Wchodzę do szkoły. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Po prawej sala gimnastyczna, po lewej biblioteka, kawiarenka i ksero, najczęściej zawalone żebrzącymi licealistami (Ej, masz 20 groszy? To cholerstwo nie wydaje reszty...). Teraz korytarze były prawie puste, nikt nie śpieszy się na rozdanie świadectw, zwłaszcza to z Zawadzkiego. Przedłużająca się akademia, na której uczniowie parodiują profesorów (jakby dotychczas nie zrobili z nich pośmiewiska na fejsbukowych grupach), niekończące się wyróżnienia i wręczanie nagród - tego nie mogli znieść nawet najwięksi fani naszej szkoły. Tak kończy się wybór najlepszego liceum w mieście.
Miniona trasa koncertowa dała mi w kość i nawet po dwóch dobach spędzonych w domu niemalże na śnie, byłam wykończona. Odwróciłam się lekko na wysokich szpilkach nude, prosta, biała sukienka zawirowała wokół mnie, złote bransoletki zadźwięczały na nadgarstkach.
- Magda?!
Ruszyłam na lewo, w kierunku kawiarni, z głębokim postanowieniem wypicia kubka kawy. Zdążyłam przejść kilka kroków, gdy ktoś szturchnął mnie w ramię.
- Magda, jak miło cię widzieć!
Zmrużyłam oczy z kreską eyelinera na powiekach i tuszem na rzęsach. Patrzyłam na wysoką dziewczynę, blond włosy, uśmiech na twarzy. Chwilę później zorientowałam się, że nie jest wysoka - po prostu ma na stopach szpilki.
- Zastanawialiśmy się, czy wrócisz na zakończenie roku, ale sprawdziliśmy waszą trasę koncertową no i nie było tam nic w okolicy tej daty, więc uznaliśmy, że może przyjdziesz. - wyrzuciła z siebie na jednym tchu. Moje spojrzenie zapewne wyrażało bezkresne zdumienie i irytację, więc wypowiedziałam zdanie nienawiści:
- Czy my się znamy?
Jej uśmiech, ku mojej uldze, lekko przygasł.
- Jestem Zuza Dudek, przewodnicząca szkoły.
- Wybacz, ja nawet na zajęcia nie chodzę, dlatego nikogo nie znam. A teraz przepraszam, ale przed akademią muszę... zadzwonić.
- Pewnie do Toma, jesteście taką piękną parą!
- Taa, dzięki... - już wiedziałam, dlaczego chłopcy mówili, że to będzie dla mnie ciężka przeprawa. Fani zaczynali działać mi na nerwy, z tą swoją wszędobylskością, z tą fanatyczną wręcz wiedzą na mój temat. Zupełnie inny świat niż grupa muzyków, przyjaciół, gdzie wzajemnie pilnowaliśmy siebie przed takimi atakami. Teraz byłam zdana tylko na siebie, o ile nie znajdę w tym tłumie Ani.
- Czy przyjechał tu z tobą? Może przyjechał Oliver? O, a Matt jest?
- Przykro mi, ale ich pierwsza wizyta w Zawadzkim była również ostatnią.
- Żałuję, że mnie wtedy nie było! Może zagrasz na akademii?
- Nie. - ucięłam krótko i odwróciłam się, zirytowana, kierując się w stronę kawiarni.
- Madzia! Chciałam ci jeszcze tylko powiedzieć, że naprawdę doceniam twój talent i uważam, że jesteś naprawdę piękna, świetnie się ubierasz, dobrze śpiewasz i grasz i... jestem twoją fanką, naprawdę... Popatrz!
No dobra, odwróciłam się, nie mogłam być aż tak zła, bądź co bądź, to moja koleżanka ze szkoły. Którą znam od 5 minut. Jednak gdy podeszłam do niej i zobaczyłam to, co mi pokazała, aż sapnęłam ze złości. Wykręciłam jej nadgarstek wnętrzem do mnie i zamarłam.
Ujrzałam czarny, wytatuowany napis, taki sam, który miał na nadgarstku każdy członek Bring Me the Horizon, włącznie z Anią i Tomem. Tatuaż, który zrobiliśmy sobie na zakończenie trasy koncertowej, mniej niż tydzień temu. Jego autorem był Oliver, wykonawczynią - Hannah. Ale mimo, iż nie minął tydzień, co więksi fani już go mieli. Pokręciłam głową, wypuszczając dłoń dziewczyny z rąk i cofając się.
Uciekłam do tej przeklętej kawiarenki i siedziałam teraz na wysokim krześle, pochylona nad Dolce Gusto, wpatrując się we własny tatuaż na lewym nadgarstku. Normalny świat dobijał mnie dwa razy bardziej, niż się spodziewałam. Nie sądziłam, że życie sławnego, nastoletniego muzyka aż tak bardzo różni się od zwykłej egzystencji. Boleśnie odczuwałam rozstanie z rzeczywistością. W ramach dalszego ciągu użalania się nad sobą, zrobiłam dotychczasowy rachunek sumienia.
Plusy:
- 6 nowych gitar
- nowi, wpływowi znajomi
- 6 szalonych przyjaciół, gotowych poświęć dla mnie życie
- świat, stojący przede mną otworem
- wizy, prowadzące do każdego miejsca na świecie
- ciuchy (definitywnie)
- nowa umiejętność makijażu
Miałam ochotę skreślić to ostatnie, zażenowana swoją myślą. Lecz taka była prawda, do tej pory nie zwracałam na to uwagi, pociągając rano rzęsy tuszem i usta pomadką, wychodziłam do szkoły. Właśnie, kolejny plus.
- ucieczka od szkoły
- zawód, bo na medycynę już się nie dostanę
- zawód = pieniądze!
Minusy:
- Natalia
- okupy
- porwania
- życie na widelcu
- fanatyczni fani
- więcej fanatycznych fanów
- wyczerpujące trasy koncertowe.
- brukowce i magazyny.
Popatrzyłam w zamyśleniu na serwetkę, po której pisałam. Nie byłam pewna, gdzie wpisać Toma i wszystkich innych chłopaków, na których miałam ochotę... i którzy mieli ochotę na mnie. Dlatego zrobiłam dla nich nową rubryczkę: "Wahania nastroju". Skinęłam głową sama do siebie i zeskoczyłam z krzesła, obejmując jednorazowy kubek szczupłymi palcami i odwracając się ku wyjściu...
AUA!
Uderzyłam w coś dużego, miękkiego i pachnącego czarną herbatą i miętą. Kubek z kawą wypadł mi z dłoni, nieuchronnie kierując się w stronę mojej sukienki, ale silne ręce podniosły mnie i obróciły, odstawiając z dala od zabójcy mojej sukienki. Szeroko otwartymi oczami spojrzałam na siebie, nie widząc żadnej plamy, żadnego uszczerbku na życiu i wyglądzie moim i mojego ubioru. Kubek z kawą rozbił się o ziemię, rozpryskując się i na chwilę zmieniając kształt, pod wpływem uderzenia o kafelki na ziemi. Widziałam to wszystko dokładnie, jak gdyby ktoś puścił to w zwolnionym tempie. Zamrugałam i świat wrócił do normy.
- Trzymasz się? - głos, przesiąknięty poczuciem humoru i australijskim akcentem wwiercił się w moje uszy, nie docierając do mózgu. Mój wzrok utknął w czarnym kapelusiku ułożonym na brązowych lokach, szarej, luźnej koszulce z rękawami 3/4. Jego oczy...
"Jego zielone oczy patrzyły na mnie rozbawionym spojrzeniem. Co więcej, lekko kpiącym. Siedziałam między kolanami Toma, który opierał podbródek o czubek mojej głowy. Dzisiejszy dzień był ostatnim, który spędzaliśmy w Sydney. Siedzieliśmy na scenie w australijskim House of Blues w towarzystwie 5SOS i Pierce the Veil, których tu spotkaliśmy. Mieli koncert gdzieś indziej, ale kilka godzin po naszym show, więc postanowili nam towarzyszyć w ostatnich chwilach. Ich spotkanie było naprawdę świetną niespodzianką, ale chłopcy musieli koniecznie opowiedzieć im, co się dotychczas wydarzyło. Zastanawiałam się, czy zaczęli żałować...
- I wtedy słyszę takie ŁUP, no to odwracam się i widzę tyyyle krwi i zatrzaśnięte drzwi! - Oliver zatoczył rękoma koło w powietrzu, akcentując, jak wiele tej krwi było. Przewróciłam oczami, nic nie mówiąc.
- Byłem pewny, że Maddie nie pozostawi tego bez komentarza, no i nie zawiodłem się! - dodał Nicholls.
- Dosłownie go rozgniotła. - pokiwał głową Lee.
- Spędziłem potem w Photoshopie całą godzinę, starając się usunąć tą cholerną szramę. Uwierz mi, to była ciężka praca. Trudno jest zredukować rozcięcie łuku brwiowego, wiecie, że tam jest mnóstwo krwi? - Tommy pocałował mnie w czubek głowy, pod czujnym spojrzeniem 5SOS. - Ale Maddie, następnym razem błagam, mierz w miejsca których nie widać, oszczędzisz mi roboty.
Cała sala rozbrzmiała śmiechem. Wykręciłam się w jego ramionach, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie. Posłał mi uśmiech.
- Zaimponowało mi, że tak mu przywaliłaś. Nie wpadłbym na to, że można wykorzystać drzwi.
- Teoretycznie sam na nie wpadł, więc nikt nie udowodni ci winy, Maddie. - Nicholls spojrzał znacząco na Kean'a, który wpatrywał się w podłogę. - Na wypadek, gdyby ktoś próbował.
- Ale mnie i tak najbardziej rozwaliło to twoje "Ojej, Matt". - Oliver ryknął śmiechem i nie mógł się pozbierać. Trzymał się za brzuch, łapczywie łykając powietrze. Tony uśmiechał się pod nosem, a Jaime patrzył na mnie z udawanym przerażeniem. I Ashton, z tym jego kpiącym, seksownym, zielonym spojrzeniem...
Wcześniej, gdy Matthew zasugerował, że zdradzam Toma z Ashtonem, uznałam, że żadne słowa nie będą dostatecznie... twarde, by udowodnić niesłuszność oskarżeń. Pociągnęłam więc perkusistę za sobą, a gdy dotarliśmy do pracowni Jo, po prostu odczekałam kilka dodatkowych sekund, by zatrzasnąć drzwi tuż przed nosem basisty. Nie sądziłam, że rozwalę mu łuk brwiowy... Liczyłam na złamany nos. Krwi jest o wiele mniej, za to ile bólu...
Więc gdy zobaczyłam (a raczej usłyszałam), że nie trafiłam w miejsce docelowe, zawróciłam. Ujrzałam widok nędzy i rozpaczy w towarzystwie nieokiełznanych wybuchów śmiechu, więc niepocieszona pomogłam basiście doturlać się do najbliższego siedzenia. Jednak nie mogłam obejść się bez wcześniejszego komentarza:
- Ojej, Matt, w tym magicznym portalu zwanym "Drzwi" jest takie urządzenie jak klamka, to się naciska i portal staje otworem. Ojj, chłopcze, jesteś taki nierozgarnięty.
Przy wtórze śmiechów zespołu szybko opatrzyłam basistę i jak gdyby nigdy nic ruszyłam dalej do studia makijażu. Z lekkim uśmiechem satysfakcji pod nosem. Od tamtej pory nie usłyszałam ani słowa przytyku ze strony Matta Keana, a chłopcy uważają mnie za umiarkowanie zimną sukę, co, by the way, bardzo im się podobało.
- Horizon, za chwilę otworzą bramkę, musicie się zebrać. - Tom zerknął na zegarek na nadgarstku. Posłusznie wstaliśmy i w małych grupkach schodziliśmy na backstage. Tommy poszedł w drugą stronę, pewnie do Phila, albo zadzwonić do rodziców.
- Nie jestem pewien, ale chyba powinienem ci podziękować. - rozległ się koło mnie głęboki głos Luke'a. Zadarłam głowę do góry, patrząc na kolegę, a później spojrzałam przez ramię, czując na sobie badawcze spojrzenie zielonych tęczówek.
- Dlaczego? Albo raczej - za co?
- Chcieliśmy zacząć żyć z nową perspektywą, motywacją, ale nie mogliśmy jej nigdzie znaleźć. Wskazałaś nam światełko w tunelu, bo było z nami bardzo źle.
No proszę, czyżby Magda Miko była jakąś nową ikoną przywódcy?
- Radziliście sobie całkiem nieźle. - stwierdziłam, sprawdzając, czy brązowo-pomarańczowy Epiphone pasuje do moich dżinsów we flagę amerykańską. Nie pasował. Rozejrzałam się za inną gitarą.
- Supporting One Direction nie jest największym marzeniem kapeli rockowej.
- Nie mogę się nie zgodzić. Ale to może być tylko środek do osiągnięcia celu, jesteście dopiero na starcie.
- Tobie się udało i to jest... Wow. - pokręcił głową. Przymierzyłam czarną gitarę. Wyglądało o wiele lepiej. Zaczęłam przegrzebywać paski.
- Wiesz co, nieco inaczej wygląda dołączenie do zespołu, który ma już na koncie kilka sukcesów i planuje kolejną płytę, niż wystartować z czymś całkiem nowym. Na szczęście macie Gaskartha, on nie jest aż tak ciemny. Czasem tylko udaje.
- Najlepsze jest to, że Ashton zupełnie zmienił nastawienie. - prawie upuściłam gitarę, do której próbowałam przyczepić pasek. - Chyba to, co się dzieje między jego rodzicami dobija go bardziej, niż chciałby przyznać.
- Czasem jest po prostu trudno. A czasem masz to gdzieś. - przyznałam cicho.
- Co masz na myśli?
Zamyśliłam się, patrząc w dal na australijskiego perkusistę, żartującego z angielskim bębniarzem. Przełknęłam ślinę.
- Każda decyzja ma swoje korzyści i szkody. Trzeba tylko umieć rozróżnić, które są dla nas bardziej pozytywne."
- Świetnie wyglądasz, Madd. - podjął chłopak, widząc, że odpłynęłam. Potrząsnęłam głową, odwracając się od wspomnień. Wspomnień, które aż zanadto sugerowały, że ja i Irwin nie możemy być tylko przyjaciółmi.
- Ty też, Ash. - oczyściłam lekko gardło. - Co ty tutaj robisz. - bardziej zabrzmiało to jak stwierdzenie, niż pytanie.
- Zwiedzamy Polskę. - oznajmił, jak gdyby to było naturalne, że na wakacje wylatuje się z Australii, żeby pozwiedzać polskie zabytki.
- Dlaczego akurat w mojej szkole? - coś do mnie dotarło. - Wy zwiedzacie?
- O, Maddie, nawet umiesz odmieniać przez przypadki!
- Mike? - odwróciłam się. - Skąd ty możesz wiedzieć, co to są przypadki?
- Jest jednym z nich, warto było poznać rodzeństwo. - rozległ się kolejny głos.
- Luke. Kto was tu wpuścił?
- Umówiłem się z tutejszą woźną. Czy coś jest ze mną nie tak? - Calum trzymał skrawek karteczki między palcami i wpatrywał się w niego.
- Czy wy za każdym kolejnym zdaniem zaczynacie kolejny wątek? - zmrużyłam oczy, nie podtrzymując tematu randki z 60 letnią sprzątaczką.
- O, masz tatuaż! - zauważył Michael.
- Wow, jaki fajny! - nagle każdy z nich oglądał mój nadgarstek, brzęcząc moimi bransoletkami i ignorując moje pytanie.
- Gdzie się zatrzymaliście? Moje miasto raczej nie należy do tych nastawionych na turystów...
- U ciebie.
- W takim razie najlepiej będzie, jeśli tam na mnie poczekacie, a ja przyjdę do was po rozdaniu świadectw... Zaraz, CO?!
- Twoja babcia nas wpuściła. Powiem ci, że jak na osobę w tym wieku, świetnie mówi po angielsku.
Pokręciłam głową, zrezygnowana. Nie po to z ulgą wyjechałam z Sydney, by teraz przeżywać to wszystko jeszcze raz, od nowa. Zresztą, tym razem któreś z nas mogłoby stracić głowę.
- Poza tym chyba zapodziałem u ciebie moją bluzę, ale mogę się mylić.
- Gdyby nie to, że się nie mylisz. - dodał Luke. - Madd, poczekamy na ciebie na tych zajebiście wygodnych kanapach, okej?
Wcześniej nie miałam zamiaru wchodzić na salę gimnastyczną i oglądać tych cyrków, ale teraz poczułam, że to konieczność. Nie mogłam znieść zapachu Irwina, mącącego mi w głowie, widoku elektryzującej czerwieni włosów Mike'a, badawczego spojrzenia Luke'a i uśmiechu Caluma. Bez słowa odwróciłam się i odeszłam, szukając Ani.
Znalazłam ją na kanapie na piętrze, siedziała ze słuchawkami w uszach, ze skrzyżowanymi nogami. W porównaniu do mnie założyła czarne dżinsy i luźną, białą koszulkę, nie kłopocząc się chodzeniem w szpilkach.
- Jak się trzymasz? - zapytała, wyciągając teraz jedną słuchawkę.
- Nie no, błagam cię, chociaż ty. - wybuchłam. Jako moja managerka i najlepsza przyjaciółka przywykła już do moich humorów, więc wiedziała, że takie zachowanie ma jakieś podłoże. Siedziała cicho, wyczekująco. - Zgadnij, kto postanowił spędzić wakacje w naszym mieście.
Bring Me the Horizon wykluczała z miejsca, to ona dysponowała ich wolnym czasem. Wzruszyła ramionami.
- No, olśnij mnie. Kto?
- Irwin i kumple.
- Wkręcasz?!
Moja skrzywiona mina mówiła sama za siebie. Wybuchnęła śmiechem.
- Zerwij z Tomem jeszcze teraz, póki nie musisz mieć wyrzutów sumienia. - poradziła mi.
- Słucham? Dlaczego mam z nim zrywać?
- Bo w momencie, gdy Irwin i Miko spędzają wakacje w jednym miejscu, coś musi się stać. Ty mu się nie oprzesz, doskonale o tym wiesz. A on wie, że traci dla ciebie głowę.
- Aniu, ogarnij się, dobrze? Na co dzień mieszkamy na dwóch różnych stronach świata, jak ty to sobie wyobrażasz?
- Najwidoczniej oni jakoś to sobie wyobrażają, skoro tu przylecieli i zaczęli działać.
Jęknęłam przeciągle, ukrywając twarz w dłoniach.
- Aniu, ja nie mogę. Wtedy okaże się, że Matthew miał rację.
- Trzeba było o tym myśleć, zanim pozwoliłaś się odprowadzić Irwinowi w nocy do domu jego najlepszego przyjaciela. I zanim zaprosiłaś ich na wasze koncerty.
- Skąd oni mieli mój adres? - zaczęłam się zastanawiać. Ania wsadziła znów słuchawkę do ucha, wpatrując się w telefon. - Raine, powiedz mi, że nie miałaś z tym nic wspólnego.
- Nie miałam z tym nic wspólnego. - odparła.
- Masz szczęście, że nie jestem w nastroju do kłótni. - zagroziłam.
- Ależ jesteś, Miko. Ale wiesz, że twoje argumenty są słabe, więc tego nie ciągniesz.
- Nienawidzę, kiedy masz rację.
- Chyba kończy się akademia. Ciekawi mnie twoja średnia, serio.
- Magdalena Miko, klasa 2 F, świadectwo z wyróżnieniem.
- Przesłyszałam się? - spojrzałam na Anię. Nie interesowałam się moją średnią, kiedy usłyszałam, że zdaję, po prostu sobie odpuściłam. Ale jakim cudem mogłabym ukończyć drugą klasę z wyróżnieniem?
Zerwałam się z miejsca i biegiem przebyłam schody w dół i korytarz, aż na salę gimnastyczną. Pani Dyrektor stała na środku parkietu, koło stołu z nagrodami i dyplomami, z moim świadectwem w ręku. Poprawiłam fryzurę i krokiem modelki przecisnęłam się między uczniami, docierając do samego środka.
- Panna Miko osiągnęła coś na pozór nie możliwego, rozpoczynając swoją karierę muzyczną w klasie pierwszej. Teraz, po wielu wydarzeniach, po rozkwicie jej kariery, ukończyła klasę drugą na profilu biologiczno-chemicznym. To niebywałe osiągnięcie, więc gratulujemy raz jeszcze i życzymy dalszych sukcesów w obu karierach.
Byłam absolutnie zaskoczona, odebrałam świadectwo z biało-czerwonym paskiem, uścisnęłam lekko dłonie Rady Pedagogicznej, jak w transie kierując się ku wyjściu z tłumem uczniów.
- No, gratuluję, Miko. - uśmiechnął się Irwin. Ania stała koło nich.
- Nieźle.
Uśmiechnęłam się i powędrowałam za klasą do sali biologicznej, gdzie reszta uczniów miała dostać świadectwa. Zajęłam miejsce pod oknem. Na boisku szkolnym zauważyłam chłopców, grających w koszykówkę. Odwróciłam wzrok, patrząc na wyczytywane osoby, które biegły po odbiór świadectw. Dwa lata temu zaczynałam moją przygodę w liceum właśnie z nimi, a teraz byłam od nich oddzielona barierą nie do przebycia.
Raz jeszcze kierując wzrok na śmiejących się Australijczyków, uświadomiłam sobie, jak bardzo różni się świat mój, a chociażby Łukasza, który właśnie wracał na swoje miejsce.
- Jeszcze tylko wklepa i wakacje. Dzisiaj melo na Korniku!
Właśnie. A przede mną szmat czasu z australijskim zespołem pop-rockowym, a potem powrót na trasę koncertową. Czujecie tą różnicę?
--------------------------------------------------------------------------------------------
Powyżej możecie zobaczyć wzór tatuażu, który od tej pory ma na nadgarstku fanfictionowe BMTH :D Podoba się Wam?
Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo przepraszam za takie odstępy w rozdziałach, ale jestem jak chomik wypuszczony na wolność - nie ogarniam nowej rzeczywistości. Mam nadzieję i plany się poprawić, ale jak zwykle moje obietnice legną w gruzach, więc dziękuję Wam za cierpliwość. Prawie codziennie wchodziłam na bloggera, z trwogą i przez palce patrząc, czy liczba obserwatorów się nie zmieniła. Dzięki Wam, nie zmniejszyła się : )
Ten rozdział miał wyglądać całkiem inaczej, ale wersje, które pisałam były tak totalnie nudne dla mnie samej, że ostatecznie powstało to. Ouh, mogę mieć tylko nadzieję, że nie zawiodłyście się.
Koniec tego. Dziękuję Wam raz jeszcze i... so long.
poniedziałek, 10 listopada 2014
niedziela, 5 października 2014
"Nadal aktualnie?"
