muzyka.
Białe i niebieskie (przepraszam, turkusowe!)
światła leniwie przesuwały się po scenie, niczym więzienne reflektory
poszukujące więźniów. Dźwiękowiec SIO, Arthur, puścił intro. Gdy
kończyła się jego druga powtórka, inny technik zaczął odliczać na
palcach sekundy. 5...4...3...2...
Cody wynurzył się z
cienia backstage'u, mrucząc słowa piosenki do mikrofonu. Nie patrzył na
widownię, tylko przed siebie, jak aktor przed monologiem. Powolnym,
lekkim krokiem kroczył po scenie, dołączając do reszty zespołu. Ale nie w
pełnym składzie. Austin ostatecznie odszedł z florydzkiej grupy.
Nasze kapele rozjechały się. Minęły trzy dni od spotkania z PTV, gdy
niespodziewanie Trevor oznajmił, że jadą do New Hampshire, podczas gdy
SIO miało grać w Nowym Jorku. Żaden Polak nie odpuści sobie zobaczenia
tego drugiego, więc, jak na prawdziwą patriotkę przystało, wybrałam
Cody'ego i Maxxa.Trevorowi chyba bardziej ulżyło, niż zrobiło to jakąś
różnicę.
Atlanta zbliżała się wielkimi krokami i nie
rozumiałam wszechobecnego uczucia... paniki. Im bliżej do show, tym
dziwniejszy stawał się Trevor. Chodził zamyślony, bawiąc się komórką.
Często bez słowa podchodził do mnie i mocno przytulał, jakby się bał.
Równie często wybuchał gniewem i rzucał przedmiotami. A im częściej to
robił, tym bardziej nachmurzony był Cody. Najczęściej Maxx posyłał mu
wtedy znaczące spojrzenia i wzruszał ramionami.
Czułam
się strasznie samotna i, co gorsza, nie na miejscu. Po raz kolejny
zostałam zepchnięta na backstage, dosłownie i w przenośni. Nie mogę
powiedzieć, żebym była znudzona, bo z przyjemnością oglądałam półtorej
godzinny solowy koncert Set It Off, którzy robili ogromne show.
Widziałam, jacy są z siebie dumni, gdy tłum tańczył, jak oni im zagrali.
Gwałtownie zatęskniłam za tym uczuciem, gdy masz władzę nad twoim małym
światem i możesz robić, co ci się tylko podoba. Gdy tysiące ludzi lgną
ku tobie, czekając, aż wykonasz czadową solówkę lub weźmiesz mikrofon w
swoje dłonie.
Odwróciłam wzrok i przecięłam mrok terenu
dla techników. Nikt mnie nie obserwował. Nikt się nie interesował.
Wszyscy byli pochłonięci widokiem czterech uzdolnionych muzyków z
Florydy i wcale im się nie dziwiłam. Po kilkuminutowym błądzeniu po
budynku, w końcu dotarłam do drzwi prowadzących na podwórko. Rozejrzałam
się wokoło, obejmując się ramionami. Ameryka zaczynała mnie denerwować
tą nagłą zmianą temperatur. Na Florydzie nawet po godzinie 20 ludzie zazwyczaj nie zakładali swetrów, a tutaj już koło 18 robiło się naprawdę chłodno.
Kilka osób z obsługi budynku zaparkowało tu swoje samochody. Poza tym
była to dość otwarta przestrzeń, więc czułam się stosunkowo bezpiecznie.
W półmroku wypatrzyłam ławkę i skierowałam się ku niej, wyciągając zza
stanika komórkę. W legginsach nie było miejsca na schowanie jej.
Uniosłam telefon do ucha, licząc sygnały.
- Czego chcesz? - Ania
nie wydawała się zachwycona telefonem. Szybko obliczyłam w myślach
godziny. Zdecydowanie Ania nie powinna już być w łóżku.
- Cześć. Co tam?
- Wiesz, że nie znoszę tego pytania.
-
A ty wiesz, że zawsze będę ci je zadawać. - zapadła między nami cisza,
ale czułam, że Ania czeka na rozwinięcie. - Chcę wrócić do domu. Nie
nadaję się do pilnowania backstage'u.
- To weź gitarę i pilnuj sceny.
- Nie chcę tutaj być. Nowy Jork jest zimny. - marudziłam dalej. Byłam pewna, że przyjaciółka przewraca oczami, gwałtownie przerzucając kartki w książce od matmy.
-
Jesteś tchórzem. Jak już pojechałaś w trasę koncertową, to mogłabyś
spokojnie grać z nimi koncerty. Nawet polskie gazety już wiedzą, że cię
tu nie ma. Szkolny radiowęzeł tylko na czeka na jakieś nagranie, żeby katować nim
uczniów. Na razie w kółko puszczają N.M.E i wierz mi,
znienawidziłam tę piosenkę. A poza tym po całej sieci krążą twoje
zdjęcia z Trevorem. Masz jednak okropny gust, skoro wybierasz jego,
mając pod ręką Carsona.
- Carson ma dziewczynę - odparłam naburmuszonym tonem. Dziewczyna głośno się roześmiała.
- Ale Danziger nie ma. I popatrz - jest perkusistą! No co za dziwny zbieg okoliczności...
-
Przestań. Dzwonię do ciebie po radę, a nie... - urwałam, uświadomiwszy
sobie, że to była rada. Tylko nie taka, która mi odpowiadała.
-
Wracaj do środka, bierz gitarę i graj, dzieciaku. Inaczej do końca życia
czekają cię wyrzuty sumienia, że mogłaś być gwiazdą estrady, a
zostaniesz królową szczepionek i naklejek dla dzieci w przychodniach.
Zaklęłam, zamykając oczy.
Dlaczego nikt nie stoi po mojej stronie?
- Wiem, Miko, że też już to przemyślałaś. Weź się w garść!
- Tak się nie motywuje osób w depresji.
- Nie masz depresji, tylko lenia. Masz dwa wyjścia. Albo teraz przyswajasz ode mnie mentalnego kopa w dupę i lecisz na scenę, albo grzecznie wracasz do domu i uczysz się do cholernej matury z chemii. Bo nie zdasz.
- A ty z matmy. - mruknęłam.
- Rozszerzenia nie da się nie zdać, słonko. Spadaj już. - rozłączyła się. Pokręciłam głową i ukryłam twarz w dłoniach. Coraz bardziej trzęsłam się z zimna i z nerwów. Szybko przeanalizowałam swój system wartości. Po co tu jestem? Jaki jest sens istnienia? Czymże jest szczęście? Siąknęłam nosem i, nie oglądając się za siebie,
uciekłam do środka, przez backstage, porywając gitarę i wskakując na
scenę. Nie myślałam po co, ani dlaczego. Po prostu to zrobiłam.
Trafiłam idealnie w refren The Haunting.
Tłum wrzasnął, gdy wślizgnęłam się przed Danny'ego, odbierając mu mikrofon. Cody, choć zaskoczony,
nie stracił rezonu. Uśmiechnął się szeroko i nagle wszyscy dali z siebie
jeszcze więcej. Tłum napierał na barierki, więc Carson zeskoczył ze sceny i przeszedł nad przeszkodą, wpadając w ręce tłumu. A potem powtórzył kilkakrotnie ostatni wyraz i melodia zmieniła
się w N.M.E. Roześmiałam się sama do siebie, przypomniawszy sobie opinię
Ani.
Natomiast w opinii Set It Off wymiatałam i powinnam grać z nimi aż do końca trasy. Oczywiście, że zaprzeczałam i broniłam się przed tą decyzją. Ale, na wszelki wypadek, niezbyt żarliwie. Lepiej nie kusić losu.
I tak sobie jeździliśmy, od Nowego Jorku, przez New Jersey, Filadelfię, Waszyngton, Charlotte i inne, mniej lub bardziej znane mieściny. Wystawialiśmy dodatkowe pule biletów, bo gdy rozniosła się wieść, że Set It Off wciągnęli na scenę Maddie Miko, wszyscy lgnęli ujrzeć mój wielki comeback na własne oczy.
W końcu dojechaliśmy do upragnionej Atlanty. Chłopcy odetchnęli z ulgą. Był to ostatni przystanek przez przerwą w trasie. W dalszą drogę ruszymy dopiero za tydzień. Zagraliśmy wspólnie wielkie show, bisując trzy razy. Czułam się idealnie, jakbym odzyskała utraconą kończynę. Scena była lekarstwem na wszystkie bolączki; gdy palce same układały się na strunach, a druga ręka nieświadomie uderzała je w odpowiednim rytmie, ja oddychałam głęboko i patrzyłam ze spokojem w tłum. Spokojem, tak ciężko wypracowanym i odnalezionym. Znów czułam się niezwyciężona.
Po koncercie mieliśmy się spotkać z Our Last Night w zarezerwowanym hotelu. Nie tęskniłam za Trevorem, Maxx doskonale wypełniał tę pustkę. Bardzo przypominał mi Matta Nichollsa, z równie wielką miłością własną, tylko z lepszym poczuciem humoru. .
- No, Maddie - zagaił Cody, gdy autokar wiózł nas przez zatłoczone ulice. - Jak nastrój przed spotkaniem z mister Trevorem?
- Jesteś kochany, Cod. Tak bardzo martwisz się o moje życie uczuciowe...
- Staram się być miły - skrzywił się.
- Doceniam to. Ale myślę, że zarówno mnie, jak i Maxxowi ulży, gdy przestaniesz nas swatać.
Szczęka mu opadła, ale szybko się opanował.
- Ja tylko nie chciałem, żeby znowu poniósł cię melanż. Trochę się boję twoich spotkań z dawno nie widzianymi przyjaciółmi.
- Przepraszam, czy ty mi coś wypominasz?
- Absolutnie. Tylko "wieczorem" nie znaczy na godzinę pierwszą w południe. Następnego dnia.
- To był mój pierwszy raz! - gwałtownie zaprotestowałam.
- Ja nie wnikam, kiedy miałaś swój pierwszy raz, śliczna. Bylebym nie był świadkiem następnego.
- Spoko, zamkniemy drzwi - Maxx objął mnie ramieniem. Pokręciłam głową, dusząc się ze śmiechu. Kierowca zatrzymał się i oznajmił głębokim głosem:
- Na miejscu.
Gwałtownie uniosłam głowę. Czyżby to Bus Daddy zawitał do Atlanty? Zmrużyłam oczy, patrząc na kierowcę. Nie przypominał oryginału. Przynajmniej wydawało mi się, że był od niego chudszy.
- Idziesz? - Maxx stanął za mną i patrzył z wyczekiwaniem. Pokiwałam głową i zeszłam po schodkach, odprowadzana spojrzeniem kierowcy. Odeszliśmy kawałek, czekając na resztę zespołu. - Dobrze się czujesz? Trochę zbladłaś.
- Skąd jest ten kierowca? Znasz go?
- Nie - pokręcił głową. - Dostaliśmy go tylko tutaj. Na pewno nic ci nie jest?
- Wszystko jest w porządku.
Ruszyliśmy w stronę hotelu. Maxx szedł tuż za mną, jak asekurant. Przez chwilę poczułam dreszczyk emocji, gdy uświadomiłam sobie, że już za chwilę spotkam Trevora. Zatłoczyliśmy troszeczkę windę, a chłopcy cały czas się szturchali i dogryzali sobie.
Zaczęłam się denerwować. Nie byłam pewna, czym, ale czułam nieokreślony niepokój, jakbym podświadomie coś przeczuwała.
- Które to były drzwi? - zapytał Cody.
- 244 - odparł Danny. Gdzieś w otchłani wspomnień przywołał mi się obraz wytatuowanego Olivera. "Porozmawiajmy na temat manipulacji. - Nie jesteś incognito?" Nie rozumiałam zdenerwowania i zaśmiałam się cicho, sama do siebie. Panowie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, ale chyba odebrali to za oznakę zmęczenia.
Gdy Zach pchnął drzwi, serce podeszło mi do gardła. Pozwoliłam nowym przyjaciołom wejść do środka, i dopiero wtedy sama przekroczyłam próg.
- Maddie! - rozległ się krzyk. Ale nie pełen bólu ani przerażenia, tylko szczerej radości. - W końcu jesteś!
Trevor zasłonił mi widok całego pokoju, przytulając mnie. Kątem oka, spod jego ramienia rejestrowałam pokój. Tętno, które wcześniej przyśpieszyło mi do nienaturalnego rytmu, powoli się normowało. Odetchnęłam z ulgą.
Ktoś tu znowu jest górą.
sobota, 30 kwietnia 2016
sobota, 16 kwietnia 2016
Rozdział VI.
muzyka.
Staliśmy naprzeciw siebie, jak bokserzy na ringu, mierząc się spojrzeniami. Przez chwilę jego wzrok przesunął się po Trevorze, lustrując go uważnie. Zauważył moje lekko spuchnięte usta, nasze złączone dłonie i zmarszczył brwi, wyciągając wnioski.
Mimo łączącej nas przyjaźni, żadne z nas nie pokonało dzielących nas kroków. Nie było powitalnych okrzyków, uścisków i buziaków. Był tylko ten chłodny dystans z jego strony, powściągliwość w brązowych oczach, gdy stał tak z rękoma w kieszeniach krótkich spodni.
- Madeline Miko. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę. Zwłaszcza tutaj.
Za nim pojawił się jego towarzysz, dotychczas stojący przy budce z hot-dogami. Teraz stanął za niższym mężczyzną, zdradzając równie wielkie zaskoczenie, ale o wiele mniej dystansu.
- Pewnie, że się musieliśmy zobaczyć! Nie dokończyłem jej jeszcze dowcipu o prostytutce! Przestań, braciszku, to przecież Maddie!
Bezceremonialnie wyciągnął jego rękę z jego kieszeni i wcisnął w nią hot-doga, po czym przeciął dystans i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, unosząc nad chodnik.
- Mike... połamiesz.... mi... żebra - wykrztusiłam, wirując w powietrzu. Niższy Kalifornijczyk nadal był jednak nieufny.
- Przedstawisz nam swojego... przyjaciela?
- Pewnie, jak tylko Mike mnie odstawi na ziemię...
- Opamiętaj się, Michael.
- Victor! Jak ty się do mnie zwracasz? - chłopak był tak oburzony, że opuścił mnie na dół. Nabrałam głębokiego wdechu, a Mike wyrwał bratu hot-doga z ręki i gniewnie go ugryzł.
- Vic, Mike, to jest Trevor Wentworth, z Our Last Night. - oznajmiłam, gdy uregulowałam oddech. - Trev, oto bracia Fuentes, gwiazdy Pierce the Veil.
Młody wokalista wyciągnął rękę, ale Vic Fuentes jej nie uścisnął. Skinął mu tylko głową.
- Miło cię... poznać.
Mike starał się wypaść jak najlepiej, zamaskować złe wrażenie stworzone przez starszego brata. Potrząsnął wyciągniętą dłonią, zapewniając o swojej radości ze spotkania. Śledziłam wzrokiem ich zachowanie, próbując rozgryźć zachowanie Victora.
- Maddie, opowiadaj! Co tutaj robisz? Jak długo jesteś? Jak życie? A matury? Wracasz na scenę? Jest tu Annie? Skąd znasz Trevora?
Zorientowałam się, że patrzę na niego z otwartą buzią. Mówił w takim tempie, że nie dość, że nie zrozumiałam, to na dodatek w ogóle nie zarejestrowałam słów. Vic zauważył moją minę i pierwszy raz dzisiaj się uśmiechnął.
- Hola, kowboju! Jesteś przytłaczający. Madd, Tony będzie zachwycony, jeśli zjesz z nami lunch. Możemy cię zaprosić?
Przygryzłam wargę, niezdecydowana, pamiętając o umówionym posiłku z Set It Off, których przecież byłam gościem. Poza tym wydarzenia ostatnich dni biegły dla mnie stanowczo zbyt szybkim torem. Trevor zabrał głos za mnie.
- Powinnaś pójść. Chłopcy zrozumieją, spędzisz z nami jeszcze trochę czasu, a przyjaciół dawno nie widziałaś.
Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Zerknęłam na moje ubranie, krótką sukienkę i trampki, a potem na przyjemnie grzejące słońce. Mike podążył za moim wzrokiem.
- Moja droga, to jest Floryda. Czemu nie masz na sobie bikini?
- A ty? - odparłam zaczepnie. Znów mnie przytulił, ignorując mojego towarzysza.
- Jak ja za tobą tęskniłem!
- Ja też... - wymamrotałam cicho, sama do siebie, uświadamiając sobie, że naprawdę brakowało mi tej wersji mojej osoby. Tej prawdziwej, a nie tego podrabiańca sprzed ostatnich kilku miesięcy. To było moim powołaniem, realnym wcieleniem. Czułam, że żyję. Drżenie strun pod opuszkami palców, wibracje sceny od nagłośnienia, reflektory i muzycy naokoło mnie. Jak ryba w wodzie.
Mike odebrał moje mruknięcie jako potwierdzające westchnienie i puścił mnie.
- Odprowadzimy ją wieczorem do domu. - poinformował Vic Trevora i położył mi dłoń na wysokości łopatek. To nie podlegało dyskusji, więc Trev skinął głową i nachylił się ku mnie z zamiarem pocałunku, ale Vic popchnął mnie już przed siebie, więc pocałunek trafił w ramię Mike'a. Ten obejrzał się, uśmiechnięty, na młodszego kolegę.
- Ja też się cieszę, że cię spotkałem. - rzucił, po czym w podskokach do nas dołączył, ponownie zasypując mnie gradem pytań. Vic przewrócił oczami.
- Ciekawy zbieg okoliczności; niedawno o tobie rozmawialiśmy, Madd.
- Ah, tak?
- Ah, tak. - zgodził się. - Pracujemy nad nowym albumem i ostatnio nam się przypomniało, że to ty pomagałaś nam przy "Sky...".
- Słyszałam "The Divine Zero"! Pasuje do was....
- Miło mi to słyszeć.
- ... czyli nie pasuje absolutnie do niczego.
- Napiszę Tony'emu o randce. - posłał mi urażone spojrzenie.
- To jak poznałaś Trevora? - drążył Mike, jednak jego brat, nadal lekko oburzony, uniósł jedną dłoń w górę, drugą nadal pisząc wiadomość.
- Pytania w komplecie, żeby się nie powtarzać.
- Ale jest tak mało czasu, a tak dużo pytań!
Vic wzruszył ramionami, informując nas, jak bardzo go to interesuje.
- Ale ty dzisiaj zrzędzisz, Victor. To nowy image? - skrzywiłam się, a Mike zakrztusił się śliną.
- Nowy image, hahaha!
- Tony i Jaime będą czekać w Taco. - odparł tylko naburmuszony wokalista. Gdy dusiłam się ze śmiechu z jego bratem, posłał nam miażdżące spojrzenie pełne wyrzutu. - Tak, śmiejcie się, buraki. No, dalej, powiedzcie coś jeszcze, cholerne śmieszki.
Nabijaliśmy się z niego całą drogę, a Mike przytaczał mi co ciekawsze anegdotki z ich życia. Jednak postać niskiego Amerykanina nie emanowała gniewem, a raczej niepokojem.
Mike radośnie klekotał mi do ucha, nawet gdy przechodziliśmy przez drzwi knajpki, a potem uderzyło w mnie jakieś 150 kilo żywej wagi. Po raz trzeci dzisiaj zaparło mi dech w piersiach.
- Odbieram to jako powitanie, ale wygląda jak nieudolny zamach. - skomentował Vic, przeciskając się do stolika. Ja zostałam uwięziona między Tony'm a Jaimem. Ten drugi zmarszczył brwi.
- A temu co?
- Ma taki humor, odkąd spotkaliśmy Maddie.
- Wszystko mi opowiesz, bella, ale przy karmelowym frappuccino! - Preciado uspokajająco położył mi dłoń na ramieniu i pociągnął mnie do stolika. - Ej, Stark, leć no po kawusię.
Tony zachmurzył się.
- Nie wolno żartować z Avengersów!
- Można tylko z Quicksilvera, gdy gra go Peters. - rzuciłam przez ramię i poczułam na sobie rozmarzone spojrzenie gitarzysty. Uśmiechnęłam się, usatysfakcjonowana.
- Ej, bohaterze. Mówię poważnie o tej kawusi.
- Zachowujesz się jak Fury.
- Nie rozumiem, co do mnie powiedziałeś, więc potraktuję to jako komplement - oznajmił głośno, po czym cichutko zwrócił się do mnie: - Kto to jest, ten Fury?
- Buc. - odparłam. Widząc jego zaciśnięte zęby, dodałam: - Ale miał szlachetne zamiary!
- Tylko był głupcem. - syknął Tony, mijając nas. Dosiedliśmy się do Vica, który zdążył zamówić dla nas jedzenie.
Wydawał się bardzo zamyślony i nieco zmartwiony, gdy opowiedziałam im historię poznania Wentwortha, lecz nie chciał zdradzić swoich myśli.
- Maddie, wybierasz się na premierę Deadpoola? - zainteresował się Tony.
- Pewnie! Idziemy na niego w Atlancie.
- Nie mogę się doczekać, po tym, jak zobaczyłem go w X-Menie! Totalny z niego śmieszek.
- Mam nadzieję, że lepszy niż Maddie z Mike'em. - wtrącił Vic, rozsmarowując ketchup frytką po talerzu.
- Vic, mógłbyś wziąć jakieś ecstasy i być bardziej przyjaznym, bo niszczysz nam randkę.
Mężczyzna wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu. Spodziewałam się jakichś pytań o Trevora, ale zamiast tego padały pytania o trasę koncertową, o wrażenia, a także moją znajomość z Set It Off. Bardzo zainteresował się Atlantą, w której mieliśmy grać za półtorej tygodnia.
- Jako support czy samodzielnie?
- Różnie. Dlaczego pytasz?
- Pierce the Veil szuka supportu.
- Szuka? - zdziwił się Tony.
- Szuka. - powtórzył z naciskiem Vic. - Kto supportuje w Atlancie?
- Our Last Night.
Przez oczy Vica przemknął cień.
- Kogo?
- Nie wiem, kogo. - przygryzłam wargę, próbując sobie przypomnieć nazwę głównej gwiazdy. - Ej, no nie pamiętam!
- Spoko, będzie gorzej. Ten złodziejski Austriak nie śpi - Jaime poklepał mnie po ramieniu, kiwając głowę\ą ze zrozumieniem. Natomiast my nie do końca ogarnęliśmy jego tekst, więc przewrócił oczami. - Jeeju, czy ja zawsze muszę tłumaczyć żarty? Alzheimer, choroba pamięci wykryta przez Austriaka, Alzheimera.
- Jaime. On był Niemcem. - Tony pokręcił głową. - Spaliłeś i tak już słaby dowcip.
- A co z Bring Me the Horizon? - zapytał Victor.
- A znaleźli sobie nowego wokalistę? - pociągnęłam łyk przepysznego frappuccino, patrząc na przyjaciół z zainteresowaniem. Zaśmiali się cicho.
- A po co im nowy wokalista, skoro Oliver nauczył się śpiewać?
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Tak, tak, anielskie głosy z zaświatów i te sprawy. Poważnie pytam.
- Poważnie ci odpowiadam. BMTH nie zmieniło składu.
