muzyka.
Trevor rzucił telefonem o ścianę, głośno klnąc. Nerwowo drgnęłam, patrząc, jak opanowanie Trevora ulatnia się w mgnieniu oka. Podbiegł do roztrzaskanego telefonu i cicho załkał, gdy zobaczył jego stan. Drżącymi rękoma próbował go pozbierać, ale gdy po raz kolejny szczątki rozsypały mu się przez palce, warknął i wstał, rozpoczynając marsz w kółko. Szczupłe palce wplótł w swoje loki, szarpiąc je i mamrocząc do siebie. Zachowywał się, jakby oszalał, a najbardziej niepokojący był brak reakcji ze strony jego przyjaciół, jego rodzonego brata. Poczułam się w obowiązku uspokojenia go, podejścia. Przecież ja naprawdę byłam jego przyjaciółką!
Wykonałam jeden, jedyny krok w jego stronę i drogę zastawił mi Matt. Uśmiechnęłam się.
- Cześć - rzuciłam i próbowałam go wyminąć, ale tym razem mężczyzna złapał mnie za ramiona. Uśmiech zszedł mi z ust. - Matt, puść mnie.
- Zostaw go. On jest chory.
- Nie jest chory, tylko samotny.
- Przez ciebie.
- Ach, przeze mnie? Patrząc na wasze relacje, był taki, zanim się spotkaliśmy!
- Matty, zostaw ją. - odezwał się cicho przedmiot naszego sporu. Siedział na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Przyglądał się mini karcie SIM, trzymanej w dłoni. - Znajdź mi nowy telefon, teraz. Maddie, podejdź do mnie.
Posłałam starszemu Wentworthowi triumfalne spojrzenie, ominęłam go i klęknęłam koło jego brata, obejmując go. Oparł głowę na moim ramieniu i przymknął oczy.
- Maddie Miko. Dlaczego jesteś tak niebezpieczna?
- Bo przyciągam niebezpieczeństwa - zaśmiałam się cicho, głaszcząc go po włosach. - Powiesz mi, kto to był?
Zawahał się chwilę.
- Ktoś znacznie ważniejszy ode mnie. Odwołał nam koncert.
Wokół nas zebrali się członkowie obu zespołów. Cody przyglądał mi się z zamyśleniem, Matt z nienawiścią. Maxx wyglądał, jakby przepełniał go bezbrzeżny smutek. Maddie Miko, wyzwalacz wszystkich emocji. Jeśli jeszcze jakiegoś nie znacie, zgłoście się do mnie, a na pewno wkrótce go zaznacie.
- Czułaś kiedyś, że wszystko wymyka ci się spod kontroli...? - jego oczy wyrażały wewnętrzną walkę z samym sobą. Jakby próbował mi coś przekazać, a ja nie mogłam zrozumieć treści i właśnie to go frustrowało.
- Ostatni raz 5 minut temu. Kogo mieliście supportować, Trev?
- Miko, albo masz w torbie bombę, albo wibruje ci telefon - odezwał się Tim, perkusista. - Mam nadzieję, że to drugie, bo na dzisiaj mam dość wrażeń.
Rozejrzałam się wokoło, marszcząc brwi. Niby kto miał do mnie dzwonić o tej porze? Maxx zlitował się nade mną i brodą wskazał mi mój bagaż. Upewniłam się, że Trevor przez chwilę sobie beze mnie poradzi i odebrałam w ostatniej chwili.
- Tak? - po drugiej stronie panowała cisza. Zerknęłam na ekran, numer nieznany. Ciarki przeszły mi po plecach. - Kto mówi?
Posłałam kolegom zmieszane spojrzenie i jeszcze raz spojrzałam na wyświetlacz.
- No, słucham?
Po drugiej stronie rozległ się wysoki, szyderczy śmiech. Pisnęłam ze strachu, niemalże wypuszczając telefon z ręki. Głos raptownie się urwał i połączenie zostało przerwane. Łzy same napłynęły mi do oczu. Ale tym razem nie byłam już mięczakiem! To nie były łzy strachu, tylko gniewu, bezsilnej, ogłupiającej złości.
- Frajer, kuźwa, amatorzy, ja pizgam, cymbał, ciućmok, cholera jasna, idioci! - chodziłam w kółko po pokoju, jak Trevor jeszcze 5 minut temu, wyrażając się po polsku. Jednak chłopcy zrozumieli wydźwięk.
- Maddie, może zaparzę ci rumianku...? - zaproponował Cody. Z furią w oczach odwróciłam się do niego.
- A może kup wiązankę temu dowcipnisiowi, któremu urwę łeb, jak go spotkam!
- To zaparzę. - wyszedł z pokoju. Trevor zaczął wpatrywać się w swoje dłonie, a Maxx podszedł do mnie powoli, tak, jak podchodzi się do nieoswojonego chomika - no wiecie, niby z miłością, ale jednak z niepewnością.
- Ej, kociaku, głuche telefony są zawsze lepsze od uciętej głowy konia w łóżku - próbował mnie udobruchać nawiązaniami do Ojca Chrzestnego.
- A niezadzieranie z don Corleone jest lepsze niż dług u niego. - zaripostowałam.
- Wow, szybko awansowałaś na szczyt naszego gangu "Rock in ciasnas rurkas".
Parsknęłam śmiechem i przewróciłam się na kanapę.
- W takim razie mamy dzisiaj wolny wieczór, tak... Pogramy w Guitar Hero?
- Chyba jej odbiło - mruknął Tim, niby cicho, a jednak głośno.
- Chyba jesteś słaby w te klocki - odparowałam.
- Jestem perkusistą!
- Skopię ci dupę, amebo.
- Niby czym?
- Nibynóżką. - rzuciłam cholernie słaby żart biologów.
- Zaparzę mocniejszy - Cody cofnął się do kuchni, z której właśnie wyszedł z filiżanką w ręce.
- Poszukaj relanium! - zawołał za nim Matt. Zmierzyłam go spojrzeniem.
- Chodź, farfoclu. Zagrajmy.
- Mogłabyś skończyć z tymi dziwnymi określeniami, których nikt nie rozumie? - skrzywił się. Udałam, że namyślam się chwilę, wygrzebując konsolę z torby.
- Oczywiście, że nie, ty głupia kiełbasko.
- Brzmisz jak Sykes - Trevor patrzył gdzieś w bok, obejmując kolana rękoma.
- Trochę się od siebie nauczyliśmy przez te kilka lat. - wzruszyłam ramionami. - To kto gra pierwszy?
- Może powinniśmy się położyć do spania. Jest późno, jutro trudny dzień. - Danny przecierał oczy ze zmęczenia.
- Poważnie, próbujesz mnie pokonać w "Anastasii"? - kpiąco uśmiechnęłam się do Matta, który stanął do walki. - Jesteś śmieszny.
- A ty rozkojarzona.
Zaśmiałam się w duchu. Rany, jaki on był naiwny. On nadal nie załapał, że Maddie Miko pod wpływem emocji staje się masterem na scenie. Nawet jeśli tą sceną był duży pokój w dwugwiazdkowym hotelu w Atlancie. A jej koncertem był level w Guitar Hero. Wzięłam gitarkę do ręki. Nic tak nie pomaga na zły humor jak wygrana.
W ciągu półtorej godziny udało mi się ograć wszystkich gitarzystów oprócz Danny'ego, który deklarował tak ogromne zmęczenie. Mimo to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Mieliśmy wynajęty wieloosobowy pokój z niecodziennym rozmieszczeniem pokojów - dwie pięcioosobowe sypialnie były rozdzielone pokojem dziennym. Niestety w standard wyposażenia nie wchodziła kuchnia i łazienka, które były wspólne dla wszystkich gości hotelu na korytarzu. Gdy skończyliśmy grę, zabrałam swoją kosmetyczkę, piżamę oraz telefon i poszłam do toalety. Chłopcy zdążyli się już umyć i starali się zasnąć.
Myjąc zęby, już przebrana w luźną koszulkę i damskie bokserki, co jakiś czas zerkałam na telefon. Od tamtego połączenia już się nie odezwał. Intrygował mnie ten śmiech, wwiercający się w uszy, pełen świadomości i kpiny. Napotkałam swój własny wzrok w lustrze i uświadomiłam sobie, co krąży mi po głowie.
- Miko, nawet się nie waż. - powiedziałam stanowczo. Odgarnęłam włosy i wypłukałam usta. Wycierając twarz, ponownie zerknęłam w lustro. - Magda, nie! To głupie.
Sięgnęłam po telefon i wybrałam ostatni numer. Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Magda, błagam odłóż słuchawkę.
- Halo...? - zaspany, lekko zachrypnięty głos zagłuszył głośne bicie mojego serca. Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na stertę własnych ciuchów. Nie znałam tego głosu i ani trochę nie przypominał właściciela tamtego śmiechu. W pośpiechu zebrałam wszystkie rzeczy i niemal wybiegłam na korytarz, wpadając na kogoś. Przytrzymał mnie, ale cała moja własność rozsypała mi się pod nogi. Zaśmiałam się nerwowo, odsuwając się szybko.
- Przepraszam, nie widziałam cię.. - zająknęłam się, klękając i podnosząc ciuchy. Odpowiedziała mi cisza. Podniosłam wzrok. Zapomniałam otworzyć drzwi, a ciepło cudzego ciała i siłę ramion tak naprawdę zastąpił szok i klamka od drzwi. Przetarłam zmęczone oczy i odblokowałam zamek, wychodząc na zewnątrz i mamrotając do siebie. Był środek nocy, zaczynałam schizować.
Z prędkością błyskawicy wpadłam do naszego pokoju, zakluczyłam drzwi i uciekłam do sypialni, którą dzieliłam z Set It Off. Wpełzając do łóżka między Cody'ego i Maxxa, przypomniałam sobie, że dawno temu sypiałam tak z Mattem i Oliverem. Wszystko się zmienia.
Wydawało się, że dopiero zasnęłam, a już mnie budzili.
- Madd, wstawaj, śniadanie gotowe. Sam je zamówiłem - dumnym tonem oznajmił Cody. - Czekamy na ciebie w Midgardzie.
Przewróciłam oczami, słysząc ten słaby żart. Mid, że niby middle, że niby na środku, tak jak znajdował się nasz wspólny pokój. No i Midgard, jako świat ludzi w mitologii skandynawskiej, w której byłam zakochana (wcale nie przez Toma Hiddlestona). Zwlekłam się z łóżka i, owinięta kocem, dołączyłam do chłopaków, wciskając się na kanapę, między Maxxa a Danny'ego. Ten drugi wyszczerzył do mnie zęby.
- Skopałem ci wczoraj dupę.
- Nie chciałam wyjść na rasistkę. - mruknęłam. Dopiero po chwili,gdy panowie zaczęli krztusić się ze śmiechu, zarejestrowałam to, co powiedziałam. - Rany, Dan, przepraszam!
- Nie ma sprawy, Miko. - uśmiechał się, ale ja nadal nie mogłam uwierzyć w swoją głupotę.
- Mistrzem taktu to ty zdecydowanie nie będziesz, kociaku. - Cody otarł łzy śmiechu z oczu i dolał mi mleka do kawy, przesuwając kubek w moją stronę. - Wypij to. Zamówiłem ci naleśniki.
- Słyszeliście, jak w nocy coś huknęło za ścianą? - rzucił Trevor. - Aż się obudziłem.
Udałam bardzo zaaferowaną pochłanianiem śniadania.
- Mój ty biolchemie, jesteśmy w Atlancie. Może wybierzemy się do ogrodu botanicznego? - zaproponował Cody, odchylając się w fotelu i zakładając nogę na nogę. Upiłam łyk kawy, by nie zakrztusić się przepysznym naleśnikiem.
- Chciałem ją zabrać do Grant Park - odezwał się Trevor.
Eh. Zakrztusiłam się.
- A ja chciałem jej pokazać Turner Field! - jęknął Maxx.
- To może zagramy w Guitar Hero? - uśmiechnął się Danny.
Matthew wstał gwałtownie.
- W czym ona jest tak specjalna, że wszyscy ją ubóstwiacie? To zwykła nastolatka, do cholery jasnej. Ogarnijcie się i skupcie na tym, dlaczego tu jesteśmy.
Cody odstawił kubek i oparł łokcie o kolana, stykając czubki palców.
- Mam wrażenie, że jesteśmy tu w dwóch różnych sprawach. Czyż nie, Trevorze?
Chłopak powoli pokręcił głową.
- Ja już nie wiem, po co tu jestem. - wyszedł z pokoju. Wytarłam usta i wstałam.
- To może pójdziemy i tu, i tu, co? A teraz przepraszam, pójdę sprawdzić, co z nim.
Matthew ruszył w moją stronę, ale Woody zatrzymał go w miejscu. Gdy mierzyli się spojrzeniami, ja zostawiłam kocyk i wyszłam na korytarz. W którą stronę poszedł Trevor? Odrzuciłam stronę łazienki, więc poszłam w lewo. Na końcu przejścia stał stolik do kawy i wygodne kanapy. Na jednej z nich siedział Wentworth, z głową pochyloną w dół. Zawahałam się. Wydawał się tak przybity, że nawet moja obecność mu nie pomoże. Z drugiej strony nie dowiem się tego, jeżeli nie podejdę. Przewróciłam oczami, klnąc sama na siebie. Nowy rok, nowa ja, po co się pchałam w ten związek?
Usiadłam koło niego w milczeniu. Siedzieliśmy tak kilka minut, aż podniósł głowę i przetarł oczy.
- Nienawidzę cię, Maddie. Żałuję, że cię poznałem.
- W takim razie po co... - zamknął mi usta pocałunkiem. Okej, to było dziwne, ale jego pocałunek był tak gwałtowny, pełen bólu i mieszanych uczuć, że nie miałam serca się odsunąć. Przesunęłam dłonią po jego twarzy, ale chwycił moje obie dłonie i przycisnął je do mojego ciała. Nigdy nie pozwalał się dotykać.
- Obiecaj, że nie będziesz wściekła. - wyszeptał, opierając głowę o moje czoło. Zmarszczyłam brwi.
- Trevor...
- Nie. Wkrótce to skończę, okej? Wszystko będzie jak dawniej.
- Nic nie będzie jak dawniej. Natura na to nie pozwala...
Zaśmiał się cicho, bez humoru.
- Zamiast pchać się w ten świat, mogłabyś zostać jakimś naukowcem. Naukowców mordują tylko na wojnach.
Uśmiechnęłam się, gdy wstał i podał mi rękę. No przecież miał rację. Szkoda tylko, że ja nie jestem naukowcem. I dawno nie mieliśmy żadnej wojny. No i jestem tutaj. W tym świecie. Ehh.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Łaziliśmy pół dnia. Miałam totalnie dość i byłam gotowa dać im spokój z grą na konsoli. Ale nie, im uwidziało się dalsze chodzenie.
- Stawiam piciu, jeśli wrócimy już do hotelu - jęczałam, wlokąc się za Our Last Night. Drugi zespół musiał się od nas odłączyć na próbę dźwięku w drugiej części miasta.
- Miko, powiedz mi coś. Jak ty dawałaś radę na trasie z Bring Me the Horizon, skoro, po pierwsze: jeździli więcej od nas, po drugie: grali więcej od nas, po trzecie: pili więcej od nas? - zapytał Woody.
- Oni mnie lubili - wymamrotałam.
- Ah, czyli, że my cię nie lubimy?
- To nie to samo. Oni są Brytyjczykami, mają lepsze poczucie humoru.
- Lepsze? - Tim uniósł brwi.
- To cynicy. I są sarkastyczni, ironiczni i pełni dwuznaczności. To odpowiada mi bardziej niż wasze ciche riposty od przypadku do przypadku i potrzeba tłumaczenia wszystkiego.
- Czyli... gdybym cię teraz zjechał, to byś się nie obraziła, tylko uznała, że cię lubię? - zmrużył oczy Matt.
- Właśnie o tym mówię. Jesteście do bólu dosłowni.
- Tutaj mieliśmy grać koncert. Może uda nam się wejść na backstage? - Trevor wskazał na ogromną kolejkę przed nami.
- O ja cię, tak! - uśmiechnęłam się i wyprzedziłam korowód, przebijając się na czoło. Pograłabym sobie... - rozmarzyłam się. Trevor skręcił w zaułek, w którym stał duży, czarny autokar. Jeden z takich, którymi jeżdżą szanowane gwiazdy. Przyjemny dreszcz emocji przeszedł mi po grzbiecie. Może w końcu dowiem się, kto gra dzisiaj pierwsze skrzypce! Trevor minął autobus i podszedł do ciężkich, metalowych drzwi. Już po nie sięgał, gdy zadzwonił mój telefon. Chłopak zatrzymał się i nakazał mi odebrać.
- Co chcesz? - powitałam Anię ciepłymi słowami.
- Jesteś już w Atlancie?
- Tak, od wczoraj. Czemu pytasz? Coś się stało? - dziewczyna brzmiała, jakby był naprawdę przejęta.
- Nie możesz iść na dzisiejszy koncert Our Last Night. Obiecaj mi, że nie pójdziesz.
- Luzik, nie pójdę. Ich manager go odwołał. - w sumie nie byłam pewna, czy to manager anulował występ, ale ogólny fakt sprowadzał się do jednego - zespół zostaje w hotelu.
- Ouh. No chyba, że tak... Jak ci się podoba w trasie..?
- Słuchaj, Aniu, Trevor znalazł coś ekstra. Oddzwonię wieczorem, okej? - zerknęłam na zegarek na ręce, było dobrze popołudniu. - Albo raczej w nocy.
- Uważaj na siebie, okej? - Trevor pociągnął drzwi, które stanęły otworem. No, w końcu coś się dzieje!
- Pewnie. Na razie!
Schowałam telefon i minęłam chłopaka, posyłając mu szeroki uśmiech. Wyglądał trochę blado, ale odwzajemnił grymas.
Sufit był wysoko nad nami. Ogromna sala była pogrążona w półmroku.
- Gdzie my jesteśmy? - wyszeptałam. Bezmiar pomieszczenia trochę przytłaczał.
- Na zapleczu Fox Theatre.
- Wooow... - przeszłam kilka kroków w przód, okręcając się. Spódniczka, którą miałam na sobie, zawirowała wokół mnie. - Tu jest nieziemsko.
- Chodź - pociągnął mnie gdzieś w prawo i weszliśmy w labirynt korytarzy. Dało się słyszeć echo, jakby ktoś gdzieś bardzo daleko grał koncert rockowy. Pomimo całej uwagi, którą poświęcałam na oglądanie otoczenia, byłam już zagubiona. Trevor jednak chyba wiedział, gdzie jesteśmy, bo wydawał się bardzo pewny siebie. W końcu pchnął jakieś drzwi i wpuścił mnie do środka. Stało tutaj kilka foteli, mnóstwo czarnych skrzynek o różnej wielkości i stół z jedzeniem i napojami.
- Częstuj się - chłopak wskazał na stół, a sam zasiadł na kanapie, której dotychczas nie widziałam. Reszta zespołu kręciła się po pokoju, rozglądając się. Szum i bębnienie stało się tutaj o wiele bardziej wyraźne. Wzięłam sobie butelkę wody i usiadłam na kanapie. Między mnie a Trevora spokojnie zmieściłaby się jeszcze jedna osoba.
- Możemy tutaj być? - zapytałam, upijając łyk i zakręcając butelkę.
- Zdecydowanie jesteśmy tu, gdzie powinienem być.
- Musi być miło odnaleźć swoje miejsce w świecie. - zgodziłam się z nim. Gdzieś w tle rozległ się zgrzytliwy jazgot i huk. Zatkałam uszy. Buczenie ustało, teraz panowała cisza. - Hm. Fajnie tutaj.
- Miko, czasami się zastanawiam, dlaczego nie spotkałem cię wcześniej - Trevor uśmiechnął się całkiem szczerze. Ten koleś zdecydowane miał rozdwojenie jaźni, ale nic nie powiedziałam. W końcu czasem się z nim całowałam, byliśmy tak jakby parą, więc nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzenie się z tym.
Gdzieś na korytarzu rozległy się kroki i po chwili drzwi się otworzyły.
- Pierdolę, nie gram już. Śmieje mi się w twarz, tysiące dzieci cierpią na brak śmiechu, a on się śmieje jak głupi do sera, wkurwia mnie to już... - wysoka, szczupła, ale umięśniona postać mamrotała coś do siebie, a ja zupełnie nie mogłam zrozumieć połowy słów. - Miło was zobaczyć, chłopaki, dawno się nie widzieliśmy. - mężczyzna w szarej koszulce podszedł do każdego z muzyków i objął go męskim uściskiem, aż podszedł do nas i wcisnął się między mnie a Trevora, ciężko siadając na kanapie i stękając głośno. - Ten taboret jest chujowy, ale poprzedni złamałem, muszę czekać na nowy. Trevor, myślałem, że nie możecie dzisiaj z nami zagrać, Sykes mówił, że odwołali wam samolot, czy coś takiego i nie zdążycie. Ale widzę, że w końcu spotkaliście się z Crystal, czujesz się już lepiej? Lee chciał ci kupić aspirynę, ale Jordan powiedział, że już masz, no i... - mężczyzna dopiero teraz na mnie spojrzał. Jego zielonkawe tęczówki przez chwilę zniknęły, tak szeroko rozszerzyły mu się źrenice ze zdziwienia. Patrzyłam na niego z rozchylonymi ustami.
W sumie to oboje patrzyliśmy się na siebie, jakbyśmy się widzieli pierwszy raz w życiu. I niemal równocześnie poderwaliśmy się do góry.
- Maddie!
- Nicholls!
- Ja pierdolę.
Nie. 'Ja pierdolę' to za mało. Zdecydowanie za mało.
sobota, 28 maja 2016
niedziela, 8 maja 2016
Rozdział VIII.
muzyka.
*spoiler: Rozdział z wieloma wulgaryzmami. Czytasz na własną odpowiedzialność.*
@BMTH P.O.V
Fuck. Jak ja się tu cholernie nudzę. Nie umiałem ukryć tej pogardy, która sama cisnęła mi się na linię ust, w każde spojrzenie, każdy ruch. Z całej mojej postaci emanowała silna awersja i pogardliwa niechęć. Ja sam czułem jej moc. I widziałem spłoszone spojrzenia, rzucane mi przez przyjaciół.
Próba dźwięku zupełnie nam nie szła. Wiedziałem, że to przeze mnie. No, w dużej mierze, bo przecież nie odpowiadam sam za całe zło tego świata. Nie chciało mi się nawet unosić mikrofonu do ust. Wsłuchiwać się w muzykę. Stałem w miejscu i patrzyłem sobie w dal, w nicość. Myślałem.
- Okej, okej, okej. - rozległ się głos Philla. - Zróbmy sobie przerwę. 15 minut, co?
Wiedziałem, że wszyscy są zmęczeni. I miałem to w dupie. Rzuciłem mikrofon na ziemię i po prostu zszedłem ze sceny, nie oglądając się na nic i na nikogo. Za chwilę jakiś frajer, który za marny hajs zatrudnił się na staż do techników Bring Me the Horizon, podbiegnie i podniesie sprzęt, będąc wdzięcznym, że dotyka rzeczy, która była w rękach Olivera Sykesa. Ale tylko on jeden będzie zachwycony. Reszta za mniej niż 15 sekund zacznie obrabiać mi dupę. Tyle wystarczy, by muzycy przecięli scenę i zbili się w grupkę gdzieś na uboczu. Za 10 sekund będą rzucać mi spojrzenia pełne potępienia. A za 5...
- Oli!
A za 5 sekund Matt znowu się do mnie przyczepi. Wzruszyłem ramionami i szedłem dalej przed siebie, aż do stołu z przekąskami. Byliśmy teraz w czołówce muzycznego świata i kuszono nas takimi cackami jak szwedzki stół bez ograniczeń. To miłe, że dorobiliśmy się darmowego żarcia tylko w 12 lat ciężkiej pracy.
- Sykes!
Gwałtownie się zatrzymałem.