Jego spojrzenie przewiercało mnie na wskroś. Od samego rana czułam, jak śledzi mnie wzrokiem, jakby zastanawiając się, kiedy przyznam się lub choćby wspomnę komukolwiek o bluzie Ashtona, teraz głęboko ukrytej na dnie mojej walizki w pokoju Luke'a. Siedziałam na krześle i przerzucałam łyżką płatki, rozpływające się z miseczce. Krzesło, choć na pozór nie większe od innych, było dla mnie za wysokie. Nie chciałam nie dosięgać do podłogi stopami, więc ukryłam ten fakt, krzyżując nogi na krześle.
- O której wróciłaś? - zapytał przy śniadaniu Oliver, smarując kromkę nutellą. Przełknęłam łyżkę płatków, zerkając na Matta Keana. Jednak on spokojnie i metodycznie mieszał herbatę, ignorując mnie.
- Późno, trochę się zasiedzieliśmy. Chłopcy pokazywali mi kilka ich nagrań.
- Nikt cię nie zaczepiał? - zmartwił się.
- Nie, odprowadzili mnie tutaj.
- Rozumiem. Dobrzy są? - podjął po chwili.
- Całkiem nieźli, choć nie w guście Bring Me the Horizon.
- Spodobali ci się? - zapytał, na pozór niewinnie, Matthew, znów wpatrując mi się w oczy. Jednak oboje wiedzieliśmy, że nie pyta o ich muzykę. Mimo to, zignorowałam drugie dno.
- Mają przed sobą wielką przyszłość.
Oliver pokiwał głową i dalej jedliśmy w milczeniu. W lustrze, wiszącym przy łuku wejściowym widziałam odbicie siedzącego zespołu. Widziałam też Matta, wpatrującego się we mnie i popijającego herbatę. Nagle poczułam się, jakbym naprawdę zdradziła Toma, coś na kształt poczucia winy zaległo mi w żołądku. Odsunęłam od siebie niedojedzone płatki.
- Idę się przebrać. - oznajmiłam, wstając gwałtownie od stołu. Chłopcy spojrzeli na mnie zaskoczeni, lustrowali moją postać w krótkich spodenkach i luźnej koszulce, w których spałam.
- Nie dokończysz śniadania? - zapytał Nicholls. Pokręciłam głową i wyszłam, kierując się do mojego tymczasowego pokoju. Zamknęłam za sobą starannie drzwi i podeszłam do walizki z ciuchami. Szybko przerzucałam pokrowce, w które Tess zapakowała wybrane przez nią zestawy. W końcu odnalazłam tego, czego szukałam.
Podniosłam się z kolan, przyciskając czarną bluzę do piersi i wdychając jej zapach, o nucie czarnej herbaty i mięty. Zastanawiałam się, co takiego miał w sobie Ashton Irwin, że po kilku spędzonych z nim godzinach byłam w stanie myśleć tylko o jego zniewalającym, szerokim uśmiechu i zielonkawych oczach. W ciągu ostatnich kilku godzin myślałam o nim więcej, niż o Tomie Sykes przez minione kilka dni.
Zerknęłam na zegarek, który odnalazłam w nocy i uznałam, że jeśli się nie ruszę, to się spóźnię. Była 8:34, a równo o godzinie 9:00 Roy miał po nas przyjechać, aby zawieźć nas na sesję. Wcześnie, zważywszy, że wróciłam po 1, a kolejne kilka godzin spędziłam, wpatrując się w zdjęcie chłopców, znalezione na ścianie Luke'a. Joanne mnie zabije, jeśli przyjdę do niej z podkrążonymi oczami.
Starannie złożyłam bluzę i ukryłam ją z powrotem na dnie, a zamiast niej wyciągnęłam pokrowiec z ciuchami od Tess, przygotowanymi na sesję. Starałam się śpieszyć, ale dosłownie zatkało mnie, gdy zobaczyłam króciutką, czerwoną sukienkę i niebotycznie wysokie szpilki. Co to, to nie, poprzednia noc nauczyła mnie, że Australia w czerwcu nie jest specjalnie gorąca, poza tym (pomijając fakt zimna), jadę na sesję zdjęciową na okładkę Alternative Press, a nie do night clubu. Ryzykując głową, wbiłam się w krótką spódniczkę, zakolanówki i koszulkę Arctic Monkeys. Cicho liczyłam, że Tess doceni moje starania, więc chwyciłam jeszcze pasujący kolorem kardigan. Śmieszna nazwa, prawda? Ja też usłyszałam ją dopiero niedawno. Nawet tłumaczyłam sobie nazwę w translatorze, bo byłam pewna, że się przesłyszałam. A jednak. Kardigan.
Pół godziny później wszyscy byliśmy gotowi i siedzieliśmy na schodkach przed domem, wypatrując na horyzoncie busa i drżąc z zimna. Zaczynałam nawet wyobrażać sobie ogromny kubek latte, tańczący i kuszący swym zapachem, gdy siedzący obok mnie Oliver podniósł głowę, patrząc na drogę. Jednak zamiast Roy'a za kierownicą, zobaczyłam Luke'a w towarzystwie chłopców. Powolnym krokiem zbliżali się do nas. Przełknęłam ślinę, czekając na znaczące spojrzenia Matthew.
- Hej. Podobno zostaliśmy zaproszeni. - zaczął Calum. - Propozycja nadal aktualna?
Podniosłam się, wygładzając spódniczkę.
- Jak najbardziej. Fajnie, że jednak przyszliście.
- Nie mogliśmy się oprzeć.
Zignorowałam pytające spojrzenia przyjaciół, wiedząc, że i tak później wezmą mnie na przesłuchanie.
- Calum, oto "Oni" - wskazałam BMTH ręką, jako ogół, a potem na każdego z nich osobno. - Jordan, Lee, Matt, Matt i Oliver.
- I Ty. - uzupełnił Ashton. Zmierzyłam go wzrokiem. Wyglądał jak przeciętny 16 latek, a nie jak chłopak z rocznika '94. W zwykłym, czarnym podkoszulku, szarej bluzie z kapturem, który miał na głowie, dużych okularach w czarnych oprawkach i rękoma w kieszeniach dżinsów sprawiał wrażenie popularnego ucznia liceum, a nie wschodzącej gwiazdy rocka.
- I ja. - przytaknęłam, doskonale maskując słabość i tor moich myśli. Odwróciłam się do mojego zespołu. - Panowie, oto 5 Seconds of Summer, w składzie: Luke, którego już znacie, Calum, Mike i Ashton.
Skarciłam się w duchu za to, że przy imieniu perkusisty głos mi lekko zadrżał. Ale akurat w tamtym momencie skierował na mnie swoje przenikliwe i badawcze spojrzenie, w połączeniu z lekkim uśmiechem i... sama nie wiem. Miałam nadzieję, że Tom nie nadjedzie autokarem wraz z Roy'em.
- Ashton, czy Aston? - zainteresował się Kean.
- Ash. A-S-H-T-O-N. - chłopak szybko przeliterował swoje imię, nie spodziewając się podstępu.
- Okej, Aston faktycznie byłoby zbyt brytyjskie. Miło mi cię poznać, jestem basistą. - wyciągnął dłoń. Ash odwzajemnił uścisk.
- A ja perkusistą.
- Chyba musieliście się spodobać Maddie, skoro zaprosiła was na sesję po jednym wspólnym wieczorze. Mam nadzieję, że Tommy nie ma nic przeciwko? - zwrócił się do mnie, nie dając Irwinowi dojść do słowa. Byłam wściekła i doskonale wyczuwałam szyderstwo ukryte za słowami Matta.
- Jest zachwycony moją skłonnością do poznawania nowych ludzi i sprowadzania mu na plan nowych twarzy. - odparowałam. Liczyłam, że Irwin domyśli się, co się tutaj rozgrywa. Nie chciałam ryzykować spojrzenia w jego stronę.
- Świetnie. - Matt przybrał na twarz szeroki uśmiech.
Paradoksalnie uratował nas nadjeżdżający autokar, z ogromną postacią Bus Daddy'ego za kierownicą.
- Wow. - gwizdnął cicho Luke.
- Kiedyś też się takiego dorobicie. - pocieszył go Nicholls, klepiąc go po ramieniu i ciągnąc mnie do środka.
- Hej, Roy - przywitałam się z kierowcą, wchodząc za przyjacielem.
- Hej, mała. Podwieźć cię gdzieś?
- Do domu. - rozmarzyłam się.
- Za 2 tygodnie, Madd, damy radę. - zaskoczył mnie Oliver. Zobaczył moje pytające spojrzenie. - Australia do niedzieli, potem tydzień na Wyspach i wolne. Akurat wrócisz na zakończenie roku, prawda?
- Kiedy to postanowiliście?
- Kiedy Gornell znalazł rozpiskę trasy pod pudełkami po pizzy na waszym łóżku syfu. - odparła Ania, którą zobaczyłam dopiero teraz. Dotychczas siedziała w fotelu, ale teraz wstała i podeszła do Nichollsa, witając go całusem. Objął ją i pogłębił pocałunek. Uznałam, że nie będę im przeszkadzać, w końcu nie widzieli się całe 20 godzin i opadłam na inny fotel bez słowa. Pozostawiłam też Australijczyków samym sobie, zakładając, że przecież nie zgubią się w zamkniętym pojeździe.
- Annie wraca do domu po Australii i nie wiemy jeszcze, czy będzie musiała z nami jechać dalej. Natomiast ciebie, Maddie, zgarniamy pod koniec lipca. - informował mnie Oliver, czytając z kartki, która była przywieszona do tablicy. Skinęłam tylko głową, przeglądając jakiś magazyn, który zupełnie mnie nie interesował.
5SOS z zaciekawieniem rozglądało się po wnętrzu busa. Horizon rozwaliło się już we wszystkich możliwych miejscach. Nie miałam ochoty zgrywać niańki, zresztą Matthew obserwował mnie uważnie. Pozostawiłam chłopców samym sobie, przecież byli już dorośli. Jednak Lee się nad nimi zlitował.
- Chodźcie, oprowadzę was. - machnął na nich dłonią. Przez dłuższy czas słyszeliśmy jego głos, objaśniający wszystko. "Tutaj są łóżka... jest ich chyba 16. O, tam jest kibelek, ale nie polecam. Gdzieś była lodówka, ale musieliśmy ją wymienić, Nicholls kiedyś do niej nasikał."
Rany, czego my w tym autokarze nie zrobiliśmy... dzikie banicje odbywały się tu co koncert, czyli średnio co dzień. Na dachu autokaru chyba nadal był ogromny, wysprejowany przez Olivera napis: "Miko is Miko, not just prophet". Według japońskich wierzeń, miko to kobiety-prorokinie. Sykes uznał, że świetnie pasuje do mnie przepowiadanie przyszłości, ale Nicholls nie mógł się pogodzić z tą częścią definicji, w której miko były święte. Poniżej napisane więc było: "But she's still a bitch". Przyjaciele nigdy nie zawodzą, prawda?
- Kim jest Tommy? - rozległ się cichy głos w niedalekiej odległości ode mnie. Odłożyłam magazyn i spojrzałam na Ashtona, który teraz wpatrywał się we mnie.
- Nie zwiedzasz autokaru?
- Jeździliśmy już takim w zeszłym roku, ale nie zmieniaj tematu.
- Moim chłopakiem.
- Nie mówiłaś, że masz chłopaka.
- Nie mówiłeś, że jesteś aż tak seksowny.
Uśmiechnął się szelmowsko.
- Bo jestem skromny. Tobie też by się to przydało, mama ci nie mówiła, że nie ładnie jest wyrywać kilku chłopaków na raz?
- Może i by powiedziała, ale nie miała okazji.
- Tak rzadko bywasz w domu?
- Nie żyje.
Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, więc zdecydował się na najprostsze słowa.
- Przykro mi.
- A mnie nie. Rodzicielstwo ich obojga ograniczało się do zamykania mnie w pokoju, gdy głosiłam swoje racje.
Roześmialiśmy się oboje, choć Ashton z lekką rezerwą.
- Moi rodzice się rozwiedli. Ale nigdy mnie nie zamykali w pokoju.
- Miałeś nudne dzieciństwo, pewnie nie umiesz wychodzić z domu przez okno.
- Przynajmniej ty opanowałaś to do perfekcji. - zauważyła Ania, która nagle się do nas przysiadła. Teraz nachyliła się do nas przez stolik i zniżyła głos. - Nie wiem, co przeskrobaliście, ale Matthew patrzy na was na jak na więźniów Guantanamo.
- Skąd u ciebie takie porównanie? - zszokowałam się.
- Prawna w Zawadzkim była ostatnio na rozprawie sądowej o Guantanamo. Rozmawiałam właśnie z mamą... zaprasza cię na herbatkę, gdy już wrócisz do Polski. Nie możesz odmówić.
Skinęłam głową i bus się zatrzymał. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam kilka minivanów przed białym budynkiem.
- No, gwiazdki, wysiadać. - zawołał Roy i posłusznie się ewakuowaliśmy. Australijczycy nieśmiało podążyli za nami. Gdy weszliśmy do środka, niemalże od razu zobaczyliśmy salę z planem. W otoczeniu aparatów, lamp i wysokich, reżyserskich krzeseł stał Tom i Phil wraz z Liz, wskazując na coś u sufitu i uśmiechając się szeroko, słuchając w skupieniu jej odpowiedzi.
- Pani Hemmings, Tom, zespół przyjechał. - oznajmiła wysoka blondynka, która właśnie weszła do pomieszczenia i stanęła koło nas. Została zmiażdżona naszymi powątpiewającymi spojrzeniami.
- No proszę, a sądziliśmy, że Stokesy podkręcił światło... lecz nie, przybyły moje gwiazdki. - ucieszył się manager trasy. Fotografowie okręcili się na pięcie, patrząc na nas z zainteresowaniem i chwilę później znaleźli się już przy nas.
- Gotowi? - zapytał Tom, całując mnie na przywitanie.
- Tylko odwiedzimy Jo. - odparł Oliver.
- Luke, nieco inaczej wyobrażałam sobie waszą próbę. - Liz uniosła brew, patrząc z naganą na syna. - A ty już wprosiłeś się komuś do pracy.
- Też mi cię miło widzieć, mamo. - odparł chłopak. - Mam ci przypomnieć wszystkie telefony, którymi zadręczałaś mnie, gdy byliśmy w trasie?
- Proponuję rozpocząć zdjęcia. - zainterweniował Phil. - Tom, puść Maddie, musi iść do charakteryzatorki. Matt, zostaw Ann, idziesz z Maddie.
- Mnie się podoba. - wzruszył ramionami i pociągnął mnie na korytarz. Jednak stanęliśmy przy drzwiach, zerkając do środka.
- Ktoś jeszcze potrzebuje zaproszenia? - kontynuował Gornell. - Luke, możecie iść z nimi, może Jo coś dla was wymyśli.
- Jakiś kurs makijażu, czy coś. - pokiwał głową Nicholls.
- Dlaczego jeszcze nie jesteś u Joanne, Nicholls? - Phil potarł twarz dłońmi.
Oba zespoły powoli wylewały się na korytarz, dyskutując i komentując między sobą wszystko dookoła.
- Hej, Phil, chcesz piwo? - zapytał go Matt, wracając raz jeszcze do środka, nadal trzymając mnie za rękę. Wszyscy się cofnęli, chcąc usłyszeć jego odpowiedź.
- Jest 9:30, Matt. Zniknij mi z oczu i znajdź sobie kawę.
- Dobra, dobra.
- Z kim ja pracuję? - zapytał powietrze Gornell. Tom poklepał go pocieszająco po ramieniu, gdy Kean zatrzymał się i popatrzył na mnie w zamyśleniu.
- Hej, Phil?
- Czego? - warknął w odpowiedzi chłopak.
- Pociesz się, że zawsze mogło być gorzej. A tak, przynajmniej nie zdradza cię dziewczyna. - powiedział, patrząc Tomowi prosto w oczy. A ten zbladł. - Madd, czy wasz związek jest nadal aktualny?
Chyba muszę zacząć się kontrolować.
- O której wróciłaś? - zapytał przy śniadaniu Oliver, smarując kromkę nutellą. Przełknęłam łyżkę płatków, zerkając na Matta Keana. Jednak on spokojnie i metodycznie mieszał herbatę, ignorując mnie.
- Późno, trochę się zasiedzieliśmy. Chłopcy pokazywali mi kilka ich nagrań.
- Nikt cię nie zaczepiał? - zmartwił się.
- Nie, odprowadzili mnie tutaj.
- Rozumiem. Dobrzy są? - podjął po chwili.
- Całkiem nieźli, choć nie w guście Bring Me the Horizon.
- Spodobali ci się? - zapytał, na pozór niewinnie, Matthew, znów wpatrując mi się w oczy. Jednak oboje wiedzieliśmy, że nie pyta o ich muzykę. Mimo to, zignorowałam drugie dno.
- Mają przed sobą wielką przyszłość.
Oliver pokiwał głową i dalej jedliśmy w milczeniu. W lustrze, wiszącym przy łuku wejściowym widziałam odbicie siedzącego zespołu. Widziałam też Matta, wpatrującego się we mnie i popijającego herbatę. Nagle poczułam się, jakbym naprawdę zdradziła Toma, coś na kształt poczucia winy zaległo mi w żołądku. Odsunęłam od siebie niedojedzone płatki.
- Idę się przebrać. - oznajmiłam, wstając gwałtownie od stołu. Chłopcy spojrzeli na mnie zaskoczeni, lustrowali moją postać w krótkich spodenkach i luźnej koszulce, w których spałam.
- Nie dokończysz śniadania? - zapytał Nicholls. Pokręciłam głową i wyszłam, kierując się do mojego tymczasowego pokoju. Zamknęłam za sobą starannie drzwi i podeszłam do walizki z ciuchami. Szybko przerzucałam pokrowce, w które Tess zapakowała wybrane przez nią zestawy. W końcu odnalazłam tego, czego szukałam.
Podniosłam się z kolan, przyciskając czarną bluzę do piersi i wdychając jej zapach, o nucie czarnej herbaty i mięty. Zastanawiałam się, co takiego miał w sobie Ashton Irwin, że po kilku spędzonych z nim godzinach byłam w stanie myśleć tylko o jego zniewalającym, szerokim uśmiechu i zielonkawych oczach. W ciągu ostatnich kilku godzin myślałam o nim więcej, niż o Tomie Sykes przez minione kilka dni.
Zerknęłam na zegarek, który odnalazłam w nocy i uznałam, że jeśli się nie ruszę, to się spóźnię. Była 8:34, a równo o godzinie 9:00 Roy miał po nas przyjechać, aby zawieźć nas na sesję. Wcześnie, zważywszy, że wróciłam po 1, a kolejne kilka godzin spędziłam, wpatrując się w zdjęcie chłopców, znalezione na ścianie Luke'a. Joanne mnie zabije, jeśli przyjdę do niej z podkrążonymi oczami.
Starannie złożyłam bluzę i ukryłam ją z powrotem na dnie, a zamiast niej wyciągnęłam pokrowiec z ciuchami od Tess, przygotowanymi na sesję. Starałam się śpieszyć, ale dosłownie zatkało mnie, gdy zobaczyłam króciutką, czerwoną sukienkę i niebotycznie wysokie szpilki. Co to, to nie, poprzednia noc nauczyła mnie, że Australia w czerwcu nie jest specjalnie gorąca, poza tym (pomijając fakt zimna), jadę na sesję zdjęciową na okładkę Alternative Press, a nie do night clubu. Ryzykując głową, wbiłam się w krótką spódniczkę, zakolanówki i koszulkę Arctic Monkeys. Cicho liczyłam, że Tess doceni moje starania, więc chwyciłam jeszcze pasujący kolorem kardigan. Śmieszna nazwa, prawda? Ja też usłyszałam ją dopiero niedawno. Nawet tłumaczyłam sobie nazwę w translatorze, bo byłam pewna, że się przesłyszałam. A jednak. Kardigan.
Pół godziny później wszyscy byliśmy gotowi i siedzieliśmy na schodkach przed domem, wypatrując na horyzoncie busa i drżąc z zimna. Zaczynałam nawet wyobrażać sobie ogromny kubek latte, tańczący i kuszący swym zapachem, gdy siedzący obok mnie Oliver podniósł głowę, patrząc na drogę. Jednak zamiast Roy'a za kierownicą, zobaczyłam Luke'a w towarzystwie chłopców. Powolnym krokiem zbliżali się do nas. Przełknęłam ślinę, czekając na znaczące spojrzenia Matthew.
- Hej. Podobno zostaliśmy zaproszeni. - zaczął Calum. - Propozycja nadal aktualna?
Podniosłam się, wygładzając spódniczkę.
- Jak najbardziej. Fajnie, że jednak przyszliście.
- Nie mogliśmy się oprzeć.
Zignorowałam pytające spojrzenia przyjaciół, wiedząc, że i tak później wezmą mnie na przesłuchanie.
- Calum, oto "Oni" - wskazałam BMTH ręką, jako ogół, a potem na każdego z nich osobno. - Jordan, Lee, Matt, Matt i Oliver.
- I Ty. - uzupełnił Ashton. Zmierzyłam go wzrokiem. Wyglądał jak przeciętny 16 latek, a nie jak chłopak z rocznika '94. W zwykłym, czarnym podkoszulku, szarej bluzie z kapturem, który miał na głowie, dużych okularach w czarnych oprawkach i rękoma w kieszeniach dżinsów sprawiał wrażenie popularnego ucznia liceum, a nie wschodzącej gwiazdy rocka.
- I ja. - przytaknęłam, doskonale maskując słabość i tor moich myśli. Odwróciłam się do mojego zespołu. - Panowie, oto 5 Seconds of Summer, w składzie: Luke, którego już znacie, Calum, Mike i Ashton.
Skarciłam się w duchu za to, że przy imieniu perkusisty głos mi lekko zadrżał. Ale akurat w tamtym momencie skierował na mnie swoje przenikliwe i badawcze spojrzenie, w połączeniu z lekkim uśmiechem i... sama nie wiem. Miałam nadzieję, że Tom nie nadjedzie autokarem wraz z Roy'em.
- Ashton, czy Aston? - zainteresował się Kean.
- Ash. A-S-H-T-O-N. - chłopak szybko przeliterował swoje imię, nie spodziewając się podstępu.
- Okej, Aston faktycznie byłoby zbyt brytyjskie. Miło mi cię poznać, jestem basistą. - wyciągnął dłoń. Ash odwzajemnił uścisk.
- A ja perkusistą.
- Chyba musieliście się spodobać Maddie, skoro zaprosiła was na sesję po jednym wspólnym wieczorze. Mam nadzieję, że Tommy nie ma nic przeciwko? - zwrócił się do mnie, nie dając Irwinowi dojść do słowa. Byłam wściekła i doskonale wyczuwałam szyderstwo ukryte za słowami Matta.
- Jest zachwycony moją skłonnością do poznawania nowych ludzi i sprowadzania mu na plan nowych twarzy. - odparowałam. Liczyłam, że Irwin domyśli się, co się tutaj rozgrywa. Nie chciałam ryzykować spojrzenia w jego stronę.
