czwartek, 30 stycznia 2014

"Nie, dzięki, nie mam na to czasu."

Gdy dojechaliśmy firmowym autokarem zespołu na miejsce koncertu, nie czułam już złości ani zazdrości, tylko radość i dumę. Radość, że jestem tutaj. Dumę, że z takimi przyjaciółmi.
    Mijało nas dziesiątki osób, każda z jakąś ważną misją. W końcu podszedł do nas wysoki facet w koszulce Bring Me the Horizon, który przedstawił się jako ich manager. Gdy usłyszał moje imię, zdziwiła mnie jego reakcja.
- Aahh, to ty jesteś tą dziewczyną, przez którą chłopcy zawalają spotkania?
- Tak. To pan jest tym facetem, który ciąga ich po różnych miastach i państwach za hajs do własnej kieszeni? - odszczeknęłam się. Zmrużył oczy i uśmiechnął się.
- Śliczna, mądra, utalentowana i wygadana. Nie myślałaś o karierze muzyka?
- Nie, dzięki, nie mam czasu.
- Pogadamy wieczorem, może zmienisz zdanie. Chłopcy, wpadnę po 23.
   Odszedł, zostawiając po sobie temat do wyszukiwania dwuznaczności, a po chwili podeszła do nas kobieta mniej więcej w wieku chłopców, których po kolei wyściskała. Była pomalowania absolutnie niesamowicie, nowatorsko, ale z dystansem. Stałyśmy z Anią cierpliwie wiedząc, że za chwilę zostaniemy przedstawione.
- Maddie! To przez ciebie muszę wyczyniać cuda z twarzami moich chłopców po zawalonej nocy! - wykrzyknęła, gdy tylko usłyszała moje imię.
- Wydaje mi się, że to wszystko te światła stroboskopowe w klubach i naturalny problem facetów - uśmiechnęłam się, po czym zostałam ucałowana w oba policzki.
- Jestem Joanne, mówi mi Jo! I ty też, kochana! - zwróciła się do Ani, na co ta zareagowała lekką awersją do takowych kontaktów, zaprezentowaną w postaci uniesionych brwi - Wpadnijcie do mnie z chłopcami, macie absolutnie zajebiste twarze! Będę mogła na nich malować jak artysta na płótnie, a tak dawno nie musiałam robić make-up'u pod koncert!
- Przecież ty jesteś artystką, Jo! - rzucił Oli. - Tobie się nie odmawia, oczywiście, że przyjdą.
- Z przyjemnością - dodałam.
    Panowie poprowadzili nas do dużego pomieszczenia, które okazało się królestwem ekscentrycznej kobiety koło 30, która przechadzała się między stojakami z ubraniami.
- Pani chyba ubiera pół Wielkiej Brytanii... - wymknęło się Ani, gdy weszłyśmy pierwsze do środka.
- Ściśle rzecz biorąc, całe Zjednoczone Królestwo, oba wybrzeża Ameryki i Europę. Traktuję twoje słowa jako komplement. - wynurzyła się spomiędzy ciuchów. Była średniego wzrostu, o prostych blond włosach i niebieskich oczach. Jak na stylistkę przystało, ubierała się zgodnie z modą, którą, według jej słów, sama ustanawiała.
- Madd, Ann, to jest Tess. Tess jest naszą muzą w kwestii gustu, bez niej non stop chodzilibyśmy w dziurawych dżinsach i koszulkach innych zespołów.
   Skłoniła ku nam głowę.
- Panowie, tam są wasze rzeczy. Czytajcie proszę napisy, Oliverze, tobie naprawdę nie pasuje żółty sweter!
    Uśmiechnęłyśmy się do siebie z Anią widząc ich potulne miny.
- A wy - zwróciła się do nas. - Zaraz się rozejrzymy.
    Odpłynęła gdzieś, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Przecież my tu jesteśmy gośćmi, po co nam inne ciuchy?
    Osobiście byłam usatysfakcjonowana ze swoich dżinsów w różnoniebieskie plamki, białego topu, brązowego swetra i takich samych botków. Widziałam po Ani, że ona też nie ma wielkiej ochoty pozbywać się swojej czarnej bluzy z kapturem, którą narzuciła na czerwoną koszulkę z nadrukiem i granatowych dżinsów.
     Jednak Tess przyniosła nam coś absolutnie nieziemskiego. Z zachwytem patrzyłam, jak otwiera pudełko, w którym były niesamowite czarne szpilki.
- Taak, to będzie dla ciebie, razem z tym - podała mi kilka wieszaków i wskazała szatnię.
- Tess, to jest... brak mi słów. Są fantastyczne. - pokręciłam głową.
- Dziękuję, wiem. - w końcu i do mnie się uśmiechnęła. - Mam nadzieję, że umiesz chodzić w szpilkach?
       Skinęłam głową i poszłam się przebrać, a gdy wyszłam, Ania wchodziła do innej kabiny, również z naręczem ciuchów.
- No, ślicznie! - rzuciła stylistka na mój widok. Spojrzałam na siebie.
    Modnie porwane dżinsy, zielona topka z Drop Dead i czarna marynarka. I te epickie szpilki. Ania wyszła w czarnych dżinsach i niebieskiej koszulce.
- Szpilki czy podeszwa? - uniosła brwi Tess, nie zamierzając czekać na odpowiedź. - Koturny.
    Tak więc Ania została zmuszona do założenia butów na koturnie.
Tess była widocznie z siebie dumna, gdy wrócił zespół i przystanął w drzwiach, patrząc na nas. Lee, który szedł z tyłu, a nie był najwyższy i nic nie widział, zniecierpliwił się.
- No, dajcie przejść! - przepchnął się między kolegów i sam stanął z lekkim zdziwieniem na twarzy.
- No. - wykrztusił Oli, patrząc na mnie. Uśmiechnęłam się szelmowsko.
- Idziemy? - zapytała Ania, udając, że totalnie nie robi na niej wrażenia wzrok chłopców. Odwróciłyśmy się (okk, nie spodziewałam się, że te szpilki są aż tak wysokie) i wyszłyśmy, machając Tess.
    Na korytarzu jednak szybko się zgubiłyśmy, nie mając pojęcia, w którym kierunku powinnyśmy pójść. Oliver stanął koło mnie - teraz był mojego wzrostu. Chociaż powinnam powiedzieć, że to ja w końcu dotarłam do jego punktu postrzegania świata.