- Stoisz tylko metr ode mnie. Nie musisz się drzeć, kurwa. - zanim Nicholls zdążył coś odpowiedzieć, ruszyłem dalej. Podszedłem do stołu i wziąłem sobie energetyka. W pewien sposób te napoje zastępowały mi ketaminę, którą odebrała mi Pixie. Sprawdzała mnie każdego wieczoru, nawet pod pozorem seksu albo czułości. Szykowała mi co rano ubrania, śniadania i kawę. Wpadała do nas w trakcie dnia. Wkurwiało mnie to, ale w sumie z rozbawieniem patrzyłem na jej starania i ulgę, gdy każdego dnia czuła spełnienie swojej misji. Szkoda tylko, że ani czułość i miłość Pixie, ani kawa, ani energetyki... nic nie mogło odwzorować tamtego słodkiego ukojenia, poczucia wolności i odrealnienia, poszerzania horyzontów myślenia i wyostrzenia spojrzenia. Wszyscy sądzą, że byłem uzależniony, ba! - ja sam tak myślałem. Ale zrozumiałem coś. To nie był narkotyk. To wspomagacz. I cholernie mi go brakuje.
- Słuchaj, Oli. Musisz się zdecydować. Może dla ciebie ten zespół nie jest już ważny, ale tutaj jest mnóstwo ludzi, którzy sporo dla niego poświęcili i nie chcą go stracić.
Matt paplał coś sobie, jak to on, a ja patrzyłem na niego, popijając Nitrous Killer-B. Fascynowałoby mnie jego zaangażowanie, gdybym nie miał tak bardzo wyjebane na 97% świata.
- A co z Pixie? Ona też nie jest dla ciebie ważna? Sykes, musisz zrozumieć, że ranisz innych! Jeżeli ci się już nie chce, to daj nam znać. Wiesz, że na twoje miejsce znalazłoby się 10 innych.
- Chcesz mnie zastąpić jakimś... Jakimś śmieciem? Co to jest, Asking Alexandria? - warknąłem. Matt wyprostował się.
- Nie. Danny miał jaja, żeby przyznać, że to jego koniec w kapeli.
Rozluźnienie dłoni trzymającej puszkę, jej cichy stukot, gdy uderza o drewnianą podłogę. Szybkie dwa kroki w przód, wyciągnięcie ręki, żelazny uścisk dłoni na szyi, mocne pchnięcie i nagle ściana jest tuż za jego plecami. Głośne przełknięcie śliny, przyśpieszenie tętna, utrata oddechu, krzyki w tle. Sykes 1:0 Nicholls. Moje usta tuż przy jego uchu.
- Jak ci się coś kurwa nie podoba, to spierdalaj. Załóż sobie pieprzony boysband i baw się dobrze. Ale odpieprz się ode mnie, jasne?
- Ty... chory...pojeb...
Znudziłem się. Puściłem go, patrząc na niego z obrzydzeniem. I pomyśleć, że ten mięczak był kiedyś moim przyjacielem. Teraz już nie potrzebuję przyjaciół. Potrzebuję sojuszników. Posłałem mu ostatnie spojrzenie i zapomniałem o sytuacji. Wziąłem sobie kolejnego energizera i wyszedłem na podwórko.
Owionęło mnie zimne, świeże, lutowe powietrze, nie zanieczyszczone ich strachem i rozczarowaniem. Potrząsnąłem głową, przydługie kosmyki włosów wpadły mi do oczu. Miałem kilka spraw do zrobienia i wśród nich nie znajdował się powrót na próbę. Jestem zbyt dobry, by uczestniczyć w jakichś chujowych próbach. Rozejrzałem się wokoło. Jordan, mój jedyny sojusznik w tym beznadziejnym zespole, powinien już tu być. Jak na zawołanie, pojawił się w drzwiach za mną.
- Idziemy? - zapytał, pocierając ramiona. Skinąłem głową i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę naszego autokaru. Stał, zaparkowany w drugim budynku. Można było do niego dojść korytarzem, łączącym prywatny parking z salą koncertową, albo właśnie wychodząc na podwórko. Nie śpieszyło mi się, ale i tak wybrałem tę krótszą drogę.
- Nicholls robi się niebezpieczny. - odezwał się Fish.
- Jeszcze trochę i mu przejdzie. Jak Weinhofenowi. - zerknął na mnie z zaskoczeniem, ale szybko się opanował.
- Już ty masz swoje sposoby.
- Otóż to. Nie zapominaj, że wiem, jak ukryć ciało.
Zaśmiał się, szczerze, jak na mój gust. On nie zdradzi. I wiem, kto jeszcze mnie nie zdradzi. Pchnąłem drzwi od garażu. Dwie drobne sylwetki po drugiej stronie budynku uniosły głowy. Mniejsza postać beztrosko kopała piłkę. Nie powinna być beztroska, ale niby miała prawo. Nie musiała niczego rozumieć. Nie to, co starsza osoba. Ona musiała doskonale wiedzieć, o co toczy się gra. I chyba rozumiała, bo natychmiast przywołała do siebie chłopca, który złapał piłkę i podbiegł do matki. Odwróciłem się i wyciągnąłem telefon. Jordan podszedł do naszych, hm, gości. Tak jak robiliśmy to od dawna. Wybrałem numer i odczekałem może z 5 sekund.
- Tak?
- Jesteś w Atlancie? - wcisnąłem rękę do kieszeni i uniosłem brodę, bez zainteresowania oglądając sufit.
- Tak.
- Przyjedziecie dzisiaj?
- Mówiłeś, żeby przyjechać dopiero jutro... - głos w słuchawce zaoponował. Zamknąłem oczy, tłumiąc wściekłość. Wziąłem głęboki wdech. Sykes, nie zmieniaj własnych planów. Czekałeś już tak długo. Poczekaj jeszcze trochę. Jeszcze jeden dzień.
- Okej. Niech tak będzie. - postarałem się, by mój głos był najzupełniej pozbawiony emocji. Mojego rozmówcę zbiło to z tropu. Odwróciłem się w stronę trzech postaci. Obserwowałem. - Patrzę na nich. Wiesz, że Noah od jakiegoś czasu mówi do mnie "wujku Oli?"
- Sykes...
- Tak, tak, dobrze.
Nieśpiesznym krokiem podszedłem do grupki.
- Cześć, piękna. - uśmiechnąłem się kpiąco. Z potarganymi włosami, zapuchniętymi i podkrążonymi oczami nie była piękna. Znałem inną kobietę, która w podobnych okolicznościach była 10 razy piękniejsza. - Jak zdrówko?
- Nie mam nic do zarzucenia. - odparła, obejmując synka. Kucnąłem naprzeciw niego, patrząc mu w oczy.
- Ej, Noah, może zagrałbyś w piłkę z wujkiem Fishem?
Ochoczo się zgodził i wyrwał matce z bezpiecznych objęć. Odprowadzała go wzrokiem z niepokojem na twarzy, gdy Jordan trzymał go za rękę i prowadził z dala od naszej rozmowy.
- Kurwa, kobieto, nie zamierzam go zabić na jakimś gównianym parkingu. Dzieciak to tylko amortyzator, powinnaś o tym wiedzieć.
- Nie masz dzieci, więc nie zrozumiesz. - odparowała. Uśmiechnąłem się leniwie. Mój gość już od jakiegoś czasu stawiał się coraz bardziej.
- Wiesz co, miałem go tu ściągnąć dzisiaj albo jutro. Ale chyba nie stęskniłaś się zbyt bardzo, hm? Chyba wytrzymasz jeszcze tydzień, lub dwa? A może bez Noaha będzie ci łatwiej? Ostatecznie dzieciak to spore utrapienie, gdy masz ważniejsze rzeczy na głowie.
Maska opanowania runęła.
- Nie możesz mi go zabrać!
- Chyba zapomniałaś, kto tu dyktuje warunki. - zaśmiałem się.
- Nie przełożysz koncertu.
- Masz rację. Ale zmienię supportera. Bardzo mi przykro, księżniczko. Ty zmieniasz okoliczności, ja warunki. Tak to już jest. - uniosłem telefon do ucha. - Wiesz co, przyjacielu, obawiam się, że musimy trochę zmienić plany. Odwołuję jutrzejszy support. Spotkamy się innym razem.
- Nie możesz mi tego zrobić!
- Mówicie identycznie. To nużące - przewróciłem oczami. - Kiedy wy się, kurwa, nauczycie, że to ja panuję nad sytuacją?
- Skąd możesz wiedzieć, że dotrzymam umowy? Że ją przywiozę?
Ehh, zakochani ludzie. Tak łatwo nimi manipulować.
- Bo od teraz to ja będę osobiście pilnował Noaha. Ciekawe, jak reagują dzieci, gdy są odcięte od obojga rodziców. Dam ci znać, kiedy zaproszę was na koncert. - rozłączyłem się i spojrzałem na kobietę u mych stóp. - Wydaje mi się, że właśnie zostałaś sama.
Odwróciłem się i gwizdnąłem na Jordana. Obejrzał się, marszcząc brwi. Wskazałem na dzieciaka, a potem na drzwi. Spojrzał na niego niepewnie, a potem powiedział do niego kilka słów i razem ruszyli w stronę wyjścia. Powolnym krokiem również się tam skierowałem. Za mną rozległy się stłumione kroki, gdy Crystal podniosła się i popędziła za mną i swoim dzieckiem.
- Ty bydlaku, zostaw moje dziecko! - rzuciła się na mnie. Zdążyłem się odwrócić i ją złapać, gdy jej paznokcie zaatakowały moją twarz. W ostatniej chwili się uchyliłem i płaską dłonią uderzyłem ją w policzek, a potem odepchnąłem od siebie. Zatoczyła się i upadła na ziemię, płacząc. Kucnąłem nad nią i przycisnąłem ją do ziemi. Wyrywała się i piszczała, krztusząc się łzami. Nachyliłem się nad nią.
- Nigdy tego, kurwa, już nie próbuj. Dzieciak jest w moich rękach i dobrze ci radzę, ogarnij się. Jeden twój błąd i nigdy nie zobaczysz żadnego z nich, szmato. Do końca życia będziesz pamiętać, że to przez ciebie zginął niewinny dzieciak. Bądź grzeczna.
Ostatni raz nią szarpnąłem i wstałem, poprawiając koszulkę. Splunąłem na ziemię z odrazą i wyszedłem na zewnątrz. Ponownie głęboko odetchnąłem i zobaczyłem brązowe oczy dzieciaka. Podszedłem do niego i potargałem mu blond loki.
- Mama jest chora i prosiła, żebyś zamieszkał na trochę ze mną i ciocią Hannah. Żebyś się nie rozchorował. W porządku?
Mały powoli skinął głową. Miałem wrażenie, że jego wielkie oczy znają prawdę. Wzruszyłem ramionami.
- Jordan, zabierz Noaha do środka i daj mu ciastka, czy co tam będzie chciał.
Nie miał pytań, natychmiast wykonał polecenie. Musiałem jeszcze tylko zadzwonić do Pixie i powiedzieć jej o nowych planach. Może potem jej to jakoś wynagrodzę. A może ucieszy się, że będzie mogła trochę wychowywać dzieciaka i nie musieć go wcześniej urodzić. To zepsułoby jej figurę.
Straciłem support na jutrzejszy koncert. Ale to nie miało większego znaczenia. Phill zaraz znajdzie jakiś band, który będzie chciał sobie wpisać nasz supporting w portfolio.
Bardziej irytowało mnie to, że będę musiał czekać jeszcze dłużej, aż dostanę ją w swoje ręce.
-----------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział jest krótki, ale bardzo naprowadza na dalszy ciąg wydarzeń. Chyba często będę zmieniać punkt widzenia, takie udoskonalenie drugiej części :) Co o tym sądzicie? Stay alive!
*spoiler: Rozdział z wieloma wulgaryzmami. Czytasz na własną odpowiedzialność.*
@BMTH P.O.V
Fuck. Jak ja się tu cholernie nudzę. Nie umiałem ukryć tej pogardy, która sama cisnęła mi się na linię ust, w każde spojrzenie, każdy ruch. Z całej mojej postaci emanowała silna awersja i pogardliwa niechęć. Ja sam czułem jej moc. I widziałem spłoszone spojrzenia, rzucane mi przez przyjaciół.
Próba dźwięku zupełnie nam nie szła. Wiedziałem, że to przeze mnie. No, w dużej mierze, bo przecież nie odpowiadam sam za całe zło tego świata. Nie chciało mi się nawet unosić mikrofonu do ust. Wsłuchiwać się w muzykę. Stałem w miejscu i patrzyłem sobie w dal, w nicość. Myślałem.
- Okej, okej, okej. - rozległ się głos Philla. - Zróbmy sobie przerwę. 15 minut, co?
Wiedziałem, że wszyscy są zmęczeni. I miałem to w dupie. Rzuciłem mikrofon na ziemię i po prostu zszedłem ze sceny, nie oglądając się na nic i na nikogo. Za chwilę jakiś frajer, który za marny hajs zatrudnił się na staż do techników Bring Me the Horizon, podbiegnie i podniesie sprzęt, będąc wdzięcznym, że dotyka rzeczy, która była w rękach Olivera Sykesa. Ale tylko on jeden będzie zachwycony. Reszta za mniej niż 15 sekund zacznie obrabiać mi dupę. Tyle wystarczy, by muzycy przecięli scenę i zbili się w grupkę gdzieś na uboczu. Za 10 sekund będą rzucać mi spojrzenia pełne potępienia. A za 5...
- Oli!
A za 5 sekund Matt znowu się do mnie przyczepi. Wzruszyłem ramionami i szedłem dalej przed siebie, aż do stołu z przekąskami. Byliśmy teraz w czołówce muzycznego świata i kuszono nas takimi cackami jak szwedzki stół bez ograniczeń. To miłe, że dorobiliśmy się darmowego żarcia tylko w 12 lat ciężkiej pracy.
- Sykes!
Gwałtownie się zatrzymałem.
- Stoisz tylko metr ode mnie. Nie musisz się drzeć, kurwa. - zanim Nicholls zdążył coś odpowiedzieć, ruszyłem dalej. Podszedłem do stołu i wziąłem sobie energetyka. W pewien sposób te napoje zastępowały mi ketaminę, którą odebrała mi Pixie. Sprawdzała mnie każdego wieczoru, nawet pod pozorem seksu albo czułości. Szykowała mi co rano ubrania, śniadania i kawę. Wpadała do nas w trakcie dnia. Wkurwiało mnie to, ale w sumie z rozbawieniem patrzyłem na jej starania i ulgę, gdy każdego dnia czuła spełnienie swojej misji. Szkoda tylko, że ani czułość i miłość Pixie, ani kawa, ani energetyki... nic nie mogło odwzorować tamtego słodkiego ukojenia, poczucia wolności i odrealnienia, poszerzania horyzontów myślenia i wyostrzenia spojrzenia. Wszyscy sądzą, że byłem uzależniony, ba! - ja sam tak myślałem. Ale zrozumiałem coś. To nie był narkotyk. To wspomagacz. I cholernie mi go brakuje.
- Słuchaj, Oli. Musisz się zdecydować. Może dla ciebie ten zespół nie jest już ważny, ale tutaj jest mnóstwo ludzi, którzy sporo dla niego poświęcili i nie chcą go stracić.
Matt paplał coś sobie, jak to on, a ja patrzyłem na niego, popijając Nitrous Killer-B. Fascynowałoby mnie jego zaangażowanie, gdybym nie miał tak bardzo wyjebane na 97% świata.
- A co z Pixie? Ona też nie jest dla ciebie ważna? Sykes, musisz zrozumieć, że ranisz innych! Jeżeli ci się już nie chce, to daj nam znać. Wiesz, że na twoje miejsce znalazłoby się 10 innych.
- Chcesz mnie zastąpić jakimś... Jakimś śmieciem? Co to jest, Asking Alexandria? - warknąłem. Matt wyprostował się.
- Nie. Danny miał jaja, żeby przyznać, że to jego koniec w kapeli.
Rozluźnienie dłoni trzymającej puszkę, jej cichy stukot, gdy uderza o drewnianą podłogę. Szybkie dwa kroki w przód, wyciągnięcie ręki, żelazny uścisk dłoni na szyi, mocne pchnięcie i nagle ściana jest tuż za jego plecami. Głośne przełknięcie śliny, przyśpieszenie tętna, utrata oddechu, krzyki w tle. Sykes 1:0 Nicholls. Moje usta tuż przy jego uchu.
- Jak ci się coś kurwa nie podoba, to spierdalaj. Załóż sobie pieprzony boysband i baw się dobrze. Ale odpieprz się ode mnie, jasne?
- Ty... chory...pojeb...
Znudziłem się. Puściłem go, patrząc na niego z obrzydzeniem. I pomyśleć, że ten mięczak był kiedyś moim przyjacielem. Teraz już nie potrzebuję przyjaciół. Potrzebuję sojuszników. Posłałem mu ostatnie spojrzenie i zapomniałem o sytuacji. Wziąłem sobie kolejnego energizera i wyszedłem na podwórko.
Owionęło mnie zimne, świeże, lutowe powietrze, nie zanieczyszczone ich strachem i rozczarowaniem. Potrząsnąłem głową, przydługie kosmyki włosów wpadły mi do oczu. Miałem kilka spraw do zrobienia i wśród nich nie znajdował się powrót na próbę. Jestem zbyt dobry, by uczestniczyć w jakichś chujowych próbach. Rozejrzałem się wokoło. Jordan, mój jedyny sojusznik w tym beznadziejnym zespole, powinien już tu być. Jak na zawołanie, pojawił się w drzwiach za mną.
- Idziemy? - zapytał, pocierając ramiona. Skinąłem głową i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę naszego autokaru. Stał, zaparkowany w drugim budynku. Można było do niego dojść korytarzem, łączącym prywatny parking z salą koncertową, albo właśnie wychodząc na podwórko. Nie śpieszyło mi się, ale i tak wybrałem tę krótszą drogę.
- Nicholls robi się niebezpieczny. - odezwał się Fish.
- Jeszcze trochę i mu przejdzie. Jak Weinhofenowi. - zerknął na mnie z zaskoczeniem, ale szybko się opanował.
- Już ty masz swoje sposoby.
- Otóż to. Nie zapominaj, że wiem, jak ukryć ciało.
Zaśmiał się, szczerze, jak na mój gust. On nie zdradzi. I wiem, kto jeszcze mnie nie zdradzi. Pchnąłem drzwi od garażu. Dwie drobne sylwetki po drugiej stronie budynku uniosły głowy. Mniejsza postać beztrosko kopała piłkę. Nie powinna być beztroska, ale niby miała prawo. Nie musiała niczego rozumieć. Nie to, co starsza osoba. Ona musiała doskonale wiedzieć, o co toczy się gra. I chyba rozumiała, bo natychmiast przywołała do siebie chłopca, który złapał piłkę i podbiegł do matki. Odwróciłem się i wyciągnąłem telefon. Jordan podszedł do naszych, hm, gości. Tak jak robiliśmy to od dawna. Wybrałem numer i odczekałem może z 5 sekund.
- Tak?
- Jesteś w Atlancie? - wcisnąłem rękę do kieszeni i uniosłem brodę, bez zainteresowania oglądając sufit.
- Tak.
- Przyjedziecie dzisiaj?
- Mówiłeś, żeby przyjechać dopiero jutro... - głos w słuchawce zaoponował. Zamknąłem oczy, tłumiąc wściekłość. Wziąłem głęboki wdech. Sykes, nie zmieniaj własnych planów. Czekałeś już tak długo. Poczekaj jeszcze trochę. Jeszcze jeden dzień.
- Okej. Niech tak będzie. - postarałem się, by mój głos był najzupełniej pozbawiony emocji. Mojego rozmówcę zbiło to z tropu. Odwróciłem się w stronę trzech postaci. Obserwowałem. - Patrzę na nich. Wiesz, że Noah od jakiegoś czasu mówi do mnie "wujku Oli?"
- Sykes...
- Tak, tak, dobrze.
Nieśpiesznym krokiem podszedłem do grupki.
- Cześć, piękna. - uśmiechnąłem się kpiąco. Z potarganymi włosami, zapuchniętymi i podkrążonymi oczami nie była piękna. Znałem inną kobietę, która w podobnych okolicznościach była 10 razy piękniejsza. - Jak zdrówko?
- Nie mam nic do zarzucenia. - odparła, obejmując synka. Kucnąłem naprzeciw niego, patrząc mu w oczy.
- Ej, Noah, może zagrałbyś w piłkę z wujkiem Fishem?
Ochoczo się zgodził i wyrwał matce z bezpiecznych objęć. Odprowadzała go wzrokiem z niepokojem na twarzy, gdy Jordan trzymał go za rękę i prowadził z dala od naszej rozmowy.
- Kurwa, kobieto, nie zamierzam go zabić na jakimś gównianym parkingu. Dzieciak to tylko amortyzator, powinnaś o tym wiedzieć.
- Nie masz dzieci, więc nie zrozumiesz. - odparowała. Uśmiechnąłem się leniwie. Mój gość już od jakiegoś czasu stawiał się coraz bardziej.
- Wiesz co, miałem go tu ściągnąć dzisiaj albo jutro. Ale chyba nie stęskniłaś się zbyt bardzo, hm? Chyba wytrzymasz jeszcze tydzień, lub dwa? A może bez Noaha będzie ci łatwiej? Ostatecznie dzieciak to spore utrapienie, gdy masz ważniejsze rzeczy na głowie.
Maska opanowania runęła.
- Nie możesz mi go zabrać!
- Chyba zapomniałaś, kto tu dyktuje warunki. - zaśmiałem się.
- Nie przełożysz koncertu.
- Masz rację. Ale zmienię supportera. Bardzo mi przykro, księżniczko. Ty zmieniasz okoliczności, ja warunki. Tak to już jest. - uniosłem telefon do ucha. - Wiesz co, przyjacielu, obawiam się, że musimy trochę zmienić plany. Odwołuję jutrzejszy support. Spotkamy się innym razem.
- Nie możesz mi tego zrobić!
- Mówicie identycznie. To nużące - przewróciłem oczami. - Kiedy wy się, kurwa, nauczycie, że to ja panuję nad sytuacją?
- Skąd możesz wiedzieć, że dotrzymam umowy? Że ją przywiozę?
Ehh, zakochani ludzie. Tak łatwo nimi manipulować.
- Bo od teraz to ja będę osobiście pilnował Noaha. Ciekawe, jak reagują dzieci, gdy są odcięte od obojga rodziców. Dam ci znać, kiedy zaproszę was na koncert. - rozłączyłem się i spojrzałem na kobietę u mych stóp. - Wydaje mi się, że właśnie zostałaś sama.
Odwróciłem się i gwizdnąłem na Jordana. Obejrzał się, marszcząc brwi. Wskazałem na dzieciaka, a potem na drzwi. Spojrzał na niego niepewnie, a potem powiedział do niego kilka słów i razem ruszyli w stronę wyjścia. Powolnym krokiem również się tam skierowałem. Za mną rozległy się stłumione kroki, gdy Crystal podniosła się i popędziła za mną i swoim dzieckiem.
- Ty bydlaku, zostaw moje dziecko! - rzuciła się na mnie. Zdążyłem się odwrócić i ją złapać, gdy jej paznokcie zaatakowały moją twarz. W ostatniej chwili się uchyliłem i płaską dłonią uderzyłem ją w policzek, a potem odepchnąłem od siebie. Zatoczyła się i upadła na ziemię, płacząc. Kucnąłem nad nią i przycisnąłem ją do ziemi. Wyrywała się i piszczała, krztusząc się łzami. Nachyliłem się nad nią.
- Nigdy tego, kurwa, już nie próbuj. Dzieciak jest w moich rękach i dobrze ci radzę, ogarnij się. Jeden twój błąd i nigdy nie zobaczysz żadnego z nich, szmato. Do końca życia będziesz pamiętać, że to przez ciebie zginął niewinny dzieciak. Bądź grzeczna.
Ostatni raz nią szarpnąłem i wstałem, poprawiając koszulkę. Splunąłem na ziemię z odrazą i wyszedłem na zewnątrz. Ponownie głęboko odetchnąłem i zobaczyłem brązowe oczy dzieciaka. Podszedłem do niego i potargałem mu blond loki.
- Mama jest chora i prosiła, żebyś zamieszkał na trochę ze mną i ciocią Hannah. Żebyś się nie rozchorował. W porządku?
Mały powoli skinął głową. Miałem wrażenie, że jego wielkie oczy znają prawdę. Wzruszyłem ramionami.
- Jordan, zabierz Noaha do środka i daj mu ciastka, czy co tam będzie chciał.