- Świetnie. - Matt przybrał na twarz szeroki uśmiech.
Paradoksalnie uratował nas nadjeżdżający autokar, z ogromną postacią Bus Daddy'ego za kierownicą.
- Wow. - gwizdnął cicho Luke.
- Kiedyś też się takiego dorobicie. - pocieszył go Nicholls, klepiąc go po ramieniu i ciągnąc mnie do środka.
- Hej, Roy - przywitałam się z kierowcą, wchodząc za przyjacielem.
- Hej, mała. Podwieźć cię gdzieś?
- Do domu. - rozmarzyłam się.
- Za 2 tygodnie, Madd, damy radę. - zaskoczył mnie Oliver. Zobaczył moje pytające spojrzenie. - Australia do niedzieli, potem tydzień na Wyspach i wolne. Akurat wrócisz na zakończenie roku, prawda?
- Kiedy to postanowiliście?
- Kiedy Gornell znalazł rozpiskę trasy pod pudełkami po pizzy na waszym łóżku syfu. - odparła Ania, którą zobaczyłam dopiero teraz. Dotychczas siedziała w fotelu, ale teraz wstała i podeszła do Nichollsa, witając go całusem. Objął ją i pogłębił pocałunek. Uznałam, że nie będę im przeszkadzać, w końcu nie widzieli się całe 20 godzin i opadłam na inny fotel bez słowa. Pozostawiłam też Australijczyków samym sobie, zakładając, że przecież nie zgubią się w zamkniętym pojeździe.
- Annie wraca do domu po Australii i nie wiemy jeszcze, czy będzie musiała z nami jechać dalej. Natomiast ciebie, Maddie, zgarniamy pod koniec lipca. - informował mnie Oliver, czytając z kartki, która była przywieszona do tablicy. Skinęłam tylko głową, przeglądając jakiś magazyn, który zupełnie mnie nie interesował.
5SOS z zaciekawieniem rozglądało się po wnętrzu busa. Horizon rozwaliło się już we wszystkich możliwych miejscach. Nie miałam ochoty zgrywać niańki, zresztą Matthew obserwował mnie uważnie. Pozostawiłam chłopców samym sobie, przecież byli już dorośli. Jednak Lee się nad nimi zlitował.
- Chodźcie, oprowadzę was. - machnął na nich dłonią. Przez dłuższy czas słyszeliśmy jego głos, objaśniający wszystko. "Tutaj są łóżka... jest ich chyba 16. O, tam jest kibelek, ale nie polecam. Gdzieś była lodówka, ale musieliśmy ją wymienić, Nicholls kiedyś do niej nasikał."
Rany, czego my w tym autokarze nie zrobiliśmy... dzikie banicje odbywały się tu co koncert, czyli średnio co dzień. Na dachu autokaru chyba nadal był ogromny, wysprejowany przez Olivera napis: "Miko is Miko, not just prophet". Według japońskich wierzeń, miko to kobiety-prorokinie. Sykes uznał, że świetnie pasuje do mnie przepowiadanie przyszłości, ale Nicholls nie mógł się pogodzić z tą częścią definicji, w której miko były święte. Poniżej napisane więc było: "But she's still a bitch". Przyjaciele nigdy nie zawodzą, prawda?
- Kim jest Tommy? - rozległ się cichy głos w niedalekiej odległości ode mnie. Odłożyłam magazyn i spojrzałam na Ashtona, który teraz wpatrywał się we mnie.
- Nie zwiedzasz autokaru?
- Jeździliśmy już takim w zeszłym roku, ale nie zmieniaj tematu.
- Moim chłopakiem.
- Nie mówiłaś, że masz chłopaka.
- Nie mówiłeś, że jesteś aż tak seksowny.
Uśmiechnął się szelmowsko.
- Bo jestem skromny. Tobie też by się to przydało, mama ci nie mówiła, że nie ładnie jest wyrywać kilku chłopaków na raz?
- Może i by powiedziała, ale nie miała okazji.
- Tak rzadko bywasz w domu?
- Nie żyje.
Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, więc zdecydował się na najprostsze słowa.
- Przykro mi.
- A mnie nie. Rodzicielstwo ich obojga ograniczało się do zamykania mnie w pokoju, gdy głosiłam swoje racje.
Roześmialiśmy się oboje, choć Ashton z lekką rezerwą.
- Moi rodzice się rozwiedli. Ale nigdy mnie nie zamykali w pokoju.
- Miałeś nudne dzieciństwo, pewnie nie umiesz wychodzić z domu przez okno.
- Przynajmniej ty opanowałaś to do perfekcji. - zauważyła Ania, która nagle się do nas przysiadła. Teraz nachyliła się do nas przez stolik i zniżyła głos. - Nie wiem, co przeskrobaliście, ale Matthew patrzy na was na jak na więźniów Guantanamo.
- Skąd u ciebie takie porównanie? - zszokowałam się.
- Prawna w Zawadzkim była ostatnio na rozprawie sądowej o Guantanamo. Rozmawiałam właśnie z mamą... zaprasza cię na herbatkę, gdy już wrócisz do Polski. Nie możesz odmówić.
Skinęłam głową i bus się zatrzymał. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam kilka minivanów przed białym budynkiem.
- No, gwiazdki, wysiadać. - zawołał Roy i posłusznie się ewakuowaliśmy. Australijczycy nieśmiało podążyli za nami. Gdy weszliśmy do środka, niemalże od razu zobaczyliśmy salę z planem. W otoczeniu aparatów, lamp i wysokich, reżyserskich krzeseł stał Tom i Phil wraz z Liz, wskazując na coś u sufitu i uśmiechając się szeroko, słuchając w skupieniu jej odpowiedzi.
- Pani Hemmings, Tom, zespół przyjechał. - oznajmiła wysoka blondynka, która właśnie weszła do pomieszczenia i stanęła koło nas. Została zmiażdżona naszymi powątpiewającymi spojrzeniami.
- No proszę, a sądziliśmy, że Stokesy podkręcił światło... lecz nie, przybyły moje gwiazdki. - ucieszył się manager trasy. Fotografowie okręcili się na pięcie, patrząc na nas z zainteresowaniem i chwilę później znaleźli się już przy nas.
- Gotowi? - zapytał Tom, całując mnie na przywitanie.
- Tylko odwiedzimy Jo. - odparł Oliver.
- Luke, nieco inaczej wyobrażałam sobie waszą próbę. - Liz uniosła brew, patrząc z naganą na syna. - A ty już wprosiłeś się komuś do pracy.
- Też mi cię miło widzieć, mamo. - odparł chłopak. - Mam ci przypomnieć wszystkie telefony, którymi zadręczałaś mnie, gdy byliśmy w trasie?
- Proponuję rozpocząć zdjęcia. - zainterweniował Phil. - Tom, puść Maddie, musi iść do charakteryzatorki. Matt, zostaw Ann, idziesz z Maddie.
- Mnie się podoba. - wzruszył ramionami i pociągnął mnie na korytarz. Jednak stanęliśmy przy drzwiach, zerkając do środka.
- Ktoś jeszcze potrzebuje zaproszenia? - kontynuował Gornell. - Luke, możecie iść z nimi, może Jo coś dla was wymyśli.
- Jakiś kurs makijażu, czy coś. - pokiwał głową Nicholls.
- Dlaczego jeszcze nie jesteś u Joanne, Nicholls? - Phil potarł twarz dłońmi.
Oba zespoły powoli wylewały się na korytarz, dyskutując i komentując między sobą wszystko dookoła.
- Hej, Phil, chcesz piwo? - zapytał go Matt, wracając raz jeszcze do środka, nadal trzymając mnie za rękę. Wszyscy się cofnęli, chcąc usłyszeć jego odpowiedź.
- Jest 9:30, Matt. Zniknij mi z oczu i znajdź sobie kawę.
- Dobra, dobra.
- Z kim ja pracuję? - zapytał powietrze Gornell. Tom poklepał go pocieszająco po ramieniu, gdy Kean zatrzymał się i popatrzył na mnie w zamyśleniu.
- Hej, Phil?
- Czego? - warknął w odpowiedzi chłopak.
- Pociesz się, że zawsze mogło być gorzej. A tak, przynajmniej nie zdradza cię dziewczyna. - powiedział, patrząc Tomowi prosto w oczy. A ten zbladł. - Madd, czy wasz związek jest nadal aktualny?
Chyba muszę zacząć się kontrolować.
czwartek, 2 października 2014
Don't stop.
Siedziałam na czerwonym, pluszowym dywanie ze skrzyżowanymi nogami, bawiąc się kostką. Przewracałam ją między palcami, przygryzając wargę. Nudziłam się jak mops. Co jakiś czas podnosiłam wzrok na pracujących chłopców, ale byłam skutecznie ignorowana. Pochylali się nad stołem i dyskutowali, gwałtownie wymachując rękoma i przepychając się ze śmiechem.
W ciągu dwóch lat mojej kariery jako przyjaciółki, a potem członkini Bring Me the Horizon przyzwyczaiłam się do tego, że jestem w centrum zainteresowania i otaczana zachwytami. Najlepszym przykładem było to, że kogokolwiek na mojej drodze bym nie spotkała - Pierce the Veil, Fall Out Boy, All Time Low, A Day to Remember, Jo, Tess, Adama Elmakias, słowem - ludzi, których warto znać, naprawdę, każde z nich poświęcało mi mnóstwo uwagi i w mgnieniu oka należeli do kręgu moich znajomych. Zawsze Temat Numer Jeden, zawsze piękna, mądra i urocza. Tymczasem banda nastolatków, którzy próbują się wybić w biznesie ignoruje mnie.
Nie podobało mi się. Ale jeszcze bardziej nie podobało mi się to, jakim torem pobiegły moje myśli. Halo, Magda, ogarnij się. Dotychczas nie potrzebowałaś sławy i solidnego zaplecza gwiazd, żeby cię doceniano. Wystarczył twój cięty dowcip, abstrakcyjny umysł i giętki język. To było twoim atutem, a nie pozycja w musicbiznesie.
- Pokażecie mi coś swojego? - zapytałam. Luke podniósł głowę i posłał mi lekki uśmiech.
- Przepraszam, zagadaliśmy się, a mieliśmy grać. Tylko, hm... Ash, możesz grać? Rano...
- Poradzę sobie. - przytaknął chłopak z bandanką na głowie. To on nieustannie mówił i żartował, aż do bólu.
- A co ci było? - zainteresował się Michael, człowiek o zielonych włosach.
- Nadwyrężyłem nadgarstek - odparł Ashton z pełną powagą. A jednak chłopcy prychnęli śmiechem. - Pomagałem Lily budować wieżę z klocków i spadła na mnie.
- Lily czy wieża? - zapytał Calum z niebezpiecznym uśmiechem.
- Obie. - wrzucił krakersa do ust i zerknął na mnie przelotnie, wybijając dłońmi rytm o stół. Złapał moje spojrzenie, którego nie mogłam oderwać od jego profilu. Spuściłam wzrok, uśmiechając się lekko. - Więc skoro już ustaliliśmy, że nic mi nie jest, może pochwalimy się czymś przed Maddie?
- Wolisz covery czy oryginały? - Mike przeniósł na mnie spojrzenie dużych, brązowych oczu szczenięcia. Zawsze marzyłam, aby brąz moich oczu był taki nieprzenikniony, a tymczasem muszę się zadowolić czymś bardziej podobnym do piwnego. Nie można mieć wszystkiego, prawda?
- Zależy kogo piosenki gracie - odparłam.
- Adele? - bardziej zapytał niż stwierdził Luke. Uniosłam brew.
- Serio, Hemmo? Nie możesz proponować Adele komuś, kto gra metal. - Calum zmiażdżył przyjaciela wzrokiem.
- Deathcore, mój drogi, deathcore. - Mike pomachał palcem jak nauczyciel karcący ucznia. Prychnęłam.
- Deathcore to to może był maksymalnie przy drugiej płycie. Teraz to nawet krytycy nie wiedzą, co to jest.
- Zagrasz nam coś? - zapytał Luke. - Czysto poznawczo.
- To wy mieliście grać dla mnie - zaśmiałam się.
- Nie ma nic za darmo. - Caluma nadal nie mogłam do siebie przekonać. Patrząc na jego zaciśnięte usta uznałam, że dopóki nie pokażę mu, co potrafię, nie będzie w stanie normalnie ze mną rozmawiać. Zmrużyłam oczy i zabrałam Michael'owi gitarę elektryczną, którą właśnie wziął do rąk.
- Mike, rzuć tytuł.
Zmieszał się lekko i rozejrzał po kolegach.
- Em, nie wiem, "Go to Hell..."?
- Poważnie, znasz tytuły ich piosenek? - Calum uniósł brew.
- Poważnie, "ich"? - przestroiłam gitarę..
Postanowiłam odpuścić sobie moją partię i popisywałam się częścią Lee. Wiedziałam, że i tak się nie połapią, a ja nabiorę trochę poważania w ich oczach. Cieszyłam się, że Malia codziennie kazał mi grywać obie partie każdej piosenki, "na wszelki wypadek", więc teraz bez większego zastanowienia mogłam grać. Uznałam, że popiszę się jeszcze bardziej i zaczęłam śpiewać. A gdy skończyłam piosenkę, ledwo ukrywałam dumę, która mnie rozpierała.
- No proszę, 1:0 dla Maddie. - podsumował Ashton, wrzucając następnego krakersa do ust i wycierając dłonie o dżinsy. - Odbijamy, panowie?
- Czy to wyzwanie? - upiłam łyk sprite'a. Potwierdził. - Czy to nie jest trochę nie fair? Ja sama na was czworo?
- Maddie Miko tchórzy? - podpuszczał mnie Luke.
- W życiu. Ale zakład to zakład. Co, jeśli przegram?
- Załatwiasz nam wejściówki na backstage na wasz koncert. - odparł Mike, bez konsultacji z kolegami. Ale nie skarcili go, wręcz przeciwnie, przytaknęli.
- Dobra. Ale jeśli wygram... rozbierzecie się w waszym pierwszym teledysku.
- Przecież my nie nagramy teledysku, nigdy... - zaoponował Mike.
- Halo, pracujecie z Gaskarthem nad płytą, musicie mieć teledysk!
- Zmieniam warunki. Jeśli my wygramy, wystąpisz w naszym pierwszym teledysku. - Calum skrzyżował ręce na piersi, wpatrując się we mnie wzrokiem zwycięzcy.
- Przybite.
Zdziwili się. Na pewno.
- Stoi. - wzięli instrumenty i dreptali w kółku na dywanie.
- Don't stop? - zapropnował Luke nieśmiało.
- Wyśmieje nas. Amnesia. - kategorycznie zaprzeczył Calum, udając, że mnie tam nie ma. Próbowałam przypomnieć sobie jakąkolwiek piosenkę 5SOS, która wyświetliła mi się kiedykolwiek na youtube.
- Out of My Limit? - strzeliłam. Ash spojrzał na mnie zaskoczony zza perkusji.
- Miałeś rację, Calum. Jesteśmy sławni.
- To przez One Direction. - odparłam, podając Mike'owi jego gitarę. - Wyświetlacie się przy nich w propozycjach na youtube.
- Mówiłem wam, że jak pojedziemy z nimi w trasę, to tylko po tym nas będą kojarzyć. - Ash zakrył oczy dłonią, trzymając pałeczki. Gdybym ja tak zrobiła, pewnie wsadziłabym je sobie do oczu. - "Ej, to oni, support One Direction! Weźmy od nich autograf, znają Harry'ego!" - zironizował cienkim głosem.
- No proszę, One Direction, Alex Gaskarth... chcecie grać pop czy rock?
- Pop rock. - odparł Calum. - Tak jest wygodnie. Amnesia, Mike.
Skinął głową i zmienił gitarę na akustyczną. A potem zaczął grać. I spodobało mi się. Przy drugim refrenie Luke skinął mi głową, żebym włączyła się do śpiewu. W tamtej chwili miałam wrażenie, że przegram zakład, bo nie wymyślę niczego z ich repertuaru, co spodoba mi się równie bardzo jak ta piosenka.
"I wish that I could wake up with amnesia
And forget about these stupid little things."
- Madd, twoja kolej. - Luke ściągnął mnie na ziemię.
- Blink-182. - wyszeptałam i, usłyszawszy swój głos, odchrząknęłam, aby nabrał swojej zwykłej, lekko zachrypniętej barwy. - I Miss You.
- Na pewno nas nie znasz? - zmrużył oczy Mike. - Coverowaliśmy to jakiś czas temu...
Pokręciłam głową.
--------------------------------------------------
Mieliśmy naprawdę podobny gust muzyczny. Gdy razem graliśmy Blink-182, a później Nirvanę, A7X i inne, znane zespoły odkryliśmy w sobie bratnie dusze. Gdy znudziło nam się już rzucanie kolejnych tytułów i dowiadywanie się, że doskonale je znamy, rozłożyliśmy się na dywanie, opowiadając o sobie wzajemnie - nie tylko o zespołach i muzyce, ale też prywatnie. Dowiedziałam się, że cała czwórka to mniej lub bardziej zaawansowani gitarzyści. Każdy z nich również miał dobry głos, na wygląd też przecież nie narzekali.
Z powodzeniem mogliby zakładać boysband. Mogłabym zostać naczelną fanką i prowadzić ich fanpage na facebook'u.
- Maddie Miko, lat 17, gitarzystka Bring Me the Horizon. Nie śmieszy cię to? - zapytał Luke, odgryzając żelkowi-dżdżownicy głowę.
- Luke Hemmings, lat 18, gitarzysta 5 Seconds of Summer. To mnie śmieszy.
- Jak porównać obie nazwy, to brzmimy jak kapela w Camp Rock. - posmutniał Mike.
- A mówiłem wam od samego początku... - stwierdził Ash i zerknął na zegarek. - Maddie, jako najmłodsza z zespołu, masz jakąś godzinę policyjną? Sama w obcym mieście...
- W obcym kraju... - dodał Luke.
- Na innym kontynencie! - Mike podrzucił żelkę i złapał ją w powietrzu ustami.
- Przylecieliśmy tutaj prosto po Tokio, tam była paranoja... - przypomniałam sobie poszukiwania McDonalda i nocne surfowanie i uśmiechnęłam się lekko. Opowiedziałam im w skrócie o nocnym włóczeniu się.
- Rany, w takim razie ja nie chcę im podpadać - uniósł dłonie Luke. - Odprowadzę cię.
Zgodziłam się i po jakimś czasie udało nam się zebrać. Odkryliśmy, że Lily zasnęła na kanapie w salonie, przed telewizorem, więc pomogliśmy ją Ashtonowi zanieść do pokoju. Gdy w końcu stanęliśmy przed drzwiami, powiało chłodem.
- Myślałam, że żartowałeś z tą niską temperaturą - zwróciłam się do Luke'a, obejmując się ramionami i drżąc z zimna.
- Pożyczę ci bluzę. - zaproponował Ash i zniknął za jakimiś drzwiami, prawdopodobnie od swojego pokoju. Wyszedł stamtąd kilka minut później, niosąc czarną bluzę z kapturem.
Podszedł do mnie i pomógł mi ją założyć, a później zasunął mi ją aż pod szyję, muskając przy tym mój podbródek i starannie ignorując moje spojrzenie. Podwinęłam trochę rękawy, które zwisały luźno, tak jak całe ubranie perkusisty.
- W takim razie ja cię odprowadzę, odbiorę potem bluzę. Wracam za niedługo. - rzucił do kolegów przez ramię i pierwszy wyszedł na zewnątrz. Pomachałam chłopcom, co bardziej przypominało pożegnanie ośmiornicy i ruszyłam za Irwinem w noc.
- Australia zawsze kojarzyła mi się z ciepłym miejscem, wiesz? - zaczęłam, w ramach nawiązania rozmowy. Chłopak wsadził ręce w kieszenie i szedł przed siebie, obserwując gwiazdy na niebie.
- Bo jest taka. Ale w listopadzie.
- W Polsce listopad jest zimnym miesiącem. W czerwcu zaczynamy wakacje... wyjazdy, wolność i takie tam.
- Koale, kangury i dingo to za małe różnice między Australią i Europą, ktoś musiał dorzucić coś więcej.
Wybuchnęliśmy śmiechem, słysząc naszą rozmowę.
- Cieszę się, że was poznałam, wiesz? - powiedziałam, po dłuższej ciszy. Ashton zatrzymał się.
- Ja też nie żałuję. - powiedział cicho. Przysunęłam się do niego. Schylił głowę, patrząc mi w oczy. Na jego wargach drgał leciutki, niepewny uśmiech. Przełknął ślinę, gdy wspięłam się lekko na palce. - Jesteśmy na miejscu.
W mgnieniu oka zmieniłam zamiary i pocałowałam go w policzek. Miałam ochotę potrząsnąć głową, żeby się ogarnąć. Masz chłopaka, Magda, a Ashtona znasz od kilku godzin.
- Wpadniecie jutro na naszą sesję? Zobaczycie, jak to jest, może kogoś poznacie... Potem gramy koncert. - zaproponowałam. Namyślał się chwilę, patrząc na dom swojego przyjaciela.
- Pewnie. Tak, jak najbardziej.
- W takim razie jesteśmy umówieni. - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, ale chłopak i tak przytaknął. Odsunęłam się.
- Więc do jutra. - pomachałam mu, cofając się. Rzuciłam mu ostatni uśmiech i odwróciłam się, wchodząc do domu. Nie obejrzałam się.
Gdy znalazłam się w środku, zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie, głośno wypuszczając powietrze. Światło w korytarzy zapaliło się, a na jego końcu zamajaczyła się postać.
- Maddie, powiedz mi, że to bluza Olivera, błagam cię. Niech to nie będzie kolejny kolega.
W ciągu dwóch lat mojej kariery jako przyjaciółki, a potem członkini Bring Me the Horizon przyzwyczaiłam się do tego, że jestem w centrum zainteresowania i otaczana zachwytami. Najlepszym przykładem było to, że kogokolwiek na mojej drodze bym nie spotkała - Pierce the Veil, Fall Out Boy, All Time Low, A Day to Remember, Jo, Tess, Adama Elmakias, słowem - ludzi, których warto znać, naprawdę, każde z nich poświęcało mi mnóstwo uwagi i w mgnieniu oka należeli do kręgu moich znajomych. Zawsze Temat Numer Jeden, zawsze piękna, mądra i urocza. Tymczasem banda nastolatków, którzy próbują się wybić w biznesie ignoruje mnie.
Nie podobało mi się. Ale jeszcze bardziej nie podobało mi się to, jakim torem pobiegły moje myśli. Halo, Magda, ogarnij się. Dotychczas nie potrzebowałaś sławy i solidnego zaplecza gwiazd, żeby cię doceniano. Wystarczył twój cięty dowcip, abstrakcyjny umysł i giętki język. To było twoim atutem, a nie pozycja w musicbiznesie.