     Pokierowali nas i puścili przodem. Na pewno nie mieli zamiaru pogapić się na nasze tyłki i nogi, które teraz na pewno wydawały się o wiele dłuższe. To pełne fejmu przejście z pokoju do pokoju przerwał nam błysk fleszy.
- Oliver, nie byłem pewien, czy będę miał dzisiaj wenę do dobrych zdjęć. - odezwał się aparat, który znowu zaświecił mi w oczy. - Ale teraz już mam.
Chyba żadne z nas do końca nie zrozumiało tej wypowiedzi.
- Tom, co ty do mnie mówisz? - zmarszczył brwi wokalista.
- Że właśnie zobaczyłem moje muzy! - fotograf pstryknął teraz fotkę Ani.
- Aha. To jest Maddie, a to Annie. - przedstawił nas szatyn.
- Ta Maddie? - aparat w końcu zawisł na taśmie na szyi i naszym oczom ukazała się twarz. Znajoma.
- Maddie Miko. - przygryzłam wargę.
- Tom Sykes. Młodszy brat, tego tu - szturchnął Oliego w klatkę. - Braciszku, te dwie panie muszą być u mnie na planie, inaczej szukaj innego fotografa. Z nimi albo w ogóle.
 Odszedł, tak po prostu odszedł z naszymi podobiznami na karcie pamięci. Ruszyliśmy dalej.
- Ohh, jesteście śliczne! - zachwycała się Jo, gdy posadziła nas na dwóch krzesłach naprzeciw luster. Brakowało tylko światełek i piórek naokoło nich, abym poczuła się jak pełnowymiarowa gwiazda.
    Zamiast tego dostałam ogromny zastrzyk energii, gdy Jo malowała moje powieki, kości policzkowe, usta. Gdy spojrzałam w lustro, zobaczyłam siebie, ale nagle o bardziej wyeksponowanym błysku w oku, może jakimś cieniem piękna. Ania chyba czuła to samo, gdy machała zatuszowanymi rzęsami, nie wierząc swojemu odbiciu.
    Fryzjerka, która również była obecna na planie koncertu, z uśmiechem zaczęła wyczyniać cuda z naszymi włosami. Po przycięciu końcówek na mojej głowie powstał luźny kok, w którym każdy kosmyk jednak miał swoje miejsce - gdy starał się je zmienić, natychmiast był traktowany lakierem do włosów. Ania kategorycznie zaprzeczyła wszelkim cięciom i wymysłom drugiej fryzjerki - dlatego też dostała uroczy warkocz, który spadał jej przez ramię. Tutaj również co niektóre kosmyki udawały wolne.
- Teraz najlepsza część tego wszystkiego - ostrzegł nas Oli, wyprowadzając nas.
- Jeszcze nie, najlepsza przed nami. Teraz trzeba odwiedzić starszego Syko. - sprostował Kean. Został spiorunowany wzrokiem, ale wokalista zawrócił.
    Przeszliśmy na plan zdjęciowy. Nie wiem, czy to się tak nazywa, ale serio, w tym jednym pomieszczeniu było kilka płacht materiału w różnych kolorach. Tom natychmiast do nas podszedł i porozstawiał wszystkich.
     Chłopcy zapozowali do 5 różnych sesji, po czym, ku wielkiemu zdziwieniu,  na plan zostałam wciągnięta ja. Po seriach fleszu w oczach, Tom pozwolił mi zejść, zaciągając tam Anię. Potem zażyczył sobie na planie nas obie, a później kazał tam dojść chłopakom.
      Hitem było zdjęcie Olivera, który, krzyżując ręce na piersi, stał w lekkim rozkroku między Mattem i Joną, którzy byli zwróceni do niego plecami - obaj z rękoma w kieszeniach. Ich poważne miny wyrażające kpinę i pewność siebie kontrastowały z uśmiechami moim i Ani, kiedy stałyśmy przed tą trójką - ja przed Oliverem i Joną, podparta ręką o biodro, z miną i spojrzeniem: "I tak jestem fajniejsza" oraz Ania, pozująca po drugiej stronie (przypadkiem?)  patrząca gdzieś daleko za mną z miną "Na co ja marnuję mój czas?".
      Opuściliśmy plan ku rozpaczy Toma, który zarzekał się, że odnalazł swoją życiową drogę, gdy nas zobaczył. Szliśmy powoli, na pozór w żadnym kierunku.
- Annie, grasz na czymś? - zapytał nagle Matt.
- Nie - przyznała po chwili. Widziałam, że wymienili między sobą spojrzenia. Gdy zaczęłam coś podejrzewać, było za późno.
Poprowadzili nas czymś w rodzaju szerokiego korytarza w piwnicy, by nagle przejść oświetloną rampą przez kotarę z ciężkiego materiału. Wyszliśmy na scenę.
   Szerokości dwóch samochodów osobowych postawionych jedno przed drugim, o długości dwukrotnie większej, scena o2 Academy w Sheffield również robiła wrażenie. Teraz, gdy nie było na niej błysku świateł - była oświetlona tylko ciepłym, żółtym światłem - a chłopcy nie grali show pełnego uczuć i emocji - wydawała się jeszcze większa i jeszcze bardziej opuszczona.
    Powoli na nią wyszłam, z szeroko otwartymi oczami rozglądając się po miejscu dla publiczności, które było ogromne. Balkony, płyta, 1, 2, 3 sektor - wszystko przerażało pustką.
Podszedł do mnie Jona, wręczając mi gitarę do rąk. Przyjęłam ją, nie do końca wiedząc, co robię. Zauważyłam, że Ania zajęła miejsce siedzące w sektorze tuż za płytą. Zebrało się tam też wiele osób, które przygotowywały zespół do występów oraz ich manager. Dźwiękowcy kręcili się jeszcze po scenie, dopinając kabelki i dokręcając śrubki, by wszystko było idealne.
    Oli przeciągnął mnie za rękę  na miejsce między sobą a Joną, włączając mikrofon.
- Jak za dawnych czasów, Madds? - zapytał, patrząc na mnie. Przełknęłam ślinę i spojrzałam w dół, na śliczną, czarną gitarę Weinhofena. On miał taką samą, tylko czerwoną. Rozejrzałam się po scenie i po naszej małej publiczności.
- Zawsze, Oll.
    Roześmiał się głośno, bardzo głośno. Ktoś puścił nagranie. Jednak bez słów. To Oliver wypowiadał je do mikrofonu.
- Do you feel different now?
- Yes. -
podjęłam dialog.
- Less anxious?
- Much less.
- And... do you have any special feelings?