Nie miał pytań, natychmiast wykonał polecenie. Musiałem jeszcze tylko zadzwonić do Pixie i powiedzieć jej o nowych planach. Może potem jej to jakoś wynagrodzę. A może ucieszy się, że będzie mogła trochę wychowywać dzieciaka i nie musieć go wcześniej urodzić. To zepsułoby jej figurę.
Straciłem support na jutrzejszy koncert. Ale to nie miało większego znaczenia. Phill zaraz znajdzie jakiś band, który będzie chciał sobie wpisać nasz supporting w portfolio.
Bardziej irytowało mnie to, że będę musiał czekać jeszcze dłużej, aż dostanę ją w swoje ręce.
-----------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział jest krótki, ale bardzo naprowadza na dalszy ciąg wydarzeń. Chyba często będę zmieniać punkt widzenia, takie udoskonalenie drugiej części :) Co o tym sądzicie? Stay alive!
sobota, 30 kwietnia 2016
Rozdział VII.
muzyka.
Białe i niebieskie (przepraszam, turkusowe!) światła leniwie przesuwały się po scenie, niczym więzienne reflektory poszukujące więźniów. Dźwiękowiec SIO, Arthur, puścił intro. Gdy kończyła się jego druga powtórka, inny technik zaczął odliczać na palcach sekundy. 5...4...3...2...
Cody wynurzył się z cienia backstage'u, mrucząc słowa piosenki do mikrofonu. Nie patrzył na widownię, tylko przed siebie, jak aktor przed monologiem. Powolnym, lekkim krokiem kroczył po scenie, dołączając do reszty zespołu. Ale nie w pełnym składzie. Austin ostatecznie odszedł z florydzkiej grupy.
Nasze kapele rozjechały się. Minęły trzy dni od spotkania z PTV, gdy niespodziewanie Trevor oznajmił, że jadą do New Hampshire, podczas gdy SIO miało grać w Nowym Jorku. Żaden Polak nie odpuści sobie zobaczenia tego drugiego, więc, jak na prawdziwą patriotkę przystało, wybrałam Cody'ego i Maxxa.Trevorowi chyba bardziej ulżyło, niż zrobiło to jakąś różnicę.
Atlanta zbliżała się wielkimi krokami i nie rozumiałam wszechobecnego uczucia... paniki. Im bliżej do show, tym dziwniejszy stawał się Trevor. Chodził zamyślony, bawiąc się komórką. Często bez słowa podchodził do mnie i mocno przytulał, jakby się bał. Równie często wybuchał gniewem i rzucał przedmiotami. A im częściej to robił, tym bardziej nachmurzony był Cody. Najczęściej Maxx posyłał mu wtedy znaczące spojrzenia i wzruszał ramionami.
Czułam się strasznie samotna i, co gorsza, nie na miejscu. Po raz kolejny zostałam zepchnięta na backstage, dosłownie i w przenośni. Nie mogę powiedzieć, żebym była znudzona, bo z przyjemnością oglądałam półtorej godzinny solowy koncert Set It Off, którzy robili ogromne show. Widziałam, jacy są z siebie dumni, gdy tłum tańczył, jak oni im zagrali. Gwałtownie zatęskniłam za tym uczuciem, gdy masz władzę nad twoim małym światem i możesz robić, co ci się tylko podoba. Gdy tysiące ludzi lgną ku tobie, czekając, aż wykonasz czadową solówkę lub weźmiesz mikrofon w swoje dłonie.
Odwróciłam wzrok i przecięłam mrok terenu dla techników. Nikt mnie nie obserwował. Nikt się nie interesował. Wszyscy byli pochłonięci widokiem czterech uzdolnionych muzyków z Florydy i wcale im się nie dziwiłam. Po kilkuminutowym błądzeniu po budynku, w końcu dotarłam do drzwi prowadzących na podwórko. Rozejrzałam się wokoło, obejmując się ramionami. Ameryka zaczynała mnie denerwować tą nagłą zmianą temperatur. Na Florydzie nawet po godzinie 20 ludzie zazwyczaj nie zakładali swetrów, a tutaj już koło 18 robiło się naprawdę chłodno.
Kilka osób z obsługi budynku zaparkowało tu swoje samochody. Poza tym była to dość otwarta przestrzeń, więc czułam się stosunkowo bezpiecznie. W półmroku wypatrzyłam ławkę i skierowałam się ku niej, wyciągając zza stanika komórkę. W legginsach nie było miejsca na schowanie jej. Uniosłam telefon do ucha, licząc sygnały.
- Czego chcesz? - Ania nie wydawała się zachwycona telefonem. Szybko obliczyłam w myślach godziny. Zdecydowanie Ania nie powinna już być w łóżku.
- Cześć. Co tam?
- Wiesz, że nie znoszę tego pytania.
- A ty wiesz, że zawsze będę ci je zadawać. - zapadła między nami cisza, ale czułam, że Ania czeka na rozwinięcie. - Chcę wrócić do domu. Nie nadaję się do pilnowania backstage'u.
- To weź gitarę i pilnuj sceny.
- Nie chcę tutaj być. Nowy Jork jest zimny. - marudziłam dalej. Byłam pewna, że przyjaciółka przewraca oczami, gwałtownie przerzucając kartki w książce od matmy.
- Jesteś tchórzem. Jak już pojechałaś w trasę koncertową, to mogłabyś spokojnie grać z nimi koncerty. Nawet polskie gazety już wiedzą, że cię tu nie ma. Szkolny radiowęzeł tylko na czeka na jakieś nagranie, żeby katować nim uczniów. Na razie w kółko puszczają N.M.E i wierz mi, znienawidziłam tę piosenkę. A poza tym po całej sieci krążą twoje zdjęcia z Trevorem. Masz jednak okropny gust, skoro wybierasz jego, mając pod ręką Carsona.
- Carson ma dziewczynę - odparłam naburmuszonym tonem. Dziewczyna głośno się roześmiała.
- Ale Danziger nie ma. I popatrz - jest perkusistą! No co za dziwny zbieg okoliczności...
- Przestań. Dzwonię do ciebie po radę, a nie... - urwałam, uświadomiwszy sobie, że to była rada. Tylko nie taka, która mi odpowiadała.
- Wracaj do środka, bierz gitarę i graj, dzieciaku. Inaczej do końca życia czekają cię wyrzuty sumienia, że mogłaś być gwiazdą estrady, a zostaniesz królową szczepionek i naklejek dla dzieci w przychodniach.
Zaklęłam, zamykając oczy. Dlaczego nikt nie stoi po mojej stronie?
- Wiem, Miko, że też już to przemyślałaś. Weź się w garść!
- Tak się nie motywuje osób w depresji.
- Nie masz depresji, tylko lenia. Masz dwa wyjścia. Albo teraz przyswajasz ode mnie mentalnego kopa w dupę i lecisz na scenę, albo grzecznie wracasz do domu i uczysz się do cholernej matury z chemii. Bo nie zdasz.
- A ty z matmy. - mruknęłam.
- Rozszerzenia nie da się nie zdać, słonko. Spadaj już. - rozłączyła się. Pokręciłam głową i ukryłam twarz w dłoniach. Coraz bardziej trzęsłam się z zimna i z nerwów. Szybko przeanalizowałam swój system wartości. Po co tu jestem? Jaki jest sens istnienia? Czymże jest szczęście? Siąknęłam nosem i, nie oglądając się za siebie, uciekłam do środka, przez backstage, porywając gitarę i wskakując na scenę. Nie myślałam po co, ani dlaczego. Po prostu to zrobiłam.
Trafiłam idealnie w refren The Haunting. Tłum wrzasnął, gdy wślizgnęłam się przed Danny'ego, odbierając mu mikrofon. Cody, choć zaskoczony, nie stracił rezonu. Uśmiechnął się szeroko i nagle wszyscy dali z siebie jeszcze więcej. Tłum napierał na barierki, więc Carson zeskoczył ze sceny i przeszedł nad przeszkodą, wpadając w ręce tłumu. A potem powtórzył kilkakrotnie ostatni wyraz i melodia zmieniła się w N.M.E. Roześmiałam się sama do siebie, przypomniawszy sobie opinię Ani.
Natomiast w opinii Set It Off wymiatałam i powinnam grać z nimi aż do końca trasy. Oczywiście, że zaprzeczałam i broniłam się przed tą decyzją. Ale, na wszelki wypadek, niezbyt żarliwie. Lepiej nie kusić losu.
I tak sobie jeździliśmy, od Nowego Jorku, przez New Jersey, Filadelfię, Waszyngton, Charlotte i inne, mniej lub bardziej znane mieściny. Wystawialiśmy dodatkowe pule biletów, bo gdy rozniosła się wieść, że Set It Off wciągnęli na scenę Maddie Miko, wszyscy lgnęli ujrzeć mój wielki comeback na własne oczy.
W końcu dojechaliśmy do upragnionej Atlanty. Chłopcy odetchnęli z ulgą. Był to ostatni przystanek przez przerwą w trasie. W dalszą drogę ruszymy dopiero za tydzień. Zagraliśmy wspólnie wielkie show, bisując trzy razy. Czułam się idealnie, jakbym odzyskała utraconą kończynę. Scena była lekarstwem na wszystkie bolączki; gdy palce same układały się na strunach, a druga ręka nieświadomie uderzała je w odpowiednim rytmie, ja oddychałam głęboko i patrzyłam ze spokojem w tłum. Spokojem, tak ciężko wypracowanym i odnalezionym. Znów czułam się niezwyciężona.
Po koncercie mieliśmy się spotkać z Our Last Night w zarezerwowanym hotelu. Nie tęskniłam za Trevorem, Maxx doskonale wypełniał tę pustkę. Bardzo przypominał mi Matta Nichollsa, z równie wielką miłością własną, tylko z lepszym poczuciem humoru. .
- No, Maddie - zagaił Cody, gdy autokar wiózł nas przez zatłoczone ulice. - Jak nastrój przed spotkaniem z mister Trevorem?
- Jesteś kochany, Cod. Tak bardzo martwisz się o moje życie uczuciowe...
- Staram się być miły - skrzywił się.
- Doceniam to. Ale myślę, że zarówno mnie, jak i Maxxowi ulży, gdy przestaniesz nas swatać.
Szczęka mu opadła, ale szybko się opanował.
- Ja tylko nie chciałem, żeby znowu poniósł cię melanż. Trochę się boję twoich spotkań z dawno nie widzianymi przyjaciółmi.
- Przepraszam, czy ty mi coś wypominasz?
- Absolutnie. Tylko "wieczorem" nie znaczy na godzinę pierwszą w południe. Następnego dnia.
- To był mój pierwszy raz! - gwałtownie zaprotestowałam.
- Ja nie wnikam, kiedy miałaś swój pierwszy raz, śliczna. Bylebym nie był świadkiem następnego.
- Spoko, zamkniemy drzwi - Maxx objął mnie ramieniem. Pokręciłam głową, dusząc się ze śmiechu. Kierowca zatrzymał się i oznajmił głębokim głosem:
- Na miejscu.
Gwałtownie uniosłam głowę. Czyżby to Bus Daddy zawitał do Atlanty? Zmrużyłam oczy, patrząc na kierowcę. Nie przypominał oryginału. Przynajmniej wydawało mi się, że był od niego chudszy.
- Idziesz? - Maxx stanął za mną i patrzył z wyczekiwaniem. Pokiwałam głową i zeszłam po schodkach, odprowadzana spojrzeniem kierowcy. Odeszliśmy kawałek, czekając na resztę zespołu. - Dobrze się czujesz? Trochę zbladłaś.
- Skąd jest ten kierowca? Znasz go?
- Nie - pokręcił głową. - Dostaliśmy go tylko tutaj. Na pewno nic ci nie jest?
- Wszystko jest w porządku.
Ruszyliśmy w stronę hotelu. Maxx szedł tuż za mną, jak asekurant. Przez chwilę poczułam dreszczyk emocji, gdy uświadomiłam sobie, że już za chwilę spotkam Trevora. Zatłoczyliśmy troszeczkę windę, a chłopcy cały czas się szturchali i dogryzali sobie.
Zaczęłam się denerwować. Nie byłam pewna, czym, ale czułam nieokreślony niepokój, jakbym podświadomie coś przeczuwała.
- Które to były drzwi? - zapytał Cody.
- 244 - odparł Danny. Gdzieś w otchłani wspomnień przywołał mi się obraz wytatuowanego Olivera. "Porozmawiajmy na temat manipulacji. - Nie jesteś incognito?" Nie rozumiałam zdenerwowania i zaśmiałam się cicho, sama do siebie. Panowie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, ale chyba odebrali to za oznakę zmęczenia.
Gdy Zach pchnął drzwi, serce podeszło mi do gardła. Pozwoliłam nowym przyjaciołom wejść do środka, i dopiero wtedy sama przekroczyłam próg.
- Maddie! - rozległ się krzyk. Ale nie pełen bólu ani przerażenia, tylko szczerej radości. - W końcu jesteś!
Trevor zasłonił mi widok całego pokoju, przytulając mnie. Kątem oka, spod jego ramienia rejestrowałam pokój. Tętno, które wcześniej przyśpieszyło mi do nienaturalnego rytmu, powoli się normowało. Odetchnęłam z ulgą.
Ktoś tu znowu jest górą.
Białe i niebieskie (przepraszam, turkusowe!) światła leniwie przesuwały się po scenie, niczym więzienne reflektory poszukujące więźniów. Dźwiękowiec SIO, Arthur, puścił intro. Gdy kończyła się jego druga powtórka, inny technik zaczął odliczać na palcach sekundy. 5...4...3...2...
Cody wynurzył się z cienia backstage'u, mrucząc słowa piosenki do mikrofonu. Nie patrzył na widownię, tylko przed siebie, jak aktor przed monologiem. Powolnym, lekkim krokiem kroczył po scenie, dołączając do reszty zespołu. Ale nie w pełnym składzie. Austin ostatecznie odszedł z florydzkiej grupy.
Nasze kapele rozjechały się. Minęły trzy dni od spotkania z PTV, gdy niespodziewanie Trevor oznajmił, że jadą do New Hampshire, podczas gdy SIO miało grać w Nowym Jorku. Żaden Polak nie odpuści sobie zobaczenia tego drugiego, więc, jak na prawdziwą patriotkę przystało, wybrałam Cody'ego i Maxxa.Trevorowi chyba bardziej ulżyło, niż zrobiło to jakąś różnicę.
Atlanta zbliżała się wielkimi krokami i nie rozumiałam wszechobecnego uczucia... paniki. Im bliżej do show, tym dziwniejszy stawał się Trevor. Chodził zamyślony, bawiąc się komórką. Często bez słowa podchodził do mnie i mocno przytulał, jakby się bał. Równie często wybuchał gniewem i rzucał przedmiotami. A im częściej to robił, tym bardziej nachmurzony był Cody. Najczęściej Maxx posyłał mu wtedy znaczące spojrzenia i wzruszał ramionami.
Czułam się strasznie samotna i, co gorsza, nie na miejscu. Po raz kolejny zostałam zepchnięta na backstage, dosłownie i w przenośni. Nie mogę powiedzieć, żebym była znudzona, bo z przyjemnością oglądałam półtorej godzinny solowy koncert Set It Off, którzy robili ogromne show. Widziałam, jacy są z siebie dumni, gdy tłum tańczył, jak oni im zagrali. Gwałtownie zatęskniłam za tym uczuciem, gdy masz władzę nad twoim małym światem i możesz robić, co ci się tylko podoba. Gdy tysiące ludzi lgną ku tobie, czekając, aż wykonasz czadową solówkę lub weźmiesz mikrofon w swoje dłonie.
Odwróciłam wzrok i przecięłam mrok terenu dla techników. Nikt mnie nie obserwował. Nikt się nie interesował. Wszyscy byli pochłonięci widokiem czterech uzdolnionych muzyków z Florydy i wcale im się nie dziwiłam. Po kilkuminutowym błądzeniu po budynku, w końcu dotarłam do drzwi prowadzących na podwórko. Rozejrzałam się wokoło, obejmując się ramionami. Ameryka zaczynała mnie denerwować tą nagłą zmianą temperatur. Na Florydzie nawet po godzinie 20 ludzie zazwyczaj nie zakładali swetrów, a tutaj już koło 18 robiło się naprawdę chłodno.
Kilka osób z obsługi budynku zaparkowało tu swoje samochody. Poza tym była to dość otwarta przestrzeń, więc czułam się stosunkowo bezpiecznie. W półmroku wypatrzyłam ławkę i skierowałam się ku niej, wyciągając zza stanika komórkę. W legginsach nie było miejsca na schowanie jej. Uniosłam telefon do ucha, licząc sygnały.
- Czego chcesz? - Ania nie wydawała się zachwycona telefonem. Szybko obliczyłam w myślach godziny. Zdecydowanie Ania nie powinna już być w łóżku.
- Cześć. Co tam?
- Wiesz, że nie znoszę tego pytania.
- A ty wiesz, że zawsze będę ci je zadawać. - zapadła między nami cisza, ale czułam, że Ania czeka na rozwinięcie. - Chcę wrócić do domu. Nie nadaję się do pilnowania backstage'u.
- To weź gitarę i pilnuj sceny.
- Nie chcę tutaj być. Nowy Jork jest zimny. - marudziłam dalej. Byłam pewna, że przyjaciółka przewraca oczami, gwałtownie przerzucając kartki w książce od matmy.
- Jesteś tchórzem. Jak już pojechałaś w trasę koncertową, to mogłabyś spokojnie grać z nimi koncerty. Nawet polskie gazety już wiedzą, że cię tu nie ma. Szkolny radiowęzeł tylko na czeka na jakieś nagranie, żeby katować nim uczniów. Na razie w kółko puszczają N.M.E i wierz mi, znienawidziłam tę piosenkę. A poza tym po całej sieci krążą twoje zdjęcia z Trevorem. Masz jednak okropny gust, skoro wybierasz jego, mając pod ręką Carsona.
- Carson ma dziewczynę - odparłam naburmuszonym tonem. Dziewczyna głośno się roześmiała.
- Ale Danziger nie ma. I popatrz - jest perkusistą! No co za dziwny zbieg okoliczności...
- Przestań. Dzwonię do ciebie po radę, a nie... - urwałam, uświadomiwszy sobie, że to była rada. Tylko nie taka, która mi odpowiadała.
- Wracaj do środka, bierz gitarę i graj, dzieciaku. Inaczej do końca życia czekają cię wyrzuty sumienia, że mogłaś być gwiazdą estrady, a zostaniesz królową szczepionek i naklejek dla dzieci w przychodniach.
Zaklęłam, zamykając oczy. Dlaczego nikt nie stoi po mojej stronie?
- Wiem, Miko, że też już to przemyślałaś. Weź się w garść!
- Tak się nie motywuje osób w depresji.
- Nie masz depresji, tylko lenia. Masz dwa wyjścia. Albo teraz przyswajasz ode mnie mentalnego kopa w dupę i lecisz na scenę, albo grzecznie wracasz do domu i uczysz się do cholernej matury z chemii. Bo nie zdasz.
- A ty z matmy. - mruknęłam.
- Rozszerzenia nie da się nie zdać, słonko. Spadaj już. - rozłączyła się. Pokręciłam głową i ukryłam twarz w dłoniach. Coraz bardziej trzęsłam się z zimna i z nerwów. Szybko przeanalizowałam swój system wartości. Po co tu jestem? Jaki jest sens istnienia? Czymże jest szczęście? Siąknęłam nosem i, nie oglądając się za siebie, uciekłam do środka, przez backstage, porywając gitarę i wskakując na scenę. Nie myślałam po co, ani dlaczego. Po prostu to zrobiłam.
Trafiłam idealnie w refren The Haunting. Tłum wrzasnął, gdy wślizgnęłam się przed Danny'ego, odbierając mu mikrofon. Cody, choć zaskoczony, nie stracił rezonu. Uśmiechnął się szeroko i nagle wszyscy dali z siebie jeszcze więcej. Tłum napierał na barierki, więc Carson zeskoczył ze sceny i przeszedł nad przeszkodą, wpadając w ręce tłumu. A potem powtórzył kilkakrotnie ostatni wyraz i melodia zmieniła się w N.M.E. Roześmiałam się sama do siebie, przypomniawszy sobie opinię Ani.
Natomiast w opinii Set It Off wymiatałam i powinnam grać z nimi aż do końca trasy. Oczywiście, że zaprzeczałam i broniłam się przed tą decyzją. Ale, na wszelki wypadek, niezbyt żarliwie. Lepiej nie kusić losu.
I tak sobie jeździliśmy, od Nowego Jorku, przez New Jersey, Filadelfię, Waszyngton, Charlotte i inne, mniej lub bardziej znane mieściny. Wystawialiśmy dodatkowe pule biletów, bo gdy rozniosła się wieść, że Set It Off wciągnęli na scenę Maddie Miko, wszyscy lgnęli ujrzeć mój wielki comeback na własne oczy.
W końcu dojechaliśmy do upragnionej Atlanty. Chłopcy odetchnęli z ulgą. Był to ostatni przystanek przez przerwą w trasie. W dalszą drogę ruszymy dopiero za tydzień. Zagraliśmy wspólnie wielkie show, bisując trzy razy. Czułam się idealnie, jakbym odzyskała utraconą kończynę. Scena była lekarstwem na wszystkie bolączki; gdy palce same układały się na strunach, a druga ręka nieświadomie uderzała je w odpowiednim rytmie, ja oddychałam głęboko i patrzyłam ze spokojem w tłum. Spokojem, tak ciężko wypracowanym i odnalezionym. Znów czułam się niezwyciężona.
Po koncercie mieliśmy się spotkać z Our Last Night w zarezerwowanym hotelu. Nie tęskniłam za Trevorem, Maxx doskonale wypełniał tę pustkę. Bardzo przypominał mi Matta Nichollsa, z równie wielką miłością własną, tylko z lepszym poczuciem humoru. .
- No, Maddie - zagaił Cody, gdy autokar wiózł nas przez zatłoczone ulice. - Jak nastrój przed spotkaniem z mister Trevorem?
- Jesteś kochany, Cod. Tak bardzo martwisz się o moje życie uczuciowe...
- Staram się być miły - skrzywił się.
- Doceniam to. Ale myślę, że zarówno mnie, jak i Maxxowi ulży, gdy przestaniesz nas swatać.
Szczęka mu opadła, ale szybko się opanował.
- Ja tylko nie chciałem, żeby znowu poniósł cię melanż. Trochę się boję twoich spotkań z dawno nie widzianymi przyjaciółmi.
- Przepraszam, czy ty mi coś wypominasz?
- Absolutnie. Tylko "wieczorem" nie znaczy na godzinę pierwszą w południe. Następnego dnia.
- To był mój pierwszy raz! - gwałtownie zaprotestowałam.
- Ja nie wnikam, kiedy miałaś swój pierwszy raz, śliczna. Bylebym nie był świadkiem następnego.
- Spoko, zamkniemy drzwi - Maxx objął mnie ramieniem. Pokręciłam głową, dusząc się ze śmiechu. Kierowca zatrzymał się i oznajmił głębokim głosem:
- Na miejscu.
Gwałtownie uniosłam głowę. Czyżby to Bus Daddy zawitał do Atlanty? Zmrużyłam oczy, patrząc na kierowcę. Nie przypominał oryginału. Przynajmniej wydawało mi się, że był od niego chudszy.
- Idziesz? - Maxx stanął za mną i patrzył z wyczekiwaniem. Pokiwałam głową i zeszłam po schodkach, odprowadzana spojrzeniem kierowcy. Odeszliśmy kawałek, czekając na resztę zespołu. - Dobrze się czujesz? Trochę zbladłaś.
- Skąd jest ten kierowca? Znasz go?
- Nie - pokręcił głową. - Dostaliśmy go tylko tutaj. Na pewno nic ci nie jest?
- Wszystko jest w porządku.
Ruszyliśmy w stronę hotelu. Maxx szedł tuż za mną, jak asekurant. Przez chwilę poczułam dreszczyk emocji, gdy uświadomiłam sobie, że już za chwilę spotkam Trevora. Zatłoczyliśmy troszeczkę windę, a chłopcy cały czas się szturchali i dogryzali sobie.