- Pokażecie mi coś swojego? - zapytałam. Luke podniósł głowę i posłał mi lekki uśmiech.
- Przepraszam, zagadaliśmy się, a mieliśmy grać. Tylko, hm... Ash, możesz grać? Rano...
- Poradzę sobie. - przytaknął chłopak z bandanką na głowie. To on nieustannie mówił i żartował, aż do bólu.
- A co ci było? - zainteresował się Michael, człowiek o zielonych włosach.
- Nadwyrężyłem nadgarstek - odparł Ashton z pełną powagą. A jednak chłopcy prychnęli śmiechem. - Pomagałem Lily budować wieżę z klocków i spadła na mnie.
- Lily czy wieża? - zapytał Calum z niebezpiecznym uśmiechem.
- Obie. - wrzucił krakersa do ust i zerknął na mnie przelotnie, wybijając dłońmi rytm o stół. Złapał moje spojrzenie, którego nie mogłam oderwać od jego profilu. Spuściłam wzrok, uśmiechając się lekko. - Więc skoro już ustaliliśmy, że nic mi nie jest, może pochwalimy się czymś przed Maddie?
- Wolisz covery czy oryginały? - Mike przeniósł na mnie spojrzenie dużych, brązowych oczu szczenięcia. Zawsze marzyłam, aby brąz moich oczu był taki nieprzenikniony, a tymczasem muszę się zadowolić czymś bardziej podobnym do piwnego. Nie można mieć wszystkiego, prawda?
- Zależy kogo piosenki gracie - odparłam.
- Adele? - bardziej zapytał niż stwierdził Luke. Uniosłam brew.
- Serio, Hemmo? Nie możesz proponować Adele komuś, kto gra metal. - Calum zmiażdżył przyjaciela wzrokiem.
- Deathcore, mój drogi, deathcore. - Mike pomachał palcem jak nauczyciel karcący ucznia. Prychnęłam.
- Deathcore to to może był maksymalnie przy drugiej płycie. Teraz to nawet krytycy nie wiedzą, co to jest.
- Zagrasz nam coś? - zapytał Luke. - Czysto poznawczo.
- To wy mieliście grać dla mnie - zaśmiałam się.
- Nie ma nic za darmo. - Caluma nadal nie mogłam do siebie przekonać. Patrząc na jego zaciśnięte usta uznałam, że dopóki nie pokażę mu, co potrafię, nie będzie w stanie normalnie ze mną rozmawiać. Zmrużyłam oczy i zabrałam Michael'owi gitarę elektryczną, którą właśnie wziął do rąk.
- Mike, rzuć tytuł.
Zmieszał się lekko i rozejrzał po kolegach.
- Em, nie wiem, "Go to Hell..."?
- Poważnie, znasz tytuły ich piosenek? - Calum uniósł brew.
- Poważnie, "ich"? - przestroiłam gitarę..
Postanowiłam odpuścić sobie moją partię i popisywałam się częścią Lee. Wiedziałam, że i tak się nie połapią, a ja nabiorę trochę poważania w ich oczach. Cieszyłam się, że Malia codziennie kazał mi grywać obie partie każdej piosenki, "na wszelki wypadek", więc teraz bez większego zastanowienia mogłam grać. Uznałam, że popiszę się jeszcze bardziej i zaczęłam śpiewać. A gdy skończyłam piosenkę, ledwo ukrywałam dumę, która mnie rozpierała.
- No proszę, 1:0 dla Maddie. - podsumował Ashton, wrzucając następnego krakersa do ust i wycierając dłonie o dżinsy. - Odbijamy, panowie?
- Czy to wyzwanie? - upiłam łyk sprite'a. Potwierdził. - Czy to nie jest trochę nie fair? Ja sama na was czworo?
- Maddie Miko tchórzy? - podpuszczał mnie Luke.
- W życiu. Ale zakład to zakład. Co, jeśli przegram?
- Załatwiasz nam wejściówki na backstage na wasz koncert. - odparł Mike, bez konsultacji z kolegami. Ale nie skarcili go, wręcz przeciwnie, przytaknęli.
- Dobra. Ale jeśli wygram... rozbierzecie się w waszym pierwszym teledysku.
- Przecież my nie nagramy teledysku, nigdy... - zaoponował Mike.
- Halo, pracujecie z Gaskarthem nad płytą, musicie mieć teledysk!
- Zmieniam warunki. Jeśli my wygramy, wystąpisz w naszym pierwszym teledysku. - Calum skrzyżował ręce na piersi, wpatrując się we mnie wzrokiem zwycięzcy.
- Przybite.
Zdziwili się. Na pewno.
- Stoi. - wzięli instrumenty i dreptali w kółku na dywanie.
- Don't stop? - zapropnował Luke nieśmiało.
- Wyśmieje nas. Amnesia. - kategorycznie zaprzeczył Calum, udając, że mnie tam nie ma. Próbowałam przypomnieć sobie jakąkolwiek piosenkę 5SOS, która wyświetliła mi się kiedykolwiek na youtube.
- Out of My Limit? - strzeliłam. Ash spojrzał na mnie zaskoczony zza perkusji.
- Miałeś rację, Calum. Jesteśmy sławni.
- To przez One Direction. - odparłam, podając Mike'owi jego gitarę. - Wyświetlacie się przy nich w propozycjach na youtube.
- Mówiłem wam, że jak pojedziemy z nimi w trasę, to tylko po tym nas będą kojarzyć. - Ash zakrył oczy dłonią, trzymając pałeczki. Gdybym ja tak zrobiła, pewnie wsadziłabym je sobie do oczu. - "Ej, to oni, support One Direction! Weźmy od nich autograf, znają Harry'ego!" - zironizował cienkim głosem.
- No proszę, One Direction, Alex Gaskarth... chcecie grać pop czy rock?
- Pop rock. - odparł Calum. - Tak jest wygodnie. Amnesia, Mike.
Skinął głową i zmienił gitarę na akustyczną. A potem zaczął grać. I spodobało mi się. Przy drugim refrenie Luke skinął mi głową, żebym włączyła się do śpiewu. W tamtej chwili miałam wrażenie, że przegram zakład, bo nie wymyślę niczego z ich repertuaru, co spodoba mi się równie bardzo jak ta piosenka.
"I wish that I could wake up with amnesia
And forget about these stupid little things."
- Madd, twoja kolej. - Luke ściągnął mnie na ziemię.
- Blink-182. - wyszeptałam i, usłyszawszy swój głos, odchrząknęłam, aby nabrał swojej zwykłej, lekko zachrypniętej barwy. - I Miss You.
- Na pewno nas nie znasz? - zmrużył oczy Mike. - Coverowaliśmy to jakiś czas temu...
Pokręciłam głową.
--------------------------------------------------
Mieliśmy naprawdę podobny gust muzyczny. Gdy razem graliśmy Blink-182, a później Nirvanę, A7X i inne, znane zespoły odkryliśmy w sobie bratnie dusze. Gdy znudziło nam się już rzucanie kolejnych tytułów i dowiadywanie się, że doskonale je znamy, rozłożyliśmy się na dywanie, opowiadając o sobie wzajemnie - nie tylko o zespołach i muzyce, ale też prywatnie. Dowiedziałam się, że cała czwórka to mniej lub bardziej zaawansowani gitarzyści. Każdy z nich również miał dobry głos, na wygląd też przecież nie narzekali.
Z powodzeniem mogliby zakładać boysband. Mogłabym zostać naczelną fanką i prowadzić ich fanpage na facebook'u.
- Maddie Miko, lat 17, gitarzystka Bring Me the Horizon. Nie śmieszy cię to? - zapytał Luke, odgryzając żelkowi-dżdżownicy głowę.
- Luke Hemmings, lat 18, gitarzysta 5 Seconds of Summer. To mnie śmieszy.
- Jak porównać obie nazwy, to brzmimy jak kapela w Camp Rock. - posmutniał Mike.
- A mówiłem wam od samego początku... - stwierdził Ash i zerknął na zegarek. - Maddie, jako najmłodsza z zespołu, masz jakąś godzinę policyjną? Sama w obcym mieście...
- W obcym kraju... - dodał Luke.
- Na innym kontynencie! - Mike podrzucił żelkę i złapał ją w powietrzu ustami.
- Przylecieliśmy tutaj prosto po Tokio, tam była paranoja... - przypomniałam sobie poszukiwania McDonalda i nocne surfowanie i uśmiechnęłam się lekko. Opowiedziałam im w skrócie o nocnym włóczeniu się.
- Rany, w takim razie ja nie chcę im podpadać - uniósł dłonie Luke. - Odprowadzę cię.
Zgodziłam się i po jakimś czasie udało nam się zebrać. Odkryliśmy, że Lily zasnęła na kanapie w salonie, przed telewizorem, więc pomogliśmy ją Ashtonowi zanieść do pokoju. Gdy w końcu stanęliśmy przed drzwiami, powiało chłodem.
- Myślałam, że żartowałeś z tą niską temperaturą - zwróciłam się do Luke'a, obejmując się ramionami i drżąc z zimna.
- Pożyczę ci bluzę. - zaproponował Ash i zniknął za jakimiś drzwiami, prawdopodobnie od swojego pokoju. Wyszedł stamtąd kilka minut później, niosąc czarną bluzę z kapturem.
Podszedł do mnie i pomógł mi ją założyć, a później zasunął mi ją aż pod szyję, muskając przy tym mój podbródek i starannie ignorując moje spojrzenie. Podwinęłam trochę rękawy, które zwisały luźno, tak jak całe ubranie perkusisty.
- W takim razie ja cię odprowadzę, odbiorę potem bluzę. Wracam za niedługo. - rzucił do kolegów przez ramię i pierwszy wyszedł na zewnątrz. Pomachałam chłopcom, co bardziej przypominało pożegnanie ośmiornicy i ruszyłam za Irwinem w noc.
- Australia zawsze kojarzyła mi się z ciepłym miejscem, wiesz? - zaczęłam, w ramach nawiązania rozmowy. Chłopak wsadził ręce w kieszenie i szedł przed siebie, obserwując gwiazdy na niebie.
- Bo jest taka. Ale w listopadzie.
- W Polsce listopad jest zimnym miesiącem. W czerwcu zaczynamy wakacje... wyjazdy, wolność i takie tam.
- Koale, kangury i dingo to za małe różnice między Australią i Europą, ktoś musiał dorzucić coś więcej.
Wybuchnęliśmy śmiechem, słysząc naszą rozmowę.
- Cieszę się, że was poznałam, wiesz? - powiedziałam, po dłuższej ciszy. Ashton zatrzymał się.
- Ja też nie żałuję. - powiedział cicho. Przysunęłam się do niego. Schylił głowę, patrząc mi w oczy. Na jego wargach drgał leciutki, niepewny uśmiech. Przełknął ślinę, gdy wspięłam się lekko na palce. - Jesteśmy na miejscu.
W mgnieniu oka zmieniłam zamiary i pocałowałam go w policzek. Miałam ochotę potrząsnąć głową, żeby się ogarnąć. Masz chłopaka, Magda, a Ashtona znasz od kilku godzin.
- Wpadniecie jutro na naszą sesję? Zobaczycie, jak to jest, może kogoś poznacie... Potem gramy koncert. - zaproponowałam. Namyślał się chwilę, patrząc na dom swojego przyjaciela.
- Pewnie. Tak, jak najbardziej.
- W takim razie jesteśmy umówieni. - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, ale chłopak i tak przytaknął. Odsunęłam się.
- Więc do jutra. - pomachałam mu, cofając się. Rzuciłam mu ostatni uśmiech i odwróciłam się, wchodząc do domu. Nie obejrzałam się.
Gdy znalazłam się w środku, zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie, głośno wypuszczając powietrze. Światło w korytarzy zapaliło się, a na jego końcu zamajaczyła się postać.
- Maddie, powiedz mi, że to bluza Olivera, błagam cię. Niech to nie będzie kolejny kolega.
piątek, 19 września 2014
"Z NIM?"
Raz jeszcze bardzo Was przepraszam za taką przerwę. Tak jak obiecałam, postaram się być bardziej systematyczna. Mam nadzieję, że rozdział nie jest tak beznadziejny, jak mi się wydaje.
Enjoy.
--------------------------------------------
Matt, zasłoń zasłony... - wymamrotałam, przewracając się na drugi bok. Jednak nadal słońce świeciło mi w twarz, odbijając się od lustra. Przeklęłam pod nosem, zastanawiając się, kto był taki mądry, żeby powiesić lustro naprzeciw okna. Zakryłam głowę kołdrą i poczułam nieznany mi zapach męskich perfum. A potem materiał koszulki ocierającej się o moje ciało, o wiele za dużej, by mogła być moją. W mgnieniu oka rozbudziłam się i usiadłam, rozglądając się po ścianach pokoju, w którym byłam. - Matt?
Wezwanie przyjaciela odbiło się od czerwono-czarnych ścian, na których wisiało wiele biletów, kartek z autografami i plakaty z co popularniejszym riffami. Nadal zdezorientowana, wygramoliłam się spod kołdry i podeszłam do okna, delikatnie odchylając zasłonę.
Z okna było widać spory, zadbany ogródek z basenem. Wrastała w niego szklana kopuła, pod którą widać było mnóstwo roślin i wielki, granatowy parasol ogrodowy. Przypominała nieco półokrągłą szklarnię. Siedziała tam Liz, gestykulując zawzięcie. Podejrzewałam, że po drugiej stronie siedzi jej rozmówca. Postanowiłam do nich dołączyć, cicho licząc, że to Luke wrócił już ze szkoły. Nigdzie nie mogłam znaleźć zegarka, więc nie miałam pojęcia, która jest godzina.
Okręciłam się na pięcie w pokoju, oglądając uważniej intrygujące ściany. Bilety Thirty Seconds to Mars, Green Day, I Killed the Proom Queen, Metallica, All Time Low, mniej znanych kapel, z Warped Tour, z iTunes Festival, z Reading & Leeds Festival... kolekcja naprawdę była spora, poczułam nawet coś na kształt zazdrości, ja nigdy nie jeździłam na tak duże koncerty. Gdy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, podjęłam decyzję, aby rozpocząć poszukiwania łazienki. Zgarnęłam swoje rzeczy i wyszłam na korytarz, nadal w koszulce Luke'a. Rozejrzałam się na prawo i lewo, przyciskając ubrania do piersi jak złodziej i naprzeciw siebie ujrzałam drzwi. Uznałam, że to całkiem rozsądne, aby łazienka była po drugiej stronie korytarza i uchyliłam drzwi.
W środku nie znalazłam jednak łazienki, a kolejny pokój nastolatka. Jednak o ile pokój Luke'a wyglądał jak wytwórnia płytowa lub dom rockmana, ten pokój wyraźnie urządzał miłośnik sportu. Na ścianach wisiały deskorolki o różnych kolorach i kształtach, kaski, ochraniacze, plakaty motocrossów, na półkach stały różne trofea i puchary. Mimo tego, iż wszystko było dokładnie poustawiane, całość sprawiała wrażenie nieładu. Pośrodku tego wszystkiego spali... Matt i Oliver. Początkowo oboje chyba spali na łóżku, ale teraz Matt leżał na całej jego powierzchni, pochrapując, a Oliver w połowie zwisał nad ziemią. Stłumiłam śmiech, uznając, że będzie śmieszniej, gdy się obudzą i zaczną kłócić. Uwielbiałam ten rodzaj przedstawienia.
Następnym razem już znalazłam łazienkę. Szybko wzięłam prysznic, wciągnęłam swoje dżinsy i koszulkę Luke'a i wyszłam na korytarz, na wyczucie kierując się w stronę, jak sądziłam, kopuły.
- Dzień dobry! - przywitałam Liz i, jak się okazało, Jordana. Chyba przerwałam mu jakąś śmieszną opowieść, bo patrzył na mnie jakoś dziwnie. Być może chodziło mu o koszulkę, którą miałam na sobie.
- Maddie! Jesteś głodna? Częstuj się. Jak ci się spało?
Czułam się nieco przytłoczona tą troską i wybuchem iście matczynej miłości. Nigdy nie wiedziałam, jak się wtedy zachować, bo z domu nie wyniosłam takiego wzorca. Szukałam ratunku u Jordana, ale on bawił się jabłkiem, obracając je w dłoniach i nie patrzył już na mnie.
- Hm, dziękuję. - odparłam więc cicho, ciesząc się trochę, że Liz nie skomentowała faktu, że mam na sobie koszulkę jej syna. - Czuję się o wiele lepiej.
- Maddie miała jeszcze szansę wyspać się w samolocie, bo nie siedziała koło Sarah, która bez przerwy gadała. - wtrącił ponuro Jordan.
- Trzeba było usiąść z Mattem i Annie - odparowałam, biorąc jabłko.
- Nie chciałem im przeszkadzać.
- To jest twój problem, nie chcesz...
- Skoro jesteście tak zmęczeni, że spaliście kolejne... - Liz zerknęła na zegarek na nadgarstku, a potem na mnie, kontrolnie. - 8 godzin, to chyba przeniesiemy sesję na jutro rano, co wy na to? Zrobimy to szybko i popołudnie macie wolne, aż do wieczora, kiedy gracie koncert.
- Jestem za. - poczułam, jaka jestem głodna. Ugryzłam kawałek jabłka.
- Co więc będziecie robić dzisiaj? Może chcecie zwiedzić miasto?
Jordan spojrzał na mnie wyczekująco. Przełknęłam kęs, posyłając mu przepraszające spojrzenie.
- Mm.. Luke obiecał, że mnie gdzieś zabierze po szkole.
- Ah, ta jego szkoła. Całe szczęście, że zanim zajęłam się biznesem byłam nauczycielką, bo naprawdę wierzyłabym, że mój syn w czerwcu nadal uczęszcza na zajęcia.
Zakrztusiłam się jabłkiem.
- Chyba nie sądzisz, że ktokolwiek chodzi do szkoły w czerwcu, Maddie? Spójrz chociażby na siebie, świetnie się bawisz po drugiej stronie świata.
- Coś w tym jest. Tak w ogóle, chyba przerwałam wam jakąś rozmowę... - dodałam, chcąc zmienić temat mojej edukacji. Wszyscy się temu dziwili.
- Pytałem Liz o najlepsze miejsce na ślub - odparł Jordan po dłuższej chwili. - I... czy druhna może być ładniejsza od panny młodej. - mogłabym przysiąc, że lekko się zarumienił.
- Ślub? A kto się żeni?
- Ja, Maddie. Ja i Emma.
Szczęka mi opadła.
- Serio? Od kiedy jesteście razem?
- Kilka lat. Ale termin się zbliża, a my nie wiemy, gdzie i jak się za to zabrać. Musimy ogarnąć w zasadzie wszystko, a koncerty się nie kończą...
- Żenię się! - usłyszeliśmy za sobą krzyk i gwałtownie się odwróciliśmy, ryzykując urazy karku. W drzwiach na patio stał Oliver. Miał rozczochrane włosy, na policzku odbił mu się ślad poduszki, ale oczy mu iskrzyły z podniecenia.
- Słucham? - zapytał uprzejmie Jordan. Ja również wolałam udawać, że nie dosłyszałam.
- Uświadomiłem sobie, że kocham Hannah i chcę z nią spędzić resztę życia. Oświadczę jej się przy najbliższej okazji!
- Maddie, czy ty też nam chcesz coś powiedzieć? - Liz popatrzyła na mnie wesoło, gdy Oliver podszedł bliżej. Dziwiłam jej się, że nie wybuchła śmiechem na widok naszych min.
- Em... jestem w ciąży?
Tylko Oli się nie roześmiał. Wręcz przeciwnie, nagle jego spojrzenie stało się pozbawione błysku, usiadł ciężko na wolnym fotelu.
- Ale Tommy... on mówił, że wy... że on...
Teraz to my byliśmy zdezorientowani.
- Zaraz, czy Tom opowiada ci o naszym życiu intymnym? - zmarszczyłam brwi.
- To wy macie życie intymne? - zapytał Jordan z przekąsem.
- Jest moim młodszym bratem...
- To go nie usprawiedliwia! - odparłam, gdy już spiorunowałam Fisha wzrokiem. Liz próbowała się wtrącić, ale brak zainteresowania z naszej strony nieco ją zniechęcił. Patrzyła więc bezradnie, jak całą trójką zaczęliśmy się przekrzykiwać. No bo jakim prawem Oliver wie, co ja i Tom robimy w sypialni... lub innych miejscach, a czego nie? Ja nie interesuję się jego związkiem z Hannah, co więcej, unikam tego tematu. Oli patrzył lekko nieprzytomnie na swoje dłonie, a dokładniej na tatuaż misia.
- Sykes, czy ty coś brałeś? - zapytałam, opierając się przedramionami o kolana i wpatrując się badawczo w jego, moim zdaniem, powiększone źrenice. Ale może sobie wmawiałam.
- Cześć! Maddie, jesteś gotowa? - Luke wpadł w najlepszym dla Sykesa momencie. Stał z gitarą na plecach, drugą trzymał w dłoniach. - Nie jesteś.
- Zabierasz ją na próbę? - zainteresowała się Liz.
- Czy to bezpieczne, tu, w Australii? - wtrącił Jordan, patrząc na Olivera, który właśnie przygryzł wargę.
- Idziesz z NIM?
- Tak. - chwyciłam Luke'a za rękę i pociągnęłam go w kierunku jego własnego domu. - Zobaczymy się później!
- Madeline! A Tom?
- Idę z nimi na próbę, nie na orgię! - odkrzyknęłam przez ramię.
Gdy już weszliśmy do domu, chłopak wskazał brodą jakieś drzwi.
- Mama mówiła, że wasze rzeczy są w szafie, a wierz mi, będzie cholernie zimno.
Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Mamy czerwiec. Chcesz mi wmówić, że w czerwcu w Australii temperatura nie przekracza 17 stopni?
- No tak. Tutaj w wakacje pizga wiatrem na prawo i lewo. Nie czułaś?
- Skoro tak mówisz... - nadal byłam pewna, że przegina, ale nie chciałam się z nim kłócić. Przecież mieszka tu od urodzenia, czyli, na moje oko, jakieś 18 lat.
Weszłam za drzwi wskazane przez chłopaka i odkryłam swoją torbę z ciuchami. Wyjęłam brązowe rurki i beżową koszulę. Szybko się przebrałam, upewniając się, że Luke nie ma żadnej tajemnej szpary w drzwiach. Pojawiłam się na zewnątrz, zakładając czarną czapkę na głowę.
- I jak? - zapytałam, widząc jego lustrujące spojrzenie.
- Mam nadzieję, że pamiętasz, że idziemy do domu pełnego nastoletnich muzyków.
- Mam to na uwadze. Idziemy?
Podał mi drugą gitarę i wskazał drzwi. Szybko wciągnęłam na nogi botki i wypadłam na ulicę. Luke pokierował mnie w prawo i szliśmy, gadając.
- Więc skąd znasz Gaskartha? - nawiązał do naszej porannej rozmowy. Kopnęłam lekko kamyk. Poturlał się po ulicy, gdy ja przypominałam sobie alkoholowe libacje, które organizowali chłopcy w klubach.