    Zerknęłam w dół, na gitarę, układając palce na strunach i poprawiając kostkę w dłoni.
- I feel... like my heart is being touched by Christ.
    I znowu to uczucie wolności, szczęścia, pewności siebie kogoś, kto wie, że odnalazł swoje miejsce na Ziemi. Grałam, po raz kolejny z zachwytem patrząc po twarzach chłopców, którzy kilka miesięcy wcześniej byli dla mnie obcymi ludźmi, może idolami. Teraz, jako moi przyjaciele, rozkoszowali się wspólną piosenką.
    I znów, przejęłam mikrofon, gdy nadchodziło żeńskie nagranie. A po refrenie Olivera wyskoczyliśmy w powietrze, przeciw wszelkim prawom grawitacji i normalności, bezbłędnie grając solówki. Gdy skończył następny refren, znów nastąpiła złudna, niepokojąca cisza, podczas której zobaczyłam oniemiałą minę prywatnej publiczności.
- Teraz widzisz więcej? - zapytałam Jony, mając na myśli nasz pierwszy występ. Chwilę szukał w pamięci sytuacji, a gdy sobie przypomniał, uśmiechnął się wilczo.
- Teraz to ty mnie oślepiasz, gwiazdko.
   Odwróciłam się z uśmiechem, rozglądając się po członkach zespołu, czując, jak bardzo podoba mi się ta sytuacja, wiedząc, jak bardzo jest ona unikalna. Kątem oka zauważyłam, jak ich manager przeciska się przez rząd krzeseł ze smartfonem w dłoni. Gdy doszedł na przejście, odwrócił się jeszcze raz i popatrzył na nas, po czym podniósł telefon do ucha. Patrzyłam na niego, tak jak on na nas - ze zdziwieniem i myślą: "Ej, zaraz, co się tam dzieje?!"
  Patrzyłam do chwili, gdy Matt po raz kolejny zacisnął zęby, a Oli po raz kolejny bezbłędnie wstrzelił się w dźwięk, powtarzając słowa, które miały stać się naszym znakiem przyjaźni.
   It Never Ends.

środa, 29 stycznia 2014

Jeść czy nie jeść? Oto jest pytanie.

