamknąłem oczy, tłumiąc wściekłość. Wziąłem głęboki wdech. Sykes, nie zmieniaj własnych planów. Czekałeś już tak długo. Poczekaj jeszcze trochę. Jeszcze jeden dzień.
- Okej. Niech tak będzie. - postarałem się, by mój głos był najzupełniej pozbawiony emocji. Mojego rozmówcę zbiło to z tropu. Odwróciłem się w stronę trzech postaci. Obserwowałem. - Patrzę na nich. Wiesz, że Noah od jakiegoś czasu mówi do mnie "wujku Oli?"
- Sykes...
- Tak, tak, dobrze.
       Nieśpiesznym krokiem podszedłem do grupki.
- Cześć, piękna. - uśmiechnąłem się kpiąco. Z potarganymi włosami, zapuchniętymi i podkrążonymi oczami nie była piękna. Znałem inną kobietę, która w podobnych okolicznościach była 10 razy piękniejsza. - Jak zdrówko?
- Nie mam nic do zarzucenia. - odparła, obejmując synka. Kucnąłem naprzeciw niego, patrząc mu w oczy.
- Ej, Noah, może zagrałbyś w piłkę z wujkiem Fishem?
      Ochoczo się zgodził i wyrwał matce z bezpiecznych objęć. Odprowadzała go wzrokiem z niepokojem na twarzy, gdy Jordan trzymał go za rękę i prowadził z dala od naszej rozmowy.
- Kurwa, kobieto, nie zamierzam go zabić na jakimś gównianym parkingu. Dzieciak to tylko amortyzator, powinnaś o tym wiedzieć.
- Nie masz dzieci, więc nie zrozumiesz. - odparowała. Uśmiechnąłem się leniwie. Mój gość już od jakiegoś czasu stawiał się coraz bardziej.
- Wiesz co, miałem go tu ściągnąć dzisiaj albo jutro. Ale chyba nie stęskniłaś się zbyt bardzo, hm? Chyba wytrzymasz jeszcze tydzień, lub dwa? A może bez Noaha będzie ci łatwiej? Ostatecznie dzieciak to spore utrapienie, gdy masz ważniejsze rzeczy na głowie.
       Maska opanowania runęła.
- Nie możesz mi go zabrać!
- Chyba zapomniałaś, kto tu dyktuje warunki. - zaśmiałem się.
- Nie przełożysz koncertu.
- Masz rację. Ale zmienię supportera. Bardzo mi przykro, księżniczko. Ty zmieniasz okoliczności, ja warunki. Tak to już jest. - uniosłem telefon do ucha. - Wiesz co, przyjacielu, obawiam się, że musimy trochę zmienić plany. Odwołuję jutrzejszy support. Spotkamy się innym razem.
- Nie możesz mi tego zrobić!
- Mówicie identycznie. To nużące - przewróciłem oczami. - Kiedy wy się, kurwa, nauczycie, że to ja panuję nad sytuacją?
- Skąd możesz wiedzieć, że dotrzymam umowy? Że ją przywiozę?
        Ehh, zakochani ludzie. Tak łatwo nimi manipulować.
- Bo od teraz to ja będę osobiście pilnował Noaha. Ciekawe, jak reagują dzieci, gdy są odcięte od obojga rodziców. Dam ci znać, kiedy zaproszę was na koncert. - rozłączyłem się i spojrzałem na kobietę u mych stóp. - Wydaje mi się, że właśnie zostałaś sama.
        Odwróciłem się i gwizdnąłem na Jordana. Obejrzał się, marszcząc brwi. Wskazałem na dzieciaka, a potem na drzwi. Spojrzał na niego niepewnie, a potem powiedział do niego kilka słów i razem ruszyli w stronę wyjścia. Powolnym krokiem również się tam skierowałem. Za mną rozległy się stłumione kroki, gdy Crystal podniosła się i popędziła za mną i swoim dzieckiem.
- Ty bydlaku, zostaw moje dziecko! - rzuciła się na mnie. Zdążyłem się odwrócić i ją złapać, gdy jej paznokcie zaatakowały moją twarz. W ostatniej chwili się uchyliłem i płaską dłonią uderzyłem ją w policzek, a potem odepchnąłem od siebie. Zatoczyła się i upadła na ziemię, płacząc. Kucnąłem nad nią i przycisnąłem ją do ziemi. Wyrywała się i piszczała, krztusząc się łzami. Nachyliłem się nad nią.
- Nigdy tego, kurwa, już nie próbuj. Dzieciak jest w moich rękach i dobrze ci radzę, ogarnij się. Jeden twój błąd i nigdy nie zobaczysz żadnego z nich, szmato. Do końca życia będziesz pamiętać, że to przez ciebie zginął niewinny dzieciak. Bądź grzeczna.