- Spotkaliśmy się kilka razy na trasie, czasami graliśmy w tym samym show. Poza tym All Time Low przyjaźni się z Vicem Fuentes i resztą, a z tymi mam całkiem niezły kontakt.
Teraz przed oczami miałam prezenty, maskotki, kartki i inne gadżety, które wysyłali mi chłopcy z różnych zakątków świata, w których właśnie grali. Uśmiechnęłam się lekko.
- Ah, więc to koło ciebie trzeba się zakręcić, żeby poznać wszystkich, których w tym biznesie warto znać? - wykrzywił usta w uśmiechu, ale ręce wcisnął do kieszeni. Udałam, że tego nie zauważyłam.
- Na to wychodzi. Jak długo gracie?
- Dwa lata, to takie dziecinne marzenia, żeby kiedyś być kimś.
- Jak wam idzie?
- Całkiem nieźle.
Nagle, patrząc na profil Luke'a Hemmings'a, na zaciśnięte usta i czarne kółko w dolnej wardze coś mi zaświtało w pamięci. Zmierzyłam jego postać - jakieś 185 centymetrów i nabierałam właśnie powietrza, by podzielić się z nim swoimi obserwacjami, gdy zatrzymał się przed niczym nie wyróżniającym się żółtym domem i zapukał do drzwi.
Otworzyła nam mała dziewczynka, na oko 9 letnia.
- Witaj w domu perkusisty. Cześć, Lily.
Przeszedł koło dziewczynki, tarmosząc jej brązowe kucyki.
- Heeej, Ash! Rusz tyłek na górę! - wrzasnął. Tak mnie to zaskoczyło, że machinalnie zasłoniłam dłońmi uszy i zauważyłam, że dziewczynka już miała zatkane uszy. Posłałam jej uśmiech i odwzajemniła go, ukazując brakujące miejsca po mleczakach.
- Jak masz na imię? - zapytała mnie, gdy już Luke przeszedł gdzieś wgłąb domu.
- Maddie. A ty jesteś Lily?
- Tak. Chodzisz z Lukey'em?
Roześmiałam się i zaprzeczyłam.
- To dobrze. Fajnie by było, gdybyś była z moim bratem.
Pociągnęła mnie za rękę w ślad za Lukiem, jak się okazało, do piwnicy.
- Też jesteś w jakimś zespole? - kontynuowała wywiad mała.
- Tak, jestem gitarzyską. - z zainteresowaniem rozglądałam się po pomazanych ścianach. Wyglądały jak dzieła osób chorych psychicznie. Dziewczynka zauważyła moje spojrzenie.
- Czasem, jak grają, to trochę wariują.
Oh, mała, gdybyś widziała rebelie Bring Me the Horizon na próbach, pomyślałam. Tymczasem zeszłyśmy już na sam dół.
- Nie mogę tam wchodzić, chłopcy mi zabronili - poinformowała mnie Lily, patrząc przez szparę w drzwiach. - Powiedzieli, że zabiją moje lalki.
- Hm, to straszne. Może powinnaś iść na górę?
Pożegnała się ze mną i uciekła. Odprowadziłam ją spojrzeniem i uniesioną brwią.
- Serio zgubiłeś dziewczynę na odcinku 5 metrów? - usłyszałam lekko sepleniący głos.
- Nie jest zbyt wysoka. - bronił się Luke. Zdążyłam już oswoić się z jego głosem, mogłam go już poznać.
- Trudno. Przecież to Maddie Miko, miejsce 23 w Top 100 gitarzystek ostatniego roku według Alternative Press, zapomniałeś? - usłyszałam kolejny, w jakiś sposób przyjemny. Lekko zachrypnięty, albo coś w tym rodzaju.
- Wyuczyłeś się jej biografii na pamięć, Mike? A może to ty prowadzisz jej stronę na wikipedii? - tym razem rozległ się głos, który bardziej przypominał głos komika, wiecznie przebrzmiały śmiechem i humorem.
Hej, zaraz, to ja mam własną stronę na wikipedii?
Weszłam do pokoju, w którym rozmawiali. Chłopak o brązowych, loczkowatych włosach przytrzymanych bandaną leżał na ziemi z podkulonymi nogami, zakrywając oczy dłonią. Drugi siedział wygodnie w fotelu, z basem na kolanach. Za to zza zestawu perkusyjnego wynurzyła się burza zielonych włosów, a zaraz za nią reszta chłopaka.
- Znalazłem moją kostkę! Ash, twoja perkusja ukradła moją kostkę!
- Perkusja ma stopy, ale nie ma rąk, Mike. To nie ta zasada działania.
- Może sądził, że perkusja i perkusista tworzą jedność nawet wtedy, gdy muzyk opuści zestaw. - oznajmiłam nieco chaotycznie, zwracając na siebie ich uwagę. A jednak mnie zrozumieli.
- No, właśnie. Panowie, to jest Madeline Miko - Luke odchrząknął. - Maddie, oto 5 Seconds of Summer.
Wiedziałam, że ich kojarzę. Wyświetlili mi się na youtube w propozycjach zaraz po tym, jak w skrajnej euforii puściliśmy sobie One Direction, udając boysband z Roy'em jako naczelną fanką. Nie ważne dlaczego, po koncertach jesteśmy w stanie zrobić wszystko.
- Oh, uwielbiam australijski pop-rock. Tyko wy potraficie połączyć dobrą ścieżkę dźwiękową z beznadziejnym tekstem i zrobić tym karierę.
- Patrz, zna nas! - ucieszył się chłopak w fotelu. - Jesteśmy zajebiście sławni, panowie.
Enjoy.
--------------------------------------------
Matt, zasłoń zasłony... - wymamrotałam, przewracając się na drugi bok. Jednak nadal słońce świeciło mi w twarz, odbijając się od lustra. Przeklęłam pod nosem, zastanawiając się, kto był taki mądry, żeby powiesić lustro naprzeciw okna. Zakryłam głowę kołdrą i poczułam nieznany mi zapach męskich perfum. A potem materiał koszulki ocierającej się o moje ciało, o wiele za dużej, by mogła być moją. W mgnieniu oka rozbudziłam się i usiadłam, rozglądając się po ścianach pokoju, w którym byłam. - Matt?
Wezwanie przyjaciela odbiło się od czerwono-czarnych ścian, na których wisiało wiele biletów, kartek z autografami i plakaty z co popularniejszym riffami. Nadal zdezorientowana, wygramoliłam się spod kołdry i podeszłam do okna, delikatnie odchylając zasłonę.
Z okna było widać spory, zadbany ogródek z basenem. Wrastała w niego szklana kopuła, pod którą widać było mnóstwo roślin i wielki, granatowy parasol ogrodowy. Przypominała nieco półokrągłą szklarnię. Siedziała tam Liz, gestykulując zawzięcie. Podejrzewałam, że po drugiej stronie siedzi jej rozmówca. Postanowiłam do nich dołączyć, cicho licząc, że to Luke wrócił już ze szkoły. Nigdzie nie mogłam znaleźć zegarka, więc nie miałam pojęcia, która jest godzina.
Okręciłam się na pięcie w pokoju, oglądając uważniej intrygujące ściany. Bilety Thirty Seconds to Mars, Green Day, I Killed the Proom Queen, Metallica, All Time Low, mniej znanych kapel, z Warped Tour, z iTunes Festival, z Reading & Leeds Festival... kolekcja naprawdę była spora, poczułam nawet coś na kształt zazdrości, ja nigdy nie jeździłam na tak duże koncerty. Gdy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, podjęłam decyzję, aby rozpocząć poszukiwania łazienki. Zgarnęłam swoje rzeczy i wyszłam na korytarz, nadal w koszulce Luke'a. Rozejrzałam się na prawo i lewo, przyciskając ubrania do piersi jak złodziej i naprzeciw siebie ujrzałam drzwi. Uznałam, że to całkiem rozsądne, aby łazienka była po drugiej stronie korytarza i uchyliłam drzwi.
W środku nie znalazłam jednak łazienki, a kolejny pokój nastolatka. Jednak o ile pokój Luke'a wyglądał jak wytwórnia płytowa lub dom rockmana, ten pokój wyraźnie urządzał miłośnik sportu. Na ścianach wisiały deskorolki o różnych kolorach i kształtach, kaski, ochraniacze, plakaty motocrossów, na półkach stały różne trofea i puchary. Mimo tego, iż wszystko było dokładnie poustawiane, całość sprawiała wrażenie nieładu. Pośrodku tego wszystkiego spali... Matt i Oliver. Początkowo oboje chyba spali na łóżku, ale teraz Matt leżał na całej jego powierzchni, pochrapując, a Oliver w połowie zwisał nad ziemią. Stłumiłam śmiech, uznając, że będzie śmieszniej, gdy się obudzą i zaczną kłócić. Uwielbiałam ten rodzaj przedstawienia.
Następnym razem już znalazłam łazienkę. Szybko wzięłam prysznic, wciągnęłam swoje dżinsy i koszulkę Luke'a i wyszłam na korytarz, na wyczucie kierując się w stronę, jak sądziłam, kopuły.
- Dzień dobry! - przywitałam Liz i, jak się okazało, Jordana. Chyba przerwałam mu jakąś śmieszną opowieść, bo patrzył na mnie jakoś dziwnie. Być może chodziło mu o koszulkę, którą miałam na sobie.
- Maddie! Jesteś głodna? Częstuj się. Jak ci się spało?
Czułam się nieco przytłoczona tą troską i wybuchem iście matczynej miłości. Nigdy nie wiedziałam, jak się wtedy zachować, bo z domu nie wyniosłam takiego wzorca. Szukałam ratunku u Jordana, ale on bawił się jabłkiem, obracając je w dłoniach i nie patrzył już na mnie.
- Hm, dziękuję. - odparłam więc cicho, ciesząc się trochę, że Liz nie skomentowała faktu, że mam na sobie koszulkę jej syna. - Czuję się o wiele lepiej.
- Maddie miała jeszcze szansę wyspać się w samolocie, bo nie siedziała koło Sarah, która bez przerwy gadała. - wtrącił ponuro Jordan.
- Trzeba było usiąść z Mattem i Annie - odparowałam, biorąc jabłko.
- Nie chciałem im przeszkadzać.
- To jest twój problem, nie chcesz...
- Skoro jesteście tak zmęczeni, że spaliście kolejne... - Liz zerknęła na zegarek na nadgarstku, a potem na mnie, kontrolnie. - 8 godzin, to chyba przeniesiemy sesję na jutro rano, co wy na to? Zrobimy to szybko i popołudnie macie wolne, aż do wieczora, kiedy gracie koncert.
- Jestem za. - poczułam, jaka jestem głodna. Ugryzłam kawałek jabłka.
- Co więc będziecie robić dzisiaj? Może chcecie zwiedzić miasto?
Jordan spojrzał na mnie wyczekująco. Przełknęłam kęs, posyłając mu przepraszające spojrzenie.
- Mm.. Luke obiecał, że mnie gdzieś zabierze po szkole.
- Ah, ta jego szkoła. Całe szczęście, że zanim zajęłam się biznesem byłam nauczycielką, bo naprawdę wierzyłabym, że mój syn w czerwcu nadal uczęszcza na zajęcia.
Zakrztusiłam się jabłkiem.
- Chyba nie sądzisz, że ktokolwiek chodzi do szkoły w czerwcu, Maddie? Spójrz chociażby na siebie, świetnie się bawisz po drugiej stronie świata.
- Coś w tym jest. Tak w ogóle, chyba przerwałam wam jakąś rozmowę... - dodałam, chcąc zmienić temat mojej edukacji. Wszyscy się temu dziwili.
- Pytałem Liz o najlepsze miejsce na ślub - odparł Jordan po dłuższej chwili. - I... czy druhna może być ładniejsza od panny młodej. - mogłabym przysiąc, że lekko się zarumienił.
- Ślub? A kto się żeni?
- Ja, Maddie. Ja i Emma.
Szczęka mi opadła.
- Serio? Od kiedy jesteście razem?
- Kilka lat. Ale termin się zbliża, a my nie wiemy, gdzie i jak się za to zabrać. Musimy ogarnąć w zasadzie wszystko, a koncerty się nie kończą...
- Żenię się! - usłyszeliśmy za sobą krzyk i gwałtownie się odwróciliśmy, ryzykując urazy karku. W drzwiach na patio stał Oliver. Miał rozczochrane włosy, na policzku odbił mu się ślad poduszki, ale oczy mu iskrzyły z podniecenia.
- Słucham? - zapytał uprzejmie Jordan. Ja również wolałam udawać, że nie dosłyszałam.
- Uświadomiłem sobie, że kocham Hannah i chcę z nią spędzić resztę życia. Oświadczę jej się przy najbliższej okazji!
- Maddie, czy ty też nam chcesz coś powiedzieć? - Liz popatrzyła na mnie wesoło, gdy Oliver podszedł bliżej. Dziwiłam jej się, że nie wybuchła śmiechem na widok naszych min.
- Em... jestem w ciąży?
Tylko Oli się nie roześmiał. Wręcz przeciwnie, nagle jego spojrzenie stało się pozbawione błysku, usiadł ciężko na wolnym fotelu.
- Ale Tommy... on mówił, że wy... że on...
Teraz to my byliśmy zdezorientowani.
- Zaraz, czy Tom opowiada ci o naszym życiu intymnym? - zmarszczyłam brwi.
- To wy macie życie intymne? - zapytał Jordan z przekąsem.
- Jest moim młodszym bratem...
- To go nie usprawiedliwia! - odparłam, gdy już spiorunowałam Fisha wzrokiem. Liz próbowała się wtrącić, ale brak zainteresowania z naszej strony nieco ją zniechęcił. Patrzyła więc bezradnie, jak całą trójką zaczęliśmy się przekrzykiwać. No bo jakim prawem Oliver wie, co ja i Tom robimy w sypialni... lub innych miejscach, a czego nie? Ja nie interesuję się jego związkiem z Hannah, co więcej, unikam tego tematu. Oli patrzył lekko nieprzytomnie na swoje dłonie, a dokładniej na tatuaż misia.
- Sykes, czy ty coś brałeś? - zapytałam, opierając się przedramionami o kolana i wpatrując się badawczo w jego, moim zdaniem, powiększone źrenice. Ale może sobie wmawiałam.
- Cześć! Maddie, jesteś gotowa? - Luke wpadł w najlepszym dla Sykesa momencie. Stał z gitarą na plecach, drugą trzymał w dłoniach. - Nie jesteś.
- Zabierasz ją na próbę? - zainteresowała się Liz.
- Czy to bezpieczne, tu, w Australii? - wtrącił Jordan, patrząc na Olivera, który właśnie przygryzł wargę.
- Idziesz z NIM?
- Tak. - chwyciłam Luke'a za rękę i pociągnęłam go w kierunku jego własnego domu. - Zobaczymy się później!
- Madeline! A Tom?
- Idę z nimi na próbę, nie na orgię! - odkrzyknęłam przez ramię.
Gdy już weszliśmy do domu, chłopak wskazał brodą jakieś drzwi.
- Mama mówiła, że wasze rzeczy są w szafie, a wierz mi, będzie cholernie zimno.
Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Mamy czerwiec. Chcesz mi wmówić, że w czerwcu w Australii temperatura nie przekracza 17 stopni?
- No tak. Tutaj w wakacje pizga wiatrem na prawo i lewo. Nie czułaś?
- Skoro tak mówisz... - nadal byłam pewna, że przegina, ale nie chciałam się z nim kłócić. Przecież mieszka tu od urodzenia, czyli, na moje oko, jakieś 18 lat.
Weszłam za drzwi wskazane przez chłopaka i odkryłam swoją torbę z ciuchami. Wyjęłam brązowe rurki i beżową koszulę. Szybko się przebrałam, upewniając się, że Luke nie ma żadnej tajemnej szpary w drzwiach. Pojawiłam się na zewnątrz, zakładając czarną czapkę na głowę.
- I jak? - zapytałam, widząc jego lustrujące spojrzenie.
- Mam nadzieję, że pamiętasz, że idziemy do domu pełnego nastoletnich muzyków.
- Mam to na uwadze. Idziemy?
Podał mi drugą gitarę i wskazał drzwi. Szybko wciągnęłam na nogi botki i wypadłam na ulicę. Luke pokierował mnie w prawo i szliśmy, gadając.
- Więc skąd znasz Gaskartha? - nawiązał do naszej porannej rozmowy. Kopnęłam lekko kamyk. Poturlał się po ulicy, gdy ja przypominałam sobie alkoholowe libacje, które organizowali chłopcy w klubach.
- Spotkaliśmy się kilka razy na trasie, czasami graliśmy w tym samym show. Poza tym All Time Low przyjaźni się z Vicem Fuentes i resztą, a z tymi mam całkiem niezły kontakt.
Teraz przed oczami miałam prezenty, maskotki, kartki i inne gadżety, które wysyłali mi chłopcy z różnych zakątków świata, w których właśnie grali. Uśmiechnęłam się lekko.
- Ah, więc to koło ciebie trzeba się zakręcić, żeby poznać wszystkich, których w tym biznesie warto znać? - wykrzywił usta w uśmiechu, ale ręce wcisnął do kieszeni. Udałam, że tego nie zauważyłam.
- Na to wychodzi. Jak długo gracie?
- Dwa lata, to takie dziecinne marzenia, żeby kiedyś być kimś.
- Jak wam idzie?
- Całkiem nieźle.
Nagle, patrząc na profil Luke'a Hemmings'a, na zaciśnięte usta i czarne kółko w dolnej wardze coś mi zaświtało w pamięci. Zmierzyłam jego postać - jakieś 185 centymetrów i nabierałam właśnie powietrza, by podzielić się z nim swoimi obserwacjami, gdy zatrzymał się przed niczym nie wyróżniającym się żółtym domem i zapukał do drzwi.
Otworzyła nam mała dziewczynka, na oko 9 letnia.
- Witaj w domu perkusisty. Cześć, Lily.
Przeszedł koło dziewczynki, tarmosząc jej brązowe kucyki.
- Heeej, Ash! Rusz tyłek na górę! - wrzasnął. Tak mnie to zaskoczyło, że machinalnie zasłoniłam dłońmi uszy i zauważyłam, że dziewczynka już miała zatkane uszy. Posłałam jej uśmiech i odwzajemniła go, ukazując brakujące miejsca po mleczakach.
- Jak masz na imię? - zapytała mnie, gdy już Luke przeszedł gdzieś wgłąb domu.
- Maddie. A ty jesteś Lily?
- Tak. Chodzisz z Lukey'em?
Roześmiałam się i zaprzeczyłam.
- To dobrze. Fajnie by było, gdybyś była z moim bratem.
Pociągnęła mnie za rękę w ślad za Lukiem, jak się okazało, do piwnicy.
- Też jesteś w jakimś zespole? - kontynuowała wywiad mała.
- Tak, jestem gitarzyską. - z zainteresowaniem rozglądałam się po pomazanych ścianach. Wyglądały jak dzieła osób chorych psychicznie. Dziewczynka zauważyła moje spojrzenie.
- Czasem, jak grają, to trochę wariują.
Oh, mała, gdybyś widziała rebelie Bring Me the Horizon na próbach, pomyślałam. Tymczasem zeszłyśmy już na sam dół.
- Nie mogę tam wchodzić, chłopcy mi zabronili - poinformowała mnie Lily, patrząc przez szparę w drzwiach. - Powiedzieli, że zabiją moje lalki.
- Hm, to straszne. Może powinnaś iść na górę?
Pożegnała się ze mną i uciekła. Odprowadziłam ją spojrzeniem i uniesioną brwią.
- Serio zgubiłeś dziewczynę na odcinku 5 metrów? - usłyszałam lekko sepleniący głos.
- Nie jest zbyt wysoka. - bronił się Luke. Zdążyłam już oswoić się z jego głosem, mogłam go już poznać.
- Trudno. Przecież to Maddie Miko, miejsce 23 w Top 100 gitarzystek ostatniego roku według Alternative Press, zapomniałeś? - usłyszałam kolejny, w jakiś sposób przyjemny. Lekko zachrypnięty, albo coś w tym rodzaju.
- Wyuczyłeś się jej biografii na pamięć, Mike? A może to ty prowadzisz jej stronę na wikipedii? - tym razem rozległ się głos, który bardziej przypominał głos komika, wiecznie przebrzmiały śmiechem i humorem.
Hej, zaraz, to ja mam własną stronę na wikipedii?
Weszłam do pokoju, w którym rozmawiali. Chłopak o brązowych, loczkowatych włosach przytrzymanych bandaną leżał na ziemi z podkulonymi nogami, zakrywając oczy dłonią. Drugi siedział wygodnie w fotelu, z basem na kolanach. Za to zza zestawu perkusyjnego wynurzyła się burza zielonych włosów, a zaraz za nią reszta chłopaka.
- Znalazłem moją kostkę! Ash, twoja perkusja ukradła moją kostkę!
- Perkusja ma stopy, ale nie ma rąk, Mike. To nie ta zasada działania.
- Może sądził, że perkusja i perkusista tworzą jedność nawet wtedy, gdy muzyk opuści zestaw. - oznajmiłam nieco chaotycznie, zwracając na siebie ich uwagę. A jednak mnie zrozumieli.
- No, właśnie. Panowie, to jest Madeline Miko - Luke odchrząknął. - Maddie, oto 5 Seconds of Summer.
Wiedziałam, że ich kojarzę. Wyświetlili mi się na youtube w propozycjach zaraz po tym, jak w skrajnej euforii puściliśmy sobie One Direction, udając boysband z Roy'em jako naczelną fanką. Nie ważne dlaczego, po koncertach jesteśmy w stanie zrobić wszystko.
- Oh, uwielbiam australijski pop-rock. Tyko wy potraficie połączyć dobrą ścieżkę dźwiękową z beznadziejnym tekstem i zrobić tym karierę.
- Patrz, zna nas! - ucieszył się chłopak w fotelu. - Jesteśmy zajebiście sławni, panowie.
wtorek, 16 września 2014
Inne: Nadal pamiętam!
Chcę tylko napisać, że o Was nie zapomniałam i nie opuściłam. Nie nadążam z obowiązkami szkolno-socjalnymi, że tak to nazwę, więc dodatkowo tworzenie zeszło na drugi plan.
Powrócę z kolejnym rozdziałem jeszcze w tym tygodniu i postaram się dorzucać kolejne raz na tydzień.
Jak wam się podoba nowy "wystrój" bloga? Woleliście starszy czy obecny?
Tymczasem mam do was pytanie, odpowiedzi możecie zaznaczyć w następnej ankiecie.
Pytanie: Wstępna wersja historii się kończy. Co dalej?
1. Kończ opowiadanie i nie nie pisz go więcej.
2. Pisz dalej w narracji Maddie!
3. Pisz dalej jako obserwator
4. Pisz dalej oczami kogoś innego (kogo? - proszę o propozycje w komentarzu)
Liczę na Wasze głosy i... mam nadzieję, że do usłyszenia!