Pokręciłam głową.
- Przestań. Oliver zastrzelił się idealnie w moje 18 urodziny. Umiem czytać Alternative Press.
- Maddie, wiele ci można zarzucić, ale nie ignorancję. Proszę cię. Jak mógłby się zastrzelić, skoro w lipcu ożenił się z Pixie, a we wrześniu wydał album z zespołem i ruszył w trasę? Chyba jednak nie umiesz czytać AP.
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi ustami. Karmelowa kawa już mi nie smakowała, Pierce the Veil już nie byli powodem do szczęścia, ta cała trasa wydawała się pomyłką, a ja czułam się z każdą chwilą coraz mniej bezpiecznie.
- Jezuus Maria... - wyjąkałam.
- Przynajmniej osiągnęliśmy nie jedną, a dwie rzeczy. - rzucił Jaime. - Zarazem śmiertelnie przeraziliśmy Maddie i nawróciliśmy ją. Jak padnie na zawał, to przynajmniej ma przepustkę do nieba.
- No i skończyło się rumakowanie. - Mike zamachał ręką przed moją twarzą. - Co wy, nie wiecie, że za dużo prawdy na raz jest złe?
- Maddie - Vic znowu nachylił się do mnie, odsuwając uprzednio puste naczynia i opierając się przedramionami o stolik. - Czy ufasz Cody'emu?
- Tak. - odparłam bez wahania.
- A Trevorowi?
- Tak. - odparłam po chwili wahania. A potem skrzywiłam się sama do siebie. Musisz się zastanawiać, czy ufasz chłopakowi, któremu dałaś się pocałować, Miko? Ty cholerna hipokrytko. Panowie chyba doszli do podobnych wniosków.
- Jaime, pomyliłeś się. Osiągnęliśmy trzy rzeczy. - Mike szeroko się uśmiechnął, zacierając ręce. - W końcu uda nam się upić Maddie Miko.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jęknięcie, początkowo ciche, urywane, nabierało mocy, przeistaczając się w dźwięk pełen bólu i przeciągłe westchnienie. Brzmiało jak... Nie, nie chcę wiedzieć, jak. Ponownie rozległo się to samo jęknięcie, raptownie urwane przez stłumione tąpnięcie i głośne przekleństwo.
To zmusiło mnie do zdecydowanych kroków. Z trudem rozwarłam powieki; słońce lekko mnie oślepiło.
- Kto tu postawił tę podłogę... - usłyszałam ciche mamrotanie. Nieśpiesznie odwróciłam głowę, poszerzając pole widzenia i rejestrując obraz nędzy i rozpaczy. Powoli uniosłam się do pozycji siedzącej, ściągając z siebie koc i przypłacając decyzję głową. Dosłownie. Tępy ból rozrywał mi czaszkę, gdy spod przymrużonych powiek rozglądałam się po nieznanym pokoju.
- Ja pizgam, mam własne Kac Vegas... - wyrwało mi się.
Mike leżał na ziemi przy kanapie twarzą do dołu. To on spadł przed chwilą z wygodnego mebla. Vic półleżał na szerokim parapecie, przytulony do własnej czapki. Nigdzie nie widziałam Tony'ego i Jaimego. Widziałam za to wszechobecny bałagan; puszki po energy drinkach, piwach, butelki po coli i whisky, szklanki, papier toaletowy (?!), chrupki i małe kałuże wody, zapewne po roztopionych kostkach lodu z drinków.
Dopiero teraz zarejestrowałam drażniący szum, którego nie mogłam zidentyfikować. Jak na życzenie, dźwięk ustał, a gdzieś skrzypnęły drzwi. Obejrzałam się za siebie, przytrzymując skronie rękoma i pozwalając kocu całkiem opaść na ziemię.
Do pokoju wszedł Tony. Nie miał na sobie koszulki. Nie miał na sobie spodni. Ani skarpetek. Nie miał na sobie nic, oprócz ręcznika przepasanego w biodrach. Nagi tors lśnił od wody.
- Masz lepszą klatę niż Calum - oznajmiłam mu, zanim pojęłam, co robię. Uśmiechnął się, lekko zaczerwieniony.
- Dzięki. Kiedy zrobiłaś sobie tatuaż?
Szybka kalkulacja. Mam go od września. Od tamtej pory nie widziałam się z Tony'm. A Tony wie o tatuażu. A tatuaż mam mniej więcej między łopatkami. Zerknęłam w dół.
- Tony! - teraz to ja byłam czerwona, szybko podciągnęłam koc do góry. Wyszczerzył zęby.
- Ale co zobaczyłem, to moje.
- Dlaczego pozbyłam się sukienki? - zapytałam, przecierając twarz dłonią.
- Uznaliście z Mike'em, że ciuchy krępują wasze muzyczne moce i bez nich będziecie lepszymi muzykami. Potem chciał ci pokazać swoją różdżkę, ale się na chwilę wyłączyłem. Nie pamiętam, co było dalej.
Całkiem blisko mnie rozległ się potępieńczy jęk, aż nerwowo drgnęłam. Leżąca u mych stóp kupa papieru toaletowego chwiejnie uniosła się do góry, a spomiędzy niego wystawała zmęczona twarz Jaimego.
- Ochrzciliśmy cię, Maddie - wychrypiał z zamkniętymi oczami. - Teraz jesteś prawdziwą rockwoman.
- Co tu się do cholery działo? - zapytałam, a w tym samym czasie basista dodał:
- Czy Vic jest martwy?
W ciszy popatrzyliśmy na przyjaciela i nagle zrobiło mi się strasznie smutno. Do czasu, gdy Vic niezgrabnie się poruszył i zaczął macać się po pośladkach.
- Niech ktoś to ode mnie zabierze. Brzęczy i brzęczy, czuję się, jakbym miał wibrator w tyłku. - rzekomy trup w końcu trafił na tylną kieszeń i wyciągnął z niego smartfona, rzucając go gdzieś w naszym kierunku. Patrzyliśmy tępo na komórkę.
- Kogo to? - zapytał Tony. On chyba był najtrzeźwiejszy z nas wszystkich, więc podszedł do urządzenia i podniósł go. - Trev dzwoni.
Pojęłam, że to moja własność. Zanim po nią sięgnęłam, połączenie zdążyło się urwać. Zerknęłam na wyświetlacz. 23 nieodebrane połączenia, 14 wiadomości i kilka nagrań na pocztę głosową.
Podniosłam głowę, patrząc na mniej lub bardziej przytomnych przyjaciół.
- Chyba wysłali za mną list gończy.
- Jak się dowiedzą, co zrobiliśmy, to wyślą też za mną - mruknął Mike, który tymczasem powoli wracał do żywych. Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Chwila!
- Co zrobiliśmy?!
Staliśmy naprzeciw siebie, jak bokserzy na ringu, mierząc się spojrzeniami. Przez chwilę jego wzrok przesunął się po Trevorze, lustrując go uważnie. Zauważył moje lekko spuchnięte usta, nasze złączone dłonie i zmarszczył brwi, wyciągając wnioski.
Mimo łączącej nas przyjaźni, żadne z nas nie pokonało dzielących nas kroków. Nie było powitalnych okrzyków, uścisków i buziaków. Był tylko ten chłodny dystans z jego strony, powściągliwość w brązowych oczach, gdy stał tak z rękoma w kieszeniach krótkich spodni.
- Madeline Miko. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę. Zwłaszcza tutaj.
Za nim pojawił się jego towarzysz, dotychczas stojący przy budce z hot-dogami. Teraz stanął za niższym mężczyzną, zdradzając równie wielkie zaskoczenie, ale o wiele mniej dystansu.
- Pewnie, że się musieliśmy zobaczyć! Nie dokończyłem jej jeszcze dowcipu o prostytutce! Przestań, braciszku, to przecież Maddie!
Bezceremonialnie wyciągnął jego rękę z jego kieszeni i wcisnął w nią hot-doga, po czym przeciął dystans i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, unosząc nad chodnik.
- Mike... połamiesz.... mi... żebra - wykrztusiłam, wirując w powietrzu. Niższy Kalifornijczyk nadal był jednak nieufny.
- Przedstawisz nam swojego... przyjaciela?
- Pewnie, jak tylko Mike mnie odstawi na ziemię...
- Opamiętaj się, Michael.
- Victor! Jak ty się do mnie zwracasz? - chłopak był tak oburzony, że opuścił mnie na dół. Nabrałam głębokiego wdechu, a Mike wyrwał bratu hot-doga z ręki i gniewnie go ugryzł.
- Vic, Mike, to jest Trevor Wentworth, z Our Last Night. - oznajmiłam, gdy uregulowałam oddech. - Trev, oto bracia Fuentes, gwiazdy Pierce the Veil.
Młody wokalista wyciągnął rękę, ale Vic Fuentes jej nie uścisnął. Skinął mu tylko głową.
- Miło cię... poznać.
Mike starał się wypaść jak najlepiej, zamaskować złe wrażenie stworzone przez starszego brata. Potrząsnął wyciągniętą dłonią, zapewniając o swojej radości ze spotkania. Śledziłam wzrokiem ich zachowanie, próbując rozgryźć zachowanie Victora.
- Maddie, opowiadaj! Co tutaj robisz? Jak długo jesteś? Jak życie? A matury? Wracasz na scenę? Jest tu Annie? Skąd znasz Trevora?
Zorientowałam się, że patrzę na niego z otwartą buzią. Mówił w takim tempie, że nie dość, że nie zrozumiałam, to na dodatek w ogóle nie zarejestrowałam słów. Vic zauważył moją minę i pierwszy raz dzisiaj się uśmiechnął.
- Hola, kowboju! Jesteś przytłaczający. Madd, Tony będzie zachwycony, jeśli zjesz z nami lunch. Możemy cię zaprosić?
Przygryzłam wargę, niezdecydowana, pamiętając o umówionym posiłku z Set It Off, których przecież byłam gościem. Poza tym wydarzenia ostatnich dni biegły dla mnie stanowczo zbyt szybkim torem. Trevor zabrał głos za mnie.
- Powinnaś pójść. Chłopcy zrozumieją, spędzisz z nami jeszcze trochę czasu, a przyjaciół dawno nie widziałaś.
Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Zerknęłam na moje ubranie, krótką sukienkę i trampki, a potem na przyjemnie grzejące słońce. Mike podążył za moim wzrokiem.
- Moja droga, to jest Floryda. Czemu nie masz na sobie bikini?
- A ty? - odparłam zaczepnie. Znów mnie przytulił, ignorując mojego towarzysza.
- Jak ja za tobą tęskniłem!
- Ja też... - wymamrotałam cicho, sama do siebie, uświadamiając sobie, że naprawdę brakowało mi tej wersji mojej osoby. Tej prawdziwej, a nie tego podrabiańca sprzed ostatnich kilku miesięcy. To było moim powołaniem, realnym wcieleniem. Czułam, że żyję. Drżenie strun pod opuszkami palców, wibracje sceny od nagłośnienia, reflektory i muzycy naokoło mnie. Jak ryba w wodzie.
Mike odebrał moje mruknięcie jako potwierdzające westchnienie i puścił mnie.
- Odprowadzimy ją wieczorem do domu. - poinformował Vic Trevora i położył mi dłoń na wysokości łopatek. To nie podlegało dyskusji, więc Trev skinął głową i nachylił się ku mnie z zamiarem pocałunku, ale Vic popchnął mnie już przed siebie, więc pocałunek trafił w ramię Mike'a. Ten obejrzał się, uśmiechnięty, na młodszego kolegę.
- Ja też się cieszę, że cię spotkałem. - rzucił, po czym w podskokach do nas dołączył, ponownie zasypując mnie gradem pytań. Vic przewrócił oczami.
- Ciekawy zbieg okoliczności; niedawno o tobie rozmawialiśmy, Madd.
- Ah, tak?
- Ah, tak. - zgodził się. - Pracujemy nad nowym albumem i ostatnio nam się przypomniało, że to ty pomagałaś nam przy "Sky...".
- Słyszałam "The Divine Zero"! Pasuje do was....
- Miło mi to słyszeć.
- ... czyli nie pasuje absolutnie do niczego.
- Napiszę Tony'emu o randce. - posłał mi urażone spojrzenie.
- To jak poznałaś Trevora? - drążył Mike, jednak jego brat, nadal lekko oburzony, uniósł jedną dłoń w górę, drugą nadal pisząc wiadomość.
- Pytania w komplecie, żeby się nie powtarzać.
- Ale jest tak mało czasu, a tak dużo pytań!
Vic wzruszył ramionami, informując nas, jak bardzo go to interesuje.
- Ale ty dzisiaj zrzędzisz, Victor. To nowy image? - skrzywiłam się, a Mike zakrztusił się śliną.
- Nowy image, hahaha!
- Tony i Jaime będą czekać w Taco. - odparł tylko naburmuszony wokalista. Gdy dusiłam się ze śmiechu z jego bratem, posłał nam miażdżące spojrzenie pełne wyrzutu. - Tak, śmiejcie się, buraki. No, dalej, powiedzcie coś jeszcze, cholerne śmieszki.
Nabijaliśmy się z niego całą drogę, a Mike przytaczał mi co ciekawsze anegdotki z ich życia. Jednak postać niskiego Amerykanina nie emanowała gniewem, a raczej niepokojem.
Mike radośnie klekotał mi do ucha, nawet gdy przechodziliśmy przez drzwi knajpki, a potem uderzyło w mnie jakieś 150 kilo żywej wagi. Po raz trzeci dzisiaj zaparło mi dech w piersiach.
- Odbieram to jako powitanie, ale wygląda jak nieudolny zamach. - skomentował Vic, przeciskając się do stolika. Ja zostałam uwięziona między Tony'm a Jaimem. Ten drugi zmarszczył brwi.
- A temu co?
- Ma taki humor, odkąd spotkaliśmy Maddie.
- Wszystko mi opowiesz, bella, ale przy karmelowym frappuccino! - Preciado uspokajająco położył mi dłoń na ramieniu i pociągnął mnie do stolika. - Ej, Stark, leć no po kawusię.
Tony zachmurzył się.
- Nie wolno żartować z Avengersów!
- Można tylko z Quicksilvera, gdy gra go Peters. - rzuciłam przez ramię i poczułam na sobie rozmarzone spojrzenie gitarzysty. Uśmiechnęłam się, usatysfakcjonowana.
- Ej, bohaterze. Mówię poważnie o tej kawusi.
- Zachowujesz się jak Fury.
- Nie rozumiem, co do mnie powiedziałeś, więc potraktuję to jako komplement - oznajmił głośno, po czym cichutko zwrócił się do mnie: - Kto to jest, ten Fury?
- Buc. - odparłam. Widząc jego zaciśnięte zęby, dodałam: - Ale miał szlachetne zamiary!
- Tylko był głupcem. - syknął Tony, mijając nas. Dosiedliśmy się do Vica, który zdążył zamówić dla nas jedzenie.
Wydawał się bardzo zamyślony i nieco zmartwiony, gdy opowiedziałam im historię poznania Wentwortha, lecz nie chciał zdradzić swoich myśli.
- Maddie, wybierasz się na premierę Deadpoola? - zainteresował się Tony.
- Pewnie! Idziemy na niego w Atlancie.
- Nie mogę się doczekać, po tym, jak zobaczyłem go w X-Menie! Totalny z niego śmieszek.
- Mam nadzieję, że lepszy niż Maddie z Mike'em. - wtrącił Vic, rozsmarowując ketchup frytką po talerzu.
- Vic, mógłbyś wziąć jakieś ecstasy i być bardziej przyjaznym, bo niszczysz nam randkę.
Mężczyzna wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu. Spodziewałam się jakichś pytań o Trevora, ale zamiast tego padały pytania o trasę koncertową, o wrażenia, a także moją znajomość z Set It Off. Bardzo zainteresował się Atlantą, w której mieliśmy grać za półtorej tygodnia.
- Jako support czy samodzielnie?
- Różnie. Dlaczego pytasz?
- Pierce the Veil szuka supportu.
- Szuka? - zdziwił się Tony.
- Szuka. - powtórzył z naciskiem Vic. - Kto supportuje w Atlancie?
- Our Last Night.
Przez oczy Vica przemknął cień.
- Kogo?
- Nie wiem, kogo. - przygryzłam wargę, próbując sobie przypomnieć nazwę głównej gwiazdy. - Ej, no nie pamiętam!
- Spoko, będzie gorzej. Ten złodziejski Austriak nie śpi - Jaime poklepał mnie po ramieniu, kiwając głowę\ą ze zrozumieniem. Natomiast my nie do końca ogarnęliśmy jego tekst, więc przewrócił oczami. - Jeeju, czy ja zawsze muszę tłumaczyć żarty? Alzheimer, choroba pamięci wykryta przez Austriaka, Alzheimera.
- Jaime. On był Niemcem. - Tony pokręcił głową. - Spaliłeś i tak już słaby dowcip.
- A co z Bring Me the Horizon? - zapytał Victor.
- A znaleźli sobie nowego wokalistę? - pociągnęłam łyk przepysznego frappuccino, patrząc na przyjaciół z zainteresowaniem. Zaśmiali się cicho.
- A po co im nowy wokalista, skoro Oliver nauczył się śpiewać?
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Tak, tak, anielskie głosy z zaświatów i te sprawy. Poważnie pytam.
- Poważnie ci odpowiadam. BMTH nie zmieniło składu.
Pokręciłam głową.
- Przestań. Oliver zastrzelił się idealnie w moje 18 urodziny. Umiem czytać Alternative Press.
- Maddie, wiele ci można zarzucić, ale nie ignorancję. Proszę cię. Jak mógłby się zastrzelić, skoro w lipcu ożenił się z Pixie, a we wrześniu wydał album z zespołem i ruszył w trasę? Chyba jednak nie umiesz czytać AP.
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi ustami. Karmelowa kawa już mi nie smakowała, Pierce the Veil już nie byli powodem do szczęścia, ta cała trasa wydawała się pomyłką, a ja czułam się z każdą chwilą coraz mniej bezpiecznie.
- Jezuus Maria... - wyjąkałam.
- Przynajmniej osiągnęliśmy nie jedną, a dwie rzeczy. - rzucił Jaime. - Zarazem śmiertelnie przeraziliśmy Maddie i nawróciliśmy ją. Jak padnie na zawał, to przynajmniej ma przepustkę do nieba.
- No i skończyło się rumakowanie. - Mike zamachał ręką przed moją twarzą. - Co wy, nie wiecie, że za dużo prawdy na raz jest złe?
- Maddie - Vic znowu nachylił się do mnie, odsuwając uprzednio puste naczynia i opierając się przedramionami o stolik. - Czy ufasz Cody'emu?
- Tak. - odparłam bez wahania.
- A Trevorowi?
- Tak. - odparłam po chwili wahania. A potem skrzywiłam się sama do siebie. Musisz się zastanawiać, czy ufasz chłopakowi, któremu dałaś się pocałować, Miko? Ty cholerna hipokrytko. Panowie chyba doszli do podobnych wniosków.
- Jaime, pomyliłeś się. Osiągnęliśmy trzy rzeczy. - Mike szeroko się uśmiechnął, zacierając ręce. - W końcu uda nam się upić Maddie Miko.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jęknięcie, początkowo ciche, urywane, nabierało mocy, przeistaczając się w dźwięk pełen bólu i przeciągłe westchnienie. Brzmiało jak... Nie, nie chcę wiedzieć, jak. Ponownie rozległo się to samo jęknięcie, raptownie urwane przez stłumione tąpnięcie i głośne przekleństwo.
To zmusiło mnie do zdecydowanych kroków. Z trudem rozwarłam powieki; słońce lekko mnie oślepiło.
- Kto tu postawił tę podłogę... - usłyszałam ciche mamrotanie. Nieśpiesznie odwróciłam głowę, poszerzając pole widzenia i rejestrując obraz nędzy i rozpaczy. Powoli uniosłam się do pozycji siedzącej, ściągając z siebie koc i przypłacając decyzję głową. Dosłownie. Tępy ból rozrywał mi czaszkę, gdy spod przymrużonych powiek rozglądałam się po nieznanym pokoju.
- Ja pizgam, mam własne Kac Vegas... - wyrwało mi się.
Mike leżał na ziemi przy kanapie twarzą do dołu. To on spadł przed chwilą z wygodnego mebla. Vic półleżał na szerokim parapecie, przytulony do własnej czapki. Nigdzie nie widziałam Tony'ego i Jaimego. Widziałam za to wszechobecny bałagan; puszki po energy drinkach, piwach, butelki po coli i whisky, szklanki, papier toaletowy (?!), chrupki i małe kałuże wody, zapewne po roztopionych kostkach lodu z drinków.
Dopiero teraz zarejestrowałam drażniący szum, którego nie mogłam zidentyfikować. Jak na życzenie, dźwięk ustał, a gdzieś skrzypnęły drzwi. Obejrzałam się za siebie, przytrzymując skronie rękoma i pozwalając kocu całkiem opaść na ziemię.
Do pokoju wszedł Tony. Nie miał na sobie koszulki. Nie miał na sobie spodni. Ani skarpetek. Nie miał na sobie nic, oprócz ręcznika przepasanego w biodrach. Nagi tors lśnił od wody.
- Masz lepszą klatę niż Calum - oznajmiłam mu, zanim pojęłam, co robię. Uśmiechnął się, lekko zaczerwieniony.
- Dzięki. Kiedy zrobiłaś sobie tatuaż?
Szybka kalkulacja. Mam go od września. Od tamtej pory nie widziałam się z Tony'm. A Tony wie o tatuażu. A tatuaż mam mniej więcej między łopatkami. Zerknęłam w dół.
- Tony! - teraz to ja byłam czerwona, szybko podciągnęłam koc do góry. Wyszczerzył zęby.
- Ale co zobaczyłem, to moje.
- Dlaczego pozbyłam się sukienki? - zapytałam, przecierając twarz dłonią.
- Uznaliście z Mike'em, że ciuchy krępują wasze muzyczne moce i bez nich będziecie lepszymi muzykami. Potem chciał ci pokazać swoją różdżkę, ale się na chwilę wyłączyłem. Nie pamiętam, co było dalej.
Całkiem blisko mnie rozległ się potępieńczy jęk, aż nerwowo drgnęłam. Leżąca u mych stóp kupa papieru toaletowego chwiejnie uniosła się do góry, a spomiędzy niego wystawała zmęczona twarz Jaimego.
- Ochrzciliśmy cię, Maddie - wychrypiał z zamkniętymi oczami. - Teraz jesteś prawdziwą rockwoman.
- Co tu się do cholery działo? - zapytałam, a w tym samym czasie basista dodał:
- Czy Vic jest martwy?
W ciszy popatrzyliśmy na przyjaciela i nagle zrobiło mi się strasznie smutno. Do czasu, gdy Vic niezgrabnie się poruszył i zaczął macać się po pośladkach.
- Niech ktoś to ode mnie zabierze. Brzęczy i brzęczy, czuję się, jakbym miał wibrator w tyłku. - rzekomy trup w końcu trafił na tylną kieszeń i wyciągnął z niego smartfona, rzucając go gdzieś w naszym kierunku. Patrzyliśmy tępo na komórkę.