        Ostatni raz nią szarpnąłem i wstałem, poprawiając koszulkę. Splunąłem na ziemię z odrazą i wyszedłem na zewnątrz. Ponownie głęboko odetchnąłem i zobaczyłem brązowe oczy dzieciaka. Podszedłem do niego i potargałem mu blond loki.
- Mama jest chora i prosiła, żebyś zamieszkał na trochę ze mną i ciocią Hannah. Żebyś się nie rozchorował. W porządku?
        Mały powoli skinął głową. Miałem wrażenie, że jego wielkie oczy znają prawdę. Wzruszyłem ramionami.
- Jordan, zabierz Noaha do środka i daj mu ciastka, czy co tam będzie chciał.
        Nie miał pytań, natychmiast wykonał polecenie. Musiałem jeszcze tylko zadzwonić do Pixie i powiedzieć jej o nowych planach. Może potem jej to jakoś wynagrodzę. A może ucieszy się, że będzie mogła trochę wychowywać dzieciaka i nie musieć go wcześniej urodzić. To zepsułoby jej figurę.
        Straciłem support na jutrzejszy koncert. Ale to nie miało większego znaczenia. Phill zaraz znajdzie jakiś band, który będzie chciał sobie wpisać nasz supporting w portfolio.
        Bardziej irytowało mnie to, że będę musiał czekać jeszcze dłużej, aż dostanę ją w swoje ręce.

-----------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział jest krótki, ale bardzo naprowadza na dalszy ciąg wydarzeń. Chyba często będę zmieniać punkt widzenia, takie udoskonalenie drugiej części :) Co o tym sądzicie? Stay alive!

sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział VII.

         muzyka.
           Białe i niebieskie (przepraszam, turkusowe!) światła leniwie przesuwały się po scenie, niczym więzienne reflektory poszukujące więźniów. Dźwiękowiec SIO, Arthur, puścił intro. Gdy kończyła się jego druga powtórka, inny technik zaczął odliczać na palcach sekundy. 5...4...3...2...
         Cody wynurzył się z cienia backstage'u, mrucząc słowa piosenki do mikrofonu. Nie patrzył na widownię, tylko przed siebie, jak aktor przed monologiem. Powolnym, lekkim krokiem kroczył po scenie, dołączając do reszty zespołu. Ale nie w pełnym składzie. Austin ostatecznie odszedł z florydzkiej grupy.
          Nasze kapele rozjechały się. Minęły trzy dni od spotkania z PTV, gdy niespodziewanie Trevor oznajmił, że jadą do New Hampshire, podczas gdy SIO miało grać w Nowym Jorku. Żaden Polak nie odpuści sobie zobaczenia tego drugiego, więc, jak na prawdziwą patriotkę przystało, wybrałam Cody'ego i Maxxa.Trevorowi chyba bardziej ulżyło, niż zrobiło to jakąś różnicę.
          Atlanta zbliżała się wielkimi krokami i nie rozumiałam wszechobecnego uczucia... paniki. Im bliżej do show, tym dziwniejszy stawał się Trevor. Chodził zamyślony, bawiąc się komórką. Często bez słowa podchodził do mnie i mocno przytulał, jakby się bał. Równie często wybuchał gniewem i rzucał przedmiotami. A im częściej to robił, tym bardziej nachmurzony był Cody. Najczęściej Maxx posyłał mu wtedy znaczące spojrzenia i wzruszał ramionami.
          Czułam się strasznie samotna i, co gorsza, nie na miejscu. Po raz kolejny zostałam zepchnięta na backstage, dosłownie i w przenośni. Nie mogę powiedzieć, żebym była znudzona, bo z przyjemnością oglądałam półtorej godzinny solowy koncert Set It Off, którzy robili ogromne show. Widziałam, jacy są z siebie dumni, gdy tłum tańczył, jak oni im zagrali. Gwałtownie zatęskniłam za tym uczuciem, gdy masz władzę nad twoim małym światem i możesz robić, co ci się tylko podoba. Gdy tysiące ludzi lgną ku tobie, czekając, aż wykonasz czadową solówkę lub weźmiesz mikrofon w swoje dłonie.
          Odwróciłam wzrok i przecięłam mrok terenu dla techników. Nikt mnie nie obserwował. Nikt się nie interesował. Wszyscy byli pochłonięci widokiem czterech uzdolnionych muzyków z Florydy i wcale im się nie dziwiłam. Po kilkuminutowym błądzeniu po budynku, w końcu dotarłam do drzwi prowadzących na podwórko. Rozejrzałam się wokoło, obejmując się ramionami. Ameryka zaczynała mnie denerwować tą nagłą zmianą temperatur. Na Florydzie nawet po godzinie 20 ludzie zazwyczaj nie zakładali swetrów, a tutaj już koło 18 robiło się naprawdę chłodno.