Zaczęłam się denerwować. Nie byłam pewna, czym, ale czułam nieokreślony niepokój, jakbym podświadomie coś przeczuwała.
- Które to były drzwi? - zapytał Cody.
- 244 - odparł Danny. Gdzieś w otchłani wspomnień przywołał mi się obraz wytatuowanego Olivera. "Porozmawiajmy na temat manipulacji. - Nie jesteś incognito?" Nie rozumiałam zdenerwowania i zaśmiałam się cicho, sama do siebie. Panowie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, ale chyba odebrali to za oznakę zmęczenia.
Gdy Zach pchnął drzwi, serce podeszło mi do gardła. Pozwoliłam nowym przyjaciołom wejść do środka, i dopiero wtedy sama przekroczyłam próg.
- Maddie! - rozległ się krzyk. Ale nie pełen bólu ani przerażenia, tylko szczerej radości. - W końcu jesteś!
Trevor zasłonił mi widok całego pokoju, przytulając mnie. Kątem oka, spod jego ramienia rejestrowałam pokój. Tętno, które wcześniej przyśpieszyło mi do nienaturalnego rytmu, powoli się normowało. Odetchnęłam z ulgą.
Ktoś tu znowu jest górą.
sobota, 16 kwietnia 2016
Rozdział VI.
muzyka.
Staliśmy naprzeciw siebie, jak bokserzy na ringu, mierząc się spojrzeniami. Przez chwilę jego wzrok przesunął się po Trevorze, lustrując go uważnie. Zauważył moje lekko spuchnięte usta, nasze złączone dłonie i zmarszczył brwi, wyciągając wnioski.
Mimo łączącej nas przyjaźni, żadne z nas nie pokonało dzielących nas kroków. Nie było powitalnych okrzyków, uścisków i buziaków. Był tylko ten chłodny dystans z jego strony, powściągliwość w brązowych oczach, gdy stał tak z rękoma w kieszeniach krótkich spodni.
- Madeline Miko. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę. Zwłaszcza tutaj.
Za nim pojawił się jego towarzysz, dotychczas stojący przy budce z hot-dogami. Teraz stanął za niższym mężczyzną, zdradzając równie wielkie zaskoczenie, ale o wiele mniej dystansu.
- Pewnie, że się musieliśmy zobaczyć! Nie dokończyłem jej jeszcze dowcipu o prostytutce! Przestań, braciszku, to przecież Maddie!
Bezceremonialnie wyciągnął jego rękę z jego kieszeni i wcisnął w nią hot-doga, po czym przeciął dystans i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, unosząc nad chodnik.
- Mike... połamiesz.... mi... żebra - wykrztusiłam, wirując w powietrzu. Niższy Kalifornijczyk nadal był jednak nieufny.
- Przedstawisz nam swojego... przyjaciela?
- Pewnie, jak tylko Mike mnie odstawi na ziemię...
- Opamiętaj się, Michael.
- Victor! Jak ty się do mnie zwracasz? - chłopak był tak oburzony, że opuścił mnie na dół. Nabrałam głębokiego wdechu, a Mike wyrwał bratu hot-doga z ręki i gniewnie go ugryzł.
- Vic, Mike, to jest Trevor Wentworth, z Our Last Night. - oznajmiłam, gdy uregulowałam oddech. - Trev, oto bracia Fuentes, gwiazdy Pierce the Veil.
Młody wokalista wyciągnął rękę, ale Vic Fuentes jej nie uścisnął. Skinął mu tylko głową.
- Miło cię... poznać.
Mike starał się wypaść jak najlepiej, zamaskować złe wrażenie stworzone przez starszego brata. Potrząsnął wyciągniętą dłonią, zapewniając o swojej radości ze spotkania. Śledziłam wzrokiem ich zachowanie, próbując rozgryźć zachowanie Victora.
- Maddie, opowiadaj! Co tutaj robisz? Jak długo jesteś? Jak życie? A matury? Wracasz na scenę? Jest tu Annie? Skąd znasz Trevora?
Zorientowałam się, że patrzę na niego z otwartą buzią. Mówił w takim tempie, że nie dość, że nie zrozumiałam, to na dodatek w ogóle nie zarejestrowałam słów. Vic zauważył moją minę i pierwszy raz dzisiaj się uśmiechnął.
- Hola, kowboju! Jesteś przytłaczający. Madd, Tony będzie zachwycony, jeśli zjesz z nami lunch. Możemy cię zaprosić?
Przygryzłam wargę, niezdecydowana, pamiętając o umówionym posiłku z Set It Off, których przecież byłam gościem. Poza tym wydarzenia ostatnich dni biegły dla mnie stanowczo zbyt szybkim torem. Trevor zabrał głos za mnie.
- Powinnaś pójść. Chłopcy zrozumieją, spędzisz z nami jeszcze trochę czasu, a przyjaciół dawno nie widziałaś.
Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Zerknęłam na moje ubranie, krótką sukienkę i trampki, a potem na przyjemnie grzejące słońce. Mike podążył za moim wzrokiem.
- Moja droga, to jest Floryda. Czemu nie masz na sobie bikini?
- A ty? - odparłam zaczepnie. Znów mnie przytulił, ignorując mojego towarzysza.
- Jak ja za tobą tęskniłem!
- Ja też... - wymamrotałam cicho, sama do siebie, uświadamiając sobie, że naprawdę brakowało mi tej wersji mojej osoby. Tej prawdziwej, a nie tego podrabiańca sprzed ostatnich kilku miesięcy. To było moim powołaniem, realnym wcieleniem. Czułam, że żyję. Drżenie strun pod opuszkami palców, wibracje sceny od nagłośnienia, reflektory i muzycy naokoło mnie. Jak ryba w wodzie.
Mike odebrał moje mruknięcie jako potwierdzające westchnienie i puścił mnie.
- Odprowadzimy ją wieczorem do domu. - poinformował Vic Trevora i położył mi dłoń na wysokości łopatek. To nie podlegało dyskusji, więc Trev skinął głową i nachylił się ku mnie z zamiarem pocałunku, ale Vic popchnął mnie już przed siebie, więc pocałunek trafił w ramię Mike'a. Ten obejrzał się, uśmiechnięty, na młodszego kolegę.
- Ja też się cieszę, że cię spotkałem. - rzucił, po czym w podskokach do nas dołączył, ponownie zasypując mnie gradem pytań. Vic przewrócił oczami.
- Ciekawy zbieg okoliczności; niedawno o tobie rozmawialiśmy, Madd.
- Ah, tak?
- Ah, tak. - zgodził się. - Pracujemy nad nowym albumem i ostatnio nam się przypomniało, że to ty pomagałaś nam przy "Sky...".
- Słyszałam "The Divine Zero"! Pasuje do was....
- Miło mi to słyszeć.
- ... czyli nie pasuje absolutnie do niczego.
- Napiszę Tony'emu o randce. - posłał mi urażone spojrzenie.
- To jak poznałaś Trevora? - drążył Mike, jednak jego brat, nadal lekko oburzony, uniósł jedną dłoń w górę, drugą nadal pisząc wiadomość.
- Pytania w komplecie, żeby się nie powtarzać.
- Ale jest tak mało czasu, a tak dużo pytań!
Vic wzruszył ramionami, informując nas, jak bardzo go to interesuje.
- Ale ty dzisiaj zrzędzisz, Victor. To nowy image? - skrzywiłam się, a Mike zakrztusił się śliną.
- Nowy image, hahaha!
- Tony i Jaime będą czekać w Taco. - odparł tylko naburmuszony wokalista. Gdy dusiłam się ze śmiechu z jego bratem, posłał nam miażdżące spojrzenie pełne wyrzutu. - Tak, śmiejcie się, buraki. No, dalej, powiedzcie coś jeszcze, cholerne śmieszki.
Nabijaliśmy się z niego całą drogę, a Mike przytaczał mi co ciekawsze anegdotki z ich życia. Jednak postać niskiego Amerykanina nie emanowała gniewem, a raczej niepokojem.
Mike radośnie klekotał mi do ucha, nawet gdy przechodziliśmy przez drzwi knajpki, a potem uderzyło w mnie jakieś 150 kilo żywej wagi. Po raz trzeci dzisiaj zaparło mi dech w piersiach.
- Odbieram to jako powitanie, ale wygląda jak nieudolny zamach. - skomentował Vic, przeciskając się do stolika. Ja zostałam uwięziona między Tony'm a Jaimem. Ten drugi zmarszczył brwi.
- A temu co?
- Ma taki humor, odkąd spotkaliśmy Maddie.
- Wszystko mi opowiesz, bella, ale przy karmelowym frappuccino! - Preciado uspokajająco położył mi dłoń na ramieniu i pociągnął mnie do stolika. - Ej, Stark, leć no po kawusię.
Tony zachmurzył się.
- Nie wolno żartować z Avengersów!
- Można tylko z Quicksilvera, gdy gra go Peters. - rzuciłam przez ramię i poczułam na sobie rozmarzone spojrzenie gitarzysty. Uśmiechnęłam się, usatysfakcjonowana.
- Ej, bohaterze. Mówię poważnie o tej kawusi.
- Zachowujesz się jak Fury.
- Nie rozumiem, co do mnie powiedziałeś, więc potraktuję to jako komplement - oznajmił głośno, po czym cichutko zwrócił się do mnie: - Kto to jest, ten Fury?
- Buc. - odparłam. Widząc jego zaciśnięte zęby, dodałam: - Ale miał szlachetne zamiary!
- Tylko był głupcem. - syknął Tony, mijając nas. Dosiedliśmy się do Vica, który zdążył zamówić dla nas jedzenie.
Wydawał się bardzo zamyślony i nieco zmartwiony, gdy opowiedziałam im historię poznania Wentwortha, lecz nie chciał zdradzić swoich myśli.
- Maddie, wybierasz się na premierę Deadpoola? - zainteresował się Tony.
- Pewnie! Idziemy na niego w Atlancie.
- Nie mogę się doczekać, po tym, jak zobaczyłem go w X-Menie! Totalny z niego śmieszek.
- Mam nadzieję, że lepszy niż Maddie z Mike'em. - wtrącił Vic, rozsmarowując ketchup frytką po talerzu.
- Vic, mógłbyś wziąć jakieś ecstasy i być bardziej przyjaznym, bo niszczysz nam randkę.
Mężczyzna wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu. Spodziewałam się jakichś pytań o Trevora, ale zamiast tego padały pytania o trasę koncertową, o wrażenia, a także moją znajomość z Set It Off. Bardzo zainteresował się Atlantą, w której mieliśmy grać za półtorej tygodnia.
- Jako support czy samodzielnie?
- Różnie. Dlaczego pytasz?
- Pierce the Veil szuka supportu.
- Szuka? - zdziwił się Tony.
- Szuka. - powtórzył z naciskiem Vic. - Kto supportuje w Atlancie?
- Our Last Night.
Przez oczy Vica przemknął cień.
- Kogo?
- Nie wiem, kogo. - przygryzłam wargę, próbując sobie przypomnieć nazwę głównej gwiazdy. - Ej, no nie pamiętam!
- Spoko, będzie gorzej. Ten złodziejski Austriak nie śpi - Jaime poklepał mnie po ramieniu, kiwając głowę\ą ze zrozumieniem. Natomiast my nie do końca ogarnęliśmy jego tekst, więc przewrócił oczami. - Jeeju, czy ja zawsze muszę tłumaczyć żarty? Alzheimer, choroba pamięci wykryta przez Austriaka, Alzheimera.
- Jaime. On był Niemcem. - Tony pokręcił głową. - Spaliłeś i tak już słaby dowcip.
- A co z Bring Me the Horizon? - zapytał Victor.
- A znaleźli sobie nowego wokalistę? - pociągnęłam łyk przepysznego frappuccino, patrząc na przyjaciół z zainteresowaniem. Zaśmiali się cicho.
- A po co im nowy wokalista, skoro Oliver nauczył się śpiewać?
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Tak, tak, anielskie głosy z zaświatów i te sprawy. Poważnie pytam.
- Poważnie ci odpowiadam. BMTH nie zmieniło składu.
Pokręciłam głową.
- Przestań. Oliver zastrzelił się idealnie w moje 18 urodziny. Umiem czytać Alternative Press.
- Maddie, wiele ci można zarzucić, ale nie ignorancję. Proszę cię. Jak mógłby się zastrzelić, skoro w lipcu ożenił się z Pixie, a we wrześniu wydał album z zespołem i ruszył w trasę? Chyba jednak nie umiesz czytać AP.
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi ustami. Karmelowa kawa już mi nie smakowała, Pierce the Veil już nie byli powodem do szczęścia, ta cała trasa wydawała się pomyłką, a ja czułam się z każdą chwilą coraz mniej bezpiecznie.
- Jezuus Maria... - wyjąkałam.
- Przynajmniej osiągnęliśmy nie jedną, a dwie rzeczy. - rzucił Jaime. - Zarazem śmiertelnie przeraziliśmy Maddie i nawróciliśmy ją. Jak padnie na zawał, to przynajmniej ma przepustkę do nieba.
- No i skończyło się rumakowanie. - Mike zamachał ręką przed moją twarzą. - Co wy, nie wiecie, że za dużo prawdy na raz jest złe?
- Maddie - Vic znowu nachylił się do mnie, odsuwając uprzednio puste naczynia i opierając się przedramionami o stolik. - Czy ufasz Cody'emu?
- Tak. - odparłam bez wahania.
- A Trevorowi?
- Tak. - odparłam po chwili wahania. A potem skrzywiłam się sama do siebie. Musisz się zastanawiać, czy ufasz chłopakowi, któremu dałaś się pocałować, Miko? Ty cholerna hipokrytko. Panowie chyba doszli do podobnych wniosków.
- Jaime, pomyliłeś się. Osiągnęliśmy trzy rzeczy. - Mike szeroko się uśmiechnął, zacierając ręce. - W końcu uda nam się upić Maddie Miko.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jęknięcie, początkowo ciche, urywane, nabierało mocy, przeistaczając się w dźwięk pełen bólu i przeciągłe westchnienie. Brzmiało jak... Nie, nie chcę wiedzieć, jak. Ponownie rozległo się to samo jęknięcie, raptownie urwane przez stłumione tąpnięcie i głośne przekleństwo.
To zmusiło mnie do zdecydowanych kroków. Z trudem rozwarłam powieki; słońce lekko mnie oślepiło.
- Kto tu postawił tę podłogę... - usłyszałam ciche mamrotanie. Nieśpiesznie odwróciłam głowę, poszerzając pole widzenia i rejestrując obraz nędzy i rozpaczy. Powoli uniosłam się do pozycji siedzącej, ściągając z siebie koc i przypłacając decyzję głową. Dosłownie. Tępy ból rozrywał mi czaszkę, gdy spod przymrużonych powiek rozglądałam się po nieznanym pokoju.
- Ja pizgam, mam własne Kac Vegas... - wyrwało mi się.
Mike leżał na ziemi przy kanapie twarzą do dołu. To on spadł przed chwilą z wygodnego mebla. Vic półleżał na szerokim parapecie, przytulony do własnej czapki. Nigdzie nie widziałam Tony'ego i Jaimego. Widziałam za to wszechobecny bałagan; puszki po energy drinkach, piwach, butelki po coli i whisky, szklanki, papier toaletowy (?!), chrupki i małe kałuże wody, zapewne po roztopionych kostkach lodu z drinków.
Dopiero teraz zarejestrowałam drażniący szum, którego nie mogłam zidentyfikować. Jak na życzenie, dźwięk ustał, a gdzieś skrzypnęły drzwi. Obejrzałam się za siebie, przytrzymując skronie rękoma i pozwalając kocu całkiem opaść na ziemię.
Do pokoju wszedł Tony. Nie miał na sobie koszulki. Nie miał na sobie spodni. Ani skarpetek. Nie miał na sobie nic, oprócz ręcznika przepasanego w biodrach. Nagi tors lśnił od wody.
- Masz lepszą klatę niż Calum - oznajmiłam mu, zanim pojęłam, co robię. Uśmiechnął się, lekko zaczerwieniony.
- Dzięki. Kiedy zrobiłaś sobie tatuaż?
Szybka kalkulacja. Mam go od września. Od tamtej pory nie widziałam się z Tony'm. A Tony wie o tatuażu. A tatuaż mam mniej więcej między łopatkami. Zerknęłam w dół.
- Tony! - teraz to ja byłam czerwona, szybko podciągnęłam koc do góry. Wyszczerzył zęby.
- Ale co zobaczyłem, to moje.
- Dlaczego pozbyłam się sukienki? - zapytałam, przecierając twarz dłonią.
- Uznaliście z Mike'em, że ciuchy krępują wasze muzyczne moce i bez nich będziecie lepszymi muzykami. Potem chciał ci pokazać swoją różdżkę, ale się na chwilę wyłączyłem. Nie pamiętam, co było dalej.
Całkiem blisko mnie rozległ się potępieńczy jęk, aż nerwowo drgnęłam. Leżąca u mych stóp kupa papieru toaletowego chwiejnie uniosła się do góry, a spomiędzy niego wystawała zmęczona twarz Jaimego.
- Ochrzciliśmy cię, Maddie - wychrypiał z zamkniętymi oczami. - Teraz jesteś prawdziwą rockwoman.
- Co tu się do cholery działo? - zapytałam, a w tym samym czasie basista dodał:
- Czy Vic jest martwy?
W ciszy popatrzyliśmy na przyjaciela i nagle zrobiło mi się strasznie smutno. Do czasu, gdy Vic niezgrabnie się poruszył i zaczął macać się po pośladkach.
- Niech ktoś to ode mnie zabierze. Brzęczy i brzęczy, czuję się, jakbym miał wibrator w tyłku. - rzekomy trup w końcu trafił na tylną kieszeń i wyciągnął z niego smartfona, rzucając go gdzieś w naszym kierunku. Patrzyliśmy tępo na komórkę.
- Kogo to? - zapytał Tony. On chyba był najtrzeźwiejszy z nas wszystkich, więc podszedł do urządzenia i podniósł go. - Trev dzwoni.
Pojęłam, że to moja własność. Zanim po nią sięgnęłam, połączenie zdążyło się urwać. Zerknęłam na wyświetlacz. 23 nieodebrane połączenia, 14 wiadomości i kilka nagrań na pocztę głosową.
Podniosłam głowę, patrząc na mniej lub bardziej przytomnych przyjaciół.
- Chyba wysłali za mną list gończy.
- Jak się dowiedzą, co zrobiliśmy, to wyślą też za mną - mruknął Mike, który tymczasem powoli wracał do żywych. Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Chwila!
- Co zrobiliśmy?!
Staliśmy naprzeciw siebie, jak bokserzy na ringu, mierząc się spojrzeniami. Przez chwilę jego wzrok przesunął się po Trevorze, lustrując go uważnie. Zauważył moje lekko spuchnięte usta, nasze złączone dłonie i zmarszczył brwi, wyciągając wnioski.
Mimo łączącej nas przyjaźni, żadne z nas nie pokonało dzielących nas kroków. Nie było powitalnych okrzyków, uścisków i buziaków. Był tylko ten chłodny dystans z jego strony, powściągliwość w brązowych oczach, gdy stał tak z rękoma w kieszeniach krótkich spodni.
- Madeline Miko. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę. Zwłaszcza tutaj.
Za nim pojawił się jego towarzysz, dotychczas stojący przy budce z hot-dogami. Teraz stanął za niższym mężczyzną, zdradzając równie wielkie zaskoczenie, ale o wiele mniej dystansu.
- Pewnie, że się musieliśmy zobaczyć! Nie dokończyłem jej jeszcze dowcipu o prostytutce! Przestań, braciszku, to przecież Maddie!
Bezceremonialnie wyciągnął jego rękę z jego kieszeni i wcisnął w nią hot-doga, po czym przeciął dystans i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, unosząc nad chodnik.
- Mike... połamiesz.... mi... żebra - wykrztusiłam, wirując w powietrzu. Niższy Kalifornijczyk nadal był jednak nieufny.
- Przedstawisz nam swojego... przyjaciela?
- Pewnie, jak tylko Mike mnie odstawi na ziemię...
- Opamiętaj się, Michael.
- Victor! Jak ty się do mnie zwracasz? - chłopak był tak oburzony, że opuścił mnie na dół. Nabrałam głębokiego wdechu, a Mike wyrwał bratu hot-doga z ręki i gniewnie go ugryzł.
- Vic, Mike, to jest Trevor Wentworth, z Our Last Night. - oznajmiłam, gdy uregulowałam oddech. - Trev, oto bracia Fuentes, gwiazdy Pierce the Veil.
Młody wokalista wyciągnął rękę, ale Vic Fuentes jej nie uścisnął. Skinął mu tylko głową.
- Miło cię... poznać.
Mike starał się wypaść jak najlepiej, zamaskować złe wrażenie stworzone przez starszego brata. Potrząsnął wyciągniętą dłonią, zapewniając o swojej radości ze spotkania. Śledziłam wzrokiem ich zachowanie, próbując rozgryźć zachowanie Victora.
- Maddie, opowiadaj! Co tutaj robisz? Jak długo jesteś? Jak życie? A matury? Wracasz na scenę? Jest tu Annie? Skąd znasz Trevora?
Zorientowałam się, że patrzę na niego z otwartą buzią. Mówił w takim tempie, że nie dość, że nie zrozumiałam, to na dodatek w ogóle nie zarejestrowałam słów. Vic zauważył moją minę i pierwszy raz dzisiaj się uśmiechnął.
- Hola, kowboju! Jesteś przytłaczający. Madd, Tony będzie zachwycony, jeśli zjesz z nami lunch. Możemy cię zaprosić?
Przygryzłam wargę, niezdecydowana, pamiętając o umówionym posiłku z Set It Off, których przecież byłam gościem. Poza tym wydarzenia ostatnich dni biegły dla mnie stanowczo zbyt szybkim torem. Trevor zabrał głos za mnie.
- Powinnaś pójść. Chłopcy zrozumieją, spędzisz z nami jeszcze trochę czasu, a przyjaciół dawno nie widziałaś.
Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Zerknęłam na moje ubranie, krótką sukienkę i trampki, a potem na przyjemnie grzejące słońce. Mike podążył za moim wzrokiem.
- Moja droga, to jest Floryda. Czemu nie masz na sobie bikini?
- A ty? - odparłam zaczepnie. Znów mnie przytulił, ignorując mojego towarzysza.
- Jak ja za tobą tęskniłem!
- Ja też... - wymamrotałam cicho, sama do siebie, uświadamiając sobie, że naprawdę brakowało mi tej wersji mojej osoby. Tej prawdziwej, a nie tego podrabiańca sprzed ostatnich kilku miesięcy. To było moim powołaniem, realnym wcieleniem. Czułam, że żyję. Drżenie strun pod opuszkami palców, wibracje sceny od nagłośnienia, reflektory i muzycy naokoło mnie. Jak ryba w wodzie.
Mike odebrał moje mruknięcie jako potwierdzające westchnienie i puścił mnie.
- Odprowadzimy ją wieczorem do domu. - poinformował Vic Trevora i położył mi dłoń na wysokości łopatek. To nie podlegało dyskusji, więc Trev skinął głową i nachylił się ku mnie z zamiarem pocałunku, ale Vic popchnął mnie już przed siebie, więc pocałunek trafił w ramię Mike'a. Ten obejrzał się, uśmiechnięty, na młodszego kolegę.
- Ja też się cieszę, że cię spotkałem. - rzucił, po czym w podskokach do nas dołączył, ponownie zasypując mnie gradem pytań. Vic przewrócił oczami.
- Ciekawy zbieg okoliczności; niedawno o tobie rozmawialiśmy, Madd.
- Ah, tak?
- Ah, tak. - zgodził się. - Pracujemy nad nowym albumem i ostatnio nam się przypomniało, że to ty pomagałaś nam przy "Sky...".
- Słyszałam "The Divine Zero"! Pasuje do was....
- Miło mi to słyszeć.
- ... czyli nie pasuje absolutnie do niczego.
- Napiszę Tony'emu o randce. - posłał mi urażone spojrzenie.
- To jak poznałaś Trevora? - drążył Mike, jednak jego brat, nadal lekko oburzony, uniósł jedną dłoń w górę, drugą nadal pisząc wiadomość.
- Pytania w komplecie, żeby się nie powtarzać.
- Ale jest tak mało czasu, a tak dużo pytań!