- Kogo to? - zapytał Tony. On chyba był najtrzeźwiejszy z nas wszystkich, więc podszedł do urządzenia i podniósł go. - Trev dzwoni.
Pojęłam, że to moja własność. Zanim po nią sięgnęłam, połączenie zdążyło się urwać. Zerknęłam na wyświetlacz. 23 nieodebrane połączenia, 14 wiadomości i kilka nagrań na pocztę głosową.
Podniosłam głowę, patrząc na mniej lub bardziej przytomnych przyjaciół.
- Chyba wysłali za mną list gończy.
- Jak się dowiedzą, co zrobiliśmy, to wyślą też za mną - mruknął Mike, który tymczasem powoli wracał do żywych. Skinęłam głową, zgadzając się z nim. Chwila!
- Co zrobiliśmy?!
sobota, 9 kwietnia 2016
Rozdział V
muzyka.
Byłam podekscytowana. Naprawdę. Humor mi dopisywał przez całą drogę do hotelu, w którym Set It Off kwaterowało się od piątku. O, ironio, był to Novotel, w którym kiedyś spędziłam weekend z Anią i Bring Me the Horizon.
BMTH. W końcu wypowiedziałam tę nazwę. Coś na kształt pewności siebie zaczęło mi kiełkować w sercu. Ha, Sykes. Miko powoli wraca do gry! Drugi raz mnie nie wyeliminujesz.
Gdy jechaliśmy windą w górę, nawet cicho pogwizdywałam. Czułam, jak muzycy wpatrują się we mnie. Może chodziło o to, że nadal miałam na sobie strój z egzaminów? Nie przeszkadzało mi to.
- Jak to możliwe, że nie czekał na was tłum paparazzi? - zainteresowałam się. Austin przybrał zbolały wyraz twarzy.
- Nie jesteśmy na tyle znani, żeby ktoś szanujący się chciał nasze zdjęcie.
Danny, gitarzysta, przewrócił oczami.
- To znajdź sobie bardziej rozpoznawalny zespół, do którego cię przyjmą.
- Im bardziej znany zespół, tym bardziej popaprani członkowie. Wierz mi. - wygłosiłam swoją mądrość. - Nie polecam.
Austin mamrotał jeszcze coś pod nosem, na co Cody przewrócił oczami ze zniecierpliwieniem, ale przybrał na twarz pełen wymuszonego zrozumienia uśmiech i podszedł do kolegi, obejmując dłońmi jego głowę.
- Kocham cię, Aust, ale zabiję cię, jeśli nie przestaniesz narzekać.
Spojrzałam na nich przez ramię, a winda zatrzymała się z cichym piknięciem. Chłopcy skierowali się na prawo, więc ruszyłam za nimi. Cody wysunął się przede mnie i pchnął jedne z wielu drzwi...
Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony. My, widząc Our Last Night oglądających If I stay, czy Trevor, widząc mnie w towarzystwie Set It Off. Podskoczył, spadając z kanapy i rozsypując chrupki. Stracił swoje opanowanie, którym popisywał się na studniówce. Jeju, jaka ja byłam głupia. Jak mogłam sądzić, że jeden zespół zostawił drugi, chociaż byli na wspólnej trasie? Wygładziłam spódniczkę, przypominając sobie ręce chłopaka na mojej talii i jego oddech na moim policzku.
- O. Trevor. Miło cię widzieć. - zebrałam się na uśmiech, choć moje policzki przypominały już pewnie papryczki chili. Muzyk pozbierał się z podłogi i stał teraz z wyrazem szoku i przerażenia na twarzy. Niemal widziałam, w jakim tempie pracują trybiki w jego głowie. Cisza przedłużała się.
- Hej, jestem Matt. - podszedł do mnie wysoki szatyn, zapewne jego brat. Był wyższy, starszy i... cóż, brzydszy od brata. Ale o gustach zapewne się nie dyskutuje.
- Miło. - powtórzyłam, nadal stojąc w drzwiach. Chłopcy porozchodzili się na boki, ściągając kurtki i buty.
- Trev, nie możesz ciągle się dziwić, że widzisz nas razem. W końcu trochę się przyjaźnimy. - zaśmiał się Cody, odkładając skórzaną kurtkę na stos walizek.
- Mów za siebie, ja jej nawet nie znam. - wtrącił Zach. - Chętnie bym poznał, ale tak się zawsze składa, że zabierasz ze sobą Maxxa albo Danny'ego na randki z nią.
- Maddie - wykrztusił w końcu młodszy Wentworth i przeczesał dłonią włosy.
- Co wy oglądacie? - zapytał w tym samym momencie Maxx, rzucając się na kanapę. Na ekranie Adam Wilde przeżywał właśnie załamanie, bo nie wpuścili go na OIOM do Mii. Maxx przez chwilę patrzył na film przez zmrużone oczy, po czym ponownie zapytał: - Czemu ona mu nie otworzy tych drzwi?
- Bo ona tam leży, durniu - odpowiedział mu jeden z pozostałych członków OLN, nie miałam pojęcia, jakie stanowisko zajmował w zespole.
- No przecież stoi i się patrzy...
Przeniosłam wzrok na Trevora.
- Myślałam, że wróciłeś już do Ameryki. - zagaiłam.
- Zagraliśmy wczoraj solowy koncert w jakimś klubie, a dzisiaj SIO chcieli gdzieś zagrać. Jutro wracamy. Rozumiem, że przyszłaś się pożegnać? - dodał po chwili.
- W zasadzie, panowie, Maddie jedzie z nami. - wtrącił Cody.
Mówiłam coś wcześniej o ciszy? To, co zapadło między nami teraz, to dopiero było milczenie. Trevor wyglądał jakby miał zaraz zemdleć. Zrobił się przeraźliwie blady, gdy cała krew odpłynęła mu z twarzy. Nie tak wyglądają osoby, które mają przyjemność spędzić ze mną kilka tygodni.
- To niemożliwe. Odpada!
- Crystal nie będzie miała nic przeciwko. Ostatecznie byłeś z tą dziewczyną na studniówce, to już prawie oświadczyny.
Teraz młody Wentworth wyglądał, jakby dostał w twarz. Zacisnął zęby i wyszedł z pokoju. Nadal stałam w drzwiach, czując się coraz bardziej nie na miejscu. Naprawdę moja osoba jest aż tak nie do zniesienia?
- Hm. Może powinniśmy przegłosować mój udział w trasie? - przygryzłam wargę.
- Eh, daruj, Madd. Chodź oglądać film! Wydaje się fajny. - Maxx zachęcił mnie ruchem ręki, nie odrywając wzroku od ekranu. Shooting Stars właśnie mieli próbę w Domu Rocka. Podejrzewałam, że ekranizacja tak bardzo spodobała się chłopakowi, bo wiedział, że jest lepszym perkusistą niż ten z filmu. - No, chodź, czuj się jak u siebie.
- Jak chcesz, to możesz nawet zrzucić ciuchy, jeżeli to ci pomoże. - szelmowsko uśmiechnął się Zach. Zaśmiałam się cicho. - No!
Usiadłam między panami i skierowałam wzrok na ekran. Wspólnie śledziliśmy losy młodej wiolonczelistki, ale moje myśli zajmowało coś innego. Podczas jednej z rozmów wyjawiłam Trevorowi, że bardzo lubię tę książkę (a film trochę mniej), bo opowiada o życiu, jakie chciałabym prowadzić. Kochający, szaleni rodzice, grono zaufanych przyjaciół, przystojny chłopak-muzyk... Nikt nie jest żądny twojej krwi, nie musisz bać się każdego kroku. I fakt, że masz prawo zadecydować o swoim życiu. Tak lub nie. Zostaję, lub odchodzę. Jako fanka nieco ambitniejszej literatury (nie zaczytywałam się w Nietzsche, bez przesady) trochę się tego wstydziłam, ale cóż mogę poradzić. Książek się nie wybiera, to one wybierają ciebie.
- Maddie chyba wpadła w autyzm. - zauważył Cody.
- Tylko pod wpływem Rhys Meyersa - odparłam.
Wrócił Trevor, już z kolorami na twarzy. Jednak jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę.
- Maddie nie może z nami jechać.
- Świetnie. Zainteresowałem się filmem, a wy mi, frajerzy, przerywacie! - zdenerwował się Danziger.
- Dlaczego nie może jechać? - Matt zmarszczył brwi.
- Nie uważacie, że zabranie jej w trasę jest jak wyrok? Jak określenie się po którejś ze stron?
- Czy ty się boisz Sykesa? - nie dowierzał Cody.
- A ty nie? Bo powinieneś.
- Trev, ja cię trochę nie rozumiem. Najpierw cały czas o niej gadasz, a gdy ona zjawia się u twych drzwi... wyrzucasz ją. - Matt dalej kręcił głową.
- Zamknij się, Matt! Nic nie rozumiesz!
- Więc nam wyjaśnij.
Jednak wokalista milczał. W jego niebieskich oczach widziałam toczącą się bitwę.
- Skarbie, ja cię jakoś nie łapię. Przecież ona nie musi jechać w trasę z Our Last Night, jeśli nie chcesz. Może jechać z Set It Off. - Cody przechodził sam siebie w kreatywności.
- A może nie pojadę z żadnym z was, tylko samotnie? - zaproponowałam, ale zostałam natychmiast zawetowana.
- Śnisz. Jednak głosujmy. Kto jest za tym, żeby Miko z nami jechała? - Zach podniósł rękę w górę, a za nim reszta Set It Off i 2/4 Our Last Night. Tylko Trevor i (chyba) Tim nie byli przekonani. - Widzicie? Przegłosowane.
- Świetnie. Nie macie pojęcia, w co się pakujecie. - wycedził Trevor.
- Mam wrażenie, że o czymś nam nie mówisz. - wtrąciłam, gdyż dotychczas rozmowa toczyła się o mnie, ale koło mnie.
- Nie. Wszystko jest okej. Nieważne. Położę się już. - wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. - Dobranoc.
Powoli wracaliśmy do oglądania filmu, ale nikt już nie był zainteresowany. Oprócz mnie, wszyscy stracili już wątek. Te wszystkie retrospekcje pewnie nie były na ich poziom.
- Może zagramy w monopoly...? - zaproponował Danny. Maxx wyciągnął Cody'ego na bok. Udawałam zainteresowaną rozkładaniem gry, ale ich knucie aprobowało mnie bardziej. To był wyższy level spiskowania! Miła odmiana po tej niekończącej się wymianie spojrzeń w Bring Me the Horizon lub uniesień brwi u Pierce the Veil.
- Warto by było skoczyć po coś do żarcia, nie uważacie? - głośno odezwał się Zach. - Maddie, idziesz? Lepiej znasz Katowice od nas...
Ojojoj, szansa podsłuchania chłopaków wymyka mi się z rąk...
(- Ja chyba nie potrafię, Cody...)
- Jest zimno. Nie lubię marznąć.
(- Maxx, możesz mieć każdą!)
(- To chyba nie wypali, ona zupełnie nie jest mną zainteresowana.)
- Dlatego w styczniu masz na sobie spódniczkę?
(- No to się postaraj! Chcesz ją zdobyć, czy nie? I nawet mi nie mów, że ona cię nie kręci, bo nie uwierzę.)
- Matury, mój drogi, matury.
(- Jest atrakcyjna, ale zapatrzona w kogoś innego! Nie rozumiem celu...)
- W spódniczce łatwiej ci się pisało? Ściągi masz na udach?
(- Maxx, jesteś naszą jedyną nadzieją. Pamiętaj, na co się umawialiśmy.)
Straciłam oba wątki, więc patrzyłam w karty kredytowe do monopoly.
- Mogę być bankiem? - uśmiechnęłam się nieśmiało. Panowie powoli dobierali się w pary, w których będzie toczyć się rozgrywka. Wspaniałomyślnie wyrazili zgodę na moją propozycję. To był mój wyrok. Gdziekolwiek gdzie się nie udam, muszę ratować własny tyłek. Każdy muzyk, nie ważne skąd, chciał mieć mnie blisko, a zaraz nie dopuszczać poza pewną granicę. Komu mogę zaufać, skoro nawet sobie nie powinnam?
Let's play a game.
-------------------------------------------------------
muzyka.
Wpadłam w pułapkę. Wystarczyła chwila nieuwagi, bym za moją decyzję zapłaciła głową. Jak mogłam być tak głupia? - zadałam sobie to pytanie jeszcze raz. Patrzyłam w dal z przerażeniem w oczach. Dopadli mnie. On mnie dopadł. Słyszałam, jak powoli się do mnie zbliżał, trzymając w dłoniach przedmiot o kształcie, którego nie mogłam pomylić z żadnym innym. Zamknęłam oczy i głośno przełknęłam ślinę.
- Maddie. - odezwał się cicho. - Nie możesz się przede mną ukrywać.
Nie mogłam już uciec. Było na to za późno. Nawet gdybym rzuciła się teraz do szaleńczego biegu, on by mnie dogonił. Był szybki i zdeterminowany.
- Powinniśmy już iść. Opowiedziałaś się już po jednej ze stron, Madeline. Zgodziłaś się na to.
Uchyliłam powieki i spojrzałam w niebieskie oczy. Przez chwilę utonęłam w tej głębi, przepełniona wspomnieniami. Westchnęłam cichutko i odwróciłam się, kręcąc głową. Te tęczówki nie były otoczone bladą skórą i ciemnymi brwiami. Czas pogodzić się z faktem, że wszyscy tutaj mają niebieskie oczy.
- Cody, ja się rozmyśliłam.
- To tylko próba dźwięku - wcisnął mi do ręki gitarę, którą ze sobą przyniósł. - Nie każę ci teraz grać koncertu. Chodź, tchórzu.
Przewróciłam oczami jak rozkapryszona nastolatka.
- Dlaczego ja nie mogę się spotkać z jakimiś muzykami bez przymusu grania z nimi?
- Może dlatego, że jesteś na tyle... - zaczął odpowiedź Austin, ale wtrącił sięTrevor.
- ... oryginalna, że wszyscy chcą się z tobą zmierzyć.
- I dlatego to Trevor zalicza, a ty nie, Kerr. - krzyknął Zach i wcisnął mi do rąk kartki z tabami. Próbowałam odtworzyć sobie w głowie dźwięk. Nic mi nie pasowało.
- A co to jest?
Matt Wentworth podrzucił mi melodię. Kojarzyłam to, powolutku... Trevor zaczął śpiewać:
"I've got fire for a heart
I'm not scared of the dark"
- Chwali ci się niezaprzeczalnie... - mruknęłam pod nosem, a głośno odparłam: - Naprawdę nie możecie znaleźć jakiegoś dobrego kawałka, tylko gracie One Direction?
- Maddie jest niezadowolona. Co robić? Może zaproponujmy jej coś, co ją ucieszy. Matt, Cody?
Cody zaśmiał się głośno i podszedł do drugiego mikrofonu. Jednak to Trevor znowu zaczął nieznaną piosenkę. Do czasu, gdy Carson rozpoczął prechorus.
- Jeeju, N'Sync?
- Riffy ma niezłe.
- Niezłe riffy to ma rock'n'roll. - odgarnęłam włosy do tyłu i przerzuciłam pasek od gitary przez ramię po czym zagrałam "Miserlou", płynnie przechodzące w "Wipeout". Matt dorzucił mi The Beatles, Danny zagrał The Who, Zach dołączył z The Rolling Stones... Przez dłuższą chwilę przerzucaliśmy się riffami, starając się je jak najlepiej połączyć.
- Dzięki, Maddie, za sprawny soundcheck. - wtrącił w pewnym momencie Cody. - Teraz jesteśmy pewni wieczornego koncertu.
Posłałam mu pełen radości uśmiech i powoli schodziliśmy ze sceny, by zdążyć na lunch przed próbą występu. Trevor szedł koło mnie.
- Mogę cię na chwilę porwać? - uśmiechnął się. Zmiękły mi nogi i bez wahania się zgodziłam. Najpierw ta cisza postudniówkowa, jawna niechęć i przerażenie na myśl, że mam im towarzyszyć w trasie... Jednak teraz chyba wszystko wracało do normy. Trev zaczekał cierpliwie, aż odstawię gitarę i wspólnie zeszliśmy ze sceny.
Nagle czyjaś ręka pociągnęła mnie na bok i otoczyła mnie ciemność. Mimowolnie pisnęłam ze strachu, gdy usłyszałam cichy trzask zamykanych drzwi. Poczułam ciężar, opierający się o moje ciało, cofnęłam się o krok lub dwa, potykając się o jakieś kable na ziemi, ale za plecami miałam już tylko ścianę. Zdałam sobie sprawę, że zostałam uwięziona w składziku na sprzęt, cała spięta i bliska płaczu, bez możliwości ucieczki.
Tuż przy moim uchu poczułam oddech z nutą gumy miętowej.
- Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie.
Niemalże rozpłakałam się z ulgi, gdy rozpoznałam głos Trevora.
- Oryginalne przeprosiny. - zdołałam wyszeptać.
- Zachowałem się beznadziejnie. Nie zasługujesz na takie traktowanie. Mogę ci to wynagrodzić?
Teraz, gdy już nie byłam przerażona, udało mi się zarejestrować więcej faktów. Oczy również przyzwyczaiły się do mroku. Umięśnione ciało Trevora napierało na moje, jego usta błądziły po mojej szyi. Serce biło mi jak oszalałe, już nie ze strachu. Czułam, jak gorąca fala rozlewa się po moim ciele, gdy Trevor lekko przygryzł płatek ucha. Jego ręce powoli nabierały śmiałości.
Jak ja za nim tęskniłam! A jeszcze bardziej tęskniłam za takim traktowaniem...
Objęłam dłońmi jego twarz i pocałowałam go. Oddał pocałunek, mocny, zdecydowany, gwałtowny. Szybko traciłam kontrolę nad tym, co się dzieje, natomiast on doskonale panował nad sytuacją. Lekko się odsunął, na centymetry, i spojrzał mi w oczy. Jego pierś unosiła się w szaleńczym rytmie, ja równie ciężko oddychałam.
- Będę mógł to powtórzyć? - zapytał cicho, chociaż doskonale znał odpowiedź. Skinęłam głową, a on jeszcze raz przysunął się do mnie i pocałował mnie w nos, po czym jednym ruchem ręki otworzył drzwi. Światło lekko mnie oślepiło.
Szliśmy za rękę, blisko siebie. Przez myśl mi nie przeszło, żeby się z tym nie afiszować, żeby uważać, cokolwiek. Wyszliśmy na ulicę. Tłum i gwar był ogromny. Gdzieś ponad nim usłyszałam znany mi głos.
- Maddie?
A miałam uważać...
Byłam podekscytowana. Naprawdę. Humor mi dopisywał przez całą drogę do hotelu, w którym Set It Off kwaterowało się od piątku. O, ironio, był to Novotel, w którym kiedyś spędziłam weekend z Anią i Bring Me the Horizon.
BMTH. W końcu wypowiedziałam tę nazwę. Coś na kształt pewności siebie zaczęło mi kiełkować w sercu. Ha, Sykes. Miko powoli wraca do gry! Drugi raz mnie nie wyeliminujesz.
Gdy jechaliśmy windą w górę, nawet cicho pogwizdywałam. Czułam, jak muzycy wpatrują się we mnie. Może chodziło o to, że nadal miałam na sobie strój z egzaminów? Nie przeszkadzało mi to.
- Jak to możliwe, że nie czekał na was tłum paparazzi? - zainteresowałam się. Austin przybrał zbolały wyraz twarzy.
- Nie jesteśmy na tyle znani, żeby ktoś szanujący się chciał nasze zdjęcie.
Danny, gitarzysta, przewrócił oczami.
- To znajdź sobie bardziej rozpoznawalny zespół, do którego cię przyjmą.
- Im bardziej znany zespół, tym bardziej popaprani członkowie. Wierz mi. - wygłosiłam swoją mądrość. - Nie polecam.
Austin mamrotał jeszcze coś pod nosem, na co Cody przewrócił oczami ze zniecierpliwieniem, ale przybrał na twarz pełen wymuszonego zrozumienia uśmiech i podszedł do kolegi, obejmując dłońmi jego głowę.
- Kocham cię, Aust, ale zabiję cię, jeśli nie przestaniesz narzekać.
Spojrzałam na nich przez ramię, a winda zatrzymała się z cichym piknięciem. Chłopcy skierowali się na prawo, więc ruszyłam za nimi. Cody wysunął się przede mnie i pchnął jedne z wielu drzwi...
Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony. My, widząc Our Last Night oglądających If I stay, czy Trevor, widząc mnie w towarzystwie Set It Off. Podskoczył, spadając z kanapy i rozsypując chrupki. Stracił swoje opanowanie, którym popisywał się na studniówce. Jeju, jaka ja byłam głupia. Jak mogłam sądzić, że jeden zespół zostawił drugi, chociaż byli na wspólnej trasie? Wygładziłam spódniczkę, przypominając sobie ręce chłopaka na mojej talii i jego oddech na moim policzku.
- O. Trevor. Miło cię widzieć. - zebrałam się na uśmiech, choć moje policzki przypominały już pewnie papryczki chili. Muzyk pozbierał się z podłogi i stał teraz z wyrazem szoku i przerażenia na twarzy. Niemal widziałam, w jakim tempie pracują trybiki w jego głowie. Cisza przedłużała się.
- Hej, jestem Matt. - podszedł do mnie wysoki szatyn, zapewne jego brat. Był wyższy, starszy i... cóż, brzydszy od brata. Ale o gustach zapewne się nie dyskutuje.
- Miło. - powtórzyłam, nadal stojąc w drzwiach. Chłopcy porozchodzili się na boki, ściągając kurtki i buty.
- Trev, nie możesz ciągle się dziwić, że widzisz nas razem. W końcu trochę się przyjaźnimy. - zaśmiał się Cody, odkładając skórzaną kurtkę na stos walizek.
- Mów za siebie, ja jej nawet nie znam. - wtrącił Zach. - Chętnie bym poznał, ale tak się zawsze składa, że zabierasz ze sobą Maxxa albo Danny'ego na randki z nią.
- Maddie - wykrztusił w końcu młodszy Wentworth i przeczesał dłonią włosy.
- Co wy oglądacie? - zapytał w tym samym momencie Maxx, rzucając się na kanapę. Na ekranie Adam Wilde przeżywał właśnie załamanie, bo nie wpuścili go na OIOM do Mii. Maxx przez chwilę patrzył na film przez zmrużone oczy, po czym ponownie zapytał: - Czemu ona mu nie otworzy tych drzwi?
- Bo ona tam leży, durniu - odpowiedział mu jeden z pozostałych członków OLN, nie miałam pojęcia, jakie stanowisko zajmował w zespole.
- No przecież stoi i się patrzy...
Przeniosłam wzrok na Trevora.
- Myślałam, że wróciłeś już do Ameryki. - zagaiłam.
- Zagraliśmy wczoraj solowy koncert w jakimś klubie, a dzisiaj SIO chcieli gdzieś zagrać. Jutro wracamy. Rozumiem, że przyszłaś się pożegnać? - dodał po chwili.
- W zasadzie, panowie, Maddie jedzie z nami. - wtrącił Cody.