            Kilka osób z obsługi budynku zaparkowało tu swoje samochody. Poza tym była to dość otwarta przestrzeń, więc czułam się stosunkowo bezpiecznie. W półmroku wypatrzyłam ławkę i skierowałam się ku niej, wyciągając zza stanika komórkę. W legginsach nie było miejsca na schowanie jej. Uniosłam telefon do ucha, licząc sygnały.
- Czego chcesz? - Ania nie wydawała się zachwycona telefonem. Szybko obliczyłam w myślach godziny. Zdecydowanie Ania nie powinna już być w łóżku.
- Cześć. Co tam?
- Wiesz, że nie znoszę tego pytania.
- A ty wiesz, że zawsze będę ci je zadawać. - zapadła między nami cisza, ale czułam, że Ania czeka na rozwinięcie. - Chcę wrócić do domu. Nie nadaję się do pilnowania backstage'u.
- To weź gitarę i pilnuj sceny.
- Nie chcę tutaj być. Nowy Jork jest zimny. - marudziłam dalej. Byłam pewna, że przyjaciółka przewraca oczami, gwałtownie  przerzucając kartki w książce od matmy.
- Jesteś tchórzem. Jak już pojechałaś w trasę koncertową, to mogłabyś spokojnie grać z nimi koncerty. Nawet polskie gazety już wiedzą, że cię tu nie ma. Szkolny radiowęzeł tylko na czeka na jakieś nagranie, żeby katować nim uczniów. Na razie w kółko puszczają N.M.E i wierz mi, znienawidziłam tę piosenkę. A poza tym po całej sieci krążą twoje zdjęcia z Trevorem. Masz jednak okropny gust, skoro wybierasz jego, mając pod ręką Carsona.
- Carson ma dziewczynę - odparłam naburmuszonym tonem. Dziewczyna głośno się roześmiała.
- Ale Danziger nie ma. I popatrz - jest perkusistą! No co za dziwny zbieg okoliczności...
- Przestań. Dzwonię do ciebie po radę, a nie... - urwałam, uświadomiwszy sobie, że to była rada. Tylko nie taka, która mi odpowiadała.
- Wracaj do środka, bierz gitarę i graj, dzieciaku. Inaczej do końca życia czekają cię wyrzuty sumienia, że mogłaś być gwiazdą estrady, a zostaniesz królową szczepionek i naklejek dla dzieci w przychodniach.
         Zaklęłam, zamykając oczy. Dlaczego nikt nie stoi po mojej stronie?
- Wiem, Miko, że też już to przemyślałaś. Weź się w garść!
- Tak się nie motywuje osób w depresji.
- Nie masz depresji, tylko lenia. Masz dwa wyjścia. Albo teraz przyswajasz ode mnie mentalnego kopa w dupę i lecisz na scenę, albo grzecznie wracasz do domu i uczysz się do cholernej matury z chemii. Bo nie zdasz.
- A ty z matmy. - mruknęłam.
- Rozszerzenia nie da się nie zdać, słonko. Spadaj już. - rozłączyła się. Pokręciłam głową i ukryłam twarz w dłoniach. Coraz bardziej trzęsłam się z zimna i z nerwów. Szybko przeanalizowałam swój system wartości. Po co tu jestem? Jaki jest sens istnienia? Czymże jest szczęście? Siąknęłam nosem i, nie oglądając się za siebie, uciekłam do środka, przez backstage, porywając gitarę i wskakując na scenę. Nie myślałam po co, ani dlaczego. Po prostu to zrobiłam.
          Trafiłam idealnie w refren The Haunting. Tłum wrzasnął, gdy wślizgnęłam się przed Danny'ego, odbierając mu mikrofon. Cody, choć zaskoczony, nie stracił rezonu. Uśmiechnął się szeroko i nagle wszyscy dali z siebie jeszcze więcej. Tłum napierał na barierki, więc Carson zeskoczył ze sceny i przeszedł nad przeszkodą, wpadając w ręce tłumu. A potem powtórzył kilkakrotnie ostatni wyraz i melodia zmieniła się w N.M.E. Roześmiałam się sama do siebie, przypomniawszy sobie opinię Ani.
             Natomiast w opinii Set It Off wymiatałam i powinnam grać z nimi aż do końca trasy. Oczywiście, że zaprzeczałam i broniłam się przed tą decyzją. Ale, na wszelki wypadek, niezbyt żarliwie. Lepiej nie kusić losu.
             I tak sobie jeździliśmy, od Nowego Jorku, przez New Jersey, Filadelfię, Waszyngton, Charlotte i inne, mniej lub bardziej znane mieściny. Wystawialiśmy dodatkowe pule biletów, bo gdy rozniosła się wieść, że Set It Off wciągnęli na scenę Maddie Miko, wszyscy lgnęli ujrzeć mój wielki comeback na własne oczy.