Vic wzruszył ramionami, informując nas, jak bardzo go to interesuje.
- Ale ty dzisiaj zrzędzisz, Victor. To nowy image? - skrzywiłam się, a Mike zakrztusił się śliną.
- Nowy image, hahaha!
- Tony i Jaime będą czekać w Taco. - odparł tylko naburmuszony wokalista. Gdy dusiłam się ze śmiechu z jego bratem, posłał nam miażdżące spojrzenie pełne wyrzutu. - Tak, śmiejcie się, buraki. No, dalej, powiedzcie coś jeszcze, cholerne śmieszki.
Nabijaliśmy się z niego całą drogę, a Mike przytaczał mi co ciekawsze anegdotki z ich życia. Jednak postać niskiego Amerykanina nie emanowała gniewem, a raczej niepokojem.
Mike radośnie klekotał mi do ucha, nawet gdy przechodziliśmy przez drzwi knajpki, a potem uderzyło w mnie jakieś 150 kilo żywej wagi. Po raz trzeci dzisiaj zaparło mi dech w piersiach.
- Odbieram to jako powitanie, ale wygląda jak nieudolny zamach. - skomentował Vic, przeciskając się do stolika. Ja zostałam uwięziona między Tony'm a Jaimem. Ten drugi zmarszczył brwi.
- A temu co?
- Ma taki humor, odkąd spotkaliśmy Maddie.
- Wszystko mi opowiesz, bella, ale przy karmelowym frappuccino! - Preciado uspokajająco położył mi dłoń na ramieniu i pociągnął mnie do stolika. - Ej, Stark, leć no po kawusię.
Tony zachmurzył się.
- Nie wolno żartować z Avengersów!
- Można tylko z Quicksilvera, gdy gra go Peters. - rzuciłam przez ramię i poczułam na sobie rozmarzone spojrzenie gitarzysty. Uśmiechnęłam się, usatysfakcjonowana.
- Ej, bohaterze. Mówię poważnie o tej kawusi.
- Zachowujesz się jak Fury.
- Nie rozumiem, co do mnie powiedziałeś, więc potraktuję to jako komplement - oznajmił głośno, po czym cichutko zwrócił się do mnie: - Kto to jest, ten Fury?
- Buc. - odparłam. Widząc jego zaciśnięte zęby, dodałam: - Ale miał szlachetne zamiary!
- Tylko był głupcem. - syknął Tony, mijając nas. Dosiedliśmy się do Vica, który zdążył zamówić dla nas jedzenie.
Wydawał się bardzo zamyślony i nieco zmartwiony, gdy opowiedziałam im historię poznania Wentwortha, lecz nie chciał zdradzić swoich myśli.
- Maddie, wybierasz się na premierę Deadpoola? - zainteresował się Tony.
- Pewnie! Idziemy na niego w Atlancie.
- Nie mogę się doczekać, po tym, jak zobaczyłem go w X-Menie! Totalny z niego śmieszek.
- Mam nadzieję, że lepszy niż Maddie z Mike'em. - wtrącił Vic, rozsmarowując ketchup frytką po talerzu.
- Vic, mógłbyś wziąć jakieś ecstasy i być bardziej przyjaznym, bo niszczysz nam randkę.
Mężczyzna wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu. Spodziewałam się jakichś pytań o Trevora, ale zamiast tego padały pytania o trasę koncertową, o wrażenia, a także moją znajomość z Set It Off. Bardzo zainteresował się Atlantą, w której mieliśmy grać za półtorej tygodnia.
- Jako support czy samodzielnie?
- Różnie. Dlaczego pytasz?
- Pierce the Veil szuka supportu.
- Szuka? - zdziwił się Tony.
- Szuka. - powtórzył z naciskiem Vic. - Kto supportuje w Atlancie?
- Our Last Night.
Przez oczy Vica przemknął cień.
- Kogo?
- Nie wiem, kogo. - przygryzłam wargę, próbując sobie przypomnieć nazwę głównej gwiazdy. - Ej, no nie pamiętam!
- Spoko, będzie gorzej. Ten złodziejski Austriak nie śpi - Jaime poklepał mnie po ramieniu, kiwając głowę\ą ze zrozumieniem. Natomiast my nie do końca ogarnęliśmy jego tekst, więc przewrócił oczami. - Jeeju, czy ja zawsze muszę tłumaczyć żarty? Alzheimer, choroba pamięci wykryta przez Austriaka, Alzheimera.
- Jaime. On był Niemcem. - Tony pokręcił głową. - Spaliłeś i tak już słaby dowcip.
- A co z Bring Me the Horizon? - zapytał Victor.
- A znaleźli sobie nowego wokalistę? - pociągnęłam łyk przepysznego frappuccino, patrząc na przyjaciół z zainteresowaniem. Zaśmiali się cicho.
- A po co im nowy wokalista, skoro Oliver nauczył się śpiewać?
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Tak, tak, anielskie głosy z zaświatów i te sprawy. Poważnie pytam.
- Poważnie ci odpowiadam. BMTH nie zmieniło składu.
Pokręciłam głową.
- Przestań. Oliver zastrzelił się idealnie w moje 18 urodziny. Umiem czytać Alternative Press.
- Maddie, wiele ci można zarzucić, ale nie ignorancję. Proszę cię. Jak mógłby się zastrzelić, skoro w lipcu ożenił się z Pixie, a we wrześniu wydał album z zespołem i ruszył w trasę? Chyba jednak nie umiesz czytać AP.
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi ustami. Karmelowa kawa już mi nie smakowała, Pierce the Veil już nie byli powodem do szczęścia, ta cała trasa wydawała się pomyłką, a ja czułam się z każdą chwilą coraz mniej bezpiecznie.
- Jezuus Maria... - wyjąkałam.
- Przynajmniej osiągnęliśmy nie jedną, a dwie rzeczy. - rzucił Jaime. - Zarazem śmiertelnie przeraziliśmy Maddie i nawróciliśmy ją. Jak padnie na zawał, to przynajmniej ma przepustkę do nieba.
- No i skończyło się rumakowanie. - Mike zamachał ręką przed moją twarzą. - Co wy, nie wiecie, że za dużo prawdy na raz jest złe?
- Maddie - Vic znowu nachylił się do mnie, odsuwając uprzednio puste naczynia i opierając się przedramionami o stolik. - Czy ufasz Cody'emu?
- Tak. - odparłam bez wahania.
- A Trevorowi?
- Tak. - odparłam po chwili wahania. A potem skrzywiłam się sama do siebie. Musisz się zastanawiać, czy ufasz chłopakowi, któremu dałaś się pocałować, Miko? Ty cholerna hipokrytko. Panowie chyba doszli do podobnych wniosków.
- Jaime, pomyliłeś się. Osiągnęliśmy trzy rzeczy. - Mike szeroko się uśmiechnął, zacierając ręce. - W końcu uda nam się upić Maddie Miko.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jęknięcie, początkowo ciche, urywane, nabierało mocy, przeistaczając się w dźwięk pełen bólu i przeciągłe westchnienie. Brzmiało jak... Nie, nie chcę wiedzieć, jak. Ponownie rozległo się to samo jęknięcie, raptownie urwane przez stłumione tąpnięcie i głośne przekleństwo.
To zmusiło mnie do zdecydowanych kroków. Z trudem rozwarłam powieki; słońce lekko mnie oślepiło.
- Kto tu postawił tę podłogę... - usłyszałam ciche mamrotanie. Nieśpiesznie odwróciłam głowę, poszerzając pole widzenia i rejestrując obraz nędzy i rozpaczy. Powoli uniosłam się do pozycji siedzącej, ściągając z siebie koc i przypłacając decyzję głową. Dosłownie. Tępy ból rozrywał mi czaszkę, gdy spod przymrużonych powiek rozglądałam się po nieznanym pokoju.
- Ja pizgam, mam własne Kac Vegas... - wyrwało mi się.
Mike leżał na ziemi przy kanapie twarzą do dołu. To on spadł przed chwilą z wygodnego mebla. Vic półleżał na szerokim parapecie, przytulony do własnej czapki. Nigdzie nie widziałam Tony'ego i Jaimego. Widziałam za to wszechobecny bałagan; puszki po energy drinkach, piwach, butelki po coli i whisky, szklanki, papier toaletowy (?!), chrupki i małe kałuże wody, zapewne po roztopionych kostkach lodu z drinków.
Dopiero teraz zarejestrowałam drażniący szum, którego nie mogłam zidentyfikować. Jak na życzenie, dźwięk ustał, a gdzieś skrzypnęły drzwi. Obejrzałam się za siebie, przytrzymując skronie rękoma i pozwalając kocu całkiem opaść na ziemię.
Do pokoju wszedł Tony. Nie miał na sobie koszulki. Nie miał na sobie spodni. Ani skarpetek. Nie miał na sobie nic, oprócz ręcznika przepasanego w biodrach. Nagi tors lśnił od wody.
- Masz lepszą klatę niż Calum - oznajmiłam mu, zanim pojęłam, co robię. Uśmiechnął się, lekko zaczerwieniony.
- Dzięki. Kiedy zrobiłaś sobie tatuaż?
Szybka kalkulacja. Mam go od września. Od tamtej pory nie widziałam się z Tony'm. A Tony wie o tatuażu. A tatuaż mam mniej więcej między łopatkami. Zerknęłam w dół.
- Tony! - teraz to ja byłam czerwona, szybko podciągnęłam koc do góry. Wyszczerzył zęby.
- Ale co zobaczyłem, to moje.
- Dlaczego pozbyłam się sukienki? - zapytałam, przecierając twarz dłonią.
- Uznaliście z Mike'em, że ciuchy krępują wasze muzyczne moce i bez nich będziecie lepszymi muzykami. Potem chciał ci pokazać swoją różdżkę, ale się na chwilę wyłączyłem. Nie pamiętam, co było dalej.
Całkiem blisko mnie rozległ się potępieńczy jęk, aż nerwowo drgnęłam. Leżąca u mych stóp kupa papieru toaletowego chwiejnie uniosła się do góry, a spomiędzy niego wystawała zmęczona twarz Jaimego.
- Ochrzciliśmy cię, Maddie - wychrypiał z zamkniętymi oczami. - Teraz jesteś prawdziwą rockwoman.
- Co tu się do cholery działo? - zapytałam, a w tym samym czasie basista dodał:
- Czy Vic jest martwy?
W ciszy popatrzyliśmy na przyjaciela i nagle zrobiło mi się strasznie smutno. Do czasu, gdy Vic niezgrabnie się poruszył i zaczął macać się po pośladkach.
- Niech ktoś to ode mnie zabierze. Brzęczy i brzęczy, czuję się, jakbym miał wibrator w tyłku. - rzekomy trup w końcu trafił na tylną kieszeń i wyciągnął z niego smartfona, rzucając go gdzieś w naszym kierunku. Patrzyliśmy tępo na komórkę.
- Kogo to? - zapytał Tony. On chyba był najtrzeźwiejszy z nas wszystkich, więc podszedł do urządzenia i podniósł go. - Trev dzwoni.
Pojęłam, że to moja własność. Zanim po nią sięgnęłam, połączenie zdążyło się urwać. Zerknęłam na wyświetlacz. 23 nieodebrane połączenia, 14 wiadomości i kilka nagrań na pocztę głosową.
Podniosłam głowę, patrząc na mniej lub bardziej przytomnych przyjaciół.
- Chyba wysłali za mną list gończy.
- Jak się dowiedzą, co zrobiliśmy, to wyślą też za mną - mruknął Mike, który tymczasem powoli wracał do żywych. Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Chwila!
- Co zrobiliśmy?!
sobota, 9 kwietnia 2016
Rozdział V
muzyka.
Byłam podekscytowana. Naprawdę. Humor mi dopisywał przez całą drogę do hotelu, w którym Set It Off kwaterowało się od piątku. O, ironio, był to Novotel, w którym kiedyś spędziłam weekend z Anią i Bring Me the Horizon.
BMTH. W końcu wypowiedziałam tę nazwę. Coś na kształt pewności siebie zaczęło mi kiełkować w sercu. Ha, Sykes. Miko powoli wraca do gry! Drugi raz mnie nie wyeliminujesz.
Gdy jechaliśmy windą w górę, nawet cicho pogwizdywałam. Czułam, jak muzycy wpatrują się we mnie. Może chodziło o to, że nadal miałam na sobie strój z egzaminów? Nie przeszkadzało mi to.
- Jak to możliwe, że nie czekał na was tłum paparazzi? - zainteresowałam się. Austin przybrał zbolały wyraz twarzy.
- Nie jesteśmy na tyle znani, żeby ktoś szanujący się chciał nasze zdjęcie.
Danny, gitarzysta, przewrócił oczami.
- To znajdź sobie bardziej rozpoznawalny zespół, do którego cię przyjmą.
- Im bardziej znany zespół, tym bardziej popaprani członkowie. Wierz mi. - wygłosiłam swoją mądrość. - Nie polecam.
Austin mamrotał jeszcze coś pod nosem, na co Cody przewrócił oczami ze zniecierpliwieniem, ale przybrał na twarz pełen wymuszonego zrozumienia uśmiech i podszedł do kolegi, obejmując dłońmi jego głowę.
- Kocham cię, Aust, ale zabiję cię, jeśli nie przestaniesz narzekać.
Spojrzałam na nich przez ramię, a winda zatrzymała się z cichym piknięciem. Chłopcy skierowali się na prawo, więc ruszyłam za nimi. Cody wysunął się przede mnie i pchnął jedne z wielu drzwi...
Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony. My, widząc Our Last Night oglądających If I stay, czy Trevor, widząc mnie w towarzystwie Set It Off. Podskoczył, spadając z kanapy i rozsypując chrupki. Stracił swoje opanowanie, którym popisywał się na studniówce. Jeju, jaka ja byłam głupia. Jak mogłam sądzić, że jeden zespół zostawił drugi, chociaż byli na wspólnej trasie? Wygładziłam spódniczkę, przypominając sobie ręce chłopaka na mojej talii i jego oddech na moim policzku.
- O. Trevor. Miło cię widzieć. - zebrałam się na uśmiech, choć moje policzki przypominały już pewnie papryczki chili. Muzyk pozbierał się z podłogi i stał teraz z wyrazem szoku i przerażenia na twarzy. Niemal widziałam, w jakim tempie pracują trybiki w jego głowie. Cisza przedłużała się.
- Hej, jestem Matt. - podszedł do mnie wysoki szatyn, zapewne jego brat. Był wyższy, starszy i... cóż, brzydszy od brata. Ale o gustach zapewne się nie dyskutuje.
- Miło. - powtórzyłam, nadal stojąc w drzwiach. Chłopcy porozchodzili się na boki, ściągając kurtki i buty.
- Trev, nie możesz ciągle się dziwić, że widzisz nas razem. W końcu trochę się przyjaźnimy. - zaśmiał się Cody, odkładając skórzaną kurtkę na stos walizek.
- Mów za siebie, ja jej nawet nie znam. - wtrącił Zach. - Chętnie bym poznał, ale tak się zawsze składa, że zabierasz ze sobą Maxxa albo Danny'ego na randki z nią.
- Maddie - wykrztusił w końcu młodszy Wentworth i przeczesał dłonią włosy.
- Co wy oglądacie? - zapytał w tym samym momencie Maxx, rzucając się na kanapę. Na ekranie Adam Wilde przeżywał właśnie załamanie, bo nie wpuścili go na OIOM do Mii. Maxx przez chwilę patrzył na film przez zmrużone oczy, po czym ponownie zapytał: - Czemu ona mu nie otworzy tych drzwi?
- Bo ona tam leży, durniu - odpowiedział mu jeden z pozostałych członków OLN, nie miałam pojęcia, jakie stanowisko zajmował w zespole.
- No przecież stoi i się patrzy...
Przeniosłam wzrok na Trevora.
- Myślałam, że wróciłeś już do Ameryki. - zagaiłam.
- Zagraliśmy wczoraj solowy koncert w jakimś klubie, a dzisiaj SIO chcieli gdzieś zagrać. Jutro wracamy. Rozumiem, że przyszłaś się pożegnać? - dodał po chwili.
- W zasadzie, panowie, Maddie jedzie z nami. - wtrącił Cody.
Mówiłam coś wcześniej o ciszy? To, co zapadło między nami teraz, to dopiero było milczenie. Trevor wyglądał jakby miał zaraz zemdleć. Zrobił się przeraźliwie blady, gdy cała krew odpłynęła mu z twarzy. Nie tak wyglądają osoby, które mają przyjemność spędzić ze mną kilka tygodni.
- To niemożliwe. Odpada!
- Crystal nie będzie miała nic przeciwko. Ostatecznie byłeś z tą dziewczyną na studniówce, to już prawie oświadczyny.
Teraz młody Wentworth wyglądał, jakby dostał w twarz. Zacisnął zęby i wyszedł z pokoju. Nadal stałam w drzwiach, czując się coraz bardziej nie na miejscu. Naprawdę moja osoba jest aż tak nie do zniesienia?
- Hm. Może powinniśmy przegłosować mój udział w trasie? - przygryzłam wargę.
- Eh, daruj, Madd. Chodź oglądać film! Wydaje się fajny. - Maxx zachęcił mnie ruchem ręki, nie odrywając wzroku od ekranu. Shooting Stars właśnie mieli próbę w Domu Rocka. Podejrzewałam, że ekranizacja tak bardzo spodobała się chłopakowi, bo wiedział, że jest lepszym perkusistą niż ten z filmu. - No, chodź, czuj się jak u siebie.
- Jak chcesz, to możesz nawet zrzucić ciuchy, jeżeli to ci pomoże. - szelmowsko uśmiechnął się Zach. Zaśmiałam się cicho. - No!
Usiadłam między panami i skierowałam wzrok na ekran. Wspólnie śledziliśmy losy młodej wiolonczelistki, ale moje myśli zajmowało coś innego. Podczas jednej z rozmów wyjawiłam Trevorowi, że bardzo lubię tę książkę (a film trochę mniej), bo opowiada o życiu, jakie chciałabym prowadzić. Kochający, szaleni rodzice, grono zaufanych przyjaciół, przystojny chłopak-muzyk... Nikt nie jest żądny twojej krwi, nie musisz bać się każdego kroku. I fakt, że masz prawo zadecydować o swoim życiu. Tak lub nie. Zostaję, lub odchodzę. Jako fanka nieco ambitniejszej literatury (nie zaczytywałam się w Nietzsche, bez przesady) trochę się tego wstydziłam, ale cóż mogę poradzić. Książek się nie wybiera, to one wybierają ciebie.
- Maddie chyba wpadła w autyzm. - zauważył Cody.
- Tylko pod wpływem Rhys Meyersa - odparłam.
Wrócił Trevor, już z kolorami na twarzy. Jednak jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę.
- Maddie nie może z nami jechać.
- Świetnie. Zainteresowałem się filmem, a wy mi, frajerzy, przerywacie! - zdenerwował się Danziger.
- Dlaczego nie może jechać? - Matt zmarszczył brwi.
- Nie uważacie, że zabranie jej w trasę jest jak wyrok? Jak określenie się po którejś ze stron?
- Czy ty się boisz Sykesa? - nie dowierzał Cody.
- A ty nie? Bo powinieneś.
- Trev, ja cię trochę nie rozumiem. Najpierw cały czas o niej gadasz, a gdy ona zjawia się u twych drzwi... wyrzucasz ją. - Matt dalej kręcił głową.
- Zamknij się, Matt! Nic nie rozumiesz!
- Więc nam wyjaśnij.
Jednak wokalista milczał. W jego niebieskich oczach widziałam toczącą się bitwę.
- Skarbie, ja cię jakoś nie łapię. Przecież ona nie musi jechać w trasę z Our Last Night, jeśli nie chcesz. Może jechać z Set It Off. - Cody przechodził sam siebie w kreatywności.
- A może nie pojadę z żadnym z was, tylko samotnie? - zaproponowałam, ale zostałam natychmiast zawetowana.
- Śnisz. Jednak głosujmy. Kto jest za tym, żeby Miko z nami jechała? - Zach podniósł rękę w górę, a za nim reszta Set It Off i 2/4 Our Last Night. Tylko Trevor i (chyba) Tim nie byli przekonani. - Widzicie? Przegłosowane.
- Świetnie. Nie macie pojęcia, w co się pakujecie. - wycedził Trevor.
- Mam wrażenie, że o czymś nam nie mówisz. - wtrąciłam, gdyż dotychczas rozmowa toczyła się o mnie, ale koło mnie.
- Nie. Wszystko jest okej. Nieważne. Położę się już. - wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. - Dobranoc.
Powoli wracaliśmy do oglądania filmu, ale nikt już nie był zainteresowany. Oprócz mnie, wszyscy stracili już wątek. Te wszystkie retrospekcje pewnie nie były na ich poziom.
- Może zagramy w monopoly...? - zaproponował Danny. Maxx wyciągnął Cody'ego na bok. Udawałam zainteresowaną rozkładaniem gry, ale ich knucie aprobowało mnie bardziej. To był wyższy level spiskowania! Miła odmiana po tej niekończącej się wymianie spojrzeń w Bring Me the Horizon lub uniesień brwi u Pierce the Veil.
- Warto by było skoczyć po coś do żarcia, nie uważacie? - głośno odezwał się Zach. - Maddie, idziesz? Lepiej znasz Katowice od nas...
Ojojoj, szansa podsłuchania chłopaków wymyka mi się z rąk...
(- Ja chyba nie potrafię, Cody...)
- Jest zimno. Nie lubię marznąć.
(- Maxx, możesz mieć każdą!)
(- To chyba nie wypali, ona zupełnie nie jest mną zainteresowana.)
- Dlatego w styczniu masz na sobie spódniczkę?
(- No to się postaraj! Chcesz ją zdobyć, czy nie? I nawet mi nie mów, że ona cię nie kręci, bo nie uwierzę.)
- Matury, mój drogi, matury.
(- Jest atrakcyjna, ale zapatrzona w kogoś innego! Nie rozumiem celu...)
- W spódniczce łatwiej ci się pisało? Ściągi masz na udach?
(- Maxx, jesteś naszą jedyną nadzieją. Pamiętaj, na co się umawialiśmy.)
Straciłam oba wątki, więc patrzyłam w karty kredytowe do monopoly.
- Mogę być bankiem? - uśmiechnęłam się nieśmiało. Panowie powoli dobierali się w pary, w których będzie toczyć się rozgrywka. Wspaniałomyślnie wyrazili zgodę na moją propozycję. To był mój wyrok. Gdziekolwiek gdzie się nie udam, muszę ratować własny tyłek. Każdy muzyk, nie ważne skąd, chciał mieć mnie blisko, a zaraz nie dopuszczać poza pewną granicę. Komu mogę zaufać, skoro nawet sobie nie powinnam?
Let's play a game.
-------------------------------------------------------
muzyka.
Wpadłam w pułapkę. Wystarczyła chwila nieuwagi, bym za moją decyzję zapłaciła głową. Jak mogłam być tak głupia? - zadałam sobie to pytanie jeszcze raz. Patrzyłam w dal z przerażeniem w oczach. Dopadli mnie. On mnie dopadł. Słyszałam, jak powoli się do mnie zbliżał, trzymając w dłoniach przedmiot o kształcie, którego nie mogłam pomylić z żadnym innym. Zamknęłam oczy i głośno przełknęłam ślinę.
- Maddie. - odezwał się cicho. - Nie możesz się przede mną ukrywać.
Nie mogłam już uciec. Było na to za późno. Nawet gdybym rzuciła się teraz do szaleńczego biegu, on by mnie dogonił. Był szybki i zdeterminowany.
- Powinniśmy już iść. Opowiedziałaś się już po jednej ze stron, Madeline. Zgodziłaś się na to.
Uchyliłam powieki i spojrzałam w niebieskie oczy. Przez chwilę utonęłam w tej głębi, przepełniona wspomnieniami. Westchnęłam cichutko i odwróciłam się, kręcąc głową. Te tęczówki nie były otoczone bladą skórą i ciemnymi brwiami. Czas pogodzić się z faktem, że wszyscy tutaj mają niebieskie oczy.
- Cody, ja się rozmyśliłam.
- To tylko próba dźwięku - wcisnął mi do ręki gitarę, którą ze sobą przyniósł. - Nie każę ci teraz grać koncertu. Chodź, tchórzu.