Mówiłam coś wcześniej o ciszy? To, co zapadło między nami teraz, to dopiero było milczenie. Trevor wyglądał jakby miał zaraz zemdleć. Zrobił się przeraźliwie blady, gdy cała krew odpłynęła mu z twarzy. Nie tak wyglądają osoby, które mają przyjemność spędzić ze mną kilka tygodni.
- To niemożliwe. Odpada!
- Crystal nie będzie miała nic przeciwko. Ostatecznie byłeś z tą dziewczyną na studniówce, to już prawie oświadczyny.
Teraz młody Wentworth wyglądał, jakby dostał w twarz. Zacisnął zęby i wyszedł z pokoju. Nadal stałam w drzwiach, czując się coraz bardziej nie na miejscu. Naprawdę moja osoba jest aż tak nie do zniesienia?
- Hm. Może powinniśmy przegłosować mój udział w trasie? - przygryzłam wargę.
- Eh, daruj, Madd. Chodź oglądać film! Wydaje się fajny. - Maxx zachęcił mnie ruchem ręki, nie odrywając wzroku od ekranu. Shooting Stars właśnie mieli próbę w Domu Rocka. Podejrzewałam, że ekranizacja tak bardzo spodobała się chłopakowi, bo wiedział, że jest lepszym perkusistą niż ten z filmu. - No, chodź, czuj się jak u siebie.
- Jak chcesz, to możesz nawet zrzucić ciuchy, jeżeli to ci pomoże. - szelmowsko uśmiechnął się Zach. Zaśmiałam się cicho. - No!
Usiadłam między panami i skierowałam wzrok na ekran. Wspólnie śledziliśmy losy młodej wiolonczelistki, ale moje myśli zajmowało coś innego. Podczas jednej z rozmów wyjawiłam Trevorowi, że bardzo lubię tę książkę (a film trochę mniej), bo opowiada o życiu, jakie chciałabym prowadzić. Kochający, szaleni rodzice, grono zaufanych przyjaciół, przystojny chłopak-muzyk... Nikt nie jest żądny twojej krwi, nie musisz bać się każdego kroku. I fakt, że masz prawo zadecydować o swoim życiu. Tak lub nie. Zostaję, lub odchodzę. Jako fanka nieco ambitniejszej literatury (nie zaczytywałam się w Nietzsche, bez przesady) trochę się tego wstydziłam, ale cóż mogę poradzić. Książek się nie wybiera, to one wybierają ciebie.
- Maddie chyba wpadła w autyzm. - zauważył Cody.
- Tylko pod wpływem Rhys Meyersa - odparłam.
Wrócił Trevor, już z kolorami na twarzy. Jednak jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę.
- Maddie nie może z nami jechać.
- Świetnie. Zainteresowałem się filmem, a wy mi, frajerzy, przerywacie! - zdenerwował się Danziger.
- Dlaczego nie może jechać? - Matt zmarszczył brwi.
- Nie uważacie, że zabranie jej w trasę jest jak wyrok? Jak określenie się po którejś ze stron?
- Czy ty się boisz Sykesa? - nie dowierzał Cody.
- A ty nie? Bo powinieneś.
- Trev, ja cię trochę nie rozumiem. Najpierw cały czas o niej gadasz, a gdy ona zjawia się u twych drzwi... wyrzucasz ją. - Matt dalej kręcił głową.
- Zamknij się, Matt! Nic nie rozumiesz!
- Więc nam wyjaśnij.
Jednak wokalista milczał. W jego niebieskich oczach widziałam toczącą się bitwę.
- Skarbie, ja cię jakoś nie łapię. Przecież ona nie musi jechać w trasę z Our Last Night, jeśli nie chcesz. Może jechać z Set It Off. - Cody przechodził sam siebie w kreatywności.
- A może nie pojadę z żadnym z was, tylko samotnie? - zaproponowałam, ale zostałam natychmiast zawetowana.
- Śnisz. Jednak głosujmy. Kto jest za tym, żeby Miko z nami jechała? - Zach podniósł rękę w górę, a za nim reszta Set It Off i 2/4 Our Last Night. Tylko Trevor i (chyba) Tim nie byli przekonani. - Widzicie? Przegłosowane.
- Świetnie. Nie macie pojęcia, w co się pakujecie. - wycedził Trevor.
- Mam wrażenie, że o czymś nam nie mówisz. - wtrąciłam, gdyż dotychczas rozmowa toczyła się o mnie, ale koło mnie.
- Nie. Wszystko jest okej. Nieważne. Położę się już. - wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. - Dobranoc.
Powoli wracaliśmy do oglądania filmu, ale nikt już nie był zainteresowany. Oprócz mnie, wszyscy stracili już wątek. Te wszystkie retrospekcje pewnie nie były na ich poziom.
- Może zagramy w monopoly...? - zaproponował Danny. Maxx wyciągnął Cody'ego na bok. Udawałam zainteresowaną rozkładaniem gry, ale ich knucie aprobowało mnie bardziej. To był wyższy level spiskowania! Miła odmiana po tej niekończącej się wymianie spojrzeń w Bring Me the Horizon lub uniesień brwi u Pierce the Veil.
- Warto by było skoczyć po coś do żarcia, nie uważacie? - głośno odezwał się Zach. - Maddie, idziesz? Lepiej znasz Katowice od nas...
Ojojoj, szansa podsłuchania chłopaków wymyka mi się z rąk...
(- Ja chyba nie potrafię, Cody...)
- Jest zimno. Nie lubię marznąć.
(- Maxx, możesz mieć każdą!)
(- To chyba nie wypali, ona zupełnie nie jest mną zainteresowana.)
- Dlatego w styczniu masz na sobie spódniczkę?
(- No to się postaraj! Chcesz ją zdobyć, czy nie? I nawet mi nie mów, że ona cię nie kręci, bo nie uwierzę.)
- Matury, mój drogi, matury.
(- Jest atrakcyjna, ale zapatrzona w kogoś innego! Nie rozumiem celu...)
- W spódniczce łatwiej ci się pisało? Ściągi masz na udach?
(- Maxx, jesteś naszą jedyną nadzieją. Pamiętaj, na co się umawialiśmy.)
Straciłam oba wątki, więc patrzyłam w karty kredytowe do monopoly.
- Mogę być bankiem? - uśmiechnęłam się nieśmiało. Panowie powoli dobierali się w pary, w których będzie toczyć się rozgrywka. Wspaniałomyślnie wyrazili zgodę na moją propozycję. To był mój wyrok. Gdziekolwiek gdzie się nie udam, muszę ratować własny tyłek. Każdy muzyk, nie ważne skąd, chciał mieć mnie blisko, a zaraz nie dopuszczać poza pewną granicę. Komu mogę zaufać, skoro nawet sobie nie powinnam?
Let's play a game.
-------------------------------------------------------
muzyka.
Wpadłam w pułapkę. Wystarczyła chwila nieuwagi, bym za moją decyzję zapłaciła głową. Jak mogłam być tak głupia? - zadałam sobie to pytanie jeszcze raz. Patrzyłam w dal z przerażeniem w oczach. Dopadli mnie. On mnie dopadł. Słyszałam, jak powoli się do mnie zbliżał, trzymając w dłoniach przedmiot o kształcie, którego nie mogłam pomylić z żadnym innym. Zamknęłam oczy i głośno przełknęłam ślinę.
- Maddie. - odezwał się cicho. - Nie możesz się przede mną ukrywać.
Nie mogłam już uciec. Było na to za późno. Nawet gdybym rzuciła się teraz do szaleńczego biegu, on by mnie dogonił. Był szybki i zdeterminowany.
- Powinniśmy już iść. Opowiedziałaś się już po jednej ze stron, Madeline. Zgodziłaś się na to.
Uchyliłam powieki i spojrzałam w niebieskie oczy. Przez chwilę utonęłam w tej głębi, przepełniona wspomnieniami. Westchnęłam cichutko i odwróciłam się, kręcąc głową. Te tęczówki nie były otoczone bladą skórą i ciemnymi brwiami. Czas pogodzić się z faktem, że wszyscy tutaj mają niebieskie oczy.
- Cody, ja się rozmyśliłam.
- To tylko próba dźwięku - wcisnął mi do ręki gitarę, którą ze sobą przyniósł. - Nie każę ci teraz grać koncertu. Chodź, tchórzu.
Przewróciłam oczami jak rozkapryszona nastolatka.
- Dlaczego ja nie mogę się spotkać z jakimiś muzykami bez przymusu grania z nimi?
- Może dlatego, że jesteś na tyle... - zaczął odpowiedź Austin, ale wtrącił sięTrevor.
- ... oryginalna, że wszyscy chcą się z tobą zmierzyć.
- I dlatego to Trevor zalicza, a ty nie, Kerr. - krzyknął Zach i wcisnął mi do rąk kartki z tabami. Próbowałam odtworzyć sobie w głowie dźwięk. Nic mi nie pasowało.
- A co to jest?
Matt Wentworth podrzucił mi melodię. Kojarzyłam to, powolutku... Trevor zaczął śpiewać:
"I've got fire for a heart
I'm not scared of the dark"
- Chwali ci się niezaprzeczalnie... - mruknęłam pod nosem, a głośno odparłam: - Naprawdę nie możecie znaleźć jakiegoś dobrego kawałka, tylko gracie One Direction?
- Maddie jest niezadowolona. Co robić? Może zaproponujmy jej coś, co ją ucieszy. Matt, Cody?
Cody zaśmiał się głośno i podszedł do drugiego mikrofonu. Jednak to Trevor znowu zaczął nieznaną piosenkę. Do czasu, gdy Carson rozpoczął prechorus.
- Jeeju, N'Sync?
- Riffy ma niezłe.
- Niezłe riffy to ma rock'n'roll. - odgarnęłam włosy do tyłu i przerzuciłam pasek od gitary przez ramię po czym zagrałam "Miserlou", płynnie przechodzące w "Wipeout". Matt dorzucił mi The Beatles, Danny zagrał The Who, Zach dołączył z The Rolling Stones... Przez dłuższą chwilę przerzucaliśmy się riffami, starając się je jak najlepiej połączyć.
- Dzięki, Maddie, za sprawny soundcheck. - wtrącił w pewnym momencie Cody. - Teraz jesteśmy pewni wieczornego koncertu.
Posłałam mu pełen radości uśmiech i powoli schodziliśmy ze sceny, by zdążyć na lunch przed próbą występu. Trevor szedł koło mnie.
- Mogę cię na chwilę porwać? - uśmiechnął się. Zmiękły mi nogi i bez wahania się zgodziłam. Najpierw ta cisza postudniówkowa, jawna niechęć i przerażenie na myśl, że mam im towarzyszyć w trasie... Jednak teraz chyba wszystko wracało do normy. Trev zaczekał cierpliwie, aż odstawię gitarę i wspólnie zeszliśmy ze sceny.
Nagle czyjaś ręka pociągnęła mnie na bok i otoczyła mnie ciemność. Mimowolnie pisnęłam ze strachu, gdy usłyszałam cichy trzask zamykanych drzwi. Poczułam ciężar, opierający się o moje ciało, cofnęłam się o krok lub dwa, potykając się o jakieś kable na ziemi, ale za plecami miałam już tylko ścianę. Zdałam sobie sprawę, że zostałam uwięziona w składziku na sprzęt, cała spięta i bliska płaczu, bez możliwości ucieczki.
Tuż przy moim uchu poczułam oddech z nutą gumy miętowej.
- Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie.
Niemalże rozpłakałam się z ulgi, gdy rozpoznałam głos Trevora.
- Oryginalne przeprosiny. - zdołałam wyszeptać.
- Zachowałem się beznadziejnie. Nie zasługujesz na takie traktowanie. Mogę ci to wynagrodzić?
Teraz, gdy już nie byłam przerażona, udało mi się zarejestrować więcej faktów. Oczy również przyzwyczaiły się do mroku. Umięśnione ciało Trevora napierało na moje, jego usta błądziły po mojej szyi. Serce biło mi jak oszalałe, już nie ze strachu. Czułam, jak gorąca fala rozlewa się po moim ciele, gdy Trevor lekko przygryzł płatek ucha. Jego ręce powoli nabierały śmiałości.
Jak ja za nim tęskniłam! A jeszcze bardziej tęskniłam za takim traktowaniem...
Objęłam dłońmi jego twarz i pocałowałam go. Oddał pocałunek, mocny, zdecydowany, gwałtowny. Szybko traciłam kontrolę nad tym, co się dzieje, natomiast on doskonale panował nad sytuacją. Lekko się odsunął, na centymetry, i spojrzał mi w oczy. Jego pierś unosiła się w szaleńczym rytmie, ja równie ciężko oddychałam.
- Będę mógł to powtórzyć? - zapytał cicho, chociaż doskonale znał odpowiedź. Skinęłam głową, a on jeszcze raz przysunął się do mnie i pocałował mnie w nos, po czym jednym ruchem ręki otworzył drzwi. Światło lekko mnie oślepiło.
Szliśmy za rękę, blisko siebie. Przez myśl mi nie przeszło, żeby się z tym nie afiszować, żeby uważać, cokolwiek. Wyszliśmy na ulicę. Tłum i gwar był ogromny. Gdzieś ponad nim usłyszałam znany mi głos.
- Maddie?
A miałam uważać...
środa, 23 marca 2016
Rozdział IV
Od rana uwijaliśmy się jak w ukropie. Klientów przybywało z każdą godziną, pomimo środy widniejącej na kalendarzu. Koło 11:00 zaczęłam żałować, że tak szybko napisałam próbną maturę z matematyki na podstawie, a jeszcze bardziej - że się do tego przyznałam i przyjechałam do "Rocker's Alley". Jednak Tomek z uśmiechem na twarzy wytrwale pracował od rana bez słowa skargi, więc uznałam, że ja też nie mam prawa głośno narzekać. W końcu hajsik sam się nie zarobi.
Ania dołączyła do nas po 14, skończywszy maturę z rozszerzenia. Teraz sprawnie, z lekkim uśmiechem reagowała na prośby klientów. Wydawać by się mogło, że osoba, która ma za sobą dwie matury z matematyki będzie zła, zmęczona i rozgoryczona, ale Ania wcale taka dzisiaj nie była. Dzisiaj promieniowała radością jak Skłodowska radem.
- Czy oni wszyscy nie powinni być w szkole? - rzuciłam w eter pytanie, widząc kolejną falę klientów. 1/2 nie ukończyła 17 roku życia. 3/4 nie było płci męskiej. Zwykle do naszego muzycznego światka przybywało więcej facetów (moja i Ani obecność na pewno nie miała tu nic do rzeczy), jednakże dzisiaj to Tomek był ich bohaterem. Nawet jeżeli bardziej zależało mu na męskiej niż damskiej opinii...
- Cichoo, przynajmniej będziemy mieli utarg - odparła Ania.
- No i mają po co tutaj przychodzić... To był genialny pom... - urwał gwałtownie. Uniosłam brew w geście ponaglenia i skasowałam dwie płyty Set It Off rozchichotanym nastolatkom. "Duality" schodziło dzisiaj jak świeże bułeczki. - To znaczy zatrudnienie was. To była moja najlepsza decyzja.
Zmrużyłam oczy, wiedząc, że mówi prawdę tylko w połowie. Dochodziła 19:00, moja zmiana dobiegała końca. Rozejrzałam się po wypełnionym lokalu. Kolejne twarze zaglądały przez witryny.
- Pewnie nie wyjdę zgodnie z grafikiem? - westchnęłam, na przekór sobie i sięgnęłam po kubek z kawą.
- Zrobisz co zechcesz. Ja zaraz wracam. - Tomek wzruszył ramionami i skierował się ku sali muzycznej. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Mamy na dzisiaj zaplanowany jakiś koncert? - zapytałam Ani, a ta wzruszyła ramionami, zupełnie jak jej poprzednik.
- To Tomek jest tu szefem.
Odniosłam wrażenie, że wraz z właścicielem zniknął też tłum przy kasie. Ania zerknęła na zegarek i uśmiechnęła się, zrelaksowana.
- Wiesz co? - zagaiłam. - Przeraża mnie ta uśmiechnięta wersja ciebie.
- A mnie ta ciamajdowata wersja ciebie. - kpiący wyraz wskoczył jej na twarz. Właśnie byłam w trakcie wymyślania jakiejś miażdżącej riposty, gdy po lokalu przeszedł szmer, który przemienił się w narastający pisk.
- Raine, o co chodzi?
- Na pewno nie o Tomka - posłała mi tajemniczy uśmiech i ruszyła w kierunku tłumu. Upiłam łyk przepysznej kawy, tak w ramach zmniejszenia narastającego ciśnienia, i ruszyłam za nią.
Próbowałam sobie przypomnieć grafik koncertów i byłam niemal pewna, że środa była pusta. W ogóle ten tydzień miał być pusty ze względu na nasze matury. Tomek studiował historię muzyki (poważnie), więc on brał wolne tylko w czasie sesji, lub gdy poznał nowego faceta, który przyznał się do homoseksualizmu.
Weszłam do sali akustycznej, w której artyści mogli dawać koncerty acapella lub akustycznie. Tutaj tłum był największy - dzieciaki napierały na siebie i rozmawiały podnieconymi głosami. Na ich odsłoniętych przedramionach, policzkach, nadgarstkach widziałam wymalowane lub wytatuowane lustrzane trójkąty. Przez chwilę skojarzyło mi się to z logiem 30 Seconds To Mars, ale niemożliwym było, aby ta przystojna trójeczka się tutaj pojawiła. Nie wiem dlaczego, ale przed oczami przewinęła mi się zarys brązowego łańcuszka z podwójnym trójkątem i turkusową poprzeczką.
Turkusowy. Wszyscy mieli na sobie coś turkusowego - ciuch, biżuterię, lakier na paznokciach. Nawet ja, ale nieumyślnie. Dlatego ludzie posyłali mi cały dzień pełne zrozumienia uśmiechy - w przeciwieństwie do mojego głupkowatego wyrazu zaskoczenia. Oni myśleli, że ja wiem. Że wiem, że...
Że co? Czułam, jak schodzę na coraz ciemniejsze ścieżki myślenia, tracąc wątek. Jeżeli to jest ten mój ścisły umysł, to szkoda, że ktoś nadzorujący myśli tego nie słyszy. Potrząsnęłam głową, jakby to mogło pomóc, ale zamiast tego zrobiło się jeszcze gorzej. Usłyszałam głosy. Mówiące do mnie po angielsku. Zamknęłam oczy.
- Nie jestem na tyle brzydki, żeby zamykać oczy, gdy nadchodzę.
- Spierałbym się.
- Jestem najprzystojniejszy w tym zespole.
- Zaraz po mnie.
- Przynajmniej ładnie śpiewam.
- A ja gram i robię za chórki.
- Siedzisz i machasz rękoma jak idiota. To nie jest szczyt możliwości 24 letniego mężczyzny.
Uchyliłam powieki i odwróciłam się. Maxx Danziger stał z założonymi rękoma, patrząc w bok z zaciętym wyrazem twarzy. W jego niebieskich oczach lśniły... łzy. Cody Carson nieudolnie próbował go udobruchać. Wypuściłam kubek z rąk.
- Cholera! Czy ja zawsze będę wylewać kawę przez muzyków? - skrzywiłam się.
- Maddie! - Cody zwrócił na mnie uwagę, jakby zobaczył mnie dopiero teraz. Uśmiechnął się i rozłożył ręce, jakby chciał mnie objąć. - To nie tylko przez nas?
Maxx prychnął z pogardą, na co przyjaciel podjął próbę przeprosin.
- Ojj, Maxx, proszę cię! Wiesz przecież, że nie to miałem na myśli. To znaczy miałem, ale nie do końca. Nie chciałem cię spostponować!
- Co to w ogóle znaczy? - zapytałam, kręcąc głową.
- Obrazić. - Danziger otarł udawane łzy. - Tylko ten tleniony blondyn musi się zawsze popisywać słownictwem.
- Który z nas jest tleniony! - teraz wokalista skrzyżował ręce na piersi i zacisnął zęby.
Świetnie. Nie dość, że wpadają mi do lokalu, rozlewają moją kawę (tak, oni ją rozlali), kłócą się jak dzieci, to teraz jeszcze panoszą się jak jakieś...
- Primadonny - wymamrotałam i odeszłam. Dzięki kawałkom lustra powtykanym w ścianę mogłam zobaczyć, że ich złość przeszła, a teraz naradzali się znakami, który z nich powinien za mną pójść. Wyręczyła ich Ania.
- Ah, więc spotkałaś już Set It Off!
- I ty, Brutusie! - szturchnęłam ją w ramię.
- Brutus i Cezar byli braćmi.
- Przyjaciółmi!
- Braćmi!
- Przestań! - zatkałam uszy. - Czego wy wszyscy ode mnie chcecie!
- No jak nie opuścisz dłoni, to chyba nie usłyszysz, nie? - przewróciła oczami. Dosłyszałam to.
- Wytłumacz mi to wszystko! - zatoczyłam dłonią bliżej nieokreślony krąg, który miał objąć 5 muzyków. - Dlaczego wy mi to wszystko robicie...
- Zdania pytające kończy się znakami zapytania, nie kropką. Opcjonalnie zdań oznajmujących nie zaczyna się od pytającego wyrazu. - wtrącił się Tomek. - A poza tym Brutusa i Cezara łączyło tylko zabójstwo tego drugiego.
- Dzień dobry, ja bym sobie tylko zagrał tutaj mały, autystyczny koncercik i bym spadał, wiecie? - Cody stanął koło nas. - Akustyczny! - poprawił się szybko. Nie dość szybko.
- Przejęzyczenie! Przejęzyczył się! - krzyknął perkusista.
- Mały lapsus linguae może się przydarzyć każdemu.
Patrzyłam na nich z szeroko otwartymi oczami. Co tu się właśnie odwala? Tomek chwycił mnie za rękę i pociągnął na bok, natomiast Ania poprowadziła zespół do wcześniej przygotowanych wysokich taboretów.
- Cześć! Widzę, że wielu z was ma już nasze "Duality" i to raduje moje oczy. Jednak planujemy wkrótce wydać akustyczną EPkę zatytułowaną "Duality: Stories Unplugged" i już dzisiaj damy wam przedsmak tego dzieła... Zaczniemy jednym z pierwszych kawałków w oryginale, nazywa się on The Haunting i brzmi to jakoś tak...
Cody zaczął czarować, a szef pociągnął mnie dalej, do kasy. Otworzył ją i wyciągnął z niej plik banknotów.
- Twoja wypłata. - wcisnął mi go do ręki.
- Jeszcze nie ma dziesiątego... - zaoponowałam, ale zatkało mnie, gdy zobaczyłam ilość pieniędzy, którą otrzymałam. - I to są przynajmniej dwie moje wypłaty!
- Jeden miesiąc odrobisz za free. A teraz masz dwie minuty na zabranie torebki, płaszczyka i pantofelka, czy czego tam potrzebują księżniczki twojego rodzaju i ja czekam na ciebie w samochodzie.
Odszedł, a ja zorientowałam się, że on sam miał na sobie okrycie wierzchnie. Zebrałam się szybko i wybiegłam za nim.
- Tomasz! O co chodzi? - krzyknęłam za nim, ale on się tylko uśmiechnął.
- Wsiadaj.