           W końcu dojechaliśmy do upragnionej Atlanty. Chłopcy odetchnęli z ulgą. Był to ostatni przystanek przez przerwą w trasie. W dalszą drogę ruszymy dopiero za tydzień. Zagraliśmy wspólnie wielkie show, bisując trzy razy. Czułam się idealnie, jakbym odzyskała utraconą kończynę. Scena była lekarstwem na wszystkie bolączki; gdy palce same układały się na strunach, a druga ręka nieświadomie uderzała je w odpowiednim rytmie, ja oddychałam głęboko i patrzyłam ze spokojem w tłum. Spokojem, tak ciężko wypracowanym i odnalezionym. Znów czułam się niezwyciężona.
           Po koncercie mieliśmy się spotkać z Our Last Night w zarezerwowanym hotelu. Nie tęskniłam za Trevorem, Maxx doskonale wypełniał tę pustkę. Bardzo przypominał mi Matta Nichollsa, z równie wielką miłością własną, tylko z lepszym poczuciem humoru. .
- No, Maddie - zagaił Cody, gdy autokar wiózł nas przez zatłoczone ulice. - Jak nastrój przed spotkaniem z mister Trevorem?
- Jesteś kochany, Cod. Tak bardzo martwisz się o moje życie uczuciowe...
- Staram się być miły - skrzywił się.
- Doceniam to. Ale myślę, że zarówno mnie, jak i Maxxowi ulży, gdy przestaniesz nas swatać.
       Szczęka mu opadła, ale szybko się opanował.
- Ja tylko nie chciałem, żeby znowu poniósł cię melanż. Trochę się boję twoich spotkań z dawno nie widzianymi przyjaciółmi.
- Przepraszam, czy ty mi coś wypominasz?
- Absolutnie. Tylko "wieczorem" nie znaczy na godzinę pierwszą w południe. Następnego dnia.
- To był mój pierwszy raz! - gwałtownie zaprotestowałam.
- Ja nie wnikam, kiedy miałaś swój pierwszy raz, śliczna. Bylebym nie był świadkiem następnego.
- Spoko, zamkniemy drzwi - Maxx objął mnie ramieniem. Pokręciłam głową, dusząc się ze śmiechu. Kierowca zatrzymał się i oznajmił głębokim głosem:
- Na miejscu.
       Gwałtownie uniosłam głowę. Czyżby to Bus Daddy zawitał do Atlanty? Zmrużyłam oczy, patrząc na kierowcę. Nie przypominał oryginału. Przynajmniej wydawało mi się, że był od niego chudszy.
- Idziesz? - Maxx stanął za mną i patrzył z wyczekiwaniem. Pokiwałam głową i zeszłam po schodkach, odprowadzana spojrzeniem kierowcy. Odeszliśmy kawałek, czekając na resztę zespołu. - Dobrze się czujesz? Trochę zbladłaś.
- Skąd jest ten kierowca? Znasz go?
- Nie - pokręcił głową. - Dostaliśmy go tylko tutaj. Na pewno nic ci nie jest?
- Wszystko jest w porządku.
       Ruszyliśmy w stronę hotelu. Maxx szedł tuż za mną, jak asekurant. Przez chwilę poczułam dreszczyk emocji, gdy uświadomiłam sobie, że już za chwilę spotkam Trevora. Zatłoczyliśmy troszeczkę windę, a chłopcy cały czas się szturchali i dogryzali sobie.
      Zaczęłam się denerwować. Nie byłam pewna, czym, ale czułam nieokreślony niepokój, jakbym podświadomie coś przeczuwała.
- Które to były drzwi? - zapytał Cody.
- 244 - odparł Danny. Gdzieś w otchłani wspomnień przywołał mi się obraz wytatuowanego Olivera. "Porozmawiajmy na temat manipulacji. - Nie jesteś incognito?" Nie rozumiałam zdenerwowania i zaśmiałam się cicho, sama do siebie. Panowie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, ale chyba odebrali to za oznakę zmęczenia.
         Gdy Zach pchnął drzwi, serce podeszło mi do gardła. Pozwoliłam nowym przyjaciołom wejść do środka, i dopiero wtedy sama przekroczyłam próg.
- Maddie! - rozległ się krzyk. Ale nie pełen bólu ani przerażenia, tylko szczerej radości. - W końcu jesteś!
         Trevor zasłonił mi widok całego pokoju, przytulając mnie. Kątem oka, spod jego ramienia rejestrowałam pokój. Tętno, które wcześniej przyśpieszyło mi do nienaturalnego rytmu, powoli się normowało. Odetchnęłam z ulgą.
          Ktoś tu znowu jest górą.