Jesteście głodne? - zapytał nas Oli po zakończonym oprowadzaniu. Czułam się jak w programie MTV.
- Ja zawsze - przyznałam.Według tej strefy czasowej była 10, a ja nie zjadłam śniadania. Jak najszybciej chciałam opuścić mieszkanie.
- To dobrze, bo ja też - uśmiechnął się Oli przechodząc za ladę, oddzielającą kuchnię od salonu. - Niestety zmartwię was, ale w tym domu nie toleruje się wielkiej ilości szynki. Stosunek wielbicieli zwierząt w formie tak nieżywej wynosi 2 : 5.
- Gdzie ty mi tu z matmą wyjeżdżasz, gwiazdko - prychnęła Ania, człowiek logistyki i organizacji. Wokalista jednak tylko się roześmiał, choć byłam pewna, że przy Natalii co najmniej odpowiedziałby hejtem. - Z nas dwóch tylko 50% lubi zwierzęta na tacy, jak to określasz.
     Przesunęli po nas wzrokiem.
- O którejkolwiek z was mówisz, rzekłbym, że to zaledwie 30%. Gdzieś wam uciekło 30% ze 100%. - zamyślił się Kean. Przewróciłam oczami.
- O czym wy tu w ogóle mówicie. Co z pozostałą 3 z 5?
- Ja jestem weganem, Oli i Matt to wegetarianie. - wyjaśnił Jona.
- No, super, większa tolerancja dla mnie - ucieszyłam się.
- Jesteś wege? - uniósł brwi, odwracając się od jednej z dwóch lodówek w pomieszczeniu.
- ...tarianką - dokończyłam.
- W takim razie ta lodówka jest do twojej dyspozycji. Ta druga strona mocy jest po drugiej stronie kuchni - oskarżycielsko wycelował palec w Lee, który stał naprzeciw z zaskoczeniem na twarzy.
- Osobne lodówki. Coś jeszcze? - zainteresowałam się, przemilczając fakt, iż sądziłam, że jedną lodówek mają wypełnioną alkoholem.
- Oprócz dziewczyn i bielizny to chyba już nie. - zastanowił się Malia.
- Ja osobiście wolałabym płatki. - stwierdziła Ania, całkiem nie w temacie. - Macie tutaj płatki?
- I mleko! - dodałam. Wiedziałam, że z nimi nic nie można pozostawić jako niedomówienie.
    Chwilę kręcili się po kuchni, całą piątką przeszukując szafki i przegadując się, gdzie ostatni raz widzieli kartony i z jakim rodzajem.
- Muesli i kulki są w tej szafce - Matthew wskazał na szafkę wiszącą za nim, którą właśnie zamknął. - Ale nie mam pojęcia, gdzie jest mleko.
   Wszyscy obecni wymownie uderzyli się w czoło, kręcąc głowami.
- Aż cud, że nie trzymacie mleka w szafce - stwierdziła Raine, podchodząc do niego i wyciągając kulki czekoladowe.
- Weź mi muesli - poprosiłam ją, natomiast potem rozejrzałam się za miseczkami.
- A załapię się też? - zapytał Nicholls, stając za nami, gdy zalewałam mlekiem płatki.
- No nie wiem - odparła Ania, zanim zdążyłam choćby otworzyć usta. Spojrzałam na nią zaskoczona, jednak mnie zignorowała. Zakręciłam butlę z mlekiem i odstawiłam ją ciężko na ladę.
- Mogę zaproponować coś w zamian. Nawet mogę wziąć własną łyżkę.
    Gdy to usłyszałam, gwałtownie chwyciłam białą miseczkę z dwoma zielonymi paskami i uciekłam z części kuchennej do salonu, gdzie opadłam na kanapę, z szokiem wpatrując się w jeden punkt na dywanie.
     Miejsce po mojej lewej zostało lekko wgniecione, gdy dosiadł się do mnie Oliver. Powoli uniosłam łyżkę do ust.
- Twoja koleżanka flirtuje z moim kolegą. - zauważył. Przełknęłam.
- Twój kolega flirtuje z moją koleżanką. - sprostowałam. Spojrzał na mnie z góry, mimo iż oboje siedzieliśmy.
- Podziel się - poprosił. - Nie jadłem śniadania.
    Niemal machinalnie podałam mu miseczkę. Przez kolejne kilka minut wymienialiśmy się nią, ładując po łyżce lub dwóch, w wykonaniu Olivera, do ust. Chcąc nie chcąc przysłuchiwaliśmy się rozmowie przyjaciół.
    Matt siedział na ladzie, a Ania na wysokim krześle przy niej. Oni też jedli z jednej miski, tylko zadali sobie trud użycia dwóch łyżek.
- Szkoda, że to nie ty przyjechałaś tu we wrześniu z Maddie.
- Przynajmniej teraz jestem. Możesz się cieszyć.
- No i jak ci się podoba?
- Z chwili na chwilę jest coraz lepiej. Ej, wyjadłeś prawie wszystkie kuleczki! - oburzyła się z uśmiechem. Perkusista udał zakłopotanego, a siedzącemu koło mnie Oliverowi mleko wyciekło nosem, gdy próbował powstrzymać śmiech, jedząc. Przewróciłam oczami i zabrałam mu śniadanie, zanim zdążył do niego napluć.
    Z mojej drugiej strony dosiadł się Jona, wyciągając mi jedzenie z rąk i sam biorąc trochę do ust. W sumie to dobrze, że się przyłączyli, bo sama bym tyle nie zjadła.
- Szybko się zaaklimatyzowała, nie sądzicie? - zaczął zdawkowo.
   Zachmurzyłam się, ale przytaknęłam. Oli wycierał nos.
- Całkowite przeciwieństwo Natalii. - dorzucił.
- Jak możecie je obie w ogóle ze sobą porównywać. - skrzywiłam się. Kończyliśmy już rundkę miską.
   Robiłam się trochę zazdrosna. Jestem mimo wszystko tylko nastolatką, na dodatek najczęściej w centrum uwagi chłopców, z którymi przebywam. Ale Ania jest taka sama - rozległ się cichy głos w mojej głowie, na co jeszcze bardziej się zachmurzyłam. Wbijając wzrok w podłogę, było mi głupio, że jestem w stanie czuć coś takiego w stosunku do Ani.
- Zapomniałbym! Musimy wkrótce wyjść. - Oli przerwał moją rekonwalescencję.
- Gdzie?
- Na koncert.
- Przecież skończyliście trasę na początku miesiąca.
- To specjalny koncert.
    Matt złapał kosmyk włosów mojej koleżanki, komentując kolor farby. Ania jeszcze w gimnazjum odważnie przefarbowała włosy na czerwono, nie przejmując się opinią innych. Już prawie nie pamiętałam, jak wygląda jej naturalny kolor.
     Wstałam, oddając miskę Jonie, który przyjął ją z radością.
- W takim razie idę się ogarnąć.
     Wyszłam, wkurzona bardziej na siebie niż na nich.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Robin Hood.