Przewróciłam oczami jak rozkapryszona nastolatka.
- Dlaczego ja nie mogę się spotkać z jakimiś muzykami bez przymusu grania z nimi?
- Może dlatego, że jesteś na tyle... - zaczął odpowiedź Austin, ale wtrącił sięTrevor.
- ... oryginalna, że wszyscy chcą się z tobą zmierzyć.
- I dlatego to Trevor zalicza, a ty nie, Kerr. - krzyknął Zach i wcisnął mi do rąk kartki z tabami. Próbowałam odtworzyć sobie w głowie dźwięk. Nic mi nie pasowało.
- A co to jest?
Matt Wentworth podrzucił mi melodię. Kojarzyłam to, powolutku... Trevor zaczął śpiewać:
"I've got fire for a heart
I'm not scared of the dark"
- Chwali ci się niezaprzeczalnie... - mruknęłam pod nosem, a głośno odparłam: - Naprawdę nie możecie znaleźć jakiegoś dobrego kawałka, tylko gracie One Direction?
- Maddie jest niezadowolona. Co robić? Może zaproponujmy jej coś, co ją ucieszy. Matt, Cody?
Cody zaśmiał się głośno i podszedł do drugiego mikrofonu. Jednak to Trevor znowu zaczął nieznaną piosenkę. Do czasu, gdy Carson rozpoczął prechorus.
- Jeeju, N'Sync?
- Riffy ma niezłe.
- Niezłe riffy to ma rock'n'roll. - odgarnęłam włosy do tyłu i przerzuciłam pasek od gitary przez ramię po czym zagrałam "Miserlou", płynnie przechodzące w "Wipeout". Matt dorzucił mi The Beatles, Danny zagrał The Who, Zach dołączył z The Rolling Stones... Przez dłuższą chwilę przerzucaliśmy się riffami, starając się je jak najlepiej połączyć.
- Dzięki, Maddie, za sprawny soundcheck. - wtrącił w pewnym momencie Cody. - Teraz jesteśmy pewni wieczornego koncertu.
Posłałam mu pełen radości uśmiech i powoli schodziliśmy ze sceny, by zdążyć na lunch przed próbą występu. Trevor szedł koło mnie.
- Mogę cię na chwilę porwać? - uśmiechnął się. Zmiękły mi nogi i bez wahania się zgodziłam. Najpierw ta cisza postudniówkowa, jawna niechęć i przerażenie na myśl, że mam im towarzyszyć w trasie... Jednak teraz chyba wszystko wracało do normy. Trev zaczekał cierpliwie, aż odstawię gitarę i wspólnie zeszliśmy ze sceny.
Nagle czyjaś ręka pociągnęła mnie na bok i otoczyła mnie ciemność. Mimowolnie pisnęłam ze strachu, gdy usłyszałam cichy trzask zamykanych drzwi. Poczułam ciężar, opierający się o moje ciało, cofnęłam się o krok lub dwa, potykając się o jakieś kable na ziemi, ale za plecami miałam już tylko ścianę. Zdałam sobie sprawę, że zostałam uwięziona w składziku na sprzęt, cała spięta i bliska płaczu, bez możliwości ucieczki.
Tuż przy moim uchu poczułam oddech z nutą gumy miętowej.
- Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie.
Niemalże rozpłakałam się z ulgi, gdy rozpoznałam głos Trevora.
- Oryginalne przeprosiny. - zdołałam wyszeptać.
- Zachowałem się beznadziejnie. Nie zasługujesz na takie traktowanie. Mogę ci to wynagrodzić?
Teraz, gdy już nie byłam przerażona, udało mi się zarejestrować więcej faktów. Oczy również przyzwyczaiły się do mroku. Umięśnione ciało Trevora napierało na moje, jego usta błądziły po mojej szyi. Serce biło mi jak oszalałe, już nie ze strachu. Czułam, jak gorąca fala rozlewa się po moim ciele, gdy Trevor lekko przygryzł płatek ucha. Jego ręce powoli nabierały śmiałości.
Jak ja za nim tęskniłam! A jeszcze bardziej tęskniłam za takim traktowaniem...
Objęłam dłońmi jego twarz i pocałowałam go. Oddał pocałunek, mocny, zdecydowany, gwałtowny. Szybko traciłam kontrolę nad tym, co się dzieje, natomiast on doskonale panował nad sytuacją. Lekko się odsunął, na centymetry, i spojrzał mi w oczy. Jego pierś unosiła się w szaleńczym rytmie, ja równie ciężko oddychałam.
- Będę mógł to powtórzyć? - zapytał cicho, chociaż doskonale znał odpowiedź. Skinęłam głową, a on jeszcze raz przysunął się do mnie i pocałował mnie w nos, po czym jednym ruchem ręki otworzył drzwi. Światło lekko mnie oślepiło.
Szliśmy za rękę, blisko siebie. Przez myśl mi nie przeszło, żeby się z tym nie afiszować, żeby uważać, cokolwiek. Wyszliśmy na ulicę. Tłum i gwar był ogromny. Gdzieś ponad nim usłyszałam znany mi głos.
- Maddie?
A miałam uważać...
Byłam podekscytowana. Naprawdę. Humor mi dopisywał przez całą drogę do hotelu, w którym Set It Off kwaterowało się od piątku. O, ironio, był to Novotel, w którym kiedyś spędziłam weekend z Anią i Bring Me the Horizon.
BMTH. W końcu wypowiedziałam tę nazwę. Coś na kształt pewności siebie zaczęło mi kiełkować w sercu. Ha, Sykes. Miko powoli wraca do gry! Drugi raz mnie nie wyeliminujesz.
Gdy jechaliśmy windą w górę, nawet cicho pogwizdywałam. Czułam, jak muzycy wpatrują się we mnie. Może chodziło o to, że nadal miałam na sobie strój z egzaminów? Nie przeszkadzało mi to.
- Jak to możliwe, że nie czekał na was tłum paparazzi? - zainteresowałam się. Austin przybrał zbolały wyraz twarzy.
- Nie jesteśmy na tyle znani, żeby ktoś szanujący się chciał nasze zdjęcie.
Danny, gitarzysta, przewrócił oczami.
- To znajdź sobie bardziej rozpoznawalny zespół, do którego cię przyjmą.
- Im bardziej znany zespół, tym bardziej popaprani członkowie. Wierz mi. - wygłosiłam swoją mądrość. - Nie polecam.
Austin mamrotał jeszcze coś pod nosem, na co Cody przewrócił oczami ze zniecierpliwieniem, ale przybrał na twarz pełen wymuszonego zrozumienia uśmiech i podszedł do kolegi, obejmując dłońmi jego głowę.
- Kocham cię, Aust, ale zabiję cię, jeśli nie przestaniesz narzekać.
Spojrzałam na nich przez ramię, a winda zatrzymała się z cichym piknięciem. Chłopcy skierowali się na prawo, więc ruszyłam za nimi. Cody wysunął się przede mnie i pchnął jedne z wielu drzwi...
Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony. My, widząc Our Last Night oglądających If I stay, czy Trevor, widząc mnie w towarzystwie Set It Off. Podskoczył, spadając z kanapy i rozsypując chrupki. Stracił swoje opanowanie, którym popisywał się na studniówce. Jeju, jaka ja byłam głupia. Jak mogłam sądzić, że jeden zespół zostawił drugi, chociaż byli na wspólnej trasie? Wygładziłam spódniczkę, przypominając sobie ręce chłopaka na mojej talii i jego oddech na moim policzku.
- O. Trevor. Miło cię widzieć. - zebrałam się na uśmiech, choć moje policzki przypominały już pewnie papryczki chili. Muzyk pozbierał się z podłogi i stał teraz z wyrazem szoku i przerażenia na twarzy. Niemal widziałam, w jakim tempie pracują trybiki w jego głowie. Cisza przedłużała się.
- Hej, jestem Matt. - podszedł do mnie wysoki szatyn, zapewne jego brat. Był wyższy, starszy i... cóż, brzydszy od brata. Ale o gustach zapewne się nie dyskutuje.
- Miło. - powtórzyłam, nadal stojąc w drzwiach. Chłopcy porozchodzili się na boki, ściągając kurtki i buty.
- Trev, nie możesz ciągle się dziwić, że widzisz nas razem. W końcu trochę się przyjaźnimy. - zaśmiał się Cody, odkładając skórzaną kurtkę na stos walizek.
- Mów za siebie, ja jej nawet nie znam. - wtrącił Zach. - Chętnie bym poznał, ale tak się zawsze składa, że zabierasz ze sobą Maxxa albo Danny'ego na randki z nią.
- Maddie - wykrztusił w końcu młodszy Wentworth i przeczesał dłonią włosy.
- Co wy oglądacie? - zapytał w tym samym momencie Maxx, rzucając się na kanapę. Na ekranie Adam Wilde przeżywał właśnie załamanie, bo nie wpuścili go na OIOM do Mii. Maxx przez chwilę patrzył na film przez zmrużone oczy, po czym ponownie zapytał: - Czemu ona mu nie otworzy tych drzwi?
- Bo ona tam leży, durniu - odpowiedział mu jeden z pozostałych członków OLN, nie miałam pojęcia, jakie stanowisko zajmował w zespole.
- No przecież stoi i się patrzy...
Przeniosłam wzrok na Trevora.
- Myślałam, że wróciłeś już do Ameryki. - zagaiłam.
- Zagraliśmy wczoraj solowy koncert w jakimś klubie, a dzisiaj SIO chcieli gdzieś zagrać. Jutro wracamy. Rozumiem, że przyszłaś się pożegnać? - dodał po chwili.
- W zasadzie, panowie, Maddie jedzie z nami. - wtrącił Cody.
Mówiłam coś wcześniej o ciszy? To, co zapadło między nami teraz, to dopiero było milczenie. Trevor wyglądał jakby miał zaraz zemdleć. Zrobił się przeraźliwie blady, gdy cała krew odpłynęła mu z twarzy. Nie tak wyglądają osoby, które mają przyjemność spędzić ze mną kilka tygodni.
- To niemożliwe. Odpada!
- Crystal nie będzie miała nic przeciwko. Ostatecznie byłeś z tą dziewczyną na studniówce, to już prawie oświadczyny.
Teraz młody Wentworth wyglądał, jakby dostał w twarz. Zacisnął zęby i wyszedł z pokoju. Nadal stałam w drzwiach, czując się coraz bardziej nie na miejscu. Naprawdę moja osoba jest aż tak nie do zniesienia?
- Hm. Może powinniśmy przegłosować mój udział w trasie? - przygryzłam wargę.
- Eh, daruj, Madd. Chodź oglądać film! Wydaje się fajny. - Maxx zachęcił mnie ruchem ręki, nie odrywając wzroku od ekranu. Shooting Stars właśnie mieli próbę w Domu Rocka. Podejrzewałam, że ekranizacja tak bardzo spodobała się chłopakowi, bo wiedział, że jest lepszym perkusistą niż ten z filmu. - No, chodź, czuj się jak u siebie.
- Jak chcesz, to możesz nawet zrzucić ciuchy, jeżeli to ci pomoże. - szelmowsko uśmiechnął się Zach. Zaśmiałam się cicho. - No!
Usiadłam między panami i skierowałam wzrok na ekran. Wspólnie śledziliśmy losy młodej wiolonczelistki, ale moje myśli zajmowało coś innego. Podczas jednej z rozmów wyjawiłam Trevorowi, że bardzo lubię tę książkę (a film trochę mniej), bo opowiada o życiu, jakie chciałabym prowadzić. Kochający, szaleni rodzice, grono zaufanych przyjaciół, przystojny chłopak-muzyk... Nikt nie jest żądny twojej krwi, nie musisz bać się każdego kroku. I fakt, że masz prawo zadecydować o swoim życiu. Tak lub nie. Zostaję, lub odchodzę. Jako fanka nieco ambitniejszej literatury (nie zaczytywałam się w Nietzsche, bez przesady) trochę się tego wstydziłam, ale cóż mogę poradzić. Książek się nie wybiera, to one wybierają ciebie.
- Maddie chyba wpadła w autyzm. - zauważył Cody.
- Tylko pod wpływem Rhys Meyersa - odparłam.
Wrócił Trevor, już z kolorami na twarzy. Jednak jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę.
- Maddie nie może z nami jechać.
- Świetnie. Zainteresowałem się filmem, a wy mi, frajerzy, przerywacie! - zdenerwował się Danziger.
- Dlaczego nie może jechać? - Matt zmarszczył brwi.
- Nie uważacie, że zabranie jej w trasę jest jak wyrok? Jak określenie się po którejś ze stron?
- Czy ty się boisz Sykesa? - nie dowierzał Cody.
- A ty nie? Bo powinieneś.
- Trev, ja cię trochę nie rozumiem. Najpierw cały czas o niej gadasz, a gdy ona zjawia się u twych drzwi... wyrzucasz ją. - Matt dalej kręcił głową.
- Zamknij się, Matt! Nic nie rozumiesz!
- Więc nam wyjaśnij.
Jednak wokalista milczał. W jego niebieskich oczach widziałam toczącą się bitwę.
- Skarbie, ja cię jakoś nie łapię. Przecież ona nie musi jechać w trasę z Our Last Night, jeśli nie chcesz. Może jechać z Set It Off. - Cody przechodził sam siebie w kreatywności.
- A może nie pojadę z żadnym z was, tylko samotnie? - zaproponowałam, ale zostałam natychmiast zawetowana.
- Śnisz. Jednak głosujmy. Kto jest za tym, żeby Miko z nami jechała? - Zach podniósł rękę w górę, a za nim reszta Set It Off i 2/4 Our Last Night. Tylko Trevor i (chyba) Tim nie byli przekonani. - Widzicie? Przegłosowane.
- Świetnie. Nie macie pojęcia, w co się pakujecie. - wycedził Trevor.
- Mam wrażenie, że o czymś nam nie mówisz. - wtrąciłam, gdyż dotychczas rozmowa toczyła się o mnie, ale koło mnie.
- Nie. Wszystko jest okej. Nieważne. Położę się już. - wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. - Dobranoc.
Powoli wracaliśmy do oglądania filmu, ale nikt już nie był zainteresowany. Oprócz mnie, wszyscy stracili już wątek. Te wszystkie retrospekcje pewnie nie były na ich poziom.
- Może zagramy w monopoly...? - zaproponował Danny. Maxx wyciągnął Cody'ego na bok. Udawałam zainteresowaną rozkładaniem gry, ale ich knucie aprobowało mnie bardziej. To był wyższy level spiskowania! Miła odmiana po tej niekończącej się wymianie spojrzeń w Bring Me the Horizon lub uniesień brwi u Pierce the Veil.
- Warto by było skoczyć po coś do żarcia, nie uważacie? - głośno odezwał się Zach. - Maddie, idziesz? Lepiej znasz Katowice od nas...
Ojojoj, szansa podsłuchania chłopaków wymyka mi się z rąk...
(- Ja chyba nie potrafię, Cody...)
- Jest zimno. Nie lubię marznąć.
(- Maxx, możesz mieć każdą!)
(- To chyba nie wypali, ona zupełnie nie jest mną zainteresowana.)
- Dlatego w styczniu masz na sobie spódniczkę?
(- No to się postaraj! Chcesz ją zdobyć, czy nie? I nawet mi nie mów, że ona cię nie kręci, bo nie uwierzę.)
- Matury, mój drogi, matury.
(- Jest atrakcyjna, ale zapatrzona w kogoś innego! Nie rozumiem celu...)
- W spódniczce łatwiej ci się pisało? Ściągi masz na udach?
(- Maxx, jesteś naszą jedyną nadzieją. Pamiętaj, na co się umawialiśmy.)
Straciłam oba wątki, więc patrzyłam w karty kredytowe do monopoly.
- Mogę być bankiem? - uśmiechnęłam się nieśmiało. Panowie powoli dobierali się w pary, w których będzie toczyć się rozgrywka. Wspaniałomyślnie wyrazili zgodę na moją propozycję. To był mój wyrok. Gdziekolwiek gdzie się nie udam, muszę ratować własny tyłek. Każdy muzyk, nie ważne skąd, chciał mieć mnie blisko, a zaraz nie dopuszczać poza pewną granicę. Komu mogę zaufać, skoro nawet sobie nie powinnam?
Let's play a game.
-------------------------------------------------------
muzyka.
Wpadłam w pułapkę. Wystarczyła chwila nieuwagi, bym za moją decyzję zapłaciła głową. Jak mogłam być tak głupia? - zadałam sobie to pytanie jeszcze raz. Patrzyłam w dal z przerażeniem w oczach. Dopadli mnie. On mnie dopadł. Słyszałam, jak powoli się do mnie zbliżał, trzymając w dłoniach przedmiot o kształcie, którego nie mogłam pomylić z żadnym innym. Zamknęłam oczy i głośno przełknęłam ślinę.
- Maddie. - odezwał się cicho. - Nie możesz się przede mną ukrywać.
Nie mogłam już uciec. Było na to za późno. Nawet gdybym rzuciła się teraz do szaleńczego biegu, on by mnie dogonił. Był szybki i zdeterminowany.
- Powinniśmy już iść. Opowiedziałaś się już po jednej ze stron, Madeline. Zgodziłaś się na to.
Uchyliłam powieki i spojrzałam w niebieskie oczy. Przez chwilę utonęłam w tej głębi, przepełniona wspomnieniami. Westchnęłam cichutko i odwróciłam się, kręcąc głową. Te tęczówki nie były otoczone bladą skórą i ciemnymi brwiami. Czas pogodzić się z faktem, że wszyscy tutaj mają niebieskie oczy.
- Cody, ja się rozmyśliłam.
- To tylko próba dźwięku - wcisnął mi do ręki gitarę, którą ze sobą przyniósł. - Nie każę ci teraz grać koncertu. Chodź, tchórzu.
Przewróciłam oczami jak rozkapryszona nastolatka.
- Dlaczego ja nie mogę się spotkać z jakimiś muzykami bez przymusu grania z nimi?
- Może dlatego, że jesteś na tyle... - zaczął odpowiedź Austin, ale wtrącił sięTrevor.
- ... oryginalna, że wszyscy chcą się z tobą zmierzyć.
- I dlatego to Trevor zalicza, a ty nie, Kerr. - krzyknął Zach i wcisnął mi do rąk kartki z tabami. Próbowałam odtworzyć sobie w głowie dźwięk. Nic mi nie pasowało.
- A co to jest?
Matt Wentworth podrzucił mi melodię. Kojarzyłam to, powolutku... Trevor zaczął śpiewać:
"I've got fire for a heart
I'm not scared of the dark"
- Chwali ci się niezaprzeczalnie... - mruknęłam pod nosem, a głośno odparłam: - Naprawdę nie możecie znaleźć jakiegoś dobrego kawałka, tylko gracie One Direction?
- Maddie jest niezadowolona. Co robić? Może zaproponujmy jej coś, co ją ucieszy. Matt, Cody?
Cody zaśmiał się głośno i podszedł do drugiego mikrofonu. Jednak to Trevor znowu zaczął nieznaną piosenkę. Do czasu, gdy Carson rozpoczął prechorus.
- Jeeju, N'Sync?
- Riffy ma niezłe.
- Niezłe riffy to ma rock'n'roll. - odgarnęłam włosy do tyłu i przerzuciłam pasek od gitary przez ramię po czym zagrałam "Miserlou", płynnie przechodzące w "Wipeout". Matt dorzucił mi The Beatles, Danny zagrał The Who, Zach dołączył z The Rolling Stones... Przez dłuższą chwilę przerzucaliśmy się riffami, starając się je jak najlepiej połączyć.
- Dzięki, Maddie, za sprawny soundcheck. - wtrącił w pewnym momencie Cody. - Teraz jesteśmy pewni wieczornego koncertu.
Posłałam mu pełen radości uśmiech i powoli schodziliśmy ze sceny, by zdążyć na lunch przed próbą występu. Trevor szedł koło mnie.
- Mogę cię na chwilę porwać? - uśmiechnął się. Zmiękły mi nogi i bez wahania się zgodziłam. Najpierw ta cisza postudniówkowa, jawna niechęć i przerażenie na myśl, że mam im towarzyszyć w trasie... Jednak teraz chyba wszystko wracało do normy. Trev zaczekał cierpliwie, aż odstawię gitarę i wspólnie zeszliśmy ze sceny.
Nagle czyjaś ręka pociągnęła mnie na bok i otoczyła mnie ciemność. Mimowolnie pisnęłam ze strachu, gdy usłyszałam cichy trzask zamykanych drzwi. Poczułam ciężar, opierający się o moje ciało, cofnęłam się o krok lub dwa, potykając się o jakieś kable na ziemi, ale za plecami miałam już tylko ścianę. Zdałam sobie sprawę, że zostałam uwięziona w składziku na sprzęt, cała spięta i bliska płaczu, bez możliwości ucieczki.
Tuż przy moim uchu poczułam oddech z nutą gumy miętowej.
- Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie.
Niemalże rozpłakałam się z ulgi, gdy rozpoznałam głos Trevora.
- Oryginalne przeprosiny. - zdołałam wyszeptać.
- Zachowałem się beznadziejnie. Nie zasługujesz na takie traktowanie. Mogę ci to wynagrodzić?
Teraz, gdy już nie byłam przerażona, udało mi się zarejestrować więcej faktów. Oczy również przyzwyczaiły się do mroku. Umięśnione ciało Trevora napierało na moje, jego usta błądziły po mojej szyi. Serce biło mi jak oszalałe, już nie ze strachu. Czułam, jak gorąca fala rozlewa się po moim ciele, gdy Trevor lekko przygryzł płatek ucha. Jego ręce powoli nabierały śmiałości.
Jak ja za nim tęskniłam! A jeszcze bardziej tęskniłam za takim traktowaniem...
Objęłam dłońmi jego twarz i pocałowałam go. Oddał pocałunek, mocny, zdecydowany, gwałtowny. Szybko traciłam kontrolę nad tym, co się dzieje, natomiast on doskonale panował nad sytuacją. Lekko się odsunął, na centymetry, i spojrzał mi w oczy. Jego pierś unosiła się w szaleńczym rytmie, ja równie ciężko oddychałam.
- Będę mógł to powtórzyć? - zapytał cicho, chociaż doskonale znał odpowiedź. Skinęłam głową, a on jeszcze raz przysunął się do mnie i pocałował mnie w nos, po czym jednym ruchem ręki otworzył drzwi. Światło lekko mnie oślepiło.
Szliśmy za rękę, blisko siebie. Przez myśl mi nie przeszło, żeby się z tym nie afiszować, żeby uważać, cokolwiek. Wyszliśmy na ulicę. Tłum i gwar był ogromny. Gdzieś ponad nim usłyszałam znany mi głos.
- Maddie?
A miałam uważać...
środa, 23 marca 2016
Rozdział IV
Od rana uwijaliśmy się jak w ukropie. Klientów przybywało z każdą godziną, pomimo środy widniejącej na kalendarzu. Koło 11:00 zaczęłam żałować, że tak szybko napisałam próbną maturę z matematyki na podstawie, a jeszcze bardziej - że się do tego przyznałam i przyjechałam do "Rocker's Alley". Jednak Tomek z uśmiechem na twarzy wytrwale pracował od rana bez słowa skargi, więc uznałam, że ja też nie mam prawa głośno narzekać. W końcu hajsik sam się nie zarobi.
Ania dołączyła do nas po 14, skończywszy maturę z rozszerzenia. Teraz sprawnie, z lekkim uśmiechem reagowała na prośby klientów. Wydawać by się mogło, że osoba, która ma za sobą dwie matury z matematyki będzie zła, zmęczona i rozgoryczona, ale Ania wcale taka dzisiaj nie była. Dzisiaj promieniowała radością jak Skłodowska radem.
- Czy oni wszyscy nie powinni być w szkole? - rzuciłam w eter pytanie, widząc kolejną falę klientów. 1/2 nie ukończyła 17 roku życia. 3/4 nie było płci męskiej. Zwykle do naszego muzycznego światka przybywało więcej facetów (moja i Ani obecność na pewno nie miała tu nic do rzeczy), jednakże dzisiaj to Tomek był ich bohaterem. Nawet jeżeli bardziej zależało mu na męskiej niż damskiej opinii...
- Cichoo, przynajmniej będziemy mieli utarg - odparła Ania.