Powrócę z kolejnym rozdziałem jeszcze w tym tygodniu i postaram się dorzucać kolejne raz na tydzień.
Jak wam się podoba nowy "wystrój" bloga? Woleliście starszy czy obecny?
Tymczasem mam do was pytanie, odpowiedzi możecie zaznaczyć w następnej ankiecie.
Pytanie: Wstępna wersja historii się kończy. Co dalej?
1. Kończ opowiadanie i nie nie pisz go więcej.
2. Pisz dalej w narracji Maddie!
3. Pisz dalej jako obserwator
4. Pisz dalej oczami kogoś innego (kogo? - proszę o propozycje w komentarzu)
Liczę na Wasze głosy i... mam nadzieję, że do usłyszenia!
wtorek, 2 września 2014
"Myślałby kto, tacy ważni"
Ouh, 1 września podobno wzmaga falę samobójstw. We mnie wzmógł tylko senność, bo oczywiście nagle poczułam, że zmarnowałam dwa miesiące, w ciągu których mogłam się wyspać tyle razy... Która klasa was wita? Mnie 2 liceum. Zaczyna się rozszerzony koszmar... Madds, dlaczego ty tak dobrze sobie radzisz?!
Zachęcam do odpowiedzi w ankiecie w menu po prawej stronie :D Enjoy.
-----------------------------------------------------------
Tak wiele ludzi wkoło. Tak wiele nieznanych twarzy. Tyle spojrzeń. Moje własne było utkwione w pasie startowym, widocznym w pewnym oddaleniu od budynku, w którym się znajdowaliśmy. Podziwiałam startujący samolot. Wszystkie rzędy krzeseł w poczekalni były pozajmowane, więc siedzieliśmy nieco na uboczu, pod ścianą, otoczeni dziesiątkami czarno-srebrnych skrzynek z naszym sprzętem, opatrzonych wysprejowanym, białym napisem: BMTH. Prawie nie rozmawialiśmy, niemalże wszyscy właśnie cierpieli z powodu kaca, którego nabawiliśmy się przez świętowanie urodzin Matta Kean i Lee. Jazgot Rammstein w słuchawkach Olivera, który słyszałam przez swoje własne Of Mice & Men, przerwało przyjście dwojga naszych menadżerów z punktu informacji. Skierowaliśmy na nich mniej lub bardziej skoncentrowane spojrzenia. Zapomniałam wyłączyć muzykę, więc umknęły mi pierwsze słowa Ani.
- Chyba czegoś nie rozumiem. - Oliver przetarł dłonią twarz, wyciągając obie słuchawki z uszu. No tak, on pomyślał. - Czy ty właśnie mówisz mi, że nie ma żadnego lotu z tego skośnookiego świata do cywilizowanej Australii w ciągu najbliższych dwóch dni?
- Tak, właśnie to ci mówię - odparła Ania z najwyższym opanowaniem, rozglądając się po zgonującej ekipie.
- Ej, Australia wcale nie jest taka cywilizowana... - wtrącił Nicholls, patrząc na nich z pozycji siedzącej i obracając w dłoniach butelkę wody. - No wiecie, kangury, koale i te sprawy...
- Czyli jak mamy się dostać na koncert, który jest za... - Oli zerknął na duży zegar na lotnisku, rzucając przedtem potępiające spojrzenie przyjacielowi. - Za niecałe 48 godzin?
- 48 godzin to szmat czasu... - próbował załagodzić sytuację Phil.
- Jaja sobie ze mnie robisz? - zakrył oczy dłonią. - Tak w ogóle, dlaczego ja nie widziałem rozpiski trasy? Czy my jeździmy losowo, gdzie akurat nas zechcą?
Cisza, która zapadła, była odpowiedzią samą w sobie. Roześmiał się.
- No nie wierzę. Jak tylko dojedziemy do domu nie ruszę się z niego, dopóki nie ściągniecie mi kogoś, kto ustali całą trasę. Wtedy mogę jechać.
- No jest od tego Gornell... - Ania wzruszyła ramionami, wskazując na stojącego obok blondyna. Ten tylko na nas spojrzał, wzruszając ramionami.
- Przecież nie mogłem wiedzieć, że odwołają loty! Może jest zagrożenie burzowe, czy coś...
- W czerwcu, Phil? Może opady śniegu?
- Jeśli chcesz wiedzieć, Oli, to w Japonii w lato często występują burze. - wtrąciłam, czując, jak pulsuje mi głowa.
- Ej, przestańcie, przecież na miejscu mamy koordynatora australijskiego tournee, tak? - Tom zabrał głos, poruszając wymownie brwiami i wpatrując się prosto w Phila, który spłonął rumieńcem, ale skinął głową. Odkąd chłopak przeszkodził nam w grze wstępnej, Tom przy każdej możliwej okazji wypomina mu ten fakt. - Więc dlaczego do niej nie zadzwonimy i nie powiemy o co chodzi, tylko zaczynamy skakać sobie do oczu?
- Bo nikt oprócz ciebie nie myśli racjonalnie. Czy możecie się już zamknąć? - wymamrotał Stokesy, wychylając się zza jednej ze skrzynek. Na jego bladej twarzy dominował czerwony nos. Matt zlitował się nad nim i podał mu butelkę wody, którą się bawił.
Prychnęłam powątpiewająco i dostałam kuksańca w żebra. Zmrużyłam oczy i oddałam Tomowi cios. Chwilę się poszarpaliśmy, a w tym czasie Phil wyciągnął komórkę i odszedł kawałek dalej, przykładając ją do ucha i przyglądając się przeskakującym literkom i cyferkom na tablicy odlotów i przylotów. Tom wygrał szarpaninę, bo naciągnął mi jego własną czapkę na twarz. Siedzieliśmy więc w ciszy, każdy wsłuchiwał się w muzykę w swoich słuchawkach lub powoli umierał z pragnienia. Oli położył się na ziemi i zakrył sobie głowę bluzą.
- Patrzcie, jakie zajebiste! - Nicholls wskazał na kobietę, która przy pomocy pracownika lotniska owijała w specjalnym urządzeniu swój bagaż stretch folią. Rzuciłam w tamtym kierunku przelotne spojrzenie. Na okrągłej i kręcącej się części maszyny można było postawić przedmiot do owinięcia folią, a później wystarczyło przycisnąć guzik, aby maszyna ruszyła. Oczy Matta świeciły się, gdy patrzył, jak pracownik odcina kawałek stretchu i przyklepuje go do walizki kobiety.
W zasięgu mojego wzroku pojawił się perkusista, zmierzający w tamtą stronę. Podszedł do kobiety i pomógł jej ściągnąć walizkę, rzucając zaciekawione spojrzenie na pracownika. Gdy kobieta podziękowała mu uśmiechem i odeszła, skrzyżował ręce na piersi, stając przed maszyną. Dobiegł mnie jego głos.
- Mógłbym też tego użyć?
- Pewnie. Proszę tutaj postawić bagaż. - pracownik w niebieskiej koszulce wskazał dłonią na przeznaczone do tego miejsce. Matt podciągnął spodnie i wszedł na maszynę, ignorując nagłe protesty Japończyka.
- Nic się nie stanie, włącz to! - machnął ręką perkusista, kucając na kółku i ciągnąc folię do siebie. Pracownik musiał uruchomić sprzęt aby uniknąć wyrwania całej rolki. Matt zaczął się śmiać, gdy kręcił się w kółko, stopniowo będąc owijanym przezroczystą taśmą. Nawet Japończyk zaczął się uśmiechać, widząc szczęście chłopaka, gdy nagle zatrzymał szybko maszynę. Podeszło do nich dwóch pracowników ochrony.
- W porządku, wszystko pod kontrolą - tłumaczył im, porzucając na chwilę Matta. A ten wykorzystał sytuację i sam zaczął klikać różne przyciski, testując ich działanie. Gdy wcisnął największy z nich, coś bardziej przypominającego czerwoną gałkę, maszyna gwałtownie ożyła, kręcąc się w szaleńczym tempie. Histeryczny śmiech Matta utonął w krzykach pracowników lotniska. Zaciekawione spojrzenia innych podróżnych zaczęły spływać na postać kręcącego się perkusisty i dalej tym torem, na nas. Nagle chłopak zaczął się przechylać do przodu i Japończyk, który zgodził się na to wariactwo chwycił go za tył koszulki, wciągając z powrotem na miejsce. Pozwolił mu się jeszcze okręcić dwa razy, po czym wyłączył cały sprzęt, odciął folię i przykleił ją do Matta.
Spodziewałam się protestów chłopaka, ale ten powoli wstał, przytrzymując spódniczkę ze stretchu i podziękował pracownikowi uściskiem dłoni. Nonszalancko zszedł z maszyny i ruszył w naszym kierunku, przerzucając folię przez ramię niczym grecką togę.
- Chcę coś takiego do domu. - oznajmił nam z szerokim uśmiechem, gdy do nas podszedł. Rozejrzałam się po przyjaciołach. Patrzyli na niego z otwartymi buziami. Stokesy zerknął na odkręconą butelkę wody, którą trzymał w dłoni.
- Jezu, Matt, gdybym wiedział, że w tej butelce też jest wódka, to bym tego nie wziął!
- Twoje kubki smakowe są przepełnione alkoholem, Stokesy? - bardziej stwierdził niż zapytał Jordan. - Już nic nie czujesz?
- Słuchajcie... - zaczęłam. Jako jedyna w tym momencie wykazywałam się zdolnością podzielności uwagi i widziałam, że w czasie gdy zespół się ze sobą drażnił, trójka japońskich ochroniarzy lotniska naradzała się w kącie. Teraz zmierzali w naszą stronę. - Chyba mamy towarzystwo.
Oliver podniósł się do pozycji siedzącej, ściągając bluzę z twarzy. Na ogół starannie ułożone włosy sterczały teraz na wszystkie strony. Wyglądało na to, że nie spał, ale spojrzenie miał lekko nieprzytomne.
- Nicholls, jak ty coś odwalisz...
- No chyba zapomniałeś co twój brat odwalił kilka dni temu! Deska surfingowa...
- Zamknij się. Ann, chyba musisz nas wytłumaczyć.
Dziewczyna odwróciła się, zamiatając włosami powietrze.
- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała ochroniarzy, zanim zdążyli się odezwać. Znowu ta cholerna wymiana spojrzeń, tak bardzo nieoryginalna. Byli wyraźnie speszeni. - Czy mój człowiek załamał prawo lub zachował się niewłaściwie?
Pokręcili głowami. W końcu jeden z nich odchrząknął i podniósł wzrok z podłogi na nas.
- Chcieliśmy poprosić o autograf.
Niemalże parsknęłam śmiechem. Chociaż nie widziałam miny Ani, mogłam się założyć, że jej brew właśnie unosiła się w wyrazie niedowierzania. Oli próbował ujarzmić swoje włosy, kierując się tylko zmysłem dotyku i swoim własnym wyczuciem. Po chwili stanął na nogi, podchodząc do menadżerki.
- Pewnie - odparł, sięgając po kartki, które dzierżyli w dłoniach ochroniarze. Ci spojrzeli z zakłopotaniem na swojego dotychczasowego reprezentanta, który znowu zakasłał.
- Chcieliśmy poprosić o autograf panny Maddie.
Tylko czapka Toma, którą zasłoniłam sobie twarz, pozwoliła mi zachować resztki kultury. Panny Maddie, dobre sobie, nikt się tak do mnie nie zwracał!
- Im więcej podpisów, tym większa popularność, panowie - stwierdziłam, również podnosząc się do góry. Wyciągnęłam swój zielony marker i zabrałam nieszczęsne karteczki fanom. Gdy je obejrzałam, okazało się, że to czyste blankiety mandatów. Zdusiłam śmiech, przybierając na twarz uśmiech i podpisując się nazwiskiem. Później podałam papierki zaskoczonemu Oliverowi.
Zapozowaliśmy jeszcze do zdjęć, prezentując się mniej lub bardziej wyjściowo, gdy wrócił Phil.
- Słuchajcie, mam dobrą i złą wiadomość. - gdy żadne z nich nie poprosiło o kolejność ogłoszenia ich, sam podjął decyzję. - Dobra wiadomość jest taka, że Liz załatwiła nam prywatny lot. A zła... że za 40 minut, z lotniska prawie po drugiej stronie Tokio.
- Kto to Liz? - zainteresował się Matt, wyrywając swojemu technicznemu butelkę wody.
- Koordynatorka z Australii. Zbierać się, ekipo, musimy zdążyć!
Chociaż nasze ruchy były, lekko mówiąc, otępiałe i ślimacze, zdążyliśmy na samolot. Co prawda, ostatni odcinek, już na lotnisku, pokonaliśmy niczym rodzina McAllisterów przed wigilią w kolejnym egzotycznym miejscu, tłukąc się z tymi wszystkimi torbami i skrzynkami, ale daliśmy radę. W samolocie wszyscy bez wyjątku odpłynęli. Siedziałam między braćmi Sykes, którzy przez pierwsze kilka minut podróży zapijali kaca darmowymi drinkami. Oliver bezczelnie ignorował wdzięczące się do niego stewardesy i gapił się przez zmrużone powieki na Toma, który nie odrywał z kolei wzroku ode mnie.
-------------------------------------------------------------------------
Dostałam piekielnie trudny test. Czułam się zupełnie nieprzygotowana, co więcej, tak było. Patrzyłam tępo w kartkę, leżącą przede mną na ławce. Moi koledzy z klasy z zapałem pisali piękne i uzasadnione odpowiedzi na pytania. "Omów mechanizm podwójnego oddychania u ptaków. " - tak brzmiało pytanie, od którego zależało moje być lub nie być absolwentką drugiego roku liceum. Ale w głowie miałam tylko słowa trenera wokalistów, kiedy próbował zwiększyć wydajność mojego głosu: "Oddychaj przeponą... wrażenie powinno być, jak gdybyś zbierała powietrze i chowała je w pudełku, gdzieś w środku, stopniowo je wypuszczając." Cholera - pomyślałam, przygryzając wargę i obserwując, jak zegarek na ścianie nieubłaganie zbliża się do godziny zakończenia egzaminu - przez ten głupi zespół obleję wszystkie testy. Babcia będzie zachwycona.
Nagle pojawiła się i ona. Stała nade mną i szturchała mnie w ramię.
- Miko, wstawaj, bo polecisz dalej. Miikoo, rusz się. Tommy, ty też, przysięgam, zostawię was tutaj.
Rozejrzałam się znowu po klasie. Nigdzie nie widziałam Toma. Niby jak mieliśmy też odlecieć z egzaminu z rozszerzonej biologii? Za to babcia miała na sobie ciasne dżinsy i sweter z Drop Dead. To było jeszcze bardziej dziwne.
- Ouuh, to się robi inaczej. - rozległ się czyiś zaspany głos i poczułam na wargach czyjeś usta. Spanikowana otworzyłam oczy, kierując wzrok tuż przed siebie, tonąc w niebieskiej głębi. - Widzisz, w każdej bajce pocałunek budzi księżniczki.
- Ona jest gitarzystką, nie księżniczką. - burknął Oliver, zarzucając torbę na ramię i odciągając ode mnie Toma. - Chodźcie stąd.
Przeciągnęłam się, rozglądając nieprzytomnie po pustym już wnętrzu samolotu.
- Wydawało mi się, że oblewam egzamin z biologii, a babcia w ciuchach Drop Dead grozi mi, że pozwoli mi gdzieś odlecieć. - wymamrotałam, wstając i chwiejnie przechodząc do schodków.
- Przegapiłaś lądowanie - odparł młodszy Sykes, gdy już skończył się śmiać.
- A bo to ostatnie.
Latanie prywatnymi awionetkami miało swoje plusy - wylądowaliśmy o wiele bliżej jakiegokolwiek budynku niż zwykle. Przed lotniskiem czekał na nas autokar, który podstawiła dla nas australijska menadżerka.
- Podoba mi się. - stwierdził Lee, gdy weszliśmy do środka, kontemplując wnętrze. - Mógłbym nim jeździć wszędzie.
Faktycznie, autokar wydawał się wygodny, ale dla mnie najważniejsze było w tym momencie łóżko.
- Słuchajcie, to jest Roy, będzie naszym... - zaczął Phil, wskazując na rosłego mężczyznę koło 40 z białym wąsem.
- Bus daddy - zakończył grzmiącym głosem. Poczułam, jak źrenice rozszerzają mi się ze zdziwienia.
- Miło poznać. - mruknęłam, przechodząc dalej. - Łóżko mi na razie wystarczy.
- Zgłoś się później, mała, znajdę ci jakiegoś przystojniaka! - krzyknął za mną, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. Znalazłam w końcu część sypialną, do której zatargałam swoją poduszkę i odkryłam, że znajduje się w niej 16 łóżek. Bez większego zastanowienia wybrałam jedno na górze, wrzuciłam na nie poduszkę i dołączyłam do niej. Zanim zamknęłam oczy, reszta zespołu podążyła moim śladem.
Tym razem obudziłam się pierwsza, chyba dzięki jakiejś intuicji. Ziewając, zwlekłam się z łóżka, udając się na zwiedzanie autokaru. Salon, drugi salon, część telewizyjna, mikroskopijna kuchnia i kibelek tuż obok. Gdy przeszłam koło lustra, przestraszyłam się swojego odbicia.
Gdy ogarnęłam swoje włosy, które zostawiłam luźno i zmyłam rozmazany tusz, zatrzymaliśmy się. Podeszłam do łóżka Olivera.
- Hej, Sykes, no wstawaj, bo pojedziesz dalej. - poczochrałam mu włosy i ruszyłam do wyjścia z autokaru za Mattem, który narzekał na wczesną porę.
- Sen cenię bardziej niż karierę. Co może być od niego przyjemniejszego i ważniejszego? - mamrotał pod nosem. - Chyba tylko śmiech. Tak, śmiech i sen to najlepsze, co mnie w życiu spotyka.
- Absolutnie się z tobą zgadzam.
- Kangury. One ani nie śpią, ani się nie śmieją. Są nudne.
- Tak, Matt.
- Myślałby kto, tacy ważni, bo rodowici mieszkańcy. A ja jestem Anglikiem i chcę spać. - dalej bredził, ale urwał, gdy wyszedł przed autokar.
Stała tam nim niska, postawna blondynka. Nie była jakoś specjalnie szykowna, bardziej przypominała Molly Weasley, z matczynym wyrazem na twarzy. Uśmiechnęłam się, gdy tylko otworzyła usta.
- No i, jesteście, kochaneczki! Brudni, głodni i zmęczeni, jak na prawdziwą kapelę przystało!
- Oddam wszystko za prysznic - przyznałam jej rację. Na szczęście mimo wszystko moje włosy nadal były miękkie i pachnące, wszystko dzięki suchemu szamponowi.
Reszta zespołu niemrawo wygramoliła się przed autokar, przecierając oczy i powoli zdejmując bluzy lub kurtki, które mieli na sobie.
- Jestem Liz Hemmings, mówcie mi po imieniu. - przedstawiła się i dodała: - Chodźcie, zdążyłam przygotować śniadanie.
Weszliśmy za nią do skromnego, ale dużego i jednopiętrowego domu, rozglądając się z zaciekawieniem. Na ścianach w korytarzu dominowały zdjęcia dwóch blondwłosych chłopców. Im dalej wędrowaliśmy, tym dzieci stawały się większe i starsze. Moją uwagę przyciągnęło ostatnie zdjęcie, na którym wysoki już chłopak obejmuje roześmianego brata, mimo iż niższego od niego, to sprawiającego wrażenie starszego.
- To moje dzieci - poinformowała mnie Liz, stając koło mnie. - Eric już się wyprowadził, ale Lukey nadal jest. Zresztą, zaraz powinien zejść na dół.
Pociągnęła mnie dalej, do jadalni. Stał tam stół, na którym piętrzyły się teraz kanapki i dzbanki z sokiem jabłkowym. Oliver, Matt i Jordan właśnie kończyli swoje kanapki, Lee i Matthew dopijali drugie szklanki soku. Reszta uczestników naszej trasy koncertowej pojechała dalej, do hotelu. Liz nalegała, żebyśmy zamieszkali u niej, aby lepiej nam się pracowało. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby oponować.
- Mamo, Ash proponował, żebyśmy u niego zostali do jutra - do pomieszczenia wszedł wysoki chłopak, wpatrzony w jakieś kartki, trzymane w dłoniach. Rzucił czarną torbę koło łuku wejściowego i podszedł do matki, całując ją w policzek. - Nie masz nic przeciwko, nie? I tak miałaś jakąś pracę... - urwał, podnosząc na nas wzrok. A szkoda, bo miał całkiem przyjemny, głęboki głos. Teraz jednak zamarł.
Wszyscy się na niego patrzyli. Matt stoicko przeżuwał kanapkę z ogórkiem. To był ten chłopak ze zdjęć na korytarzu. Nawet teraz miał na sobie tą samą koszulkę, czarno-białą z kilkoma gwiazdkami na ramieniu. Włosy postawione na żel lub coś w tym rodzaju, czarny kolczyk w dolnej wardze. Wyglądał jak nastolatek, który urwał swoją fazę buntu mniej więcej w połowie przemian.
Lee głośno przełknął łyk soku. Wybuchnęliśmy śmiechem, a blondyn tylko nieśmiało się uśmiechnął.
- Lukey, to jest Bring Me the Horizon, zorganizujemy im tutaj trochę miejsca na czas ich pobytu w Australii. W porządku? - przedstawiła nas Liz.
- Teraz i tak nie mogę się nie zgodzić - jego niebieskie spojrzenie wędrowało po naszych twarzach, aż trafiło na moją. - Bring Me the Horizon... Lee Malia?
- Tutaj. - podniósł rękę gitarzysta, odwracając się i patrząc na niego wyczekująco.
- Wymiatasz. Lubię twoje solówki.
- O, dzięki. - zaczerwienił się.
- Skoro organizujesz im miejsce w domu, to nie masz nic przeciwko, żebym został u Ashtona, mamo? - blondyn powrócił do tematu, sondując mnie wzrokiem. - Mogę oddać mój pokój.
- No nie wiem, Luke... to może trochę potrwać, sam wiesz.
- Pierwszy raz odstępuję komuś moje łóżko. Bierz okazję, póki gorąca - uśmiechnął się, zabierając grzankę ze stołu.
- Jak chcesz. - wzruszyła ramionami. - Maddie, dlaczego nie jesz, kochanie?
- Nie jestem głodna. - stwierdziłam zgodnie z prawdą. Nadal sączyłam pierwszą szklankę soku. Zasypiałam na siedząco, pomimo kilkunastu godzin snu. Nic nie mogło zrekompensować mi tygodni niedosypiania, balowania i koncertowania.
- Powinnaś się położyć. Zresztą wy wszyscy. Jak wstaniecie, to zaczniemy pracować, macie półtora dnia na organizację, a pierwszy koncert nie jest daleko. Luke, pokażesz jej pokój?