To był mój trzeci lot samolotem w życiu. Za pierwszym razem byłam podekscytowana, za drugim zmęczona i wkurzona paplaniną Natalii, a teraz lekko zaniepokojona. Nie miałam pojęcia, co mnie czeka na miejscu.
    To znaczy tak, owszem, byłam pewna, że przynajmniej jedna osoba czeka na nas na lotnisku, nie miałam jednak pojęcia, kto to będzie. Nie wiedziałam też, co będzie dalej - chłopcy utrzymywali mnie w przekonaniu, że dobrze wiedzą, co będzie dla mnie najlepsze.
     Zerknęłam na Anię. Nie wydawała się przejęta tym, że leci do Anglii w odwiedziny do Bring Me the Horizon. Wyglądała na znudzoną, jakby na co dzień wsiadała w samolot i leciała w dowolne miejsce na Ziemi. Kto wie, może właśnie tak było.
- Podchodzimy do lądowania, proszę o zapięcie pasów bezpieczeństwa i zamknięcie stolików. Dziękujemy za skorzystanie z usług Węgierskich Linii Lotniczych Wizz Air i zapraszamy ponownie. Życzymy miłego pobytu na Wyspach Brytyjskich. - komunikat powtórzono jeszcze w dwóch językach.
    Wymieniłam spojrzenia z koleżanką i zapięłam pasy. Bałam się powiedzieć cokolwiek, jak często przy Ani - nigdy nie wiedziałam, jak zareaguje. Dlatego po prostu milczałam, nie chciałam rzucać oklepanych frazesów w stylu: "Ciekawe, jak będzie na miejscu".
    Wylądowaliśmy bez większych trudności, jeśli mogę to stwierdzić na podstawie mojego małego doświadczenia. Po chwili opuszczono trap, więc uznałam, że wszystko jest okk. Powoli wysiadaliśmy i zobaczyłam ogromną połać trawy i betonu, a w oddali kilka malutkich z tej odległości budynków. Przyjechało po nas i innych pasażerów kilka śmiesznych busików, wyglądały jak rozbudowane autka golfowe.
    Przewieźli nas przez całe lotnisko aż do wielkiego szklanego budynku, artystycznie pofalowanego, z wielkim zielonym napisem: Robin Hood Airport. Jak można nazwać lotnisko imieniem lisa, z którym kojarzyłam postać Robin Hooda z kultowej bajki Disney'a? Przekierowano nas do hali przylotów. Stamtąd, metodą prób i błędów, dotarłyśmy w końcu do hali odbioru bagażu.
- A mówiłaś, że z Tobą nie zgubię się w Sheffield. - mruknęłam.
- Okej, ale ty nie mówiłaś, że to lotnisko jest takie duże.
- Wcześniej lądowałam w Oxfordzie.
- Gdzie ty masz Oxford, a gdzie Sheffield! Dobrze, że nie rozszerzasz geografii - zaśmiała się.
    Odebrałyśmy bagaż i przeszłyśmy do kolejnego pomieszczenia  - to tutaj krewni i znajomi przylatujących czekali na nich z kartonikami z nazwiskiem.
    Rozglądałyśmy się z Anią za tą tabliczką, bo nie miałyśmy pojęcia, kto nas odbierze.
- Tam jest. - szturchnęła mnie koleżanka i pokazała mi brodą kierunek. Zobaczyłam kartonik z napisem: "Miko & Raine" z niedającym się pomylić z żadnym innym pismem Olivera trzymany przez wytatuowane smukłe palce. Przesunęłam wzrok wyżej i szeroko się uśmiechnęłam na widok równie szeroko uśmiechniętego Matta i opanowanego Olivera, który stał z drugą ręką w kieszeni, z lekko kpiącym uśmiechem na ustach. Żadne z nich nic sobie nie robiło z rzucanych im spojrzeń.
    Ciągnąc za sobą po jednej walizce, przeszłyśmy z Anią aż do końca pomieszczenia, przechodząc przez magiczną bramkę na końcu, gdzie stali chłopcy.
-  Madds! - rzucił się na mnie perkusista. Cofnęłam się kilka kroków w tył pod wpływem jego uścisku, śmiejąc się. Gdy w końcu mnie puścił, szybko upewniłam się, że nie połamał mi żeber. Oliver był o wiele bardziej delikatny, ale za to myślałam, że już nigdy mnie nie puści.
- Oli, Matt to jest Annie. Aniu, to jest Oliver Sykes i Matt Nicholls. - przedstawiłam ich sobie. Nie byli tak wylewni, ale o wiele bardziej przyjaźni niż w stosunku do Natalii. Uznałam to za mały sukces.
- Idziemy? - zapytał Matt, biorąc walizkę Ani. Spojrzeliśmy po sobie z Oliverem z konspiracyjnymi uśmiechami.
- Jasne - przytaknął, biorąc moją torbę jedną ręką, drugą zarzucając mi na ramiona. Ruszyliśmy do wyjścia.

----
Jechaliśmy z lotniska samochodem prowadzonym przez Matta. Aż się zdziwiłam, widząc go za kierownicą, ale Olivera już w ogóle nie mogłam wyobrazić sobie za kółkiem.
    Po drodze nasi koledzy bawili się w przewodników. Przekrzykiwali się w różnych ciekawostkach i wskazywaniu "absolutnie zajebistych" miejsc, które musimy odwiedzić. Według nich z lotniska Robin Hood - za każdym razem chichoczę, gdy usłyszę tą nazwę - do ich domu w Sheffield było około 35 kilometrów.
Zatrzymaliśmy się pod niczym nie wyróżniającym się białym domu z ogródkiem. Chłopcy odpięli pasy i zaczęli wysiadać.
- Serio? To tutaj mieszkacie? - zapytałam. Popatrzyli na dom.
- Taa. Czemu pytasz?
- Po was spodziewałam się czegoś totalnie ekstrawaganckiego. Dom ze szkła, modernistycznie.
- Cenimy sobie prywatność.
- Właśnie mamy okazję się przekonać. - rzuciła Ania, wysiadając.
Chłopcy wzięli nasze małe bagaże i weszli do domu.
- Jesteśmy! - wrzasnął Matt.
Jona, Lee i Matthew - we właśnie takiej kolejności wynurzyli się z pokoju z prawej. Stali i patrzyli na mnie i na Anię. Brakowało im tylko popcornu, i mogliby urządzić własny seans.
- No. W końcu ktoś mniej przewidywalny od Natalie. - zaczął Matthew. I to on pierwszy przedstawił się Ani. Jona rzucił się wtedy zgnieść mnie w powitalnym uścisku, a po nim dyskretnie objął mnie Lee. Matt tylko mi pomachał - nie byliśmy w bardzo bliskich stosunkach.
Oboje mieliśmy siebie nawzajem gdzieś.
Chłopcy szybko zaakceptowali Annę. Zostawiając nasze torby w, jak mniemam, przedpokoju, chwycili nas za ręce i zaczęli ciągnąć po całym domu, demonstrując zawartość szafek, szuflad i ukazując przestrzenie za drewnianymi drzwiami.
- Tu jest salon, a tuż zaraz jest kuchnia - rzucił Lee, wskazując na pokój, skąd przyszli. Jedno było oddzielone od drugiego lśniącą czarną ladą, za którą stały wysokie krzesła. Kuchnia była urządzona bardzo nowocześnie, miała aż dwie lodówki. Jedna na bank służyła do przechowywania alko.
- Tutaj jest moja sypialnia, tutaj Olivera, tu Keana, a tu Jony. - pokazywał Matt, otwierając i zamykając drzwi po obu stronach korytarza, tylko przez sekundę ukazując panujący w nich bałagan.
- Tutaj jest basen - zaprezentował Matthew pomieszczenie na końcu korytarza.
- A tutaj? - zapytałam, wskazując na drzwi za schodami do piwnicy, które ciągle ignorowali. Zatrzymali się.
- Tam się dzieją cuda. - powiedział tajemniczo Oliver. Uniosłam brwi.
- Aha. Narnia czy kolejna sypialnia?
Wybuchnęli śmiechem. Tylko basista się nie uśmiechał, patrzył na Anię. Rany, on sobie nie odpuści. Tylko ja mu jak na razie dałam dobitnie do zrozumienia, że nie ma na co liczyć.
- Pokażę ci, gdy nadejdzie czas.
Pociągnął mnie za rękę w kolejny korytarz.
- Tutaj mieszkacie wy. Sorry, że tylko jeden pokój, ale nie przewidywaliśmy nigdy wielu współlokatorów. Jak już wspomniałem, niechętnie wpuszczamy tu kogoś oprócz nas.
Rozumiałam to doskonale. W tym biznesie liczy się przede wszystkim prywatność.
- Koniec oglądania! Idziemy jeść! - wyrzucił ręce w powietrze Matt, kierując się w stronę wyjściowych drzwi.

niedziela, 26 stycznia 2014

YOLO.