Wsiadłam. Hej, koleś właśnie dał mi równowartość moich niemal trzech wypłat! Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Jednak gdy po jakichś 15 minutach domyśliłam się, dokąd Tomek mnie wiezie, byłam bliska złamania niepisanej klauzuli milczenia.
Chłopak zatrzymał się i otworzył mi drzwi.
- Masz jakieś 15 minut na spakowanie się. Już ty wiesz, po co.
Wiedziałam. Kiełkowało we mnie podniecenie, pewność siebie, poczucie panowania nad sytuacją. W końcu odzyskałam czucie we wszystkich narządach i członkach. Przejmowałam pałeczkę. Wiedziałam.
Wpadłam do mieszkania i zgarnęłam wszystkie potrzebne rzeczy. Ciuchy, laptop, kosmetyki, gitary... Które wzięłam do ręki po raz pierwszy od ponad 6 miesięcy, od gali w Cleveland. Cały sprzęt nastoletniego muzyka.
Drogę powrotną pokonałam z niecierpliwością, jak na szpilkach. Natychmiast po zatrzymaniu się wyskoczyłam z samochodu. Panowie skończyli już koncert, rozdawali teraz autografy. Pchnęłam szklane drzwi i wkroczyłam do lokalu z uśmiechem na twarzy. Szczerym uśmiechem. Ania klepnęła mnie po ramieniu, ale ja szłam dalej, aż do zespołu. Potrzebowałam potwierdzenia, że się nie mylę.
- No, Miko. Lecimy w trasę?
Ania dołączyła do nas po 14, skończywszy maturę z rozszerzenia. Teraz sprawnie, z lekkim uśmiechem reagowała na prośby klientów. Wydawać by się mogło, że osoba, która ma za sobą dwie matury z matematyki będzie zła, zmęczona i rozgoryczona, ale Ania wcale taka dzisiaj nie była. Dzisiaj promieniowała radością jak Skłodowska radem.
- Czy oni wszyscy nie powinni być w szkole? - rzuciłam w eter pytanie, widząc kolejną falę klientów. 1/2 nie ukończyła 17 roku życia. 3/4 nie było płci męskiej. Zwykle do naszego muzycznego światka przybywało więcej facetów (moja i Ani obecność na pewno nie miała tu nic do rzeczy), jednakże dzisiaj to Tomek był ich bohaterem. Nawet jeżeli bardziej zależało mu na męskiej niż damskiej opinii...
- Cichoo, przynajmniej będziemy mieli utarg - odparła Ania.
- No i mają po co tutaj przychodzić... To był genialny pom... - urwał gwałtownie. Uniosłam brew w geście ponaglenia i skasowałam dwie płyty Set It Off rozchichotanym nastolatkom. "Duality" schodziło dzisiaj jak świeże bułeczki. - To znaczy zatrudnienie was. To była moja najlepsza decyzja.
Zmrużyłam oczy, wiedząc, że mówi prawdę tylko w połowie. Dochodziła 19:00, moja zmiana dobiegała końca. Rozejrzałam się po wypełnionym lokalu. Kolejne twarze zaglądały przez witryny.
- Pewnie nie wyjdę zgodnie z grafikiem? - westchnęłam, na przekór sobie i sięgnęłam po kubek z kawą.
- Zrobisz co zechcesz. Ja zaraz wracam. - Tomek wzruszył ramionami i skierował się ku sali muzycznej. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Mamy na dzisiaj zaplanowany jakiś koncert? - zapytałam Ani, a ta wzruszyła ramionami, zupełnie jak jej poprzednik.
- To Tomek jest tu szefem.
Odniosłam wrażenie, że wraz z właścicielem zniknął też tłum przy kasie. Ania zerknęła na zegarek i uśmiechnęła się, zrelaksowana.
- Wiesz co? - zagaiłam. - Przeraża mnie ta uśmiechnięta wersja ciebie.
- A mnie ta ciamajdowata wersja ciebie. - kpiący wyraz wskoczył jej na twarz. Właśnie byłam w trakcie wymyślania jakiejś miażdżącej riposty, gdy po lokalu przeszedł szmer, który przemienił się w narastający pisk.
- Raine, o co chodzi?
- Na pewno nie o Tomka - posłała mi tajemniczy uśmiech i ruszyła w kierunku tłumu. Upiłam łyk przepysznej kawy, tak w ramach zmniejszenia narastającego ciśnienia, i ruszyłam za nią.
Próbowałam sobie przypomnieć grafik koncertów i byłam niemal pewna, że środa była pusta. W ogóle ten tydzień miał być pusty ze względu na nasze matury. Tomek studiował historię muzyki (poważnie), więc on brał wolne tylko w czasie sesji, lub gdy poznał nowego faceta, który przyznał się do homoseksualizmu.
Weszłam do sali akustycznej, w której artyści mogli dawać koncerty acapella lub akustycznie. Tutaj tłum był największy - dzieciaki napierały na siebie i rozmawiały podnieconymi głosami. Na ich odsłoniętych przedramionach, policzkach, nadgarstkach widziałam wymalowane lub wytatuowane lustrzane trójkąty. Przez chwilę skojarzyło mi się to z logiem 30 Seconds To Mars, ale niemożliwym było, aby ta przystojna trójeczka się tutaj pojawiła. Nie wiem dlaczego, ale przed oczami przewinęła mi się zarys brązowego łańcuszka z podwójnym trójkątem i turkusową poprzeczką.
Turkusowy. Wszyscy mieli na sobie coś turkusowego - ciuch, biżuterię, lakier na paznokciach. Nawet ja, ale nieumyślnie. Dlatego ludzie posyłali mi cały dzień pełne zrozumienia uśmiechy - w przeciwieństwie do mojego głupkowatego wyrazu zaskoczenia. Oni myśleli, że ja wiem. Że wiem, że...
Że co? Czułam, jak schodzę na coraz ciemniejsze ścieżki myślenia, tracąc wątek. Jeżeli to jest ten mój ścisły umysł, to szkoda, że ktoś nadzorujący myśli tego nie słyszy. Potrząsnęłam głową, jakby to mogło pomóc, ale zamiast tego zrobiło się jeszcze gorzej. Usłyszałam głosy. Mówiące do mnie po angielsku. Zamknęłam oczy.
- Nie jestem na tyle brzydki, żeby zamykać oczy, gdy nadchodzę.
- Spierałbym się.
- Jestem najprzystojniejszy w tym zespole.
- Zaraz po mnie.
- Przynajmniej ładnie śpiewam.
- A ja gram i robię za chórki.
- Siedzisz i machasz rękoma jak idiota. To nie jest szczyt możliwości 24 letniego mężczyzny.
Uchyliłam powieki i odwróciłam się. Maxx Danziger stał z założonymi rękoma, patrząc w bok z zaciętym wyrazem twarzy. W jego niebieskich oczach lśniły... łzy. Cody Carson nieudolnie próbował go udobruchać. Wypuściłam kubek z rąk.
- Cholera! Czy ja zawsze będę wylewać kawę przez muzyków? - skrzywiłam się.
- Maddie! - Cody zwrócił na mnie uwagę, jakby zobaczył mnie dopiero teraz. Uśmiechnął się i rozłożył ręce, jakby chciał mnie objąć. - To nie tylko przez nas?
Maxx prychnął z pogardą, na co przyjaciel podjął próbę przeprosin.
- Ojj, Maxx, proszę cię! Wiesz przecież, że nie to miałem na myśli. To znaczy miałem, ale nie do końca. Nie chciałem cię spostponować!
- Co to w ogóle znaczy? - zapytałam, kręcąc głową.
- Obrazić. - Danziger otarł udawane łzy. - Tylko ten tleniony blondyn musi się zawsze popisywać słownictwem.
- Który z nas jest tleniony! - teraz wokalista skrzyżował ręce na piersi i zacisnął zęby.
Świetnie. Nie dość, że wpadają mi do lokalu, rozlewają moją kawę (tak, oni ją rozlali), kłócą się jak dzieci, to teraz jeszcze panoszą się jak jakieś...
- Primadonny - wymamrotałam i odeszłam. Dzięki kawałkom lustra powtykanym w ścianę mogłam zobaczyć, że ich złość przeszła, a teraz naradzali się znakami, który z nich powinien za mną pójść. Wyręczyła ich Ania.
- Ah, więc spotkałaś już Set It Off!
- I ty, Brutusie! - szturchnęłam ją w ramię.
- Brutus i Cezar byli braćmi.
- Przyjaciółmi!
- Braćmi!
- Przestań! - zatkałam uszy. - Czego wy wszyscy ode mnie chcecie!
- No jak nie opuścisz dłoni, to chyba nie usłyszysz, nie? - przewróciła oczami. Dosłyszałam to.
- Wytłumacz mi to wszystko! - zatoczyłam dłonią bliżej nieokreślony krąg, który miał objąć 5 muzyków. - Dlaczego wy mi to wszystko robicie...
- Zdania pytające kończy się znakami zapytania, nie kropką. Opcjonalnie zdań oznajmujących nie zaczyna się od pytającego wyrazu. - wtrącił się Tomek. - A poza tym Brutusa i Cezara łączyło tylko zabójstwo tego drugiego.
- Dzień dobry, ja bym sobie tylko zagrał tutaj mały, autystyczny koncercik i bym spadał, wiecie? - Cody stanął koło nas. - Akustyczny! - poprawił się szybko. Nie dość szybko.
- Przejęzyczenie! Przejęzyczył się! - krzyknął perkusista.
- Mały lapsus linguae może się przydarzyć każdemu.
Patrzyłam na nich z szeroko otwartymi oczami. Co tu się właśnie odwala? Tomek chwycił mnie za rękę i pociągnął na bok, natomiast Ania poprowadziła zespół do wcześniej przygotowanych wysokich taboretów.
- Cześć! Widzę, że wielu z was ma już nasze "Duality" i to raduje moje oczy. Jednak planujemy wkrótce wydać akustyczną EPkę zatytułowaną "Duality: Stories Unplugged" i już dzisiaj damy wam przedsmak tego dzieła... Zaczniemy jednym z pierwszych kawałków w oryginale, nazywa się on The Haunting i brzmi to jakoś tak...
Cody zaczął czarować, a szef pociągnął mnie dalej, do kasy. Otworzył ją i wyciągnął z niej plik banknotów.
- Twoja wypłata. - wcisnął mi go do ręki.
- Jeszcze nie ma dziesiątego... - zaoponowałam, ale zatkało mnie, gdy zobaczyłam ilość pieniędzy, którą otrzymałam. - I to są przynajmniej dwie moje wypłaty!
- Jeden miesiąc odrobisz za free. A teraz masz dwie minuty na zabranie torebki, płaszczyka i pantofelka, czy czego tam potrzebują księżniczki twojego rodzaju i ja czekam na ciebie w samochodzie.
Odszedł, a ja zorientowałam się, że on sam miał na sobie okrycie wierzchnie. Zebrałam się szybko i wybiegłam za nim.
- Tomasz! O co chodzi? - krzyknęłam za nim, ale on się tylko uśmiechnął.
- Wsiadaj.
Wsiadłam. Hej, koleś właśnie dał mi równowartość moich niemal trzech wypłat! Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Jednak gdy po jakichś 15 minutach domyśliłam się, dokąd Tomek mnie wiezie, byłam bliska złamania niepisanej klauzuli milczenia.
Chłopak zatrzymał się i otworzył mi drzwi.
- Masz jakieś 15 minut na spakowanie się. Już ty wiesz, po co.
Wiedziałam. Kiełkowało we mnie podniecenie, pewność siebie, poczucie panowania nad sytuacją. W końcu odzyskałam czucie we wszystkich narządach i członkach. Przejmowałam pałeczkę. Wiedziałam.
Wpadłam do mieszkania i zgarnęłam wszystkie potrzebne rzeczy. Ciuchy, laptop, kosmetyki, gitary... Które wzięłam do ręki po raz pierwszy od ponad 6 miesięcy, od gali w Cleveland. Cały sprzęt nastoletniego muzyka.
Drogę powrotną pokonałam z niecierpliwością, jak na szpilkach. Natychmiast po zatrzymaniu się wyskoczyłam z samochodu. Panowie skończyli już koncert, rozdawali teraz autografy. Pchnęłam szklane drzwi i wkroczyłam do lokalu z uśmiechem na twarzy. Szczerym uśmiechem. Ania klepnęła mnie po ramieniu, ale ja szłam dalej, aż do zespołu. Potrzebowałam potwierdzenia, że się nie mylę.
- No, Miko. Lecimy w trasę?
sobota, 5 marca 2016
Rozdział III.
muzyka.
Siedziałam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, tępo wpatrując się w jedną z trzech ciemnogranatowych ścian. Czwarta była pomalowana na jaskrawą zieleń. Gdzieś w tle cicho leciało Scar Tissue, a przede mną leżało puste już pudełko i jego zawartość, pozornie niedbale rozrzucona. Zdjęcia, bilety, kostki, pośpiesznie zapisane karteczki, zasuszone kwiatki, patyczki z McDonald'sów z całego świata, kółko od deski surfo-rolkowej, wycinki z gazet, pojedyncze struny... W palcach obracałam białą chryzantemę.
Była już sucha, ale nadal przejmująco piękna. Patrzyłam na nią z namysłem. Wcześniej, przesuwając wzrokiem po tych wszystkich szpargałach pomyślałam, że sentymentalizm nie jest do mnie podobny. Jednak gdy napotkałam spojrzenie przenikliwie niebieskich oczu, świdrujących mnie wzrokiem pełnym miłości ze zdjęcia, coś we mnie drgnęło. Wyciągnęłam wszystkie zdjęcia Thomasa. Leżały w równym rządku przede mną: z bratem, z zespołem, z technikami, sam, ze mną, stojąc, leżąc, śmiejąc się. A nieco dalej, w innym rządku było miejsce zdjęć Ashtona. Przetrząsnęłam wszystkie rzeczy. Nie znalazłam żadnej fotografii sprzed liceum. Żadnej. Tak jakby moje życie rozpoczęło się dopiero z 21 września... w Oxfordzie.
Ania stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ręce na piersiach. W jej niebieskich oczach malowało się lekkie znużenie.
- Czy ty przestaniesz się nad sobą użalać?
Podniosłam głowę, a ona rozejrzała się po pokoju, jakby próbowała wypatrzeć Kiedesa, wyśpiewującego markotną piosenkę.
- Puść sobie jeszcze Evanscence.
Podeszła do laptopa i szybko wklepała My Immortal. Wykrzywiłam wargi w parodii uśmiechu.
- Słuchaj, wiem, że nie odezwał się już 3 dni, ale właśnie olałaś próbną maturę z polskiego.
- Nie jestem zainteresowana. - wymamrotałam, patrząc w kwiat.
- Nigdy nie musiałam cię zbierać po zerwaniach z chłopakami, więc nie każ mi tego robić tym razem. A szkołę powinnaś zaliczyć, skoro tak bardzo nie chcesz być jak gwiazda rocka.
- Frank Iero nie zaliczył szkoły średniej.
- No właśnie. I rozpadł mu się zespół. Bang. - zauważyła jednak, że to nijakie powiązanie nie robi to na mnie wrażenia, chociaż w 2013 roku płakałam nad tym jak bóbr. - Dobra, Miko. Rusz tyłek, umyj się w końcu i wychodzimy.
- Niby gdzie?
- Zjadłaś całą nutellę, łazęgo. Trzeba dokupić.
-----------------------------------------------------------------------
Siedziałam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, tępo wpatrując się w jedną z trzech ciemnogranatowych ścian. Czwarta była pomalowana na jaskrawą zieleń. Gdzieś w tle cicho leciało Scar Tissue, a przede mną leżało puste już pudełko i jego zawartość, pozornie niedbale rozrzucona. Zdjęcia, bilety, kostki, pośpiesznie zapisane karteczki, zasuszone kwiatki, patyczki z McDonald'sów z całego świata, kółko od deski surfo-rolkowej, wycinki z gazet, pojedyncze struny... W palcach obracałam białą chryzantemę.
Była już sucha, ale nadal przejmująco piękna. Patrzyłam na nią z namysłem. Wcześniej, przesuwając wzrokiem po tych wszystkich szpargałach pomyślałam, że sentymentalizm nie jest do mnie podobny. Jednak gdy napotkałam spojrzenie przenikliwie niebieskich oczu, świdrujących mnie wzrokiem pełnym miłości ze zdjęcia, coś we mnie drgnęło. Wyciągnęłam wszystkie zdjęcia Thomasa. Leżały w równym rządku przede mną: z bratem, z zespołem, z technikami, sam, ze mną, stojąc, leżąc, śmiejąc się. A nieco dalej, w innym rządku było miejsce zdjęć Ashtona. Przetrząsnęłam wszystkie rzeczy. Nie znalazłam żadnej fotografii sprzed liceum. Żadnej. Tak jakby moje życie rozpoczęło się dopiero z 21 września... w Oxfordzie.
Ania stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ręce na piersiach. W jej niebieskich oczach malowało się lekkie znużenie.
- Czy ty przestaniesz się nad sobą użalać?
Podniosłam głowę, a ona rozejrzała się po pokoju, jakby próbowała wypatrzeć Kiedesa, wyśpiewującego markotną piosenkę.
- Puść sobie jeszcze Evanscence.
Podeszła do laptopa i szybko wklepała My Immortal. Wykrzywiłam wargi w parodii uśmiechu.
- Słuchaj, wiem, że nie odezwał się już 3 dni, ale właśnie olałaś próbną maturę z polskiego.
- Nie jestem zainteresowana. - wymamrotałam, patrząc w kwiat.
- Nigdy nie musiałam cię zbierać po zerwaniach z chłopakami, więc nie każ mi tego robić tym razem. A szkołę powinnaś zaliczyć, skoro tak bardzo nie chcesz być jak gwiazda rocka.
- Frank Iero nie zaliczył szkoły średniej.
- No właśnie. I rozpadł mu się zespół. Bang. - zauważyła jednak, że to nijakie powiązanie nie robi to na mnie wrażenia, chociaż w 2013 roku płakałam nad tym jak bóbr. - Dobra, Miko. Rusz tyłek, umyj się w końcu i wychodzimy.
- Niby gdzie?
- Zjadłaś całą nutellę, łazęgo. Trzeba dokupić.
-----------------------------------------------------------------------
Podążałam za Anią
między półkami. Dziewczyna popchnęła wózek w połowie zapełniony
produktami i wskoczyła na ramę, przejeżdżając tak kilka metrów.
- Trzeba zrobić te zakupy, potem iść do Maka, a później po ciuchy! I będziemy znowu narzekać, że nie mieścimy się w te najlepsze! - Ania zeskoczyła z wózka i wepchnęła sobie do ust kilka orzechowych chrupków. Pokręciłam głową, upijając łyk wody mineralnej. Nienawidziłam rozpoczynać produktów przed ich kupnem, ale Ania mnie tego nauczyła. A obsługa Biedronki, w której byłyśmy stałymi klientkami, przyzwyczaiła się do naszego głośnego zachowania. A raczej zachowania Anny.
- Nie mam ochoty na Maca.
- No skoro tylko dzisiaj zeżarłaś dwa słoiki nutelli... Miko! Popatrz na niego!
Dziewczyna wskazała na jakiegoś nastolatka, rozglądającego się z nieco zagubioną miną po półce z mlekiem. Ledwo przejechałam po nim wzrokiem i sięgnęłam po telefon, by sprawdzić, czy Trevor przypadkiem do mnie nie napisał. Od studniówki się do mnie nie odezwał...
- Pójdziesz po ketchup? Ja wezmę jogurty. - zaproponowała Ania, przemilczawszy mój nagły autyzm. Skinęłam głową, nie patrząc nią. Nie zauważyłam więc jej spojrzenia, gdy odchodziłam w przeciwnym kierunku, przygryzając wargę i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Trevor nie chciał mi nic wyjaśnić, tylko zniknął. Pochyliłam się nad chłodnią, wyciągając dwa pudełka Guiseppe. Gdy się odwróciłam, napotkałam spojrzenie chłopaka, którego wcześniej wskazała mi Ania. Spuściłam wzrok i podeszłam do naszego wózka.
- Trzeba zrobić te zakupy, potem iść do Maka, a później po ciuchy! I będziemy znowu narzekać, że nie mieścimy się w te najlepsze! - Ania zeskoczyła z wózka i wepchnęła sobie do ust kilka orzechowych chrupków. Pokręciłam głową, upijając łyk wody mineralnej. Nienawidziłam rozpoczynać produktów przed ich kupnem, ale Ania mnie tego nauczyła. A obsługa Biedronki, w której byłyśmy stałymi klientkami, przyzwyczaiła się do naszego głośnego zachowania. A raczej zachowania Anny.
- Nie mam ochoty na Maca.
- No skoro tylko dzisiaj zeżarłaś dwa słoiki nutelli... Miko! Popatrz na niego!
Dziewczyna wskazała na jakiegoś nastolatka, rozglądającego się z nieco zagubioną miną po półce z mlekiem. Ledwo przejechałam po nim wzrokiem i sięgnęłam po telefon, by sprawdzić, czy Trevor przypadkiem do mnie nie napisał. Od studniówki się do mnie nie odezwał...
Czułam na sobie jego spojrzenie. Przypominało
mi to nieustanne taksowanie wzrokiem przez Matta Keana, dawno temu w
Australii, tylko bez tej całej nienawiści.
Bo w spojrzeniu Trevora było tylko czyste pożądanie i nuta rozbawienia. Pomimo moich szczerych chęci poznania źródła tej radości, chłopak kręcił głową z lekkim uśmiechem i zmieniał temat.
A to było bardzo łatwe, bo pytań z obu stron było mnóstwo. Wieczór spędziliśmy na przemian tańcząc, odbierając toasty i rozmawiając. W przerwach dołączali do nas muzycy z Set It Off. Cody dość nieufnie podchodził do mojego partnera.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że znasz Maddie? - fuknął na niego przy pierwszym zejściu ze sceny.
- Bo nie pytałeś. - Trevor był zupełnie wyluzowany, nawet znudzony tą rozmową. Na jego twarzy pojawiał się wtedy grymas niechęci, mówił kątem ust, patrząc gdzieś w dal, wygodnie rozparty na krześle.
- Ale nawet nie zająknąłeś się słowem, kiedy ci powiedziałem, że idę się spotkać z Maddie Miko w sprawie studniówki. To było w czwartek, Trev. W CZWARTEK.
- Znam dni tygodnia. Zresztą, po co miałbyś o tym wiedzieć? Żeby się lepiej ubrać?
Carson zamilkł, patrząc z zaciśniętymi ustami na kolegę z zaprzyjaźnionego zespołu. W tle leciało My heart will go on puszczone z laptopa przez panią Mariolę na czas odpoczynku Set It Off. Chyba z dziesięć razy zapytała Cody'ego czy piosenka mu odpowiada. Cody za każdym razem z taką samą ilością uroku zapewniał ją o słuszności wyboru. Teraz wpatrywała się w niego z uwielbieniem z drugiego końca sali z nauczycielskiego stolika. Pewnie zastanawiała się, ilu jeszcze przystojniaków przyprowadzę jej do szkoły i zapewne nadal czeka na obiecaną przez Caluma randkę.