Chłopak skinął głową, gryząc grzankę i gestem zaprosił mnie za sobą, zabierając uprzednio kartki, które tu wniósł. Posłałam Liz uśmiech wdzięczności i ruszyłam za nim. Wspięliśmy się po schodach i skręciliśmy w ślepy zaułek. Na prawo były jedne jedyne drzwi. Otworzył je i wpuścił mnie pierwszą do środka.
Cały pokój upstrzony był plakatami różnych zespołów, biletami z koncertów i zdjęciami. W rogu stały dwie gitary. Zerknęłam na nie, ale przysięgłam sobie, że sprawdzę je dopiero, gdy będę już wyspana. Jednak nie mogłam oprzeć się pytaniu.
- Hobby? - zapytałam, wskazując na sprzęt.
- Coś więcej. Mam z kumplami taki... zespół. - urwał, pomimo mojego zaciekawionego spojrzenia. - Zmieniałem pościel, nie musisz się bać - dodał, nagle lekko zakłopotany. - Czego potrzebujesz?
- Spania. - odparłam, uśmiechając się. Buty ściągnęliśmy przy wejściu do domu, więc teraz stałam boso. Spojrzał na mnie.
- Znając moją matkę, wyciągnęła was z autokaru i wciągnęła do domu, zapominając o tym, żebyście wzięli ze sobą więcej niż szczoteczka do zębów... - podszedł do szafy, połykając grzankę. - Jesteś pierwszą dziewczyną, która się w takiej ekipie pojawiła, ale sądzę, że się przyda ci się coś do przebrania, Cobainie.
Spojrzałam na siebie. Może faktycznie szare rurki i luźna czerwona koszula w kratkę przypominała nieco grunge'owy styl za czasów Kurta, ale byłam ogromną fanką Nirvany, a strój przyszedł mi naturalnie.
- Dzięki, Gaskarth. - nazwisko wokalisty All Time Low jako pierwsze mi się skojarzyło ze stylem ubierania chłopaka. No wiecie, niby dorosły i poważny rockowy muzyk, a naprawdę dzieciak w pop rocku.
- Znasz Alexa? - odwrócił się od szafy, rzucając mi czarną koszulkę, która po rozłożeniu okazała się koszulką Nirvany.
- Pewnie. Ty również...?
- Tak jakby. - zerknął na zegarek. - Muszę się zbierać do szkoły.
- Naprawdę nadal się uczysz?
- Jeszcze rok.
Minął mnie i podszedł do drzwi.
- Wiesz, jeśli wstaniesz do 16:00, to mogę cię zabrać na próbę. Ćwiczymy prawie codziennie.
Skinęłam głową, uśmiechając się.
- Pewnie. Jeśli tylko będziesz tak miły, z wielką chęcią.
Na jego twarzy również pojawił się uśmiech. Był naprawdę przystojny.
- Pewnie. Kolorowych snów.
Wyszedł, zostawiając mnie samą wśród przytulnych ścian. Chciałam obejrzeć bilety, zapoznać się bliżej z gitarami, ale łóżko wyglądało bardzo nęcąco. Szybko przebrałam się i weszłam pod kołdrę. Okazała się nadal ciepła, jakby właściciel opuścił ją całkiem niedawno. Drzwi uchyliły się i pojawił się w nich Luke.
- Sorry, zapomniałem tego... - szybkim krokiem przemierzył pokój i zabrał ze sobą kartki, które odłożył na bok podczas grzebania w szafie i futerał z gitarą.
- Po co ci to do szkoły?
- Tak naprawdę nie idę do szkoły. Grywam w parku, bo w szkole nikt już nie siedzi. Ale jeśli się wygadasz przy mamie, zginiemy oboje. Jest eks nauczycielką matmy.
- O rany. Będę milczeć.
- Mądra dziewczyna. Żegnam raz jeszcze.
Odprowadził mnie jego uśmiech, do którego dołączył przyjemny zapach, gdy moja głowa spoczęła na jego poduszce. Wygodnej.
Zachęcam do odpowiedzi w ankiecie w menu po prawej stronie :D Enjoy.
-----------------------------------------------------------
Tak wiele ludzi wkoło. Tak wiele nieznanych twarzy. Tyle spojrzeń. Moje własne było utkwione w pasie startowym, widocznym w pewnym oddaleniu od budynku, w którym się znajdowaliśmy. Podziwiałam startujący samolot. Wszystkie rzędy krzeseł w poczekalni były pozajmowane, więc siedzieliśmy nieco na uboczu, pod ścianą, otoczeni dziesiątkami czarno-srebrnych skrzynek z naszym sprzętem, opatrzonych wysprejowanym, białym napisem: BMTH. Prawie nie rozmawialiśmy, niemalże wszyscy właśnie cierpieli z powodu kaca, którego nabawiliśmy się przez świętowanie urodzin Matta Kean i Lee. Jazgot Rammstein w słuchawkach Olivera, który słyszałam przez swoje własne Of Mice & Men, przerwało przyjście dwojga naszych menadżerów z punktu informacji. Skierowaliśmy na nich mniej lub bardziej skoncentrowane spojrzenia. Zapomniałam wyłączyć muzykę, więc umknęły mi pierwsze słowa Ani.
- Chyba czegoś nie rozumiem. - Oliver przetarł dłonią twarz, wyciągając obie słuchawki z uszu. No tak, on pomyślał. - Czy ty właśnie mówisz mi, że nie ma żadnego lotu z tego skośnookiego świata do cywilizowanej Australii w ciągu najbliższych dwóch dni?
- Tak, właśnie to ci mówię - odparła Ania z najwyższym opanowaniem, rozglądając się po zgonującej ekipie.
- Ej, Australia wcale nie jest taka cywilizowana... - wtrącił Nicholls, patrząc na nich z pozycji siedzącej i obracając w dłoniach butelkę wody. - No wiecie, kangury, koale i te sprawy...
- Czyli jak mamy się dostać na koncert, który jest za... - Oli zerknął na duży zegar na lotnisku, rzucając przedtem potępiające spojrzenie przyjacielowi. - Za niecałe 48 godzin?
- 48 godzin to szmat czasu... - próbował załagodzić sytuację Phil.
- Jaja sobie ze mnie robisz? - zakrył oczy dłonią. - Tak w ogóle, dlaczego ja nie widziałem rozpiski trasy? Czy my jeździmy losowo, gdzie akurat nas zechcą?
Cisza, która zapadła, była odpowiedzią samą w sobie. Roześmiał się.
- No nie wierzę. Jak tylko dojedziemy do domu nie ruszę się z niego, dopóki nie ściągniecie mi kogoś, kto ustali całą trasę. Wtedy mogę jechać.
- No jest od tego Gornell... - Ania wzruszyła ramionami, wskazując na stojącego obok blondyna. Ten tylko na nas spojrzał, wzruszając ramionami.
- Przecież nie mogłem wiedzieć, że odwołają loty! Może jest zagrożenie burzowe, czy coś...
- W czerwcu, Phil? Może opady śniegu?
- Jeśli chcesz wiedzieć, Oli, to w Japonii w lato często występują burze. - wtrąciłam, czując, jak pulsuje mi głowa.
- Ej, przestańcie, przecież na miejscu mamy koordynatora australijskiego tournee, tak? - Tom zabrał głos, poruszając wymownie brwiami i wpatrując się prosto w Phila, który spłonął rumieńcem, ale skinął głową. Odkąd chłopak przeszkodził nam w grze wstępnej, Tom przy każdej możliwej okazji wypomina mu ten fakt. - Więc dlaczego do niej nie zadzwonimy i nie powiemy o co chodzi, tylko zaczynamy skakać sobie do oczu?
- Bo nikt oprócz ciebie nie myśli racjonalnie. Czy możecie się już zamknąć? - wymamrotał Stokesy, wychylając się zza jednej ze skrzynek. Na jego bladej twarzy dominował czerwony nos. Matt zlitował się nad nim i podał mu butelkę wody, którą się bawił.
Prychnęłam powątpiewająco i dostałam kuksańca w żebra. Zmrużyłam oczy i oddałam Tomowi cios. Chwilę się poszarpaliśmy, a w tym czasie Phil wyciągnął komórkę i odszedł kawałek dalej, przykładając ją do ucha i przyglądając się przeskakującym literkom i cyferkom na tablicy odlotów i przylotów. Tom wygrał szarpaninę, bo naciągnął mi jego własną czapkę na twarz. Siedzieliśmy więc w ciszy, każdy wsłuchiwał się w muzykę w swoich słuchawkach lub powoli umierał z pragnienia. Oli położył się na ziemi i zakrył sobie głowę bluzą.
- Patrzcie, jakie zajebiste! - Nicholls wskazał na kobietę, która przy pomocy pracownika lotniska owijała w specjalnym urządzeniu swój bagaż stretch folią. Rzuciłam w tamtym kierunku przelotne spojrzenie. Na okrągłej i kręcącej się części maszyny można było postawić przedmiot do owinięcia folią, a później wystarczyło przycisnąć guzik, aby maszyna ruszyła. Oczy Matta świeciły się, gdy patrzył, jak pracownik odcina kawałek stretchu i przyklepuje go do walizki kobiety.
W zasięgu mojego wzroku pojawił się perkusista, zmierzający w tamtą stronę. Podszedł do kobiety i pomógł jej ściągnąć walizkę, rzucając zaciekawione spojrzenie na pracownika. Gdy kobieta podziękowała mu uśmiechem i odeszła, skrzyżował ręce na piersi, stając przed maszyną. Dobiegł mnie jego głos.
- Mógłbym też tego użyć?
- Pewnie. Proszę tutaj postawić bagaż. - pracownik w niebieskiej koszulce wskazał dłonią na przeznaczone do tego miejsce. Matt podciągnął spodnie i wszedł na maszynę, ignorując nagłe protesty Japończyka.
- Nic się nie stanie, włącz to! - machnął ręką perkusista, kucając na kółku i ciągnąc folię do siebie. Pracownik musiał uruchomić sprzęt aby uniknąć wyrwania całej rolki. Matt zaczął się śmiać, gdy kręcił się w kółko, stopniowo będąc owijanym przezroczystą taśmą. Nawet Japończyk zaczął się uśmiechać, widząc szczęście chłopaka, gdy nagle zatrzymał szybko maszynę. Podeszło do nich dwóch pracowników ochrony.
- W porządku, wszystko pod kontrolą - tłumaczył im, porzucając na chwilę Matta. A ten wykorzystał sytuację i sam zaczął klikać różne przyciski, testując ich działanie. Gdy wcisnął największy z nich, coś bardziej przypominającego czerwoną gałkę, maszyna gwałtownie ożyła, kręcąc się w szaleńczym tempie. Histeryczny śmiech Matta utonął w krzykach pracowników lotniska. Zaciekawione spojrzenia innych podróżnych zaczęły spływać na postać kręcącego się perkusisty i dalej tym torem, na nas. Nagle chłopak zaczął się przechylać do przodu i Japończyk, który zgodził się na to wariactwo chwycił go za tył koszulki, wciągając z powrotem na miejsce. Pozwolił mu się jeszcze okręcić dwa razy, po czym wyłączył cały sprzęt, odciął folię i przykleił ją do Matta.
Spodziewałam się protestów chłopaka, ale ten powoli wstał, przytrzymując spódniczkę ze stretchu i podziękował pracownikowi uściskiem dłoni. Nonszalancko zszedł z maszyny i ruszył w naszym kierunku, przerzucając folię przez ramię niczym grecką togę.
- Chcę coś takiego do domu. - oznajmił nam z szerokim uśmiechem, gdy do nas podszedł. Rozejrzałam się po przyjaciołach. Patrzyli na niego z otwartymi buziami. Stokesy zerknął na odkręconą butelkę wody, którą trzymał w dłoni.
- Jezu, Matt, gdybym wiedział, że w tej butelce też jest wódka, to bym tego nie wziął!
- Twoje kubki smakowe są przepełnione alkoholem, Stokesy? - bardziej stwierdził niż zapytał Jordan. - Już nic nie czujesz?
- Słuchajcie... - zaczęłam. Jako jedyna w tym momencie wykazywałam się zdolnością podzielności uwagi i widziałam, że w czasie gdy zespół się ze sobą drażnił, trójka japońskich ochroniarzy lotniska naradzała się w kącie. Teraz zmierzali w naszą stronę. - Chyba mamy towarzystwo.
Oliver podniósł się do pozycji siedzącej, ściągając bluzę z twarzy. Na ogół starannie ułożone włosy sterczały teraz na wszystkie strony. Wyglądało na to, że nie spał, ale spojrzenie miał lekko nieprzytomne.
- Nicholls, jak ty coś odwalisz...
- No chyba zapomniałeś co twój brat odwalił kilka dni temu! Deska surfingowa...
- Zamknij się. Ann, chyba musisz nas wytłumaczyć.
Dziewczyna odwróciła się, zamiatając włosami powietrze.
- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała ochroniarzy, zanim zdążyli się odezwać. Znowu ta cholerna wymiana spojrzeń, tak bardzo nieoryginalna. Byli wyraźnie speszeni. - Czy mój człowiek załamał prawo lub zachował się niewłaściwie?
Pokręcili głowami. W końcu jeden z nich odchrząknął i podniósł wzrok z podłogi na nas.
- Chcieliśmy poprosić o autograf.
Niemalże parsknęłam śmiechem. Chociaż nie widziałam miny Ani, mogłam się założyć, że jej brew właśnie unosiła się w wyrazie niedowierzania. Oli próbował ujarzmić swoje włosy, kierując się tylko zmysłem dotyku i swoim własnym wyczuciem. Po chwili stanął na nogi, podchodząc do menadżerki.
- Pewnie - odparł, sięgając po kartki, które dzierżyli w dłoniach ochroniarze. Ci spojrzeli z zakłopotaniem na swojego dotychczasowego reprezentanta, który znowu zakasłał.
- Chcieliśmy poprosić o autograf panny Maddie.
Tylko czapka Toma, którą zasłoniłam sobie twarz, pozwoliła mi zachować resztki kultury. Panny Maddie, dobre sobie, nikt się tak do mnie nie zwracał!
- Im więcej podpisów, tym większa popularność, panowie - stwierdziłam, również podnosząc się do góry. Wyciągnęłam swój zielony marker i zabrałam nieszczęsne karteczki fanom. Gdy je obejrzałam, okazało się, że to czyste blankiety mandatów. Zdusiłam śmiech, przybierając na twarz uśmiech i podpisując się nazwiskiem. Później podałam papierki zaskoczonemu Oliverowi.
Zapozowaliśmy jeszcze do zdjęć, prezentując się mniej lub bardziej wyjściowo, gdy wrócił Phil.
- Słuchajcie, mam dobrą i złą wiadomość. - gdy żadne z nich nie poprosiło o kolejność ogłoszenia ich, sam podjął decyzję. - Dobra wiadomość jest taka, że Liz załatwiła nam prywatny lot. A zła... że za 40 minut, z lotniska prawie po drugiej stronie Tokio.
- Kto to Liz? - zainteresował się Matt, wyrywając swojemu technicznemu butelkę wody.
- Koordynatorka z Australii. Zbierać się, ekipo, musimy zdążyć!
Chociaż nasze ruchy były, lekko mówiąc, otępiałe i ślimacze, zdążyliśmy na samolot. Co prawda, ostatni odcinek, już na lotnisku, pokonaliśmy niczym rodzina McAllisterów przed wigilią w kolejnym egzotycznym miejscu, tłukąc się z tymi wszystkimi torbami i skrzynkami, ale daliśmy radę. W samolocie wszyscy bez wyjątku odpłynęli. Siedziałam między braćmi Sykes, którzy przez pierwsze kilka minut podróży zapijali kaca darmowymi drinkami. Oliver bezczelnie ignorował wdzięczące się do niego stewardesy i gapił się przez zmrużone powieki na Toma, który nie odrywał z kolei wzroku ode mnie.
-------------------------------------------------------------------------
Dostałam piekielnie trudny test. Czułam się zupełnie nieprzygotowana, co więcej, tak było. Patrzyłam tępo w kartkę, leżącą przede mną na ławce. Moi koledzy z klasy z zapałem pisali piękne i uzasadnione odpowiedzi na pytania. "Omów mechanizm podwójnego oddychania u ptaków. " - tak brzmiało pytanie, od którego zależało moje być lub nie być absolwentką drugiego roku liceum. Ale w głowie miałam tylko słowa trenera wokalistów, kiedy próbował zwiększyć wydajność mojego głosu: "Oddychaj przeponą... wrażenie powinno być, jak gdybyś zbierała powietrze i chowała je w pudełku, gdzieś w środku, stopniowo je wypuszczając." Cholera - pomyślałam, przygryzając wargę i obserwując, jak zegarek na ścianie nieubłaganie zbliża się do godziny zakończenia egzaminu - przez ten głupi zespół obleję wszystkie testy. Babcia będzie zachwycona.
Nagle pojawiła się i ona. Stała nade mną i szturchała mnie w ramię.
- Miko, wstawaj, bo polecisz dalej. Miikoo, rusz się. Tommy, ty też, przysięgam, zostawię was tutaj.
Rozejrzałam się znowu po klasie. Nigdzie nie widziałam Toma. Niby jak mieliśmy też odlecieć z egzaminu z rozszerzonej biologii? Za to babcia miała na sobie ciasne dżinsy i sweter z Drop Dead. To było jeszcze bardziej dziwne.
- Ouuh, to się robi inaczej. - rozległ się czyiś zaspany głos i poczułam na wargach czyjeś usta. Spanikowana otworzyłam oczy, kierując wzrok tuż przed siebie, tonąc w niebieskiej głębi. - Widzisz, w każdej bajce pocałunek budzi księżniczki.
- Ona jest gitarzystką, nie księżniczką. - burknął Oliver, zarzucając torbę na ramię i odciągając ode mnie Toma. - Chodźcie stąd.
Przeciągnęłam się, rozglądając nieprzytomnie po pustym już wnętrzu samolotu.
- Wydawało mi się, że oblewam egzamin z biologii, a babcia w ciuchach Drop Dead grozi mi, że pozwoli mi gdzieś odlecieć. - wymamrotałam, wstając i chwiejnie przechodząc do schodków.
- Przegapiłaś lądowanie - odparł młodszy Sykes, gdy już skończył się śmiać.
- A bo to ostatnie.
Latanie prywatnymi awionetkami miało swoje plusy - wylądowaliśmy o wiele bliżej jakiegokolwiek budynku niż zwykle. Przed lotniskiem czekał na nas autokar, który podstawiła dla nas australijska menadżerka.
- Podoba mi się. - stwierdził Lee, gdy weszliśmy do środka, kontemplując wnętrze. - Mógłbym nim jeździć wszędzie.
Faktycznie, autokar wydawał się wygodny, ale dla mnie najważniejsze było w tym momencie łóżko.
- Słuchajcie, to jest Roy, będzie naszym... - zaczął Phil, wskazując na rosłego mężczyznę koło 40 z białym wąsem.
- Bus daddy - zakończył grzmiącym głosem. Poczułam, jak źrenice rozszerzają mi się ze zdziwienia.
- Miło poznać. - mruknęłam, przechodząc dalej. - Łóżko mi na razie wystarczy.
- Zgłoś się później, mała, znajdę ci jakiegoś przystojniaka! - krzyknął za mną, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. Znalazłam w końcu część sypialną, do której zatargałam swoją poduszkę i odkryłam, że znajduje się w niej 16 łóżek. Bez większego zastanowienia wybrałam jedno na górze, wrzuciłam na nie poduszkę i dołączyłam do niej. Zanim zamknęłam oczy, reszta zespołu podążyła moim śladem.
Tym razem obudziłam się pierwsza, chyba dzięki jakiejś intuicji. Ziewając, zwlekłam się z łóżka, udając się na zwiedzanie autokaru. Salon, drugi salon, część telewizyjna, mikroskopijna kuchnia i kibelek tuż obok. Gdy przeszłam koło lustra, przestraszyłam się swojego odbicia.
Gdy ogarnęłam swoje włosy, które zostawiłam luźno i zmyłam rozmazany tusz, zatrzymaliśmy się. Podeszłam do łóżka Olivera.
- Hej, Sykes, no wstawaj, bo pojedziesz dalej. - poczochrałam mu włosy i ruszyłam do wyjścia z autokaru za Mattem, który narzekał na wczesną porę.
- Sen cenię bardziej niż karierę. Co może być od niego przyjemniejszego i ważniejszego? - mamrotał pod nosem. - Chyba tylko śmiech. Tak, śmiech i sen to najlepsze, co mnie w życiu spotyka.
- Absolutnie się z tobą zgadzam.
- Kangury. One ani nie śpią, ani się nie śmieją. Są nudne.
- Tak, Matt.
- Myślałby kto, tacy ważni, bo rodowici mieszkańcy. A ja jestem Anglikiem i chcę spać. - dalej bredził, ale urwał, gdy wyszedł przed autokar.
Stała tam nim niska, postawna blondynka. Nie była jakoś specjalnie szykowna, bardziej przypominała Molly Weasley, z matczynym wyrazem na twarzy. Uśmiechnęłam się, gdy tylko otworzyła usta.
- No i, jesteście, kochaneczki! Brudni, głodni i zmęczeni, jak na prawdziwą kapelę przystało!
- Oddam wszystko za prysznic - przyznałam jej rację. Na szczęście mimo wszystko moje włosy nadal były miękkie i pachnące, wszystko dzięki suchemu szamponowi.
Reszta zespołu niemrawo wygramoliła się przed autokar, przecierając oczy i powoli zdejmując bluzy lub kurtki, które mieli na sobie.
- Jestem Liz Hemmings, mówcie mi po imieniu. - przedstawiła się i dodała: - Chodźcie, zdążyłam przygotować śniadanie.
Weszliśmy za nią do skromnego, ale dużego i jednopiętrowego domu, rozglądając się z zaciekawieniem. Na ścianach w korytarzu dominowały zdjęcia dwóch blondwłosych chłopców. Im dalej wędrowaliśmy, tym dzieci stawały się większe i starsze. Moją uwagę przyciągnęło ostatnie zdjęcie, na którym wysoki już chłopak obejmuje roześmianego brata, mimo iż niższego od niego, to sprawiającego wrażenie starszego.
- To moje dzieci - poinformowała mnie Liz, stając koło mnie. - Eric już się wyprowadził, ale Lukey nadal jest. Zresztą, zaraz powinien zejść na dół.
Pociągnęła mnie dalej, do jadalni. Stał tam stół, na którym piętrzyły się teraz kanapki i dzbanki z sokiem jabłkowym. Oliver, Matt i Jordan właśnie kończyli swoje kanapki, Lee i Matthew dopijali drugie szklanki soku. Reszta uczestników naszej trasy koncertowej pojechała dalej, do hotelu. Liz nalegała, żebyśmy zamieszkali u niej, aby lepiej nam się pracowało. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby oponować.