Z ulgą opuściłam budynek Zawadzkiego, zawiązując kolorowy szalik na szyi. Właśnie uciekłam z końcówki wigilii szkolnej i jasełek w wykonaniu starszych roczników. Na ten rok skończyłam ze szkołą Zerknęłam na zegarek i rozejrzałam się. Wraz z grupą znajomych z gimnazjum, z którymi poszłam do tego liceum - w tym z Anią - umówiliśmy się, że odwiedzimy dzisiaj poprzednią szkołę.
   Ania przyszła pierwsza - opuściła dzisiejszą "celebrację" i wcale jej się nie dziwię, a że przychodziła tu prosto z domu, nie była przecież zatrzymywana przez znajomych, życzących tych samych, oklepanych formułek świątecznych. Czekałyśmy jeszcze na dwóch kolegów, którzy akurat chodzili do klasy z Anią. Zaczęłyśmy gadać na temat świąt i wyjazdu - ostatecznie za 3 dni miałyśmy lot.
Chłopcy spóźnili się tylko 10 minut. Ruszyliśmy w stronę gimnazjum, parami, grzecznie jak przedszkolaki. O dziwo, ścieżka ustawiła nas tak, że szłam koło Mateusza. Nie przyjaźniliśmy się w gimnazjum, a teraz w liceum mamy ku temu jeszcze mniej powodów, ale gdy ostatnim razem odwiedziliśmy gimnazjum, trochę go uraziłam moim gadaniem.
- Ciekawe, czy "13" już wie o twoim wybryku - zaczął, zwracając się do mnie.
- Wybryku? Niby dlaczego miałaby wiedzieć?
- No chyba interesują się sukcesami swoich absolwentów?
- To wyjaśnia, dlaczego nie pytają o ciebie. - ucięłam. Chyba był wściekły, ale nie dał nic po sobie poznać.
Jakieś 5 minut później wstąpiliśmy jeszcze do Biedronki, bo Mateusz uparł się, by kupić swojej byłej wychowawczyni bombonierkę czy coś w tym stylu.
Jednak gdy weszliśmy do szkoły i zamieniliśmy kilka słów z panią woźną, wpychając jej do dyżurki nasze rzeczy, ruszyliśmy na piętro, mimo jej ostrzeżeń.
Znaleźliśmy matematyczkę, która ogarniała swoją sportową klasę i u niej zostaliśmy najdłużej. Razem z Anią chciałyśmy zobaczyć się z naszą nauczycielką angielskiego, ale zapomniałyśmy o nią zapytać.Potem odwiedziliśmy kilka innych ulubionych (lub mniej) nauczycielek, gdy nagle na piętro gimnazjum wpadła wicedyrektorka. Ktoś usłużny podpowiedział jej, że kręcimy się po szkole.
Gdy tylko nas zobaczyła, stojących naprzeciw schodów w kółeczku, zastanawiających się, kogo jeszcze nie odwiedziliśmy, zaczęła na nas krzyczeć. Odwracaliśmy się, zdziwieni, zaczynając mówić "Wesołych świąt". Nie dane nam było dokończyć życzeń.
- Absolwenci nie mogą wchodzić na teren szkoły! Możecie sobie czekać przy dyżurce na nauczycieli!
- Ale proszę pani...
- Na dół proszę, no już! Nie możecie tu być!
- No ale...
- Nie słyszałeś?! Żegnam państwa!
Odwróciła się, chcąc zapewne ochrzanić nauczycieli, którzy na swoje nieszczęście zamienili z nami kilka słów. My w tym czasie uciekliśmy do pierwszej odwiedzonej przez nas pani, która, mimo zebranego ochrzanu, pozwoliła nam przeczekać atak "Kiełbasy".
Gdy teren zrobił się czysty, chyłkiem wyszliśmy z klasy i z zasadą "YOLO" szybko pokonaliśmy trzy piętra w dół, narzekając i klnąc.
Nawet woźna przyznała nam rację, gdy ubieraliśmy się w jej małym pokoiku, złorzecząc.
- Niektórym to się od władzy poprzewracało gdzieniegdzie. - podsumowała. Przytaknęliśmy i wyszliśmy ze szkoły, przepraszając ją za zamieszanie.
Nic nie powstrzymało kolegę Michała przed zademonstrowaniu kamerze patrolującej wejście tego, co myśli o sposobie traktowania absolwentów w tej szkole.

BMTH w Polsce ;d

Co tu się wyrabia, Bring Me the Horizon zagra jako headliner na trzecim dniu Orange Warsaw Festival o.0

Ktoś się wybiera 15 czerwca do Warszawy? : )

http://orangewarsawfestival.pl/

sobota, 25 stycznia 2014

"- Chcę Cię o coś prosić.... - Jesteś szalona."