- Zatańczymy, Madd? - zapytał mnie Cody, przybierając na twarz uśmiech. Zerknęłam na Trevora, czy nie ma nic przeciwko. Ten nachylił się do mnie i wyszeptał mi do ucha:
- Uważaj na niego. - spojrzałam na niego z niezrozumieniem, ale on już przeniósł wzrok na kieliszek z szampanem, którego nie tknął, a którym się tylko cały wieczór bawił.
Bo w spojrzeniu Trevora było tylko czyste pożądanie i nuta rozbawienia. Pomimo moich szczerych chęci poznania źródła tej radości, chłopak kręcił głową z lekkim uśmiechem i zmieniał temat.
A to było bardzo łatwe, bo pytań z obu stron było mnóstwo. Wieczór spędziliśmy na przemian tańcząc, odbierając toasty i rozmawiając. W przerwach dołączali do nas muzycy z Set It Off. Cody dość nieufnie podchodził do mojego partnera.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że znasz Maddie? - fuknął na niego przy pierwszym zejściu ze sceny.
- Bo nie pytałeś. - Trevor był zupełnie wyluzowany, nawet znudzony tą rozmową. Na jego twarzy pojawiał się wtedy grymas niechęci, mówił kątem ust, patrząc gdzieś w dal, wygodnie rozparty na krześle.
- Ale nawet nie zająknąłeś się słowem, kiedy ci powiedziałem, że idę się spotkać z Maddie Miko w sprawie studniówki. To było w czwartek, Trev. W CZWARTEK.
- Znam dni tygodnia. Zresztą, po co miałbyś o tym wiedzieć? Żeby się lepiej ubrać?
Carson zamilkł, patrząc z zaciśniętymi ustami na kolegę z zaprzyjaźnionego zespołu. W tle leciało My heart will go on puszczone z laptopa przez panią Mariolę na czas odpoczynku Set It Off. Chyba z dziesięć razy zapytała Cody'ego czy piosenka mu odpowiada. Cody za każdym razem z taką samą ilością uroku zapewniał ją o słuszności wyboru. Teraz wpatrywała się w niego z uwielbieniem z drugiego końca sali z nauczycielskiego stolika. Pewnie zastanawiała się, ilu jeszcze przystojniaków przyprowadzę jej do szkoły i zapewne nadal czeka na obiecaną przez Caluma randkę.
- Zatańczymy, Madd? - zapytał mnie Cody, przybierając na twarz uśmiech. Zerknęłam na Trevora, czy nie ma nic przeciwko. Ten nachylił się do mnie i wyszeptał mi do ucha:
- Uważaj na niego. - spojrzałam na niego z niezrozumieniem, ale on już przeniósł wzrok na kieliszek z szampanem, którego nie tknął, a którym się tylko cały wieczór bawił.
Blondyn chwycił mnie za rękę i pociągnął na środek parkiet, gdzie
wprawił mnie w obrót wprawnym ruchem, a później przyciągnął do siebie.
Miał pewne ruchy osoby o doskonałym wyczuciu rytmu i pewności siebie, a
przy tym pachniał zniewalająco. Nie był o wiele wyższy ode mnie, ale i
tak moje oczy mogły bezkarnie chłonąć widok jego klatki piersiowej
okrytej czarnym materiałem. Bujaliśmy się w ciszy, a Celine Dion coraz
mocniej wczuwała się w piosenkę, gdy Cody nabrał powietrza i w końcu się
odezwał:
- Znam Trevora od kilku lat. Przeżyliśmy razem nawet Warped Tour, a po czymś takim albo się kogoś kocha, albo nienawidzi. - zamilkł na dłuższą chwilę. - Nie rozumiem, co się z nim dzieje.
- A co się ma dziać? - uniosłam głowę.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Nasze zespoły są razem w europejskiej trasie koncertowej od dwóch miesięcy. Widzimy się codziennie. I nawet nie zająknął się słowem, że spotyka się z tobą. Ba! Nie wspomniał nawet, że z tobą pisze. Myślałem, że to z Crystal tak namiętnie wymienia wiadomości...
- Kto to jest Crystal? - zatrzymałam się, ale Carson pociągnął mnie dalej, aż do obrotu. Dopiero potem mi odpowiedział.
- Żona Wentwortha.
- Znam Trevora od kilku lat. Przeżyliśmy razem nawet Warped Tour, a po czymś takim albo się kogoś kocha, albo nienawidzi. - zamilkł na dłuższą chwilę. - Nie rozumiem, co się z nim dzieje.
- A co się ma dziać? - uniosłam głowę.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Nasze zespoły są razem w europejskiej trasie koncertowej od dwóch miesięcy. Widzimy się codziennie. I nawet nie zająknął się słowem, że spotyka się z tobą. Ba! Nie wspomniał nawet, że z tobą pisze. Myślałem, że to z Crystal tak namiętnie wymienia wiadomości...
- Kto to jest Crystal? - zatrzymałam się, ale Carson pociągnął mnie dalej, aż do obrotu. Dopiero potem mi odpowiedział.
- Żona Wentwortha.
Wybuchnęłam śmiechem. Dobre sobie, przecież Trevor ma 21 lat! Pokręciłam głową.
- Trevor nie ma nawet dziewczyny. Sam mi mówił!
- No dziewczyny nie ma. - przyznał. - Ma żonę.
Umilkłam. Intensywnie przywoływałam w myślach wymieniane wiadomości. Czy Trev kiedykolwiek wspominał o swoim życiu prywatnym...? Muzyka powoli ucichła, a Cody zatrzymał się.
- Chcesz zatańczyć jeszcze jeden taniec?
- Wolę już usiąść. - odparłam, więc wróciliśmy do naszego okrągłego stolika, do którego SIO dosiadało się w przerwach. Teraz jednak musieli wrócić na scenę. Carson posłał mi pełne smutku spojrzenie, a później skinął Ani głową. Poderwała się po chwili i pociągnęła Rafała, swojego partnera, za sobą. Zaczęłam bawić się widelcem, a Trevor nachylił się do mnie, obejmując moje plecy ramieniem.
- Cody nie jest aż tak złym tancerzem, żeby tak się smucić. - na moje uporczywe milczenie dodał: - Wyglądasz lepiej od niego, nie wierz w to, co mówi.
- W Crystal też mam nie wierzyć? - wypaliłam.
Jego zdziwienie wbiło go w krzesło.
- Crystal.- powtórzył cicho. I więcej się nie odezwał. - Trevor nie ma nawet dziewczyny. Sam mi mówił!
- No dziewczyny nie ma. - przyznał. - Ma żonę.
Umilkłam. Intensywnie przywoływałam w myślach wymieniane wiadomości. Czy Trev kiedykolwiek wspominał o swoim życiu prywatnym...? Muzyka powoli ucichła, a Cody zatrzymał się.
- Chcesz zatańczyć jeszcze jeden taniec?
- Wolę już usiąść. - odparłam, więc wróciliśmy do naszego okrągłego stolika, do którego SIO dosiadało się w przerwach. Teraz jednak musieli wrócić na scenę. Carson posłał mi pełne smutku spojrzenie, a później skinął Ani głową. Poderwała się po chwili i pociągnęła Rafała, swojego partnera, za sobą. Zaczęłam bawić się widelcem, a Trevor nachylił się do mnie, obejmując moje plecy ramieniem.
- Cody nie jest aż tak złym tancerzem, żeby tak się smucić. - na moje uporczywe milczenie dodał: - Wyglądasz lepiej od niego, nie wierz w to, co mówi.
- W Crystal też mam nie wierzyć? - wypaliłam.
Jego zdziwienie wbiło go w krzesło.
- Pójdziesz po ketchup? Ja wezmę jogurty. - zaproponowała Ania, przemilczawszy mój nagły autyzm. Skinęłam głową, nie patrząc nią. Nie zauważyłam więc jej spojrzenia, gdy odchodziłam w przeciwnym kierunku, przygryzając wargę i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Trevor nie chciał mi nic wyjaśnić, tylko zniknął. Pochyliłam się nad chłodnią, wyciągając dwa pudełka Guiseppe. Gdy się odwróciłam, napotkałam spojrzenie chłopaka, którego wcześniej wskazała mi Ania. Spuściłam wzrok i podeszłam do naszego wózka.
- Hm, Magda? Miałaś iść po ketchup, nie po mrożoną pizzę. - Ania wyrosła przede mną, racząc mnie wzrokiem pełnym dezaprobaty.
- Pizzą też nie pogardzisz. - stwierdziłam, wrzucając pudełko do wózka. A potem, co nieuniknione, zerknęłam na ekran telefonu.
- Musimy poważnie porozmawiać.
Wentworth nadal nie napisał. Postanowiłam ponaglić moje pytania. Zaczęłam wstukiwać literki, gdy telefon zniknął mi z rąk.
Wentworth nadal nie napisał. Postanowiłam ponaglić moje pytania. Zaczęłam wstukiwać literki, gdy telefon zniknął mi z rąk.
- Hej! Ja tu piszę!
- Widzę. A czy ty widzisz, że jesteś ze swoją jedyną obecnie przyjaciółką na pieprzonych zakupach?! - patrzyłam na nią z otwartymi ustami. Czy Ania właśnie powiedziała "pieprzonych"...? - Siadaj!
Pociągnęła mnie na zimne kafelki koło chłodni. Tak, właśnie siedziałyśmy obok siebie na podłodze w Biedronce, a Ania przymierzała się do pierwszej poważnej kłótni małżeńskiej w naszej przyjaźni.
- Magdaleno. - zaczęła. - Nie zasługujesz na to. Kiedy to ci się stało?
Uniosłam brwi.
- Co mi się stało?
- DLACZEGO TY NIE MOŻESZ SIĘ ZAKOCHAĆ W JAKIMŚ POLACZKU I BYĆ NORMALNĄ NASTOLATKĄ, CO?
- Może dlatego, że nie jestem zwykłą nastolatką? - uśmiechnęłam się niewinnie, po raz pierwszy od studniówki.
- Oh, daruj, twoje żarty już nie są śmieszne. - przygryzła wargę. - No dobra, od jakiegoś czasu znowu są. -wyglądała, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. W końcu zdecydowała się na ten temat. - Okej. Opowiedz mi coś o tym Trevorze. Skąd on się w ogóle wziął?
- No wiesz, pewna pani i pewien pan bardzo się kochali... - wspinałam się na wyżyny dobrego humoru.
- Miko! - szybko ukryła uśmiech. - Pytam poważnie.
- Musimy o tym rozmawiać na płytkach w Biedronce?
Wstała i znów pociągnęła mnie za sobą, pozostawiając wózek samotnym na środku sklepu.
- Ale tam było mleko czekoladowe...- rzuciłam, mając nadzieję, że Raine jednak odpuści.
- Ale sojowe. Jestem na nie uczulona.
- Nie można być uczulonym na mleko sojowe.
- Na mięso też nie, a nie jesz. - odparowała, ale zawróciła. - Tylko nie myśl, że ci odpuszczę. Ja tego tak nie zostawię.
Ochroniarz patrzył na nas podejrzliwie. Ale nie tak podejrzliwie, jak ja patrzyłam na Anię.
-----------------------------------------------------------------------
Gdy Ania wyciągnęła ze mnie wszystkie interesujące ją informacje, zostawiła mnie w pokoju dziennym na kanapie i poszła do siebie bez udzielenia wyjaśnień. Odwróciłam się za nią, ale gestem nakazała mi zostać na miejscu. Wykorzystałam więc okazję i ponownie zerknęłam na wyświetlacz telefonu, po raz kolejny przeżywając rozczarowanie. Ehh. Kiedy ja tak obsesyjnie o jakimś facecie? Przecież ja nawet zerwałam z Ashtonem dla Trevora! Przemyślenia przerwał mi głośny huk, aż podskoczyłam.
- Nie możesz się materializować ciszej, tylko zawsze z przytupem?! - wrzasnęłam na nią, patrząc na książki od matematyki. - A co to niby jest?
- Nie mogę. To są książki od matmy. Książki, poznajcie Magdę. Magda, to są Książki. Rusz dupę i ucz się.
- Coś często mówisz do mnie ostatnio: "Rusz dupę". - mruknęłam ze złością.
- Jak nic nie robisz, to jakoś cię muszę zmotywować.
- Nie musisz być taką wredną jędzą.
- "Wredną jędzą"? Jezu, Miko, ja już nawet nad twoim charakterem muszę pracować?
Naburmuszona, sięgnęłam po książki i niechętnie je do siebie przyciągnęłam.
- A jak ładnie napiszesz jutrzejszy egzamin, to będę mieć dla ciebie niespodziankę.
- Nie motywujesz pięciolatki, Anno.
- No tak. Ale osiemnastolatki też ostatnio nie przypominasz, prawda?
Nie rozumiem, za co ona mnie tak dissuje. Chwilę jej się przyglądałam. Czy ja kiedyś nie zachowywałam się identycznie...? A jeśli tak... to gdzie się podziała tamta "Ja"? I czy za nią tęsknię...?
- Widzę. A czy ty widzisz, że jesteś ze swoją jedyną obecnie przyjaciółką na pieprzonych zakupach?! - patrzyłam na nią z otwartymi ustami. Czy Ania właśnie powiedziała "pieprzonych"...? - Siadaj!
Pociągnęła mnie na zimne kafelki koło chłodni. Tak, właśnie siedziałyśmy obok siebie na podłodze w Biedronce, a Ania przymierzała się do pierwszej poważnej kłótni małżeńskiej w naszej przyjaźni.
- Magdaleno. - zaczęła. - Nie zasługujesz na to. Kiedy to ci się stało?
Uniosłam brwi.
- Co mi się stało?
- DLACZEGO TY NIE MOŻESZ SIĘ ZAKOCHAĆ W JAKIMŚ POLACZKU I BYĆ NORMALNĄ NASTOLATKĄ, CO?
- Może dlatego, że nie jestem zwykłą nastolatką? - uśmiechnęłam się niewinnie, po raz pierwszy od studniówki.
- Oh, daruj, twoje żarty już nie są śmieszne. - przygryzła wargę. - No dobra, od jakiegoś czasu znowu są. -wyglądała, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. W końcu zdecydowała się na ten temat. - Okej. Opowiedz mi coś o tym Trevorze. Skąd on się w ogóle wziął?
- No wiesz, pewna pani i pewien pan bardzo się kochali... - wspinałam się na wyżyny dobrego humoru.
- Miko! - szybko ukryła uśmiech. - Pytam poważnie.
- Musimy o tym rozmawiać na płytkach w Biedronce?
Wstała i znów pociągnęła mnie za sobą, pozostawiając wózek samotnym na środku sklepu.
- Ale tam było mleko czekoladowe...- rzuciłam, mając nadzieję, że Raine jednak odpuści.
- Ale sojowe. Jestem na nie uczulona.
- Nie można być uczulonym na mleko sojowe.
- Na mięso też nie, a nie jesz. - odparowała, ale zawróciła. - Tylko nie myśl, że ci odpuszczę. Ja tego tak nie zostawię.
Ochroniarz patrzył na nas podejrzliwie. Ale nie tak podejrzliwie, jak ja patrzyłam na Anię.
-----------------------------------------------------------------------
Gdy Ania wyciągnęła ze mnie wszystkie interesujące ją informacje, zostawiła mnie w pokoju dziennym na kanapie i poszła do siebie bez udzielenia wyjaśnień. Odwróciłam się za nią, ale gestem nakazała mi zostać na miejscu. Wykorzystałam więc okazję i ponownie zerknęłam na wyświetlacz telefonu, po raz kolejny przeżywając rozczarowanie. Ehh. Kiedy ja tak obsesyjnie o jakimś facecie? Przecież ja nawet zerwałam z Ashtonem dla Trevora! Przemyślenia przerwał mi głośny huk, aż podskoczyłam.
- Nie możesz się materializować ciszej, tylko zawsze z przytupem?! - wrzasnęłam na nią, patrząc na książki od matematyki. - A co to niby jest?
- Nie mogę. To są książki od matmy. Książki, poznajcie Magdę. Magda, to są Książki. Rusz dupę i ucz się.
- Coś często mówisz do mnie ostatnio: "Rusz dupę". - mruknęłam ze złością.
- Jak nic nie robisz, to jakoś cię muszę zmotywować.
- Nie musisz być taką wredną jędzą.
- "Wredną jędzą"? Jezu, Miko, ja już nawet nad twoim charakterem muszę pracować?
Naburmuszona, sięgnęłam po książki i niechętnie je do siebie przyciągnęłam.
- A jak ładnie napiszesz jutrzejszy egzamin, to będę mieć dla ciebie niespodziankę.
- Nie motywujesz pięciolatki, Anno.
- No tak. Ale osiemnastolatki też ostatnio nie przypominasz, prawda?
Nie rozumiem, za co ona mnie tak dissuje. Chwilę jej się przyglądałam. Czy ja kiedyś nie zachowywałam się identycznie...? A jeśli tak... to gdzie się podziała tamta "Ja"? I czy za nią tęsknię...?
poniedziałek, 15 lutego 2016
Rozdział II
muzyka.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a nad miastem lekko zapadał zmrok. Gdzieś usłyszałam, że ta godzina nazywana jest "niebieską" - ale niestety nie w wielkich miastach. Nawet tych wielkości Katowic. Tutaj wszystko spowite było żółtym światłem latarni i kolorowymi lampami samochodów.
Szłam z rękoma w kieszeniach, błagając w duchu jakieś nadnaturalne moce, by wiatr nie zepchnął mi z głowy czapki i przestał mnie oślepiać, wpychając mi śnieg w oczy. Zastanawiałam się, jak, u licha, w taką pogodę mam wbić się w sukienkę i szpilki już w najbliższą sobotę. Właśnie w sprawach studniówki zmierzałam teraz, o zmroku, w kierunku Silesia City Center, gdzie miałam spotkać się z Cody'm Carsonem i Maxem Danzigerem, członkami Set It Off - zespołu, który będzie dbał o dobrą muzykę na studniówce. Jako jedna z organizatorów mogłam zająć się wyborem muzyki i zespołu. Wszyscy uważali, że stać nas tylko na lokalne zespoliki lub bandy coverujące polskich muzyków, ale nie wyobrażałam sobie spędzić studniówki przy dźwiękach "Jesteś szalona". Zaprosiłam więc jeden ze stosunkowo młodych zespołów, który zdążyłam poznać przed moją wielką ucieczką.
Gęsty śnieg tłumił wszystkie dźwięki i przywoływał niechciane wspomnienia minionego sylwestra, gdy zaskoczył nas miękki puch w angielskiej aurze. Ściszyłam muzykę o jeden lub dwa tony, gdy zbliżyłam się do skrzyżowania. Obserwując przejeżdżające samochody pomyślałam, że warto by skończyć robić prawo jazdy i kupić sobie samochód, by wygodnie wozić swoje 4 litery.
Zielone. Przeszłam przez przejście dla pieszych, nucąc pod nosem piosenkę Sevenfoldów. Zauważyłam grupę ludzi śpieszących na dworzec kolejowy z wózkiem pełnym bagażów i przypomniałam sobie, jak kiedyś Matt Nicholls okręcił się stretch folią. Dawno temu, daleko stąd, w innym świecie. Przed oczami przewinął mi się leniwy uśmiech perkusisty, zaskoczone spojrzenie Olivera, gdy strażnicy zignorowali go na lotnisku, czerwony nos Stokesy'ego. Zaśmiałam się pod nosem, ściągając na siebie spojrzenia pełne zgorzknienia i niezrozumienia.
Szłam raźno, nie przejmując się otoczeniem. Wyleczyłam się już z Thomasa Sykesa, z Bring Me the Horizon. Już nie tęskniłam. Nie płakałam za nimi po nocach. Nie miałam problemów z rozmową o nich, chociaż i tak tego unikałam. Ale nie unikałam tego z sentymentu... a ze strachu. Byłam przerażona każdym telefonem z nieznanego numeru, byłam przerażona każdym nowym facetem, który mnie zaczepiał, byłam przerażona cieniem na klatce schodowej, byłam przerażona nową wersją Ani. Bałam się chodzić sama po zmroku, bałam się głośno słuchać muzyki, bałam się nowości. Wolałam kurczowo trzymać się mojego świata - szkoła, praca, dom, matura, nauka, porządki.
No i Trevor. Jedyny wyjątek w moim zwyczajnym otoczeniu. Nadal nie rozumiałam, dlaczego wpuściłam go do swojej bezpiecznej enklawy, choć z trudem zmieściła się tam Ania i Tomek. Nie ufałam nikomu i niczemu, oprócz tych dwojga, ale miesiące wymienianych maili spowodowały, że zaufałam mężczyźnie, którego nigdy w życiu nie widziałam. No i idę z nim na studniówkę.
Podeszłam do bankomatu przed wejściem do Silesii i wyciągnęłam portfel, szukając w nim karty. Od czasu ucieczki z gali APMA's w Cleveland niemal nałogowo zmieniałam karty płatnicze, a mimo to i tak wypłacałam pieniądze, zamiast trzymać je na koncie. Bałam się, że zbyt łatwo można mnie zlokalizować, dlatego też nigdy nie wypłacałam ich w pobliżu domu. Chociaż miałam totalnego bzika na punkcie zabezpieczeń, Ania zmusiła mnie do pozostania w starym mieszkaniu. Tylko zamontowałyśmy alarm i chyba z 10 zamków.
Wypłaciłam pięćset złotych, naiwnie licząc, że tyle wystarczy mi na najbliższe wydatki. Miałam na tyle dobry humor, że lekki uśmiech pojawił mi się na ustach, gdy, coraz głośniej nucąc piosenkę, schowałam portfel i odwróciłam się.
Poczułam uderzenie i nagle zostałam unieruchomiona między bankomatem a wysokim mężczyzną.
- Tęskniłaś za dreszczykiem emocji, mała?
Czułam, jak z moich warg znika uśmiech i zastępuje je grymas przerażenia, oczy zmieniają się w spodki, ciało drętwieje. Mężczyzna nachylił się ku mnie, jego oddech łaskotał mój policzek.
- On cię obserwuje. On wie, gdzie jesteś. On wie o tobie wszystko. Nie uciekniesz, Miko. On znajdzie cię wszędzie.
Próbowałam spojrzeć mu w oczy, zerknąć pod kaptur, cokolwiek. Ale był sprytny. Przygniatał mnie swoim ciałem i mogłam się założyć, że z zewnątrz wyglądało to na nagły atak namiętności przypadkowej pary. Mógłby mnie teraz zabić i nikt nie zwróciłby na to uwagi.
- Taka młoda, taka piękna... Myślę, że gdy On już z tobą skończy, pozwoli mi na trochę zabawy. Ostatecznie ileż można cię gonić za pieniądze?
- Kim jesteś? - zdołałam wydusić przez ściśnięte ze strachu gardło. Postać zaśmiała się cicho.
- Wkrótce się dowiesz.
W końcu mnie puścił i tak po prostu odszedł, wtopił się w tłum. Rozejrzałam się bezradnie dookoła, właśnie teraz szukając choć jednego pytającego spojrzenia. Ale nikt nie patrzył, nagle wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Poprawiłam na sobie kurtkę i pociągnęłam nosem. Uświadomiłam sobie, że całą twarz miałam zalaną łzami. Wiedziałam, że nie powinnam była sama wychodzić z domu.Czy wspominałam już, że nienawidzę piosenek Avenged Sevenfold, bo to przy nich dzieje mi się coś złego?