- No i mają po co tutaj przychodzić... To był genialny pom... - urwał gwałtownie. Uniosłam brew w geście ponaglenia i skasowałam dwie płyty Set It Off rozchichotanym nastolatkom. "Duality" schodziło dzisiaj jak świeże bułeczki. - To znaczy zatrudnienie was. To była moja najlepsza decyzja.
Zmrużyłam oczy, wiedząc, że mówi prawdę tylko w połowie. Dochodziła 19:00, moja zmiana dobiegała końca. Rozejrzałam się po wypełnionym lokalu. Kolejne twarze zaglądały przez witryny.
- Pewnie nie wyjdę zgodnie z grafikiem? - westchnęłam, na przekór sobie i sięgnęłam po kubek z kawą.
- Zrobisz co zechcesz. Ja zaraz wracam. - Tomek wzruszył ramionami i skierował się ku sali muzycznej. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Mamy na dzisiaj zaplanowany jakiś koncert? - zapytałam Ani, a ta wzruszyła ramionami, zupełnie jak jej poprzednik.
- To Tomek jest tu szefem.
Odniosłam wrażenie, że wraz z właścicielem zniknął też tłum przy kasie. Ania zerknęła na zegarek i uśmiechnęła się, zrelaksowana.
- Wiesz co? - zagaiłam. - Przeraża mnie ta uśmiechnięta wersja ciebie.
- A mnie ta ciamajdowata wersja ciebie. - kpiący wyraz wskoczył jej na twarz. Właśnie byłam w trakcie wymyślania jakiejś miażdżącej riposty, gdy po lokalu przeszedł szmer, który przemienił się w narastający pisk.
- Raine, o co chodzi?
- Na pewno nie o Tomka - posłała mi tajemniczy uśmiech i ruszyła w kierunku tłumu. Upiłam łyk przepysznej kawy, tak w ramach zmniejszenia narastającego ciśnienia, i ruszyłam za nią.
Próbowałam sobie przypomnieć grafik koncertów i byłam niemal pewna, że środa była pusta. W ogóle ten tydzień miał być pusty ze względu na nasze matury. Tomek studiował historię muzyki (poważnie), więc on brał wolne tylko w czasie sesji, lub gdy poznał nowego faceta, który przyznał się do homoseksualizmu.
Weszłam do sali akustycznej, w której artyści mogli dawać koncerty acapella lub akustycznie. Tutaj tłum był największy - dzieciaki napierały na siebie i rozmawiały podnieconymi głosami. Na ich odsłoniętych przedramionach, policzkach, nadgarstkach widziałam wymalowane lub wytatuowane lustrzane trójkąty. Przez chwilę skojarzyło mi się to z logiem 30 Seconds To Mars, ale niemożliwym było, aby ta przystojna trójeczka się tutaj pojawiła. Nie wiem dlaczego, ale przed oczami przewinęła mi się zarys brązowego łańcuszka z podwójnym trójkątem i turkusową poprzeczką.
Turkusowy. Wszyscy mieli na sobie coś turkusowego - ciuch, biżuterię, lakier na paznokciach. Nawet ja, ale nieumyślnie. Dlatego ludzie posyłali mi cały dzień pełne zrozumienia uśmiechy - w przeciwieństwie do mojego głupkowatego wyrazu zaskoczenia. Oni myśleli, że ja wiem. Że wiem, że...
Że co? Czułam, jak schodzę na coraz ciemniejsze ścieżki myślenia, tracąc wątek. Jeżeli to jest ten mój ścisły umysł, to szkoda, że ktoś nadzorujący myśli tego nie słyszy. Potrząsnęłam głową, jakby to mogło pomóc, ale zamiast tego zrobiło się jeszcze gorzej. Usłyszałam głosy. Mówiące do mnie po angielsku. Zamknęłam oczy.
- Nie jestem na tyle brzydki, żeby zamykać oczy, gdy nadchodzę.
- Spierałbym się.
- Jestem najprzystojniejszy w tym zespole.
- Zaraz po mnie.
- Przynajmniej ładnie śpiewam.
- A ja gram i robię za chórki.
- Siedzisz i machasz rękoma jak idiota. To nie jest szczyt możliwości 24 letniego mężczyzny.
Uchyliłam powieki i odwróciłam się. Maxx Danziger stał z założonymi rękoma, patrząc w bok z zaciętym wyrazem twarzy. W jego niebieskich oczach lśniły... łzy. Cody Carson nieudolnie próbował go udobruchać. Wypuściłam kubek z rąk.
- Cholera! Czy ja zawsze będę wylewać kawę przez muzyków? - skrzywiłam się.
- Maddie! - Cody zwrócił na mnie uwagę, jakby zobaczył mnie dopiero teraz. Uśmiechnął się i rozłożył ręce, jakby chciał mnie objąć. - To nie tylko przez nas?
Maxx prychnął z pogardą, na co przyjaciel podjął próbę przeprosin.
- Ojj, Maxx, proszę cię! Wiesz przecież, że nie to miałem na myśli. To znaczy miałem, ale nie do końca. Nie chciałem cię spostponować!
- Co to w ogóle znaczy? - zapytałam, kręcąc głową.
- Obrazić. - Danziger otarł udawane łzy. - Tylko ten tleniony blondyn musi się zawsze popisywać słownictwem.
- Który z nas jest tleniony! - teraz wokalista skrzyżował ręce na piersi i zacisnął zęby.
Świetnie. Nie dość, że wpadają mi do lokalu, rozlewają moją kawę (tak, oni ją rozlali), kłócą się jak dzieci, to teraz jeszcze panoszą się jak jakieś...
- Primadonny - wymamrotałam i odeszłam. Dzięki kawałkom lustra powtykanym w ścianę mogłam zobaczyć, że ich złość przeszła, a teraz naradzali się znakami, który z nich powinien za mną pójść. Wyręczyła ich Ania.
- Ah, więc spotkałaś już Set It Off!
- I ty, Brutusie! - szturchnęłam ją w ramię.
- Brutus i Cezar byli braćmi.
- Przyjaciółmi!
- Braćmi!
- Przestań! - zatkałam uszy. - Czego wy wszyscy ode mnie chcecie!
- No jak nie opuścisz dłoni, to chyba nie usłyszysz, nie? - przewróciła oczami. Dosłyszałam to.
- Wytłumacz mi to wszystko! - zatoczyłam dłonią bliżej nieokreślony krąg, który miał objąć 5 muzyków. - Dlaczego wy mi to wszystko robicie...
- Zdania pytające kończy się znakami zapytania, nie kropką. Opcjonalnie zdań oznajmujących nie zaczyna się od pytającego wyrazu. - wtrącił się Tomek. - A poza tym Brutusa i Cezara łączyło tylko zabójstwo tego drugiego.
- Dzień dobry, ja bym sobie tylko zagrał tutaj mały, autystyczny koncercik i bym spadał, wiecie? - Cody stanął koło nas. - Akustyczny! - poprawił się szybko. Nie dość szybko.
- Przejęzyczenie! Przejęzyczył się! - krzyknął perkusista.
- Mały lapsus linguae może się przydarzyć każdemu.
Patrzyłam na nich z szeroko otwartymi oczami. Co tu się właśnie odwala? Tomek chwycił mnie za rękę i pociągnął na bok, natomiast Ania poprowadziła zespół do wcześniej przygotowanych wysokich taboretów.
- Cześć! Widzę, że wielu z was ma już nasze "Duality" i to raduje moje oczy. Jednak planujemy wkrótce wydać akustyczną EPkę zatytułowaną "Duality: Stories Unplugged" i już dzisiaj damy wam przedsmak tego dzieła... Zaczniemy jednym z pierwszych kawałków w oryginale, nazywa się on The Haunting i brzmi to jakoś tak...
Cody zaczął czarować, a szef pociągnął mnie dalej, do kasy. Otworzył ją i wyciągnął z niej plik banknotów.
- Twoja wypłata. - wcisnął mi go do ręki.
- Jeszcze nie ma dziesiątego... - zaoponowałam, ale zatkało mnie, gdy zobaczyłam ilość pieniędzy, którą otrzymałam. - I to są przynajmniej dwie moje wypłaty!
- Jeden miesiąc odrobisz za free. A teraz masz dwie minuty na zabranie torebki, płaszczyka i pantofelka, czy czego tam potrzebują księżniczki twojego rodzaju i ja czekam na ciebie w samochodzie.
Odszedł, a ja zorientowałam się, że on sam miał na sobie okrycie wierzchnie. Zebrałam się szybko i wybiegłam za nim.
- Tomasz! O co chodzi? - krzyknęłam za nim, ale on się tylko uśmiechnął.
- Wsiadaj.
Wsiadłam. Hej, koleś właśnie dał mi równowartość moich niemal trzech wypłat! Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Jednak gdy po jakichś 15 minutach domyśliłam się, dokąd Tomek mnie wiezie, byłam bliska złamania niepisanej klauzuli milczenia.
Chłopak zatrzymał się i otworzył mi drzwi.
- Masz jakieś 15 minut na spakowanie się. Już ty wiesz, po co.
Wiedziałam. Kiełkowało we mnie podniecenie, pewność siebie, poczucie panowania nad sytuacją. W końcu odzyskałam czucie we wszystkich narządach i członkach. Przejmowałam pałeczkę. Wiedziałam.
Wpadłam do mieszkania i zgarnęłam wszystkie potrzebne rzeczy. Ciuchy, laptop, kosmetyki, gitary... Które wzięłam do ręki po raz pierwszy od ponad 6 miesięcy, od gali w Cleveland. Cały sprzęt nastoletniego muzyka.
Drogę powrotną pokonałam z niecierpliwością, jak na szpilkach. Natychmiast po zatrzymaniu się wyskoczyłam z samochodu. Panowie skończyli już koncert, rozdawali teraz autografy. Pchnęłam szklane drzwi i wkroczyłam do lokalu z uśmiechem na twarzy. Szczerym uśmiechem. Ania klepnęła mnie po ramieniu, ale ja szłam dalej, aż do zespołu. Potrzebowałam potwierdzenia, że się nie mylę.
- No, Miko. Lecimy w trasę?
Ania dołączyła do nas po 14, skończywszy maturę z rozszerzenia. Teraz sprawnie, z lekkim uśmiechem reagowała na prośby klientów. Wydawać by się mogło, że osoba, która ma za sobą dwie matury z matematyki będzie zła, zmęczona i rozgoryczona, ale Ania wcale taka dzisiaj nie była. Dzisiaj promieniowała radością jak Skłodowska radem.
- Czy oni wszyscy nie powinni być w szkole? - rzuciłam w eter pytanie, widząc kolejną falę klientów. 1/2 nie ukończyła 17 roku życia. 3/4 nie było płci męskiej. Zwykle do naszego muzycznego światka przybywało więcej facetów (moja i Ani obecność na pewno nie miała tu nic do rzeczy), jednakże dzisiaj to Tomek był ich bohaterem. Nawet jeżeli bardziej zależało mu na męskiej niż damskiej opinii...
- Cichoo, przynajmniej będziemy mieli utarg - odparła Ania.
- No i mają po co tutaj przychodzić... To był genialny pom... - urwał gwałtownie. Uniosłam brew w geście ponaglenia i skasowałam dwie płyty Set It Off rozchichotanym nastolatkom. "Duality" schodziło dzisiaj jak świeże bułeczki. - To znaczy zatrudnienie was. To była moja najlepsza decyzja.
Zmrużyłam oczy, wiedząc, że mówi prawdę tylko w połowie. Dochodziła 19:00, moja zmiana dobiegała końca. Rozejrzałam się po wypełnionym lokalu. Kolejne twarze zaglądały przez witryny.
- Pewnie nie wyjdę zgodnie z grafikiem? - westchnęłam, na przekór sobie i sięgnęłam po kubek z kawą.
- Zrobisz co zechcesz. Ja zaraz wracam. - Tomek wzruszył ramionami i skierował się ku sali muzycznej. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Mamy na dzisiaj zaplanowany jakiś koncert? - zapytałam Ani, a ta wzruszyła ramionami, zupełnie jak jej poprzednik.
- To Tomek jest tu szefem.
Odniosłam wrażenie, że wraz z właścicielem zniknął też tłum przy kasie. Ania zerknęła na zegarek i uśmiechnęła się, zrelaksowana.
- Wiesz co? - zagaiłam. - Przeraża mnie ta uśmiechnięta wersja ciebie.
- A mnie ta ciamajdowata wersja ciebie. - kpiący wyraz wskoczył jej na twarz. Właśnie byłam w trakcie wymyślania jakiejś miażdżącej riposty, gdy po lokalu przeszedł szmer, który przemienił się w narastający pisk.
- Raine, o co chodzi?
- Na pewno nie o Tomka - posłała mi tajemniczy uśmiech i ruszyła w kierunku tłumu. Upiłam łyk przepysznej kawy, tak w ramach zmniejszenia narastającego ciśnienia, i ruszyłam za nią.
Próbowałam sobie przypomnieć grafik koncertów i byłam niemal pewna, że środa była pusta. W ogóle ten tydzień miał być pusty ze względu na nasze matury. Tomek studiował historię muzyki (poważnie), więc on brał wolne tylko w czasie sesji, lub gdy poznał nowego faceta, który przyznał się do homoseksualizmu.
Weszłam do sali akustycznej, w której artyści mogli dawać koncerty acapella lub akustycznie. Tutaj tłum był największy - dzieciaki napierały na siebie i rozmawiały podnieconymi głosami. Na ich odsłoniętych przedramionach, policzkach, nadgarstkach widziałam wymalowane lub wytatuowane lustrzane trójkąty. Przez chwilę skojarzyło mi się to z logiem 30 Seconds To Mars, ale niemożliwym było, aby ta przystojna trójeczka się tutaj pojawiła. Nie wiem dlaczego, ale przed oczami przewinęła mi się zarys brązowego łańcuszka z podwójnym trójkątem i turkusową poprzeczką.
Turkusowy. Wszyscy mieli na sobie coś turkusowego - ciuch, biżuterię, lakier na paznokciach. Nawet ja, ale nieumyślnie. Dlatego ludzie posyłali mi cały dzień pełne zrozumienia uśmiechy - w przeciwieństwie do mojego głupkowatego wyrazu zaskoczenia. Oni myśleli, że ja wiem. Że wiem, że...
Że co? Czułam, jak schodzę na coraz ciemniejsze ścieżki myślenia, tracąc wątek. Jeżeli to jest ten mój ścisły umysł, to szkoda, że ktoś nadzorujący myśli tego nie słyszy. Potrząsnęłam głową, jakby to mogło pomóc, ale zamiast tego zrobiło się jeszcze gorzej. Usłyszałam głosy. Mówiące do mnie po angielsku. Zamknęłam oczy.
- Nie jestem na tyle brzydki, żeby zamykać oczy, gdy nadchodzę.
- Spierałbym się.
- Jestem najprzystojniejszy w tym zespole.
- Zaraz po mnie.
- Przynajmniej ładnie śpiewam.
- A ja gram i robię za chórki.
- Siedzisz i machasz rękoma jak idiota. To nie jest szczyt możliwości 24 letniego mężczyzny.
Uchyliłam powieki i odwróciłam się. Maxx Danziger stał z założonymi rękoma, patrząc w bok z zaciętym wyrazem twarzy. W jego niebieskich oczach lśniły... łzy. Cody Carson nieudolnie próbował go udobruchać. Wypuściłam kubek z rąk.
- Cholera! Czy ja zawsze będę wylewać kawę przez muzyków? - skrzywiłam się.
- Maddie! - Cody zwrócił na mnie uwagę, jakby zobaczył mnie dopiero teraz. Uśmiechnął się i rozłożył ręce, jakby chciał mnie objąć. - To nie tylko przez nas?
Maxx prychnął z pogardą, na co przyjaciel podjął próbę przeprosin.
- Ojj, Maxx, proszę cię! Wiesz przecież, że nie to miałem na myśli. To znaczy miałem, ale nie do końca. Nie chciałem cię spostponować!
- Co to w ogóle znaczy? - zapytałam, kręcąc głową.
- Obrazić. - Danziger otarł udawane łzy. - Tylko ten tleniony blondyn musi się zawsze popisywać słownictwem.
- Który z nas jest tleniony! - teraz wokalista skrzyżował ręce na piersi i zacisnął zęby.
Świetnie. Nie dość, że wpadają mi do lokalu, rozlewają moją kawę (tak, oni ją rozlali), kłócą się jak dzieci, to teraz jeszcze panoszą się jak jakieś...
- Primadonny - wymamrotałam i odeszłam. Dzięki kawałkom lustra powtykanym w ścianę mogłam zobaczyć, że ich złość przeszła, a teraz naradzali się znakami, który z nich powinien za mną pójść. Wyręczyła ich Ania.
- Ah, więc spotkałaś już Set It Off!
- I ty, Brutusie! - szturchnęłam ją w ramię.
- Brutus i Cezar byli braćmi.
- Przyjaciółmi!
- Braćmi!
- Przestań! - zatkałam uszy. - Czego wy wszyscy ode mnie chcecie!
- No jak nie opuścisz dłoni, to chyba nie usłyszysz, nie? - przewróciła oczami. Dosłyszałam to.
- Wytłumacz mi to wszystko! - zatoczyłam dłonią bliżej nieokreślony krąg, który miał objąć 5 muzyków. - Dlaczego wy mi to wszystko robicie...
- Zdania pytające kończy się znakami zapytania, nie kropką. Opcjonalnie zdań oznajmujących nie zaczyna się od pytającego wyrazu. - wtrącił się Tomek. - A poza tym Brutusa i Cezara łączyło tylko zabójstwo tego drugiego.
- Dzień dobry, ja bym sobie tylko zagrał tutaj mały, autystyczny koncercik i bym spadał, wiecie? - Cody stanął koło nas. - Akustyczny! - poprawił się szybko. Nie dość szybko.
- Przejęzyczenie! Przejęzyczył się! - krzyknął perkusista.
- Mały lapsus linguae może się przydarzyć każdemu.
Patrzyłam na nich z szeroko otwartymi oczami. Co tu się właśnie odwala? Tomek chwycił mnie za rękę i pociągnął na bok, natomiast Ania poprowadziła zespół do wcześniej przygotowanych wysokich taboretów.
- Cześć! Widzę, że wielu z was ma już nasze "Duality" i to raduje moje oczy. Jednak planujemy wkrótce wydać akustyczną EPkę zatytułowaną "Duality: Stories Unplugged" i już dzisiaj damy wam przedsmak tego dzieła... Zaczniemy jednym z pierwszych kawałków w oryginale, nazywa się on The Haunting i brzmi to jakoś tak...
Cody zaczął czarować, a szef pociągnął mnie dalej, do kasy. Otworzył ją i wyciągnął z niej plik banknotów.
- Twoja wypłata. - wcisnął mi go do ręki.
- Jeszcze nie ma dziesiątego... - zaoponowałam, ale zatkało mnie, gdy zobaczyłam ilość pieniędzy, którą otrzymałam. - I to są przynajmniej dwie moje wypłaty!
- Jeden miesiąc odrobisz za free. A teraz masz dwie minuty na zabranie torebki, płaszczyka i pantofelka, czy czego tam potrzebują księżniczki twojego rodzaju i ja czekam na ciebie w samochodzie.
Odszedł, a ja zorientowałam się, że on sam miał na sobie okrycie wierzchnie. Zebrałam się szybko i wybiegłam za nim.
- Tomasz! O co chodzi? - krzyknęłam za nim, ale on się tylko uśmiechnął.
- Wsiadaj.
Wsiadłam. Hej, koleś właśnie dał mi równowartość moich niemal trzech wypłat! Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Jednak gdy po jakichś 15 minutach domyśliłam się, dokąd Tomek mnie wiezie, byłam bliska złamania niepisanej klauzuli milczenia.
Chłopak zatrzymał się i otworzył mi drzwi.
- Masz jakieś 15 minut na spakowanie się. Już ty wiesz, po co.
Wiedziałam. Kiełkowało we mnie podniecenie, pewność siebie, poczucie panowania nad sytuacją. W końcu odzyskałam czucie we wszystkich narządach i członkach. Przejmowałam pałeczkę. Wiedziałam.
Wpadłam do mieszkania i zgarnęłam wszystkie potrzebne rzeczy. Ciuchy, laptop, kosmetyki, gitary... Które wzięłam do ręki po raz pierwszy od ponad 6 miesięcy, od gali w Cleveland. Cały sprzęt nastoletniego muzyka.
Drogę powrotną pokonałam z niecierpliwością, jak na szpilkach. Natychmiast po zatrzymaniu się wyskoczyłam z samochodu. Panowie skończyli już koncert, rozdawali teraz autografy. Pchnęłam szklane drzwi i wkroczyłam do lokalu z uśmiechem na twarzy. Szczerym uśmiechem. Ania klepnęła mnie po ramieniu, ale ja szłam dalej, aż do zespołu. Potrzebowałam potwierdzenia, że się nie mylę.
- No, Miko. Lecimy w trasę?
sobota, 5 marca 2016
Rozdział III.
muzyka.
Siedziałam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, tępo wpatrując się w jedną z trzech ciemnogranatowych ścian. Czwarta była pomalowana na jaskrawą zieleń. Gdzieś w tle cicho leciało Scar Tissue, a przede mną leżało puste już pudełko i jego zawartość, pozornie niedbale rozrzucona. Zdjęcia, bilety, kostki, pośpiesznie zapisane karteczki, zasuszone kwiatki, patyczki z McDonald'sów z całego świata, kółko od deski surfo-rolkowej, wycinki z gazet, pojedyncze struny... W palcach obracałam białą chryzantemę.
Była już sucha, ale nadal przejmująco piękna. Patrzyłam na nią z namysłem. Wcześniej, przesuwając wzrokiem po tych wszystkich szpargałach pomyślałam, że sentymentalizm nie jest do mnie podobny. Jednak gdy napotkałam spojrzenie przenikliwie niebieskich oczu, świdrujących mnie wzrokiem pełnym miłości ze zdjęcia, coś we mnie drgnęło. Wyciągnęłam wszystkie zdjęcia Thomasa. Leżały w równym rządku przede mną: z bratem, z zespołem, z technikami, sam, ze mną, stojąc, leżąc, śmiejąc się. A nieco dalej, w innym rządku było miejsce zdjęć Ashtona. Przetrząsnęłam wszystkie rzeczy. Nie znalazłam żadnej fotografii sprzed liceum. Żadnej. Tak jakby moje życie rozpoczęło się dopiero z 21 września... w Oxfordzie.
Ania stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ręce na piersiach. W jej niebieskich oczach malowało się lekkie znużenie.
- Czy ty przestaniesz się nad sobą użalać?
Podniosłam głowę, a ona rozejrzała się po pokoju, jakby próbowała wypatrzeć Kiedesa, wyśpiewującego markotną piosenkę.
- Puść sobie jeszcze Evanscence.
Podeszła do laptopa i szybko wklepała My Immortal. Wykrzywiłam wargi w parodii uśmiechu.
- Słuchaj, wiem, że nie odezwał się już 3 dni, ale właśnie olałaś próbną maturę z polskiego.
- Nie jestem zainteresowana. - wymamrotałam, patrząc w kwiat.
- Nigdy nie musiałam cię zbierać po zerwaniach z chłopakami, więc nie każ mi tego robić tym razem. A szkołę powinnaś zaliczyć, skoro tak bardzo nie chcesz być jak gwiazda rocka.
- Frank Iero nie zaliczył szkoły średniej.
- No właśnie. I rozpadł mu się zespół. Bang. - zauważyła jednak, że to nijakie powiązanie nie robi to na mnie wrażenia, chociaż w 2013 roku płakałam nad tym jak bóbr. - Dobra, Miko. Rusz tyłek, umyj się w końcu i wychodzimy.
- Niby gdzie?
- Zjadłaś całą nutellę, łazęgo. Trzeba dokupić.
-----------------------------------------------------------------------
Siedziałam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, tępo wpatrując się w jedną z trzech ciemnogranatowych ścian. Czwarta była pomalowana na jaskrawą zieleń. Gdzieś w tle cicho leciało Scar Tissue, a przede mną leżało puste już pudełko i jego zawartość, pozornie niedbale rozrzucona. Zdjęcia, bilety, kostki, pośpiesznie zapisane karteczki, zasuszone kwiatki, patyczki z McDonald'sów z całego świata, kółko od deski surfo-rolkowej, wycinki z gazet, pojedyncze struny... W palcach obracałam białą chryzantemę.