    Dlatego też teraz, wchodząc do szkoły, aby rozpocząć ostatni tydzień zajęć przed przerwą świąteczną, myślałam, jak to najlepiej ująć. Znowu wykonałam codzienną transakcję w szatni, nadal czekając na upragnioną szafkę, i ruszyłam przed salę do włoskiego - wyjątkowo nie spóźniłam się. Specjalnie przyszłam wcześniej.
   Ania stała w otoczeniu kilku osób z grupy, które chodziły z nią do klasy. Podeszłam do niej i jak zwykle zrobiłam poważną minę na widok Krystiana.
- Dzień dobry państwu. - przywitałam się. - Aniu, musimy pogadać.
  Spojrzała na zegarek. Mieliśmy 10 minut do lekcji.
- Więc mów.
Wzięłam głęboki wdech, czując, jak torba mi ciąży. A raczej jej zawartość.
- Pod koniec września olałam szkołę na tydzień. Poleciałyśmy z Natalią do Anglii, na koncert Bring Me The Horizon - zaczęłam, zupełnie niepotrzebnie. Wszyscy znali już tą historię, nie byłam jedyną osobą, słuchającą tego zespołu - nagranie z wykonania It Never Ends krążyło po szkole, radiowęzeł rozgłosił mój "sukces" w ten dzień, kiedy wróciłam do szkoły. Ale mniejsza o to. Skracałam jak mogłam. - Tam... zagrałam z nimi jedną piosenkę. A teraz nieujawniona część tego wszystkiego. - widziałam ich pełne zainteresowania oczy. - Po koncercie, gdy już wychodziłyśmy, dostałyśmy zaproszenie na backstage. Tego samego dnia wyszłyśmy z BMTH na miasto, poszliśmy do kawiarni. Byliśmy tam całą 7 - ja, Natalia, Oliver, Jona, Matt, Nicholls, Lee... świętowaliśmy moje urodziny i gadaliśmy do późnej nocy, a potem odprowadzili nas do hotelu. Następnego dnia osobiście do nas przyjechali i odprowadzili nas na lotnisko.
       Z Mattem Nichollsem wymieniłam się numerami już 5 minut po koncercie. Jona zabrał go z telefonu Matta. Oliver dostał od Jony, a Lee od Olivera.Od tamtego czasu piszemy ze sobą smsy, dzwonimy do siebie, gadamy na skype, mailujemy. A teraz...
   Wyciągnęłam z torby kopertę, która przyszła do mnie w piątek. Widziałam niepewność na twarzy Ani.
- W piątek przyszło to. - podałam kopertę koleżance. Czułam napięcie, które się wytworzyło w tej małej grupce.
   Ania otworzyła kopertę, zaadresowaną do mnie prostym, pewnym pismem Olivera. Wyciągnęła ze środka krótki liścik od chłopców - każdy napisał kilka słów - i szybko go przeczytała, upewniwszy się, że nie mam nic przeciwko, a potem sięgnęła po bilety. Mimo, iż przez weekend trzymałam i oglądałam oba bilety we wszystkich możliwych krzywiznach, mimo iż znałam ich fakturę i treść na pamięć, mimo to wszystko, patrzyłam teraz na nie, jakbym widziała je pierwszy raz w życiu.
- Serio? - Krystian pierwszy poddał w wątpliwość całą historię. Okk, przyznałam w duchu, to brzmi nieprawdopodobnie. - To przecież niemożliwe. Te bilety mogłaś kupić...
- Całkiem serio. W środku jest liścik. Jeśli nadal nie wierzycie... - wyciągnęłam komórkę i włączyłam historię połączeń, pokazując ją. Oprócz pojedynczych wiadomości lub połączeń od znajomych lub rodziny, przez całą historię ciągnęło się: "Oli", "Matt", "Jona", "Lee". Pokazałam im też kilka wiadomości, wysłanych przeze mnie, lub przez nich.
- Ale... przecież to się zdarza tylko w fanfictionach, albo w filmach. - teraz zaoponowała Ania. - Sama to mówiłaś!
- Tak, wiem. Aniu, mogę pokazać ci wszystko - połączenia na skype, maile. Ale to są dwa bilety lotnicze, z Polski do Anglii, na 26 grudnia, przysłane w tej kopercie, z tym liścikiem. Powrotne będą na miejscu, z datą 1 lub 8 stycznia, w zależności od okoliczności, Nie zmienię tego, zadecydowali za mnie. Aniu, mówię to wszystko, bo chcę cię o coś prosić.
Jeśli wcześniej traktowała to jako bajkę, to teraz stała się już naprawdę nieufna.
- Polecisz ze mną w przerwie świątecznej odwiedzić Bring Me The Horizon?
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. Nie byłam przez chwilę pewna, czy mnie dosłyszała, jednak po minie zgromadzonych widziałam, że raczej tak.
- Nie musisz mi dawać odpowiedzi teraz, możesz się zastanowić. Jeden bilet jest mój, drugi należy do kogokolwiek. Chciałabym jednak, żeby był twój.
  To powiedziawszy, odwróciłam się i weszłam do pracowni języka włoskiego, z niepewnością i ekscytacją. Zastanawiałam się sama nad sobą - będę w stanie polecieć tam sama?

-----

   Jesteś szalona - wymamrotała do mnie Ania zza ramienia. Podniosłam wzrok znad ćwiczeniówki.
- Może trochę. - przyznałam, wracając do uzupełniania zadań.
- Dlaczego ja?
   Znowu oderwałam się od jakże fascynującego dialogu Gulio i Isabelli, odrzucając ołówek z westchnieniem.
- Bo znasz angielski, więc nie będę ci musiała ciągle tłumaczyć naszych rozmów, poza tym to świetny trening. Bo mamy podobny gust muzyczny, więc się z nimi zrozumiemy i pod tym względem. Bo jesteś zajebista i kogoś takiego potrzebuję przy sobie w angielskich otchłaniach.
   Patrzyła na mnie dłuższą chwilę.
- Nie wiem co o tym sądzić. Ale tym ostatnim mnie przekonałaś. - uniosłam pytająco brew. - No przecież ktoś cię musi prowadzić przez Anglię, sama się zgubisz.
   Zachichotałam, a profesorka zganiła mnie wzrokiem. Jednak Ania również zaczęła chichotać i po chwili nie mogłyśmy się opamiętać. Koledzy z grupy odwracali się do naszej ostatniej ławki z uśmiechami. Przywykli do naszych niekontrolowanych wybuchów. Profesorka wstała zza biurka i podeszła do nas.
- Co was znowu tak śmieszy? - zapytała. - Znów przeszkadzacie na lekcji.
   Nie miałam ochoty przepraszać, zresztą nigdy nie byłam pod tym względem fałszywa.
- Ta-ta-tak wyszło, pani pro-profesor - odpowiedziałam, zachłystując się śmiechem. - Ale niech sobie pani wyobrazi, że teraz, gdy ja tu wstawiam czasowniki w odpowiedniej formie w zdania, ktoś podejmuje decyzję, która zaważy na całym życiu tej osoby.
  Popatrzyła na mnie jak na idiotkę. Niektórzy nigdy tego nie doświadczą. Oni nie rozumieją.
- Słucham?
- Ja po prostu wiem, jakie to tragiczne, spędzać z nami 2 godziny tygodniowo, tak bardzo się produkować, nie mając za grosz wdzięczności w zamian, pani profesor. Chcę, żeby to były najlepsze dwie godziny, ale jest tak grobowo, że nie wiedziałam, jak rozweselić trochę grupę.
  Podejrzliwość znikała z twarzy profesorki.
- Może masz rację. W końcu to nasze ostatnie godziny w tym roku kalendarzowym! Skończycie te zadania w domu. Porozmawiajmy, albo pograjmy w kalambury! - zaproponowała profesorka. Nikt się nie sprzeciwiał, wszyscy szybko pakowali książki, zanim lingwistyczka się rozmyśli. Nikt nie widział absurdu tej sytuacji. Ania znowu się do mnie nachyliła.
- To gdzie oni mieszkają?
- Sheffield. - wymamrotałam, wciągając torbę na ławkę. - To na północy.
- Jadę. Choćby nie wiem co, muszę tam jechać.
Spojrzałam na nią bez słowa z książką w dłoni. Przecież wiedziałam to od początku - tak jak wcześniej Oliver nie przewidywał mojej odmowy, tak teraz ja nie miałam nawet w planach odmowy Ani.