Totalnie rozkojarzona, ale już bez łez, dotarłam do umówionego miejsca przy McDonaldzie. Nie wątpiłam, że panowie będą się wyróżniać, ale najpierw musiałam ich wypatrzyć w tłumie. Myślałby kto, żeby w czwartek wieczorem wszyscy lgnęli do galerii.
W końcu ich zobaczyłam. Siedzieli naprzeciw siebie, popijając colę. Max coś powiedział, obejmując szczupłymi palcami duży kubek i Cody uśmiechnął się. Z daleka było widać, że są najlepszymi przyjaciółmi. Głęboko odetchnęłam i przybrałam na twarz uśmiech, kierując się w ich stronę.
- Mogę się przysiąść? - podeszłam do ich stolika.
- No nie jestem pewien, czekamy już na jedną dziewczynę... - zaczął Max, ale Cody się nie roześmiał. Natychmiast wstał.
- Laseczka, może i znam cię krótko, ale widzę, gdy coś jest nie tak.
- Może długo nie mogła nas znaleźć...
- Oh, zamknij się, Maxsio. Maddie, co się stało? - przytulił mnie na powitanie i odsunął krzesło, bym usiadła. Ściągnęłam kurtkę i zajęłam miejsce.
- Spotkałam przeznaczenie. - odparłam, a Max uniósł brew.
- Mówiłem. Niezaprzeczalnie chodzi o nas.
Ehh. Dlaczego muzycy, a zwłaszcza perkusiści są tak trudni w obejściu?
------------------------------------------------------------------------------------
- Już tu jest. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Ania już miała mnie zawetować, gdy przez tłum przeszedł szmer. Byłam pewna, że osoba, która robiła takie wrażenie - a było to widać po zakochanych spojrzeniach dziewcząt i zazdrosnych chłopców, śledzących jego postać - musiała być moim tajemniczym towarzyszem.
Obie zobaczyłyśmy najbardziej męskiego muzyka młodego pokolenia, jaki istnieje. Pomimo najzupełniej obcego otoczenia, szedł lekkim, leniwym krokiem, patrząc przed siebie. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur i muszkę; brązowe włosy w lekkim nieładzie nadawały mu zawadiacki wygląd. Jego spojrzenie przesuwało się po licealistkach odzianych w wydekoltowane suknie... i nie zatrzymywało się tam.
Był tak wyluzowany, że brakowało mu tylko drinka z parasolką i klapek na nogach.
- Widzisz to co ja? - wykrztusiła Ania. - Ciekawe, która szczęściara śmiała przyprowadzić lepszego faceta niż my dwie.
- Taa... - mruknęłam niezobowiązująco.
- Dałabym wszystko, żeby zobaczyć, jaki ma tyłek! Spójrz na te mięśnie. Widzisz, jak się rysują? On ma tatuaże!
- Uhm. - znów mruknęłam, czując, jak wzbiera we mnie triumf. Ha, Raine, zgadnij, kto wygrał tę rundę?!
Trevor nadal szedł przez tłum niczym Mojżesz przez Morze Czerwone (sic!). Uczniowie rozstępowali się przed nim, rzucając za nim spojrzenia - dziewczęta rozanielone, chłopcy zazdrosne. Czas się niemal zatrzymał, jakby ktoś włączył slow motion. Tylko Cody w tle śpiewał: "Fee-fi-fo-fum, you better run and hide", a Ania cały czas paplała mi coś do ucha, co było zupełnie do niej nie podobne. Maturzystki poprawiały fryzury z minami mówiącymi: "Błagam, spójrz na mnie!", gdy chłopak - nie, mężczyzna - stanął dokładnie przede mną z rękoma w kieszeniach.
- Cześć.- rzucił głębokim głosem.
- Hej. - uśmiechnęłam się prowokująco.
- Świetna przemowa. Od razu wiedziałem, że to ty.
- Dzięki. Nikt mi tego dotąd nie powiedział.
- Od rozpoczęcia nikt nie powiedział tu nic sensownego. Nawet teraz prowadzimy najinteligentniejszą rozmowę na sali.
- Zdałeś. Możesz spędzić ten wieczór przy mnie.
Coś w jego niebieskich oczach błysnęło niezdrowo. A może sobie wmawiałam.
- Jestem Trevor.
- Wiem. Jestem Maddie.
- Cody nie będzie zazdrosny?
- Chyba sobie jakoś poradzi.
Tłum wypuścił powietrze i powoli wracał do siebie. Musieli się pogodzić z faktem, że miejsce króla i królowej balu jest już zajęte. Z niechęcią odwracali spojrzenia, gdy Set It Off nabierało rozpędu przy kolejnej piosence. Ledwo zarejestrowałam pełen troski wzrok Cody'ego ze sceny i spojrzenie Ani, które z nim wymieniła. Trevor pociągnął mnie w kierunku baru.
- Na dobry początek? - uśmiechnął się jak wilk. Wpatrywałam się w niego jak zauroczona. Zupełnie nie przypominał mrocznej przeszłości z Bring Me the Horizon. To był nowy start. Mój nowy świat bez widma Sykesa.
Bo przecież za naiwność się nie karze.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a nad miastem lekko zapadał zmrok. Gdzieś usłyszałam, że ta godzina nazywana jest "niebieską" - ale niestety nie w wielkich miastach. Nawet tych wielkości Katowic. Tutaj wszystko spowite było żółtym światłem latarni i kolorowymi lampami samochodów.
Szłam z rękoma w kieszeniach, błagając w duchu jakieś nadnaturalne moce, by wiatr nie zepchnął mi z głowy czapki i przestał mnie oślepiać, wpychając mi śnieg w oczy. Zastanawiałam się, jak, u licha, w taką pogodę mam wbić się w sukienkę i szpilki już w najbliższą sobotę. Właśnie w sprawach studniówki zmierzałam teraz, o zmroku, w kierunku Silesia City Center, gdzie miałam spotkać się z Cody'm Carsonem i Maxem Danzigerem, członkami Set It Off - zespołu, który będzie dbał o dobrą muzykę na studniówce. Jako jedna z organizatorów mogłam zająć się wyborem muzyki i zespołu. Wszyscy uważali, że stać nas tylko na lokalne zespoliki lub bandy coverujące polskich muzyków, ale nie wyobrażałam sobie spędzić studniówki przy dźwiękach "Jesteś szalona". Zaprosiłam więc jeden ze stosunkowo młodych zespołów, który zdążyłam poznać przed moją wielką ucieczką.
Gęsty śnieg tłumił wszystkie dźwięki i przywoływał niechciane wspomnienia minionego sylwestra, gdy zaskoczył nas miękki puch w angielskiej aurze. Ściszyłam muzykę o jeden lub dwa tony, gdy zbliżyłam się do skrzyżowania. Obserwując przejeżdżające samochody pomyślałam, że warto by skończyć robić prawo jazdy i kupić sobie samochód, by wygodnie wozić swoje 4 litery.
Zielone. Przeszłam przez przejście dla pieszych, nucąc pod nosem piosenkę Sevenfoldów. Zauważyłam grupę ludzi śpieszących na dworzec kolejowy z wózkiem pełnym bagażów i przypomniałam sobie, jak kiedyś Matt Nicholls okręcił się stretch folią. Dawno temu, daleko stąd, w innym świecie. Przed oczami przewinął mi się leniwy uśmiech perkusisty, zaskoczone spojrzenie Olivera, gdy strażnicy zignorowali go na lotnisku, czerwony nos Stokesy'ego. Zaśmiałam się pod nosem, ściągając na siebie spojrzenia pełne zgorzknienia i niezrozumienia.
Szłam raźno, nie przejmując się otoczeniem. Wyleczyłam się już z Thomasa Sykesa, z Bring Me the Horizon. Już nie tęskniłam. Nie płakałam za nimi po nocach. Nie miałam problemów z rozmową o nich, chociaż i tak tego unikałam. Ale nie unikałam tego z sentymentu... a ze strachu. Byłam przerażona każdym telefonem z nieznanego numeru, byłam przerażona każdym nowym facetem, który mnie zaczepiał, byłam przerażona cieniem na klatce schodowej, byłam przerażona nową wersją Ani. Bałam się chodzić sama po zmroku, bałam się głośno słuchać muzyki, bałam się nowości. Wolałam kurczowo trzymać się mojego świata - szkoła, praca, dom, matura, nauka, porządki.
No i Trevor. Jedyny wyjątek w moim zwyczajnym otoczeniu. Nadal nie rozumiałam, dlaczego wpuściłam go do swojej bezpiecznej enklawy, choć z trudem zmieściła się tam Ania i Tomek. Nie ufałam nikomu i niczemu, oprócz tych dwojga, ale miesiące wymienianych maili spowodowały, że zaufałam mężczyźnie, którego nigdy w życiu nie widziałam. No i idę z nim na studniówkę.
Podeszłam do bankomatu przed wejściem do Silesii i wyciągnęłam portfel, szukając w nim karty. Od czasu ucieczki z gali APMA's w Cleveland niemal nałogowo zmieniałam karty płatnicze, a mimo to i tak wypłacałam pieniądze, zamiast trzymać je na koncie. Bałam się, że zbyt łatwo można mnie zlokalizować, dlatego też nigdy nie wypłacałam ich w pobliżu domu. Chociaż miałam totalnego bzika na punkcie zabezpieczeń, Ania zmusiła mnie do pozostania w starym mieszkaniu. Tylko zamontowałyśmy alarm i chyba z 10 zamków.
Wypłaciłam pięćset złotych, naiwnie licząc, że tyle wystarczy mi na najbliższe wydatki. Miałam na tyle dobry humor, że lekki uśmiech pojawił mi się na ustach, gdy, coraz głośniej nucąc piosenkę, schowałam portfel i odwróciłam się.
Poczułam uderzenie i nagle zostałam unieruchomiona między bankomatem a wysokim mężczyzną.
- Tęskniłaś za dreszczykiem emocji, mała?
Czułam, jak z moich warg znika uśmiech i zastępuje je grymas przerażenia, oczy zmieniają się w spodki, ciało drętwieje. Mężczyzna nachylił się ku mnie, jego oddech łaskotał mój policzek.
- On cię obserwuje. On wie, gdzie jesteś. On wie o tobie wszystko. Nie uciekniesz, Miko. On znajdzie cię wszędzie.
Próbowałam spojrzeć mu w oczy, zerknąć pod kaptur, cokolwiek. Ale był sprytny. Przygniatał mnie swoim ciałem i mogłam się założyć, że z zewnątrz wyglądało to na nagły atak namiętności przypadkowej pary. Mógłby mnie teraz zabić i nikt nie zwróciłby na to uwagi.
- Taka młoda, taka piękna... Myślę, że gdy On już z tobą skończy, pozwoli mi na trochę zabawy. Ostatecznie ileż można cię gonić za pieniądze?
- Kim jesteś? - zdołałam wydusić przez ściśnięte ze strachu gardło. Postać zaśmiała się cicho.
- Wkrótce się dowiesz.
W końcu mnie puścił i tak po prostu odszedł, wtopił się w tłum. Rozejrzałam się bezradnie dookoła, właśnie teraz szukając choć jednego pytającego spojrzenia. Ale nikt nie patrzył, nagle wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Poprawiłam na sobie kurtkę i pociągnęłam nosem. Uświadomiłam sobie, że całą twarz miałam zalaną łzami. Wiedziałam, że nie powinnam była sama wychodzić z domu.Czy wspominałam już, że nienawidzę piosenek Avenged Sevenfold, bo to przy nich dzieje mi się coś złego?
Totalnie rozkojarzona, ale już bez łez, dotarłam do umówionego miejsca przy McDonaldzie. Nie wątpiłam, że panowie będą się wyróżniać, ale najpierw musiałam ich wypatrzyć w tłumie. Myślałby kto, żeby w czwartek wieczorem wszyscy lgnęli do galerii.
W końcu ich zobaczyłam. Siedzieli naprzeciw siebie, popijając colę. Max coś powiedział, obejmując szczupłymi palcami duży kubek i Cody uśmiechnął się. Z daleka było widać, że są najlepszymi przyjaciółmi. Głęboko odetchnęłam i przybrałam na twarz uśmiech, kierując się w ich stronę.
- Mogę się przysiąść? - podeszłam do ich stolika.
- No nie jestem pewien, czekamy już na jedną dziewczynę... - zaczął Max, ale Cody się nie roześmiał. Natychmiast wstał.
- Laseczka, może i znam cię krótko, ale widzę, gdy coś jest nie tak.
- Może długo nie mogła nas znaleźć...
- Oh, zamknij się, Maxsio. Maddie, co się stało? - przytulił mnie na powitanie i odsunął krzesło, bym usiadła. Ściągnęłam kurtkę i zajęłam miejsce.
- Spotkałam przeznaczenie. - odparłam, a Max uniósł brew.
- Mówiłem. Niezaprzeczalnie chodzi o nas.
Ehh. Dlaczego muzycy, a zwłaszcza perkusiści są tak trudni w obejściu?
------------------------------------------------------------------------------------
Lekko nachyliłam się do Ani. Powoli pociły mi się dłonie, a kolana drżały w wysokich szpilkach.
- Przypomnij, dlaczego to ja muszę przemawiać na tym beznadziejnym wydarzeniu, który jest sensem życia połowy obecnych tu maturzystek?
- Bo jesteś przewodniczącą szkoły. - odparła Ania zgodnie z prawdą. Spojrzałam na nią z namysłem.
- Mogłaś mi powiedzieć wszystko. "Bo jesteś ładna, zabawna, inteligentna, charyzmatyczna i świetnie przemawiasz." Ale nie, ty wyskakujesz z "bo jesteś przewodniczącą szkoły".
- Niech ten twój Trevor rzuca ci takie oklepane komplementy. Ja nie zamierzam cię podrywać.
- Czasem zastanawiam się, dlaczego się z tobą przyjaźnię.
- Bo tylko ja sprowadzam cię do pionu i nie zachwycam się twoją osobą do porzygu.
- Ranisz mnie, wiesz?
- Zamknij się i idź przemawiać.
- Dzięki, że tak mnie wspierasz, przyjaciółko.
- Jak chcesz jeść ciasteczka i oglądać komedie romantyczne w przesłodkich piżamkach, to źle trafiłaś. - uśmiechnęła się. - No idź już!
Ruszyłam w stronę podwyższenia, na którym stał pojedynczy mikrofon i zestaw perkusyjny z podwójnym trójkątem na bębnie. Cała trema mnie opuściła, pomimo spojrzeń 180 uczniów ostatniej klasy Zawadzkiego, ich partnerów i partnerek oraz wzruszonych rodziców. Nie musiałam prosić o uwagę, ona już była skierowana na mnie. Nie tylko dzięki mojej pozycji, dodam skromnie.
- Cześć! - zaczęłam z rozbrajającym uśmiechem. - Wszyscy wiemy, po co tu jesteśmy. Wmawia nam się, że to ostatnia szansa, żeby się pobawić przed maturą, ale zdradzę wam sekret. Do maja mamy jeszcze kilka miesięcy, w ciągu których zaliczymy niejedną imprezę. Nie stresujcie się, że nie zapamiętacie akurat tej. To nie zdarzy wam się pierwszy ani ostatni raz. Nie wierzcie też nikomu, że jesteście tu dzięki waszym rodzicom, nauczycielom, chłopakom i dziewczynom. Jesteście tu dzięki sobie. Dzięki temu, co chcecie osiągnąć. I pamiętajcie. Ostatnią rzeczą, do której ktoś nas może zmusić, jest ten polonez. Miejmy to z głowy, co?
Zeszłam z podium odprowadzana burzą braw. Przez najbliższe pół godziny kolejne maturzystki będą w stresie powtarzać kroki i/lub makijaż, a matrony wyczekiwać na swoje ukochane dzieci, by zapełnić karty SD ich podobiznami.
Podszedł do mnie partner Ani, która stanowczo odmówiła uczestnictwa w tym tradycyjnym elemencie studniówek i razem rozpoczęliśmy uroczystość. Wykonując te wszystkie skomplikowane figury, których nie pamiętałam, rozglądałam się za Trevorem. Nie miałam pojęcia, jak on wyglądał, a sala balowa była wypełniona obcymi chłopakami towarzyszącymi przepięknie ubranym dziewczętom. To nie nastrajało mnie pozytywnie.
Co jakiś czas widziałam Anię z kpiącym uśmiechem na ustach. Śmiała się ze mnie, że dałam się wrobić w tańczenie tego głupiego tańca. Jednak nawet ta kpina nie mogła ukryć tego, że dziewczyna wyglądała przepięknie w chabrowej sukience ze złotym zdobieniem, czarnych szpilkach, z luźno rozpuszczonymi włosami. Podejrzewałam, że moja przyjaciółka nadal utrzymywała sekretny kontakt z Tess, naszą dawną charakteryzatorką. Ostatecznie Ania zerwała tylko z Nichollsem, a nie z całym bagażem możliwości, które ja niezbyt skutecznie próbowałam od siebie odciąć.
Gdy muzyka w końcu ucichła, mogłam zejść na bok, gdzie Ania bezkarnie ze mnie szydziła. Pomyślałam, że zdecydowanie nie podoba mi się ta głośna wersja Raine. Już miałam od niej odejść pod byle pretekstem, gdy podszedł do mnie wysoki blondyn. Jak wszyscy tutaj, był ubrany elegancko, a jego widok w czarnej koszulce i idealnie skrojonej szarej marynarce z podwiniętymi rękawami zwalał z nóg.
- Maddie. - Cody Carson zaczął niemal z wyrzutem. - Nie mówiłaś mi, że Our Last Night gra z nami.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Cody - zmarszczyłam brwi, odwracając się do niego. - Set It Off są jedyną kapelą obecną tu dzisiaj. Rozmawialiśmy o tym ostatnio.
- Widziałem Trevora. - oświadczył zdecydowanie. - Uwielbiam go, ale proszę cię, widuję go codziennie od dwóch miesięcy. Wystarczyło wspomnieć, że gramy razem, a nie zrobiło tego żadne z was. Ubrałbym się chociaż inaczej, żeby nam się stroje nie gryzły.
- Przypomnij, dlaczego to ja muszę przemawiać na tym beznadziejnym wydarzeniu, który jest sensem życia połowy obecnych tu maturzystek?
- Bo jesteś przewodniczącą szkoły. - odparła Ania zgodnie z prawdą. Spojrzałam na nią z namysłem.
- Mogłaś mi powiedzieć wszystko. "Bo jesteś ładna, zabawna, inteligentna, charyzmatyczna i świetnie przemawiasz." Ale nie, ty wyskakujesz z "bo jesteś przewodniczącą szkoły".
- Niech ten twój Trevor rzuca ci takie oklepane komplementy. Ja nie zamierzam cię podrywać.
- Czasem zastanawiam się, dlaczego się z tobą przyjaźnię.
- Bo tylko ja sprowadzam cię do pionu i nie zachwycam się twoją osobą do porzygu.
- Ranisz mnie, wiesz?
- Zamknij się i idź przemawiać.
- Dzięki, że tak mnie wspierasz, przyjaciółko.
- Jak chcesz jeść ciasteczka i oglądać komedie romantyczne w przesłodkich piżamkach, to źle trafiłaś. - uśmiechnęła się. - No idź już!
Ruszyłam w stronę podwyższenia, na którym stał pojedynczy mikrofon i zestaw perkusyjny z podwójnym trójkątem na bębnie. Cała trema mnie opuściła, pomimo spojrzeń 180 uczniów ostatniej klasy Zawadzkiego, ich partnerów i partnerek oraz wzruszonych rodziców. Nie musiałam prosić o uwagę, ona już była skierowana na mnie. Nie tylko dzięki mojej pozycji, dodam skromnie.
- Cześć! - zaczęłam z rozbrajającym uśmiechem. - Wszyscy wiemy, po co tu jesteśmy. Wmawia nam się, że to ostatnia szansa, żeby się pobawić przed maturą, ale zdradzę wam sekret. Do maja mamy jeszcze kilka miesięcy, w ciągu których zaliczymy niejedną imprezę. Nie stresujcie się, że nie zapamiętacie akurat tej. To nie zdarzy wam się pierwszy ani ostatni raz. Nie wierzcie też nikomu, że jesteście tu dzięki waszym rodzicom, nauczycielom, chłopakom i dziewczynom. Jesteście tu dzięki sobie. Dzięki temu, co chcecie osiągnąć. I pamiętajcie. Ostatnią rzeczą, do której ktoś nas może zmusić, jest ten polonez. Miejmy to z głowy, co?
Zeszłam z podium odprowadzana burzą braw. Przez najbliższe pół godziny kolejne maturzystki będą w stresie powtarzać kroki i/lub makijaż, a matrony wyczekiwać na swoje ukochane dzieci, by zapełnić karty SD ich podobiznami.
Podszedł do mnie partner Ani, która stanowczo odmówiła uczestnictwa w tym tradycyjnym elemencie studniówek i razem rozpoczęliśmy uroczystość. Wykonując te wszystkie skomplikowane figury, których nie pamiętałam, rozglądałam się za Trevorem. Nie miałam pojęcia, jak on wyglądał, a sala balowa była wypełniona obcymi chłopakami towarzyszącymi przepięknie ubranym dziewczętom. To nie nastrajało mnie pozytywnie.
Co jakiś czas widziałam Anię z kpiącym uśmiechem na ustach. Śmiała się ze mnie, że dałam się wrobić w tańczenie tego głupiego tańca. Jednak nawet ta kpina nie mogła ukryć tego, że dziewczyna wyglądała przepięknie w chabrowej sukience ze złotym zdobieniem, czarnych szpilkach, z luźno rozpuszczonymi włosami. Podejrzewałam, że moja przyjaciółka nadal utrzymywała sekretny kontakt z Tess, naszą dawną charakteryzatorką. Ostatecznie Ania zerwała tylko z Nichollsem, a nie z całym bagażem możliwości, które ja niezbyt skutecznie próbowałam od siebie odciąć.
Gdy muzyka w końcu ucichła, mogłam zejść na bok, gdzie Ania bezkarnie ze mnie szydziła. Pomyślałam, że zdecydowanie nie podoba mi się ta głośna wersja Raine. Już miałam od niej odejść pod byle pretekstem, gdy podszedł do mnie wysoki blondyn. Jak wszyscy tutaj, był ubrany elegancko, a jego widok w czarnej koszulce i idealnie skrojonej szarej marynarce z podwiniętymi rękawami zwalał z nóg.
- Maddie. - Cody Carson zaczął niemal z wyrzutem. - Nie mówiłaś mi, że Our Last Night gra z nami.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Cody - zmarszczyłam brwi, odwracając się do niego. - Set It Off są jedyną kapelą obecną tu dzisiaj. Rozmawialiśmy o tym ostatnio.
- Widziałem Trevora. - oświadczył zdecydowanie. - Uwielbiam go, ale proszę cię, widuję go codziennie od dwóch miesięcy. Wystarczyło wspomnieć, że gramy razem, a nie zrobiło tego żadne z was. Ubrałbym się chociaż inaczej, żeby nam się stroje nie gryzły.