Była już sucha, ale nadal przejmująco piękna. Patrzyłam na nią z namysłem. Wcześniej, przesuwając wzrokiem po tych wszystkich szpargałach pomyślałam, że sentymentalizm nie jest do mnie podobny. Jednak gdy napotkałam spojrzenie przenikliwie niebieskich oczu, świdrujących mnie wzrokiem pełnym miłości ze zdjęcia, coś we mnie drgnęło. Wyciągnęłam wszystkie zdjęcia Thomasa. Leżały w równym rządku przede mną: z bratem, z zespołem, z technikami, sam, ze mną, stojąc, leżąc, śmiejąc się. A nieco dalej, w innym rządku było miejsce zdjęć Ashtona. Przetrząsnęłam wszystkie rzeczy. Nie znalazłam żadnej fotografii sprzed liceum. Żadnej. Tak jakby moje życie rozpoczęło się dopiero z 21 września... w Oxfordzie.
Ania stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ręce na piersiach. W jej niebieskich oczach malowało się lekkie znużenie.
- Czy ty przestaniesz się nad sobą użalać?
Podniosłam głowę, a ona rozejrzała się po pokoju, jakby próbowała wypatrzeć Kiedesa, wyśpiewującego markotną piosenkę.
- Puść sobie jeszcze Evanscence.
Podeszła do laptopa i szybko wklepała My Immortal. Wykrzywiłam wargi w parodii uśmiechu.
- Słuchaj, wiem, że nie odezwał się już 3 dni, ale właśnie olałaś próbną maturę z polskiego.
- Nie jestem zainteresowana. - wymamrotałam, patrząc w kwiat.
- Nigdy nie musiałam cię zbierać po zerwaniach z chłopakami, więc nie każ mi tego robić tym razem. A szkołę powinnaś zaliczyć, skoro tak bardzo nie chcesz być jak gwiazda rocka.
- Frank Iero nie zaliczył szkoły średniej.
- No właśnie. I rozpadł mu się zespół. Bang. - zauważyła jednak, że to nijakie powiązanie nie robi to na mnie wrażenia, chociaż w 2013 roku płakałam nad tym jak bóbr. - Dobra, Miko. Rusz tyłek, umyj się w końcu i wychodzimy.
- Niby gdzie?
- Zjadłaś całą nutellę, łazęgo. Trzeba dokupić.
-----------------------------------------------------------------------
Podążałam za Anią
między półkami. Dziewczyna popchnęła wózek w połowie zapełniony
produktami i wskoczyła na ramę, przejeżdżając tak kilka metrów.
- Trzeba zrobić te zakupy, potem iść do Maka, a później po ciuchy! I będziemy znowu narzekać, że nie mieścimy się w te najlepsze! - Ania zeskoczyła z wózka i wepchnęła sobie do ust kilka orzechowych chrupków. Pokręciłam głową, upijając łyk wody mineralnej. Nienawidziłam rozpoczynać produktów przed ich kupnem, ale Ania mnie tego nauczyła. A obsługa Biedronki, w której byłyśmy stałymi klientkami, przyzwyczaiła się do naszego głośnego zachowania. A raczej zachowania Anny.
- Nie mam ochoty na Maca.
- No skoro tylko dzisiaj zeżarłaś dwa słoiki nutelli... Miko! Popatrz na niego!
Dziewczyna wskazała na jakiegoś nastolatka, rozglądającego się z nieco zagubioną miną po półce z mlekiem. Ledwo przejechałam po nim wzrokiem i sięgnęłam po telefon, by sprawdzić, czy Trevor przypadkiem do mnie nie napisał. Od studniówki się do mnie nie odezwał...
- Pójdziesz po ketchup? Ja wezmę jogurty. - zaproponowała Ania, przemilczawszy mój nagły autyzm. Skinęłam głową, nie patrząc nią. Nie zauważyłam więc jej spojrzenia, gdy odchodziłam w przeciwnym kierunku, przygryzając wargę i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Trevor nie chciał mi nic wyjaśnić, tylko zniknął. Pochyliłam się nad chłodnią, wyciągając dwa pudełka Guiseppe. Gdy się odwróciłam, napotkałam spojrzenie chłopaka, którego wcześniej wskazała mi Ania. Spuściłam wzrok i podeszłam do naszego wózka.
- Trzeba zrobić te zakupy, potem iść do Maka, a później po ciuchy! I będziemy znowu narzekać, że nie mieścimy się w te najlepsze! - Ania zeskoczyła z wózka i wepchnęła sobie do ust kilka orzechowych chrupków. Pokręciłam głową, upijając łyk wody mineralnej. Nienawidziłam rozpoczynać produktów przed ich kupnem, ale Ania mnie tego nauczyła. A obsługa Biedronki, w której byłyśmy stałymi klientkami, przyzwyczaiła się do naszego głośnego zachowania. A raczej zachowania Anny.
- Nie mam ochoty na Maca.
- No skoro tylko dzisiaj zeżarłaś dwa słoiki nutelli... Miko! Popatrz na niego!
Dziewczyna wskazała na jakiegoś nastolatka, rozglądającego się z nieco zagubioną miną po półce z mlekiem. Ledwo przejechałam po nim wzrokiem i sięgnęłam po telefon, by sprawdzić, czy Trevor przypadkiem do mnie nie napisał. Od studniówki się do mnie nie odezwał...
Czułam na sobie jego spojrzenie. Przypominało
mi to nieustanne taksowanie wzrokiem przez Matta Keana, dawno temu w
Australii, tylko bez tej całej nienawiści.
Bo w spojrzeniu Trevora było tylko czyste pożądanie i nuta rozbawienia. Pomimo moich szczerych chęci poznania źródła tej radości, chłopak kręcił głową z lekkim uśmiechem i zmieniał temat.
A to było bardzo łatwe, bo pytań z obu stron było mnóstwo. Wieczór spędziliśmy na przemian tańcząc, odbierając toasty i rozmawiając. W przerwach dołączali do nas muzycy z Set It Off. Cody dość nieufnie podchodził do mojego partnera.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że znasz Maddie? - fuknął na niego przy pierwszym zejściu ze sceny.
- Bo nie pytałeś. - Trevor był zupełnie wyluzowany, nawet znudzony tą rozmową. Na jego twarzy pojawiał się wtedy grymas niechęci, mówił kątem ust, patrząc gdzieś w dal, wygodnie rozparty na krześle.
- Ale nawet nie zająknąłeś się słowem, kiedy ci powiedziałem, że idę się spotkać z Maddie Miko w sprawie studniówki. To było w czwartek, Trev. W CZWARTEK.
- Znam dni tygodnia. Zresztą, po co miałbyś o tym wiedzieć? Żeby się lepiej ubrać?
Carson zamilkł, patrząc z zaciśniętymi ustami na kolegę z zaprzyjaźnionego zespołu. W tle leciało My heart will go on puszczone z laptopa przez panią Mariolę na czas odpoczynku Set It Off. Chyba z dziesięć razy zapytała Cody'ego czy piosenka mu odpowiada. Cody za każdym razem z taką samą ilością uroku zapewniał ją o słuszności wyboru. Teraz wpatrywała się w niego z uwielbieniem z drugiego końca sali z nauczycielskiego stolika. Pewnie zastanawiała się, ilu jeszcze przystojniaków przyprowadzę jej do szkoły i zapewne nadal czeka na obiecaną przez Caluma randkę.
- Zatańczymy, Madd? - zapytał mnie Cody, przybierając na twarz uśmiech. Zerknęłam na Trevora, czy nie ma nic przeciwko. Ten nachylił się do mnie i wyszeptał mi do ucha:
- Uważaj na niego. - spojrzałam na niego z niezrozumieniem, ale on już przeniósł wzrok na kieliszek z szampanem, którego nie tknął, a którym się tylko cały wieczór bawił.
Bo w spojrzeniu Trevora było tylko czyste pożądanie i nuta rozbawienia. Pomimo moich szczerych chęci poznania źródła tej radości, chłopak kręcił głową z lekkim uśmiechem i zmieniał temat.
A to było bardzo łatwe, bo pytań z obu stron było mnóstwo. Wieczór spędziliśmy na przemian tańcząc, odbierając toasty i rozmawiając. W przerwach dołączali do nas muzycy z Set It Off. Cody dość nieufnie podchodził do mojego partnera.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że znasz Maddie? - fuknął na niego przy pierwszym zejściu ze sceny.
- Bo nie pytałeś. - Trevor był zupełnie wyluzowany, nawet znudzony tą rozmową. Na jego twarzy pojawiał się wtedy grymas niechęci, mówił kątem ust, patrząc gdzieś w dal, wygodnie rozparty na krześle.
- Ale nawet nie zająknąłeś się słowem, kiedy ci powiedziałem, że idę się spotkać z Maddie Miko w sprawie studniówki. To było w czwartek, Trev. W CZWARTEK.
- Znam dni tygodnia. Zresztą, po co miałbyś o tym wiedzieć? Żeby się lepiej ubrać?
Carson zamilkł, patrząc z zaciśniętymi ustami na kolegę z zaprzyjaźnionego zespołu. W tle leciało My heart will go on puszczone z laptopa przez panią Mariolę na czas odpoczynku Set It Off. Chyba z dziesięć razy zapytała Cody'ego czy piosenka mu odpowiada. Cody za każdym razem z taką samą ilością uroku zapewniał ją o słuszności wyboru. Teraz wpatrywała się w niego z uwielbieniem z drugiego końca sali z nauczycielskiego stolika. Pewnie zastanawiała się, ilu jeszcze przystojniaków przyprowadzę jej do szkoły i zapewne nadal czeka na obiecaną przez Caluma randkę.
- Zatańczymy, Madd? - zapytał mnie Cody, przybierając na twarz uśmiech. Zerknęłam na Trevora, czy nie ma nic przeciwko. Ten nachylił się do mnie i wyszeptał mi do ucha:
- Uważaj na niego. - spojrzałam na niego z niezrozumieniem, ale on już przeniósł wzrok na kieliszek z szampanem, którego nie tknął, a którym się tylko cały wieczór bawił.
Blondyn chwycił mnie za rękę i pociągnął na środek parkiet, gdzie
wprawił mnie w obrót wprawnym ruchem, a później przyciągnął do siebie.
Miał pewne ruchy osoby o doskonałym wyczuciu rytmu i pewności siebie, a
przy tym pachniał zniewalająco. Nie był o wiele wyższy ode mnie, ale i
tak moje oczy mogły bezkarnie chłonąć widok jego klatki piersiowej
okrytej czarnym materiałem. Bujaliśmy się w ciszy, a Celine Dion coraz
mocniej wczuwała się w piosenkę, gdy Cody nabrał powietrza i w końcu się
odezwał:
- Znam Trevora od kilku lat. Przeżyliśmy razem nawet Warped Tour, a po czymś takim albo się kogoś kocha, albo nienawidzi. - zamilkł na dłuższą chwilę. - Nie rozumiem, co się z nim dzieje.
- A co się ma dziać? - uniosłam głowę.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Nasze zespoły są razem w europejskiej trasie koncertowej od dwóch miesięcy. Widzimy się codziennie. I nawet nie zająknął się słowem, że spotyka się z tobą. Ba! Nie wspomniał nawet, że z tobą pisze. Myślałem, że to z Crystal tak namiętnie wymienia wiadomości...
- Kto to jest Crystal? - zatrzymałam się, ale Carson pociągnął mnie dalej, aż do obrotu. Dopiero potem mi odpowiedział.
- Żona Wentwortha.
- Znam Trevora od kilku lat. Przeżyliśmy razem nawet Warped Tour, a po czymś takim albo się kogoś kocha, albo nienawidzi. - zamilkł na dłuższą chwilę. - Nie rozumiem, co się z nim dzieje.
- A co się ma dziać? - uniosłam głowę.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Nasze zespoły są razem w europejskiej trasie koncertowej od dwóch miesięcy. Widzimy się codziennie. I nawet nie zająknął się słowem, że spotyka się z tobą. Ba! Nie wspomniał nawet, że z tobą pisze. Myślałem, że to z Crystal tak namiętnie wymienia wiadomości...
- Kto to jest Crystal? - zatrzymałam się, ale Carson pociągnął mnie dalej, aż do obrotu. Dopiero potem mi odpowiedział.
- Żona Wentwortha.
Wybuchnęłam śmiechem. Dobre sobie, przecież Trevor ma 21 lat! Pokręciłam głową.
- Trevor nie ma nawet dziewczyny. Sam mi mówił!
- No dziewczyny nie ma. - przyznał. - Ma żonę.
Umilkłam. Intensywnie przywoływałam w myślach wymieniane wiadomości. Czy Trev kiedykolwiek wspominał o swoim życiu prywatnym...? Muzyka powoli ucichła, a Cody zatrzymał się.
- Chcesz zatańczyć jeszcze jeden taniec?
- Wolę już usiąść. - odparłam, więc wróciliśmy do naszego okrągłego stolika, do którego SIO dosiadało się w przerwach. Teraz jednak musieli wrócić na scenę. Carson posłał mi pełne smutku spojrzenie, a później skinął Ani głową. Poderwała się po chwili i pociągnęła Rafała, swojego partnera, za sobą. Zaczęłam bawić się widelcem, a Trevor nachylił się do mnie, obejmując moje plecy ramieniem.
- Cody nie jest aż tak złym tancerzem, żeby tak się smucić. - na moje uporczywe milczenie dodał: - Wyglądasz lepiej od niego, nie wierz w to, co mówi.
- W Crystal też mam nie wierzyć? - wypaliłam.
Jego zdziwienie wbiło go w krzesło.
- Crystal.- powtórzył cicho. I więcej się nie odezwał. - Trevor nie ma nawet dziewczyny. Sam mi mówił!
- No dziewczyny nie ma. - przyznał. - Ma żonę.
Umilkłam. Intensywnie przywoływałam w myślach wymieniane wiadomości. Czy Trev kiedykolwiek wspominał o swoim życiu prywatnym...? Muzyka powoli ucichła, a Cody zatrzymał się.
- Chcesz zatańczyć jeszcze jeden taniec?
- Wolę już usiąść. - odparłam, więc wróciliśmy do naszego okrągłego stolika, do którego SIO dosiadało się w przerwach. Teraz jednak musieli wrócić na scenę. Carson posłał mi pełne smutku spojrzenie, a później skinął Ani głową. Poderwała się po chwili i pociągnęła Rafała, swojego partnera, za sobą. Zaczęłam bawić się widelcem, a Trevor nachylił się do mnie, obejmując moje plecy ramieniem.
- Cody nie jest aż tak złym tancerzem, żeby tak się smucić. - na moje uporczywe milczenie dodał: - Wyglądasz lepiej od niego, nie wierz w to, co mówi.
- W Crystal też mam nie wierzyć? - wypaliłam.
Jego zdziwienie wbiło go w krzesło.
- Pójdziesz po ketchup? Ja wezmę jogurty. - zaproponowała Ania, przemilczawszy mój nagły autyzm. Skinęłam głową, nie patrząc nią. Nie zauważyłam więc jej spojrzenia, gdy odchodziłam w przeciwnym kierunku, przygryzając wargę i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Trevor nie chciał mi nic wyjaśnić, tylko zniknął. Pochyliłam się nad chłodnią, wyciągając dwa pudełka Guiseppe. Gdy się odwróciłam, napotkałam spojrzenie chłopaka, którego wcześniej wskazała mi Ania. Spuściłam wzrok i podeszłam do naszego wózka.
- Hm, Magda? Miałaś iść po ketchup, nie po mrożoną pizzę. - Ania wyrosła przede mną, racząc mnie wzrokiem pełnym dezaprobaty.
- Pizzą też nie pogardzisz. - stwierdziłam, wrzucając pudełko do wózka. A potem, co nieuniknione, zerknęłam na ekran telefonu.
- Musimy poważnie porozmawiać.
Wentworth nadal nie napisał. Postanowiłam ponaglić moje pytania. Zaczęłam wstukiwać literki, gdy telefon zniknął mi z rąk.
Wentworth nadal nie napisał. Postanowiłam ponaglić moje pytania. Zaczęłam wstukiwać literki, gdy telefon zniknął mi z rąk.
- Hej! Ja tu piszę!
- Widzę. A czy ty widzisz, że jesteś ze swoją jedyną obecnie przyjaciółką na pieprzonych zakupach?! - patrzyłam na nią z otwartymi ustami. Czy Ania właśnie powiedziała "pieprzonych"...? - Siadaj!
Pociągnęła mnie na zimne kafelki koło chłodni. Tak, właśnie siedziałyśmy obok siebie na podłodze w Biedronce, a Ania przymierzała się do pierwszej poważnej kłótni małżeńskiej w naszej przyjaźni.
- Magdaleno. - zaczęła. - Nie zasługujesz na to. Kiedy to ci się stało?
Uniosłam brwi.
- Co mi się stało?
- DLACZEGO TY NIE MOŻESZ SIĘ ZAKOCHAĆ W JAKIMŚ POLACZKU I BYĆ NORMALNĄ NASTOLATKĄ, CO?
- Może dlatego, że nie jestem zwykłą nastolatką? - uśmiechnęłam się niewinnie, po raz pierwszy od studniówki.
- Oh, daruj, twoje żarty już nie są śmieszne. - przygryzła wargę. - No dobra, od jakiegoś czasu znowu są. -wyglądała, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. W końcu zdecydowała się na ten temat. - Okej. Opowiedz mi coś o tym Trevorze. Skąd on się w ogóle wziął?
- No wiesz, pewna pani i pewien pan bardzo się kochali... - wspinałam się na wyżyny dobrego humoru.
- Miko! - szybko ukryła uśmiech. - Pytam poważnie.
- Musimy o tym rozmawiać na płytkach w Biedronce?
Wstała i znów pociągnęła mnie za sobą, pozostawiając wózek samotnym na środku sklepu.
- Ale tam było mleko czekoladowe...- rzuciłam, mając nadzieję, że Raine jednak odpuści.
- Ale sojowe. Jestem na nie uczulona.
- Nie można być uczulonym na mleko sojowe.
- Na mięso też nie, a nie jesz. - odparowała, ale zawróciła. - Tylko nie myśl, że ci odpuszczę. Ja tego tak nie zostawię.
Ochroniarz patrzył na nas podejrzliwie. Ale nie tak podejrzliwie, jak ja patrzyłam na Anię.
-----------------------------------------------------------------------
Gdy Ania wyciągnęła ze mnie wszystkie interesujące ją informacje, zostawiła mnie w pokoju dziennym na kanapie i poszła do siebie bez udzielenia wyjaśnień. Odwróciłam się za nią, ale gestem nakazała mi zostać na miejscu. Wykorzystałam więc okazję i ponownie zerknęłam na wyświetlacz telefonu, po raz kolejny przeżywając rozczarowanie. Ehh. Kiedy ja tak obsesyjnie o jakimś facecie? Przecież ja nawet zerwałam z Ashtonem dla Trevora! Przemyślenia przerwał mi głośny huk, aż podskoczyłam.
- Nie możesz się materializować ciszej, tylko zawsze z przytupem?! - wrzasnęłam na nią, patrząc na książki od matematyki. - A co to niby jest?
- Nie mogę. To są książki od matmy. Książki, poznajcie Magdę. Magda, to są Książki. Rusz dupę i ucz się.
- Coś często mówisz do mnie ostatnio: "Rusz dupę". - mruknęłam ze złością.
- Jak nic nie robisz, to jakoś cię muszę zmotywować.
- Nie musisz być taką wredną jędzą.
- "Wredną jędzą"? Jezu, Miko, ja już nawet nad twoim charakterem muszę pracować?
Naburmuszona, sięgnęłam po książki i niechętnie je do siebie przyciągnęłam.
- A jak ładnie napiszesz jutrzejszy egzamin, to będę mieć dla ciebie niespodziankę.
- Nie motywujesz pięciolatki, Anno.
- No tak. Ale osiemnastolatki też ostatnio nie przypominasz, prawda?
Nie rozumiem, za co ona mnie tak dissuje. Chwilę jej się przyglądałam. Czy ja kiedyś nie zachowywałam się identycznie...? A jeśli tak... to gdzie się podziała tamta "Ja"? I czy za nią tęsknię...?
- Widzę. A czy ty widzisz, że jesteś ze swoją jedyną obecnie przyjaciółką na pieprzonych zakupach?! - patrzyłam na nią z otwartymi ustami. Czy Ania właśnie powiedziała "pieprzonych"...? - Siadaj!
Pociągnęła mnie na zimne kafelki koło chłodni. Tak, właśnie siedziałyśmy obok siebie na podłodze w Biedronce, a Ania przymierzała się do pierwszej poważnej kłótni małżeńskiej w naszej przyjaźni.
- Magdaleno. - zaczęła. - Nie zasługujesz na to. Kiedy to ci się stało?
Uniosłam brwi.
- Co mi się stało?
- DLACZEGO TY NIE MOŻESZ SIĘ ZAKOCHAĆ W JAKIMŚ POLACZKU I BYĆ NORMALNĄ NASTOLATKĄ, CO?
- Może dlatego, że nie jestem zwykłą nastolatką? - uśmiechnęłam się niewinnie, po raz pierwszy od studniówki.
- Oh, daruj, twoje żarty już nie są śmieszne. - przygryzła wargę. - No dobra, od jakiegoś czasu znowu są. -wyglądała, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. W końcu zdecydowała się na ten temat. - Okej. Opowiedz mi coś o tym Trevorze. Skąd on się w ogóle wziął?
- No wiesz, pewna pani i pewien pan bardzo się kochali... - wspinałam się na wyżyny dobrego humoru.
- Miko! - szybko ukryła uśmiech. - Pytam poważnie.
- Musimy o tym rozmawiać na płytkach w Biedronce?
Wstała i znów pociągnęła mnie za sobą, pozostawiając wózek samotnym na środku sklepu.
- Ale tam było mleko czekoladowe...- rzuciłam, mając nadzieję, że Raine jednak odpuści.
- Ale sojowe. Jestem na nie uczulona.
- Nie można być uczulonym na mleko sojowe.
- Na mięso też nie, a nie jesz. - odparowała, ale zawróciła. - Tylko nie myśl, że ci odpuszczę. Ja tego tak nie zostawię.
Ochroniarz patrzył na nas podejrzliwie. Ale nie tak podejrzliwie, jak ja patrzyłam na Anię.
-----------------------------------------------------------------------
Gdy Ania wyciągnęła ze mnie wszystkie interesujące ją informacje, zostawiła mnie w pokoju dziennym na kanapie i poszła do siebie bez udzielenia wyjaśnień. Odwróciłam się za nią, ale gestem nakazała mi zostać na miejscu. Wykorzystałam więc okazję i ponownie zerknęłam na wyświetlacz telefonu, po raz kolejny przeżywając rozczarowanie. Ehh. Kiedy ja tak obsesyjnie o jakimś facecie? Przecież ja nawet zerwałam z Ashtonem dla Trevora! Przemyślenia przerwał mi głośny huk, aż podskoczyłam.
- Nie możesz się materializować ciszej, tylko zawsze z przytupem?! - wrzasnęłam na nią, patrząc na książki od matematyki. - A co to niby jest?
- Nie mogę. To są książki od matmy. Książki, poznajcie Magdę. Magda, to są Książki. Rusz dupę i ucz się.
- Coś często mówisz do mnie ostatnio: "Rusz dupę". - mruknęłam ze złością.
- Jak nic nie robisz, to jakoś cię muszę zmotywować.
- Nie musisz być taką wredną jędzą.
- "Wredną jędzą"? Jezu, Miko, ja już nawet nad twoim charakterem muszę pracować?
Naburmuszona, sięgnęłam po książki i niechętnie je do siebie przyciągnęłam.
- A jak ładnie napiszesz jutrzejszy egzamin, to będę mieć dla ciebie niespodziankę.
- Nie motywujesz pięciolatki, Anno.
- No tak. Ale osiemnastolatki też ostatnio nie przypominasz, prawda?
Nie rozumiem, za co ona mnie tak dissuje. Chwilę jej się przyglądałam. Czy ja kiedyś nie zachowywałam się identycznie...? A jeśli tak... to gdzie się podziała tamta "Ja"? I czy za nią tęsknię...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)