piątek, 24 stycznia 2014

"Już wiedziałam".

Przede mną nastąpił weekend. Obudziwszy się bezwstydnie o 7 rano w sobotę, zastanawiałam się nad słowami z liściku i zawartością koperty.
   Wczoraj, jakieś dwie godziny po odebraniu listu, zadzwoniłam do chłopców na skype, żeby to wyjaśnić. Nie odbierali. Smsy również pozostawili bez odpowiedzi. Tchórze! Nie mieli nawet odwagi wytłumaczyć się. Ignorując świadomość, że u nich jest wcześnie rano, znów zadzwoniłam.
- No, co jest Madd? - zapytał pierwszy Jona, widząc moją minę.
- O co z tym chodzi? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, pokazując dwa bilety na samolot, które znalazłam w kopercie. Zaśmiali się niemrawo, przecierając oczy i patrząc po sobie z zakłopotaniem.
- Przeznaczeniem biletów na samolot jest... przelecenie się za niego z miejsca odlotu, do miejsca przylotu. - wyjaśnił Kean, unikając sedna sprawy.
- Oh, serio? - uśmiechnęłam się. - Żartujecie sobie? Przecież to... Dlaczego?
Spojrzeli najpierw po sobie, teraz już z lekkim zwątpieniem. Chyba zbiła ich z tropu nagła zmiana mojego nastroju.
- Stęskniliśmy się za tobą, Madd. - przerwał milczenie Oliver. - Chcielibyśmy cię znowu spotkać, bo, kurde, ostatnim razem naprawdę krótko się widzieliśmy, a przecież tak zajebiście nam się gadało.
- Oliver, to naprawdę miłe i sensowne... ale to szmat forsy. Poza tym, przecież nie mogę ot tak sobie zniknąć z domu po świętach i wrócić w Nowym Roku. Doskonale o tym wiecie, przerabialiśmy to wiele razy.
- Oczywiście, że nie. Ale wyjaśnisz im, że lecisz do nas. - odpowiedział. Dla niego to oczywiste, on przecież jest pełnoletni. No i znany, chyba zatracił całe poczucie rzeczywistości.
- Rzecz w tym... - zaczęłam, a oni nachylili się do kamery, zainteresowani. - Że moi rodzice nie mają o was pojęcia. To znaczy tak, słyszą waszą muzykę, tak, wiedzą, że z kimś rozmawiam po angielsku... ale nie mają pojęcia, że byłam w Anglii tydzień. Że występowałam z wami.
Cisza po tamtej stronie kamery. Widziałam po ich minach, że starają się znaleźć racjonalne tłumaczenie na to, co właśnie im powiedziałam. Jona głośno siorbnął resztkę czekoladowego shake'a przez słomkę, którego pił. O 8 rano, według ich czasu. Postukał szczupłymi palcami o kubek, patrząc na brak jego zawartości.
- No cóż. - mruknął. - To jakim cudem znalazłaś się w Oxfordzie?
- Babcia mnie kryła. Według tej wersji wyjechałam z nią nad morze do rodziny. A w tym czasie..
- Podbiłaś angielską scenę. - dokończył Nicholls, nie do końca prawdziwie.
- No, może trochę. Ale teraz to co innego. Teraz zauważą, przecież tego nie ukryję.
- To im powiedz - rzucił Lee, najbardziej racjonalnie.
- Bardzo łatwe, prawie tak bardzo, jak polski dla was. - skrzywiłam się.
- Madds, na pewno coś wymyślisz. Nie wiem, co będzie dla ciebie najlepsze, ale masz się tu pojawić. Wysłaliśmy dwa bilety, nie przylecisz przecież sama. Nie bierz tylko taty, jasne? - zaśmiał się Oli. Uśmiechnęłam się też na widok jego wesołej miny. - Masz trochę czasu, wszystko się ułoży.
- Ah, Madd? - wtrącił Kean. Spojrzałam na niego i uniosłam pytająco brew. - Możesz tym razem nie przywozić Natalie? Głupio mi się do niej mówi, skoro i tak mi nie odpowiada, tylko ty musisz przerywać swoją rozmowę, żebyśmy my mogli pogadać.
Rozległ się chór zakłopotanych przytaknięć. Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Mój pies, Bandzior, przybiegł do mnie, zaalarmowany. Jak zwykle w temacie. Głaszcząc go, powiedziałam do zespołu:
- Lajtowo, dla mnie nawet lepiej. To faktycznie męczące.
Już wiedziałam, kogo zabiorę.
- By the way, Lee, ile zarobiłeś? 100 dolców od łebka, czy razem? - zainteresowałam się.
- Powiedziałeś jej?! - Oli wpadł w furię.
- Nie, wcale nie!
Obraz przed kamerą zaczernił się. Uśmiechnęłam się z satysfakcją.