-
Co ma Trevor do Our Last Night? I do ciebie? - nagle miałam wrażenie,
że w ogóle nie znam angielskiego, albo że Cody mówi jakimś szyfrem.
- Zaraz, zaraz. Znasz Wentwortha, ale nie wiesz, że gra w OLN? - teraz to Carson był zdziwiony. - Przecież jesteśmy na wspólnej trasie koncertowej. Dlatego jestem w ogóle w Polsce.
- Cody, nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Kto to jest Wentworth i co on ma wspólnego z Trevorem i tym zespołem? - niestety nie dowiedziałam się tego, bo tańce się skończyły i znów musiałam wyjść na scenę. - Porozmawiamy na przerwie, okej?
Poklepałam go po ramieniu i szybkim krokiem dotarłam do mównicy, a chłopak podążał za mną bez słowa. Nazwy mieszały mi się w głowie. Od jakiegoś czasu zaczęłam słuchać tego rzekomo post hardcorowego zespołu i na pewno powiązałabym głos wokalisty z głosem Trevora. Nawet jeśli nigdy nie słyszałam tego drugiego. No i chyba moi klienci powiedzieliby mi, że Our Last Night gra w Polsce. Ostatecznie wszyscy mają teraz jakąś manię na ich punkcie.
- Gratulujemy rodzicom ukończenia kursu paparazzi, dziękujemy pani Marioli za sprawną obsługę magnetofonu i już za chwilę żegnamy wszystkich. Nadszedł czas na tę przyjemniejszą część studniówki, prawie bez kontroli. Panie i panowie, przed wami... Set It Off!
Cody stanął obok mnie na scenie i szeroko się uśmiechnął, przejmując mikrofon.
- Nie mówię po polsku, więc większość z was mnie nie zrozumie, ale nie obchodzi mnie to. Sami jesteście sobie winni. Ta piosenka nazywa się "Wolf In Sheep's Clothing" i pochodzi z naszego najnowszego albumu.
Carson ze swoim zespołem w mgnieniu oka zajął całą scenę. Nie liczyło się nic poza jego charyzmą, którą roztaczał wokół siebie jak zapach wody kolońskiej. Tańczył i skakał po scenie, wraz z gitarzystami. Razem z Anią obserwowałyśmy, jak uwaga maturzystek powoli odwraca się od ich partnerów, którymi przechwalały się jeszcze 5 minut temu.
- No i gdzie ten twój Trevor? - kpiący uśmiech nie schodził jej z twarzy. Byłam przekonana, że za chwilę wyraz ten zastąpi szok i niedowierzanie. Podskórnie czułam, że osoba, z którą niemal anonimowo utrzymywałam kontakt od października, nie może okazać się nieatrakcyjna. Był zbyt pewny siebie, wyluzowany, nonszalancki, by być brzydkim. - Zaraz, zaraz. Znasz Wentwortha, ale nie wiesz, że gra w OLN? - teraz to Carson był zdziwiony. - Przecież jesteśmy na wspólnej trasie koncertowej. Dlatego jestem w ogóle w Polsce.
- Cody, nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Kto to jest Wentworth i co on ma wspólnego z Trevorem i tym zespołem? - niestety nie dowiedziałam się tego, bo tańce się skończyły i znów musiałam wyjść na scenę. - Porozmawiamy na przerwie, okej?
Poklepałam go po ramieniu i szybkim krokiem dotarłam do mównicy, a chłopak podążał za mną bez słowa. Nazwy mieszały mi się w głowie. Od jakiegoś czasu zaczęłam słuchać tego rzekomo post hardcorowego zespołu i na pewno powiązałabym głos wokalisty z głosem Trevora. Nawet jeśli nigdy nie słyszałam tego drugiego. No i chyba moi klienci powiedzieliby mi, że Our Last Night gra w Polsce. Ostatecznie wszyscy mają teraz jakąś manię na ich punkcie.
- Gratulujemy rodzicom ukończenia kursu paparazzi, dziękujemy pani Marioli za sprawną obsługę magnetofonu i już za chwilę żegnamy wszystkich. Nadszedł czas na tę przyjemniejszą część studniówki, prawie bez kontroli. Panie i panowie, przed wami... Set It Off!
Cody stanął obok mnie na scenie i szeroko się uśmiechnął, przejmując mikrofon.
- Nie mówię po polsku, więc większość z was mnie nie zrozumie, ale nie obchodzi mnie to. Sami jesteście sobie winni. Ta piosenka nazywa się "Wolf In Sheep's Clothing" i pochodzi z naszego najnowszego albumu.
Carson ze swoim zespołem w mgnieniu oka zajął całą scenę. Nie liczyło się nic poza jego charyzmą, którą roztaczał wokół siebie jak zapach wody kolońskiej. Tańczył i skakał po scenie, wraz z gitarzystami. Razem z Anią obserwowałyśmy, jak uwaga maturzystek powoli odwraca się od ich partnerów, którymi przechwalały się jeszcze 5 minut temu.
- Już tu jest. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Ania już miała mnie zawetować, gdy przez tłum przeszedł szmer. Byłam pewna, że osoba, która robiła takie wrażenie - a było to widać po zakochanych spojrzeniach dziewcząt i zazdrosnych chłopców, śledzących jego postać - musiała być moim tajemniczym towarzyszem.
Obie zobaczyłyśmy najbardziej męskiego muzyka młodego pokolenia, jaki istnieje. Pomimo najzupełniej obcego otoczenia, szedł lekkim, leniwym krokiem, patrząc przed siebie. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur i muszkę; brązowe włosy w lekkim nieładzie nadawały mu zawadiacki wygląd. Jego spojrzenie przesuwało się po licealistkach odzianych w wydekoltowane suknie... i nie zatrzymywało się tam.
Był tak wyluzowany, że brakowało mu tylko drinka z parasolką i klapek na nogach.
- Widzisz to co ja? - wykrztusiła Ania. - Ciekawe, która szczęściara śmiała przyprowadzić lepszego faceta niż my dwie.
- Taa... - mruknęłam niezobowiązująco.
- Dałabym wszystko, żeby zobaczyć, jaki ma tyłek! Spójrz na te mięśnie. Widzisz, jak się rysują? On ma tatuaże!
- Uhm. - znów mruknęłam, czując, jak wzbiera we mnie triumf. Ha, Raine, zgadnij, kto wygrał tę rundę?!
Trevor nadal szedł przez tłum niczym Mojżesz przez Morze Czerwone (sic!). Uczniowie rozstępowali się przed nim, rzucając za nim spojrzenia - dziewczęta rozanielone, chłopcy zazdrosne. Czas się niemal zatrzymał, jakby ktoś włączył slow motion. Tylko Cody w tle śpiewał: "Fee-fi-fo-fum, you better run and hide", a Ania cały czas paplała mi coś do ucha, co było zupełnie do niej nie podobne. Maturzystki poprawiały fryzury z minami mówiącymi: "Błagam, spójrz na mnie!", gdy chłopak - nie, mężczyzna - stanął dokładnie przede mną z rękoma w kieszeniach.
- Cześć.- rzucił głębokim głosem.
- Hej. - uśmiechnęłam się prowokująco.
- Świetna przemowa. Od razu wiedziałem, że to ty.
- Dzięki. Nikt mi tego dotąd nie powiedział.
- Od rozpoczęcia nikt nie powiedział tu nic sensownego. Nawet teraz prowadzimy najinteligentniejszą rozmowę na sali.
- Zdałeś. Możesz spędzić ten wieczór przy mnie.
Coś w jego niebieskich oczach błysnęło niezdrowo. A może sobie wmawiałam.
- Jestem Trevor.
- Wiem. Jestem Maddie.
- Cody nie będzie zazdrosny?
- Chyba sobie jakoś poradzi.
Tłum wypuścił powietrze i powoli wracał do siebie. Musieli się pogodzić z faktem, że miejsce króla i królowej balu jest już zajęte. Z niechęcią odwracali spojrzenia, gdy Set It Off nabierało rozpędu przy kolejnej piosence. Ledwo zarejestrowałam pełen troski wzrok Cody'ego ze sceny i spojrzenie Ani, które z nim wymieniła. Trevor pociągnął mnie w kierunku baru.
- Na dobry początek? - uśmiechnął się jak wilk. Wpatrywałam się w niego jak zauroczona. Zupełnie nie przypominał mrocznej przeszłości z Bring Me the Horizon. To był nowy start. Mój nowy świat bez widma Sykesa.
Bo przecież za naiwność się nie karze.
niedziela, 31 stycznia 2016
Rozdział I.
muzyka.
Jestem sobie w swoim sklepie muzycznym. No dobra, swoim w 1/3, bo dochody właściciela dzielę z najnowszą wersją swojej najlepszej przyjaciółki i założycielem tego katowickiego kącika zwanego "Rocker's Alley". Każde z nas jest odpowiedzialne za inną część lokalu - ja prowadzę sklep z płytami i sprzętem muzycznym, Tomek salę koncertową, a Ania kawiarenkę. Żadne z nas nie zna się na swojej części biznesu.
Lecącą w tle piosenkę My Chemical Romance - "I'm not okay" przerywa przenikliwy dźwięk hi-hatu. Ten instrument zastępuje nam dzwoneczek przy przeszklonych drzwiach wejściowych i wydawał się bardzo rockerskim rozwiązaniem, ale gdy rozbrzmiewa setki razy w ciągu każdego dnia, przyprawia już o ból głowy. Mimo to nikt go nie ściąga. To jeden z naszych znaków rozpoznawczych. No i jesteśmy na to zbyt leniwi.
Gdy hi-hat przebił się przez dźwięk muzyki, nie podniosłam głowy. Zbliżała się 20:00, godzina "Koncertowa", więc założyłam, że to Tomek wszedł do środka, by przygotować salę do koncertu kolejnego szerzej nieznanego zespołu, który miał tu grać. Ja się nie przejęłam, dalej składałam internetowe zamówienie na płyty, ale Ania podniosła wzrok zza lady. Uważnie obserwowała wchodzącą osobę.
- Ten hi-hat jest denerwujący. - rzucił Tomek, w ramach powitania. Chuchnął w dłonie odziane w skórzane rękawiczki bez palców i otrzepał się jak pies, zrzucając śnieg na ziemię. Płatki jego uszu, w których miał tunele ogromnych rozmiarów, zatrzepotały.
- Tak jak ty, a nadal tu przychodzisz. - odparowała Ania, opierając się o ladę przedramionami. Zerknęłam na nią. Tyle się w niej zmieniło. W nas obu. Ale o ile moje zmiany trwały głównie we mnie, ona je uzewnętrzniła.
Zarzuciła katowanie nauczycieli czerwonymi włosami i przefarbowała je na czarno. Jeżeli to niewystarczająco tworzyło kontrast z bladą skórą, na pewno robiła to czerwona szminka na ustach, w której Ania się zakochała. Na szyi, pod kaskadą włosów, ukrywał się majestatyczny wilk wyjący w stronę nieistniejącego księżyca, w uszach tkwiły niewielkie, jak na razie, tunele. Dzisiaj tatuaż i tunele były widoczne w całej okazałości, gdyż włosy dziewczyny były spięte w luźny kok.
- Dlaczego wy mnie ciągle dissujecie, Brutusy? Jeszcze wpadnę przez was w kompleksy. - Tomek ściągnął z głowy kaptur i podszedł do mnie, całując mój policzek na przywitanie i zerkając mi przez ramię. - Znowu robisz zamówienie? Ci klienci przychodzą tutaj chyba nie dla muzyki, a dla ciebie. Tylko głupio im wyjść z pustymi rękoma i na dodatek ze złamanym sercem.
- Nienawiść to podobno wysublimowany pociąg seksualny. - rzucił jeden ze stałych klientów, kładąc płytę Our Last Night na ladzie. - Madziu, skasujesz mnie?
Z naszymi klientami byliśmy po imieniu. Kolejny znak rozpoznawczy. Sięgnęłam po płytę i zerknęłam na okładkę.
- Wszyscy to ostatnio kupują. Kto to jest? - zapytałam, czytając listę na odwrocie.
- Jakiś post hardcore, podobno. Możesz ją puścić.
Niestety doznałam kilkusekundowego ataku autyzmu, gdy usłyszałam sygnał smsa. Sięgnęłam po telefon, a Ania przewróciła oczami i wyciągnęła mi album z rąk. Uśmiechnęłam się, odczytując wiadomość.
- Uhuhu, to chyba osławiony Trevor napisał! - zaśmiał się Tomek, ale ledwo to zarejestrowałam. Tak samo jak fakt, że Ania kieruje swoją dłoń w moją stronę i wyrywa mi smartfona z rąk.
- "Bejb, wsiadam w samolot. Jutro jestem w Polsce. Sobota aktualna? ;>" - odczytała głośno i spojrzała na mnie. W tle pianino przeszło w gwałtowną mieszankę perkusji i gitary. - Idziesz z nim na studniówkę?
- A nie idziesz z Ashtonem? - zainteresował się Tomasz.
- Zerwałam z Ashtonem - odparłam, a kilkanaście osób w lokalu wciągnęło głośno powietrze. - I tak, idę z Trevorem na studniówkę.
- W sumie, Aniu, co w tym złego? Ty też zerwałaś z Nichollsem. Magda, dlaczego zerwałaś z Irwinem?
- Tylko ja nie zerwałam z nim dla kogoś, kogo nigdy nie widziałam. Co ty o nim w ogóle wiesz?
Otworzyłam usta i... nie powiedziałam nic. Bo wiedziałam o nim wszystko i nic. Wiedziałam, że ma własny zespół, ale nie znałam jego nazwy. Znałam jego imię, ale nie nazwisko. Znałam dokładnie opis jego brata i rodziców, ale nie miałam pojęcia, gdzie dokładnie mieszka.
- No właśnie. Nie boisz się, że to kolejny nawiedzony muzyk?
- On taki nie jest! - zaprotestowałam. - I wiem, że jest wokalistą.
- Może to Trevor McNevan? - zasugerowała inna klientka.
- To nie on. On jest Amerykaninem.
- Madd, dlaczego ty nie możesz sobie znaleźć jakiegoś przystojnego Polaczka? - westchnęła Ania.
- Takiego jak ja! - wtrącił Tomek.
Spuściłam wzrok, a wraz z nim opuścił mnie cały entuzjazm. Pisałam z Trevorem od października, ale już wydawało mi się, że znam go na wylot, więc jego zaproszenie na moją studniówkę było dla mnie najzupełniej normalne. Zabrałam Ani mój telefon i dłuższą chwilę wpatrywałam się w ekran bez słowa. Czy się nie bałam? Byłam przerażona.
- No to dlaczego zerwałaś z Irwinem?
- Potrzebowałam... przestrzeni.
- To bardzo dyplomatyczna odpowiedź. - Ania przewróciła oczami. - Ale mogłaś mi chociaż wspomnieć, że odrzuciłaś wszystkie zaproszenia na studniówkę dla jakiegoś ducha!
Hi-hat ponownie zasygnalizował czyjeś wejście. Tym razem przyszedł jeden z muzyków grających dzisiaj wieczorem. Wiedziałam, że ma na imię Aleksander i ten koncert miał być dowodem na to, że nawet zespoły, które się rozpadły, mogą z powrotem ze sobą grać. Ot, taki żarcik ze strony Ani i Tomka, którzy czasem takie grupy zapraszali.
Kiedy ja próbuję przejść z powrotem do normalnego życia nastolatki i zapomnieć, że kiedykolwiek miałam szansę na ogromną karierę, ale żądny mojej krwi Anglik próbował mnie zabić, nagle uwodzi mnie inny wokalista, a na dodatek moi przyjaciele starają się mnie znów wrzucić na scenę. A jeżeli ta znajomość to kolejny haczyk? Nie chciałam przyjmować tego do wiadomości. Przygryzłam wargę i odpisałam Trevorowi.
"Aktualna."
Jestem sobie w swoim sklepie muzycznym. No dobra, swoim w 1/3, bo dochody właściciela dzielę z najnowszą wersją swojej najlepszej przyjaciółki i założycielem tego katowickiego kącika zwanego "Rocker's Alley". Każde z nas jest odpowiedzialne za inną część lokalu - ja prowadzę sklep z płytami i sprzętem muzycznym, Tomek salę koncertową, a Ania kawiarenkę. Żadne z nas nie zna się na swojej części biznesu.
Lecącą w tle piosenkę My Chemical Romance - "I'm not okay" przerywa przenikliwy dźwięk hi-hatu. Ten instrument zastępuje nam dzwoneczek przy przeszklonych drzwiach wejściowych i wydawał się bardzo rockerskim rozwiązaniem, ale gdy rozbrzmiewa setki razy w ciągu każdego dnia, przyprawia już o ból głowy. Mimo to nikt go nie ściąga. To jeden z naszych znaków rozpoznawczych. No i jesteśmy na to zbyt leniwi.
Gdy hi-hat przebił się przez dźwięk muzyki, nie podniosłam głowy. Zbliżała się 20:00, godzina "Koncertowa", więc założyłam, że to Tomek wszedł do środka, by przygotować salę do koncertu kolejnego szerzej nieznanego zespołu, który miał tu grać. Ja się nie przejęłam, dalej składałam internetowe zamówienie na płyty, ale Ania podniosła wzrok zza lady. Uważnie obserwowała wchodzącą osobę.
- Ten hi-hat jest denerwujący. - rzucił Tomek, w ramach powitania. Chuchnął w dłonie odziane w skórzane rękawiczki bez palców i otrzepał się jak pies, zrzucając śnieg na ziemię. Płatki jego uszu, w których miał tunele ogromnych rozmiarów, zatrzepotały.
- Tak jak ty, a nadal tu przychodzisz. - odparowała Ania, opierając się o ladę przedramionami. Zerknęłam na nią. Tyle się w niej zmieniło. W nas obu. Ale o ile moje zmiany trwały głównie we mnie, ona je uzewnętrzniła.
Zarzuciła katowanie nauczycieli czerwonymi włosami i przefarbowała je na czarno. Jeżeli to niewystarczająco tworzyło kontrast z bladą skórą, na pewno robiła to czerwona szminka na ustach, w której Ania się zakochała. Na szyi, pod kaskadą włosów, ukrywał się majestatyczny wilk wyjący w stronę nieistniejącego księżyca, w uszach tkwiły niewielkie, jak na razie, tunele. Dzisiaj tatuaż i tunele były widoczne w całej okazałości, gdyż włosy dziewczyny były spięte w luźny kok.
- Dlaczego wy mnie ciągle dissujecie, Brutusy? Jeszcze wpadnę przez was w kompleksy. - Tomek ściągnął z głowy kaptur i podszedł do mnie, całując mój policzek na przywitanie i zerkając mi przez ramię. - Znowu robisz zamówienie? Ci klienci przychodzą tutaj chyba nie dla muzyki, a dla ciebie. Tylko głupio im wyjść z pustymi rękoma i na dodatek ze złamanym sercem.
- Nienawiść to podobno wysublimowany pociąg seksualny. - rzucił jeden ze stałych klientów, kładąc płytę Our Last Night na ladzie. - Madziu, skasujesz mnie?
Z naszymi klientami byliśmy po imieniu. Kolejny znak rozpoznawczy. Sięgnęłam po płytę i zerknęłam na okładkę.
- Wszyscy to ostatnio kupują. Kto to jest? - zapytałam, czytając listę na odwrocie.
- Jakiś post hardcore, podobno. Możesz ją puścić.
Niestety doznałam kilkusekundowego ataku autyzmu, gdy usłyszałam sygnał smsa. Sięgnęłam po telefon, a Ania przewróciła oczami i wyciągnęła mi album z rąk. Uśmiechnęłam się, odczytując wiadomość.
- Uhuhu, to chyba osławiony Trevor napisał! - zaśmiał się Tomek, ale ledwo to zarejestrowałam. Tak samo jak fakt, że Ania kieruje swoją dłoń w moją stronę i wyrywa mi smartfona z rąk.
- "Bejb, wsiadam w samolot. Jutro jestem w Polsce. Sobota aktualna? ;>" - odczytała głośno i spojrzała na mnie. W tle pianino przeszło w gwałtowną mieszankę perkusji i gitary. - Idziesz z nim na studniówkę?
- A nie idziesz z Ashtonem? - zainteresował się Tomasz.
- Zerwałam z Ashtonem - odparłam, a kilkanaście osób w lokalu wciągnęło głośno powietrze. - I tak, idę z Trevorem na studniówkę.
- W sumie, Aniu, co w tym złego? Ty też zerwałaś z Nichollsem. Magda, dlaczego zerwałaś z Irwinem?
- Tylko ja nie zerwałam z nim dla kogoś, kogo nigdy nie widziałam. Co ty o nim w ogóle wiesz?
Otworzyłam usta i... nie powiedziałam nic. Bo wiedziałam o nim wszystko i nic. Wiedziałam, że ma własny zespół, ale nie znałam jego nazwy. Znałam jego imię, ale nie nazwisko. Znałam dokładnie opis jego brata i rodziców, ale nie miałam pojęcia, gdzie dokładnie mieszka.
- No właśnie. Nie boisz się, że to kolejny nawiedzony muzyk?
- On taki nie jest! - zaprotestowałam. - I wiem, że jest wokalistą.
- Może to Trevor McNevan? - zasugerowała inna klientka.
- To nie on. On jest Amerykaninem.
- Madd, dlaczego ty nie możesz sobie znaleźć jakiegoś przystojnego Polaczka? - westchnęła Ania.
- Takiego jak ja! - wtrącił Tomek.
Spuściłam wzrok, a wraz z nim opuścił mnie cały entuzjazm. Pisałam z Trevorem od października, ale już wydawało mi się, że znam go na wylot, więc jego zaproszenie na moją studniówkę było dla mnie najzupełniej normalne. Zabrałam Ani mój telefon i dłuższą chwilę wpatrywałam się w ekran bez słowa. Czy się nie bałam? Byłam przerażona.
- No to dlaczego zerwałaś z Irwinem?
- Potrzebowałam... przestrzeni.
- To bardzo dyplomatyczna odpowiedź. - Ania przewróciła oczami. - Ale mogłaś mi chociaż wspomnieć, że odrzuciłaś wszystkie zaproszenia na studniówkę dla jakiegoś ducha!
Hi-hat ponownie zasygnalizował czyjeś wejście. Tym razem przyszedł jeden z muzyków grających dzisiaj wieczorem. Wiedziałam, że ma na imię Aleksander i ten koncert miał być dowodem na to, że nawet zespoły, które się rozpadły, mogą z powrotem ze sobą grać. Ot, taki żarcik ze strony Ani i Tomka, którzy czasem takie grupy zapraszali.
Kiedy ja próbuję przejść z powrotem do normalnego życia nastolatki i zapomnieć, że kiedykolwiek miałam szansę na ogromną karierę, ale żądny mojej krwi Anglik próbował mnie zabić, nagle uwodzi mnie inny wokalista, a na dodatek moi przyjaciele starają się mnie znów wrzucić na scenę. A jeżeli ta znajomość to kolejny haczyk? Nie chciałam przyjmować tego do wiadomości. Przygryzłam wargę i odpisałam Trevorowi.
"Aktualna."
Subskrybuj:
Posty (Atom)