- Mamo, Ash proponował, żebyśmy u niego zostali do jutra - do pomieszczenia wszedł wysoki chłopak, wpatrzony w jakieś kartki, trzymane w dłoniach. Rzucił czarną torbę koło łuku wejściowego i podszedł do matki, całując ją w policzek. - Nie masz nic przeciwko, nie? I tak miałaś jakąś pracę... - urwał, podnosząc na nas wzrok. A szkoda, bo miał całkiem przyjemny, głęboki głos. Teraz jednak zamarł.
Wszyscy się na niego patrzyli. Matt stoicko przeżuwał kanapkę z ogórkiem. To był ten chłopak ze zdjęć na korytarzu. Nawet teraz miał na sobie tą samą koszulkę, czarno-białą z kilkoma gwiazdkami na ramieniu. Włosy postawione na żel lub coś w tym rodzaju, czarny kolczyk w dolnej wardze. Wyglądał jak nastolatek, który urwał swoją fazę buntu mniej więcej w połowie przemian.
Lee głośno przełknął łyk soku. Wybuchnęliśmy śmiechem, a blondyn tylko nieśmiało się uśmiechnął.
- Lukey, to jest Bring Me the Horizon, zorganizujemy im tutaj trochę miejsca na czas ich pobytu w Australii. W porządku? - przedstawiła nas Liz.
- Teraz i tak nie mogę się nie zgodzić - jego niebieskie spojrzenie wędrowało po naszych twarzach, aż trafiło na moją. - Bring Me the Horizon... Lee Malia?
- Tutaj. - podniósł rękę gitarzysta, odwracając się i patrząc na niego wyczekująco.
- Wymiatasz. Lubię twoje solówki.
- O, dzięki. - zaczerwienił się.
- Skoro organizujesz im miejsce w domu, to nie masz nic przeciwko, żebym został u Ashtona, mamo? - blondyn powrócił do tematu, sondując mnie wzrokiem. - Mogę oddać mój pokój.
- No nie wiem, Luke... to może trochę potrwać, sam wiesz.
- Pierwszy raz odstępuję komuś moje łóżko. Bierz okazję, póki gorąca - uśmiechnął się, zabierając grzankę ze stołu.
- Jak chcesz. - wzruszyła ramionami. - Maddie, dlaczego nie jesz, kochanie?
- Nie jestem głodna. - stwierdziłam zgodnie z prawdą. Nadal sączyłam pierwszą szklankę soku. Zasypiałam na siedząco, pomimo kilkunastu godzin snu. Nic nie mogło zrekompensować mi tygodni niedosypiania, balowania i koncertowania.
- Powinnaś się położyć. Zresztą wy wszyscy. Jak wstaniecie, to zaczniemy pracować, macie półtora dnia na organizację, a pierwszy koncert nie jest daleko. Luke, pokażesz jej pokój?
Chłopak skinął głową, gryząc grzankę i gestem zaprosił mnie za sobą, zabierając uprzednio kartki, które tu wniósł. Posłałam Liz uśmiech wdzięczności i ruszyłam za nim. Wspięliśmy się po schodach i skręciliśmy w ślepy zaułek. Na prawo były jedne jedyne drzwi. Otworzył je i wpuścił mnie pierwszą do środka.
Cały pokój upstrzony był plakatami różnych zespołów, biletami z koncertów i zdjęciami. W rogu stały dwie gitary. Zerknęłam na nie, ale przysięgłam sobie, że sprawdzę je dopiero, gdy będę już wyspana. Jednak nie mogłam oprzeć się pytaniu.
- Hobby? - zapytałam, wskazując na sprzęt.
- Coś więcej. Mam z kumplami taki... zespół. - urwał, pomimo mojego zaciekawionego spojrzenia. - Zmieniałem pościel, nie musisz się bać - dodał, nagle lekko zakłopotany. - Czego potrzebujesz?
- Spania. - odparłam, uśmiechając się. Buty ściągnęliśmy przy wejściu do domu, więc teraz stałam boso. Spojrzał na mnie.
- Znając moją matkę, wyciągnęła was z autokaru i wciągnęła do domu, zapominając o tym, żebyście wzięli ze sobą więcej niż szczoteczka do zębów... - podszedł do szafy, połykając grzankę. - Jesteś pierwszą dziewczyną, która się w takiej ekipie pojawiła, ale sądzę, że się przyda ci się coś do przebrania, Cobainie.
Spojrzałam na siebie. Może faktycznie szare rurki i luźna czerwona koszula w kratkę przypominała nieco grunge'owy styl za czasów Kurta, ale byłam ogromną fanką Nirvany, a strój przyszedł mi naturalnie.
- Dzięki, Gaskarth. - nazwisko wokalisty All Time Low jako pierwsze mi się skojarzyło ze stylem ubierania chłopaka. No wiecie, niby dorosły i poważny rockowy muzyk, a naprawdę dzieciak w pop rocku.
- Znasz Alexa? - odwrócił się od szafy, rzucając mi czarną koszulkę, która po rozłożeniu okazała się koszulką Nirvany.
- Pewnie. Ty również...?
- Tak jakby. - zerknął na zegarek. - Muszę się zbierać do szkoły.
- Naprawdę nadal się uczysz?
- Jeszcze rok.
Minął mnie i podszedł do drzwi.
- Wiesz, jeśli wstaniesz do 16:00, to mogę cię zabrać na próbę. Ćwiczymy prawie codziennie.
Skinęłam głową, uśmiechając się.
- Pewnie. Jeśli tylko będziesz tak miły, z wielką chęcią.
Na jego twarzy również pojawił się uśmiech. Był naprawdę przystojny.
- Pewnie. Kolorowych snów.
Wyszedł, zostawiając mnie samą wśród przytulnych ścian. Chciałam obejrzeć bilety, zapoznać się bliżej z gitarami, ale łóżko wyglądało bardzo nęcąco. Szybko przebrałam się i weszłam pod kołdrę. Okazała się nadal ciepła, jakby właściciel opuścił ją całkiem niedawno. Drzwi uchyliły się i pojawił się w nich Luke.
- Sorry, zapomniałem tego... - szybkim krokiem przemierzył pokój i zabrał ze sobą kartki, które odłożył na bok podczas grzebania w szafie i futerał z gitarą.
- Po co ci to do szkoły?
- Tak naprawdę nie idę do szkoły. Grywam w parku, bo w szkole nikt już nie siedzi. Ale jeśli się wygadasz przy mamie, zginiemy oboje. Jest eks nauczycielką matmy.
- O rany. Będę milczeć.
- Mądra dziewczyna. Żegnam raz jeszcze.
Odprowadził mnie jego uśmiech, do którego dołączył przyjemny zapach, gdy moja głowa spoczęła na jego poduszce. Wygodnej.
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
"Było tak blisko."
Było już późno i gorąco. Byłoby ciemno, gdyby nie setki, tysiące, miliony świateł bijących z neonów, witryn, billboardów gdziekolwiek wzrokiem sięgnąć. Nocne życie miasta trwało w najlepsze: ludzie śmiali się, nawoływali, krzyczeli, rozmawiali przez komórki, pili drinki w przyulicznych knajpkach, spacerowali, zwiedzali. Mimo naprawdę późnej pory tłum na ulicach był ogromny, a tworzyli go nie tylko turyści, ale i sami mieszkańcy. Lato w Tokio budziło się do życia, ale pełną parą. Już teraz, w ostatnich dniach maja, dni były parne i duszne, a wieczory wilgotne i gorące.
Szłyśmy z Anią jedną z ulic, której nazwy nie potrafiłyśmy wymówić. Zresztą, taka wiedza nie była nam potrzebna, bo wszystkie ulice brzmiały i wyglądały dla nas identycznie. Ale Ania, w porównaniu do mnie, starała się zrozumieć ten język i od trzech miesięcy pilnie go studiowała. Mnie wystarczyło zwiedzanie miasta i poznawania jego kultury po angielsku, obserwowanie ludzi. Ku swemu rozczarowaniu, nigdzie nie widziałam żadnej kobiety ubranej w typowy japoński strój. Zamiast tego moim oczom ukazywał się widok dziewczyn i kobiet ubranych jak uczennice gimnazjum.
- Może powinnyśmy teraz skręcić? - Ania wskazała na jedną z identycznych, długich, oświetlonych i zatłoczonych dróg. Przytaknęłam i przeszłam przez ulicę, nie rozglądając się. Mimo wielkiego ruchu pieszych, samochody jeździły tylko okazjonalnie.
- No i jesteśmy w tym pięknym mieście, w którym wszystko wygląda tak samo oryginalnie... - mruknęłam, aby rozpocząć rozmowę.
- I jesteśmy tutaj jeszcze jakiś tydzień.
Znowu gdzieś skręciłyśmy. Kilka godzin temu rozstałyśmy się z chłopcami, którzy nie mogli przejść spokojnie koło żadnego klubu bez wejścia do środka. W jednym z takich klubów huczało w jednej części Rammstein na żywo, a w drugiej jakiś japoński DJ wkurzał swoim techno. Nie mogłam ogarnąć takiego połączenia, zresztą nie interesowało mnie zanadto upijanie się, nawet przy dobrej muzyce. Rozstałyśmy się więc z chłopcami i ekipą techniczną, decydując się na własną rękę zwiedzać nocne Tokio. Przechodziłyśmy z miejsca w miejsce, z ulicy na ulicę, nie mogąc się odnaleźć.
- Jak tam z Tommym? - zagaiła Raine. W sumie, jakby się zastanowić, to całkiem dobrze, że ma takie obco brzmiące nazwisko. Przynajmniej nikt nie ma problemu z wymówieniem go, a teraz to przecież ważne, by jej nazwisko było znane. Przypomniałam sobie, że nadal nie odpowiedziałam na zadane mi pytanie.
- Nie wiem, chyba dobrze.
- Chyba? Jesteście w końcu parą od paru miesięcy, czyż nie?
- To skomplikowane. - odparłam po chwili ciszy.. - No wiesz. W sumie to nie wiem.
Roześmiałyśmy się.
- Znasz mnie. Ja nie jestem jakoś stała w uczuciach, no i nie mam nic przeciwko umawianiu się z kilkoma facetami na raz..
- Ale teraz w trasie masz Toma cały czas przy sobie.
- Aczkolwiek przecież co miasto mogę poflirtować z kimś nowym, innym, prawda?
- Niby tak... A Tommy patrzy.
- Raczej więcej może usłyszeć. Ale... Teraz ani nas nie zobaczy, ani nie usłyszy. No i nie wydaje mi się, żeby w tym konkretnym momencie właśnie nie macał cycków jakieś paniusi w którymś z klubów. Przecież Nicholls jest mistrzem manipulacji, zaciągnie ich wszędzie.
- Spaliście ze sobą? - zapytała prosto z mostu. Zakrztusiłam się zielonym smoothie, który właśnie wciągałam przez słomkę.
- Skąd to pytanie?
- Oli mówił...
- Oliver mówi wiele rzeczy. - odetchnęłam. - Nie, nie spaliśmy ze sobą. - Ania spuściła wzrok, uśmiechając się. - Czy ty w ogóle wiesz może, gdzie my jesteśmy? - zapytałam, przystając. Ania pokręciła przecząco głową. - Świetnie. - skwitowałam, rozglądając się. Nigdzie nie widziałam żadnego charakterystycznego punktu, który pozwoliłby nam się odnaleźć.
- Może zapytajmy kogoś? Jesteś przecież dobra w zaczepianiu przypadkowych przechodniów. - zaproponowała. Spojrzałam na nią zmrużonymi oczami, decydując się.
- No dobra. Chodźmy do tych tam...
Ruszyłam w stronę dwóch europejsko ubranych Japończyków. No wiecie, airmax'y, rurki, luźne koszulki, fullcapy. Poprawiłam czarny kapelusik na głowie, obróciłam na nadgarstku rzemyki i podeszłam do nich z ładnym uśmiechem na twarzy.
- Hej. - zaczęłam. - Szukamy klubu... "Rebel". Możecie nas pokierować?
Obaj zlustrowali mnie od stóp do głów. Gdy już doskonale obejrzeli sobie moje nogi, teraz odziane w czarne rajstopy i wysokie, czarne i sznurowane workery, piersi, przykryte białą koszulką bez rękawów, wsadzoną niedbale w białą, krótką spódniczkę, przenieśli wzrok na Anię. Ania jednak miała na sobie poszarpane dżinsy, więc nie zobaczyli za wiele, ale i tak zatrzymali wzrok na tych niesamowicie długich nogach, które wydawały się jeszcze dłuższe dzięki botkom na szpilce. Czasem jej zazdrościłam tej wyższej perspektywy.
- Pewnie możemy. Ale po co macie iść do klubu, skoro możemy zabawić się tutaj?
Nie popełniłam tego błędu i nie spojrzałam na Anię, szukając pomocy. Skrzyżowałam ręce na piersiach, zakrywając je dodatkowo połami ramoneski, którą miałam na sobie. Wiedziałam, że to lustrowanie nas wzrokiem było zbyt nachalne, zbyt długie, zbyt... Intymne.
- Obawiam się, że nie skorzystamy z waszej propozycji. Dzięki za drogowskaz! - pomachałam im z udawaną lekkością i odwróciłam się z zamiarem odejścia. Ania była już kilka kroków dalej. Właśnie stawiałam pierwszy krok, gdy wyższy z nich, mój dotychczasowy rozmówca, złapał mnie za rękę i pociągnął w swoim kierunku.
- Obawiam się, że nie pytałem cię o zdanie, mała.
- Chyba nie do końca wiesz, na co się porywasz. - odparłam spokojnie, odchylając się od niego. - Chyba nie do końca wiesz kim jestem i co może się stać, gdy mnie nie puścisz.
- Zaraz mogę się przekonać, co takiego potrafisz. - szepnął, szarpiąc moją rękę, więc chcąc nie chcąc znalazłam się bliżej niego. Drugą rękę położył mi na plecach i zjeżdżał dłonią coraz niżej. Przeklęłam się w duchu za założenie tej spódniczki i szarpnęłam do tyłu, ale mężczyzna był zbyt silny.
- Sądzę, że nie możesz - rozległ się gdzieś za mną głos Toma. Ale to był chyba wytwór mojej wyobraźni, bo przecież nie było opcji, żeby on tu był. - Może łaskawie puścisz moją dziewczynę?
Zerknęłam przez ramię. Kilka metrów od nas stali Nicholls i obaj bracia Sykes. Gdy trefny Japończyk nadal mnie trzymał i patrzył na niego z lekceważeniem, Tom zniecierpliwił się.
- Wydaje mi się, że powiedziałem jasno i wyraźnie i na dodatek po angielsku, żebyś puścił moją dziewczynę. - westchnął. - No ale skoro nie zrozumiałeś...
W dwóch krokach znalazł się tuż koło nas i nagle ucisk na mojej ręce zelżał. Co więcej, całkowicie znikł. Tak samo jak dotyk ręki na moich plecach. Mężczyzna, który przed chwilą próbował mnie przekonać do spędzenia z nim upojnej nocy, właśnie leżał na ziemi, przyciskając obie ręce do twarzy. Spomiędzy jego palców ciekła krew. Zszokowana obejrzałam się na Toma, który właśnie machał prawą ręką, jakby próbował z niej coś strząsnąć. Potem spojrzał groźnie na towarzysza powalonego Japończyka. Jednak ten właśnie cofał się powoli, bełkocząc coś w swoim śmiesznym języku.
- Doskonale go rozumiem, wiesz? - rzucił Matt w eter. - Tylko ja mogę tak zrobić, a on nie. I to jest ta różnica. - poprawił fullcapa z czerwonym daszkiem na głowie. - No i ja jestem przystojny.
Został zignorowany.
- Co się stało? - zapytał Oli.
- Co wy tu robicie? - zapytała w tym samym momencie Ania.
- Wyrzucili nas z klubu. To znaczy, wyrzucili Matta. - odpowiedział Oliver jako pierwszy.
- A my zabłądziłyśmy i zapytałyśmy o drogę. Wygląda na to, że zrobiłyśmy ogromne kółko.
- Klub jest tu niedaleko... Za tamtym rogiem - wskazał Matt za siebie, ruszając na wprost.
- Dlaczego cię wyrzucili? - zapytałam perkusistę, nadal wtulona w Toma, pod ostrzałem bystrego spojrzenia Ani.
- Trochę za bardzo poniosła go muzyka. - odparł za przyjaciel Oli. - Wskoczył na bar i zabrał DJ-owi mikrofon.
- Po prostu nie mogłem znieść Rammstein'u przez kolejne 3 godziny, kurde, ile można?
- Wątpisz w Rammstein?!
- Nie, ale to mnie już wkurzało!
- Dlatego wskoczyłeś na bar i zacząłeś tworzyć własny techno-rock?
- Właśnie tak. A ty jesteś przeciw mnie!
- Popatrz, nie mówię, że ochroniarz miał rację, tylko że to, co mówił, nie było mylne.
- Wychodzi na to samo. - Matt wsadził ręce do kieszeni kurtki, którą zarzucił przed wyjściem na niebieską koszulę w kratkę. - A tak w ogóle, co mówił?
- Że nie wpadliśmy do klubu po to, żeby odbierać DJ-owi robotę, zabierając mu mikrofon.
- Ale to zrobiliśmy!
- Pewnie dlatego nas wyrzucił. - inteligentnie zauważył Tom, w którego niebieskich oczach nie widać było już niepokoju, który dominował tam przez kilka ubiegłych chwil. Wspięłam się na palce i pocałowałam go lekko w usta. Oddał pocałunek i ja poczułam, jak się uśmiecha. Uwielbiałam, gdy na jego ustach rozciągał się uśmiech, albo zaczynał coś mamrotać, gdy się całowaliśmy.
- Dobra, idziemy do tego cholernego Maca, teraz! - Matt uniósł rękę jak kapitan statku, a drugą objął Anię w talii.- Podążajcie za mną, zacni panowie i wy, piękne damy.
Szliśmy, podśmiewając się z Matta, którego orientacja w terenie była jeszcze mniejsza od mojej. Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, gdzie zgubili resztę ekipy, ale nie zapytałam głośno.
- Czy w całym Tokio nie ma żadnego McDonalda? - wkurzył się w końcu perkusista, gdy krążyliśmy po okolicy blisko kwadrans.
- Nie wiem. Zapytaj tych dwoje. - Oli wskazał na jakąś parkę, stojącą po drugiej strony ulicy. Mimowolnie przewróciłam oczami, ale Tom tylko zachichotał na widok kobiety szczelnie otulonej jakimś płaszczem, który kształtem bardziej przypominał koc z guzikami.
- Przepraszam, jest gdzieś tutaj McDonald?
Japończycy patrzyli na niego ze zdziwieniem.
- McDonald. Jest gdzieś tutaj?
- Mick Donald? - zapytał w końcu facet, strząsając papierosa.
- McDonald. Ronald McDonald? - Matt próbował wyjaśnić.
- Aa! - Japończyk wyglądał, jakby odkrył Amerykę. - W tamtą stronę! - wskazał na drogę naprzeciwko.
- Oo, dzięki, bracie! - przybili żółwiki.
Poszukiwania McDonalda zakończyły się sukcesem i naszą szaleńczą radością. Na miejscu okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł i w lokalu siedzieli już Phil, Johnny, Dean i Stokesy, część naszej ekipy technicznej. Ich stolik był najgłośniejszy, przyciągał niezliczoną ilość spojrzeń i uśmiechów obecnych tam dziewcząt oraz nieco mniej entuzjastycznych zerknięć mężczyzn. Gdy podeszliśmy do nich, hałas wzmógł się o okrzyki powitalne.
Biały stolik był długi, ale ilość puf i foteli, na których mogliśmy usiąść była ograniczona, więc Tom ściągnął mnie na swoje kolana. Ania nie dała się tak zmanipulować Mattowi i zajęła własne miejsce - co w sumie było rozsądne, bo perkusista non stop wstawał, skakał i ogólnie wyglądał jak osoba dotknięta ADHD.
- Dragi rujnują życie - powiedziałam głośno, gdy Matt znowu zaczął robić jakieś śmieszne miny. Spojrzenia obecnych nasiliły się, a Matt i Oliver po krótkiej konsultacji wzrokowej zaczęli komicznie wykrzywiać twarze, sprawiając wrażenie chorych na porażenie mózgowe. Pokręciłam tylko głową, nie dołączając się do ogólnej wesołości. Ania mierzyła mnie porozumiewawczym spojrzeniem, które starannie ignorowałam, gdy razem z Tomem jedliśmy frytki.
Postanowiliśmy wynająć na jedną noc pokój w hotelu, aby wygodnie przespać się choć trochę przed następnym koncertem, ale najpierw musieliśmy wrócić do autokaru. Chłopcy nie mogli się oprzeć pokusie zajrzenia do jeszcze jednego klubu. Mając w pamięci poprzednią samodzielną wycieczkę, nie miałam nic przeciwko, gdy Tom pociągnął mnie za sobą do środka.
Jakieś dwie godziny później niemalże wszyscy mieli już lekkie zaburzenia równowagi, za to humory nadal przednie. W końcu dotarliśmy do autokaru, który zaparkowaliśmy na totalnym zadupiu nad rzeką i zobaczyliśmy przed nim Lee i Matta w otoczeniu dziewczyn z technicznej: Lisy, Taylor i Sarah. Jeździli na deskorolkach, które dostaliśmy w Kanadzie na początku miesiąca.
- Oo, wróciliście! Przez chwilę sądziliśmy, że wciągnęły was japońskie przedmieścia! - uśmiechnął się Lee, widząc wstawionych i szczęśliwych muzyków.
- Wow, powtórz to! - Tom zignorował gitarzystę i szeroko otwartymi oczami (a te niebieska głębia naprawdę robi wtedy wrażenie) patrzył na Phila, który właśnie zabrał jedną deskorolkę i skoczył na niej, odwracając ją w powietrzu. Dźwiękowiec i menadżer trasy uśmiechnął się i powtórzył. - Też tak zrobię!
Zabrał drugą deskę i ustawił stopy tak, jak pokazywał mu blondyn. Wybił się i potknął przy lądowaniu. Niecierpliwie ściągnął vansy, zostając w dżinsach i czarnej koszulce. W otoczeniu śmiechów raz jeszcze spróbował, ale tym razem udało mu się przewrócić. Skakał i skakał, za każdym razem potykając się lub przewracając. Za którymś razem już się nie podniósł, leżał na betonie.
- Tommy? - zawołał Oli, zaśmiewając się. Jego brat przewrócił się na plecy, patrząc w niebo.
- Kurwa. - podsumował i podniósł się chwiejnie. Spojrzał na swoje stopy. - Ta krwawi - poinformował nas, strzepując lekko krew z lewej stopy na beton. - A ta nie krwawi. - na prawą wciągnął jednego buta i raz jeszcze wszedł na deskorolkę. Obok nas starszy Sykes też spróbował swoich sił w popisywaniu się, ale szło mu jeszcze gorzej, jeśli jest to możliwe.
Tom zdążył wciągnąć drugiego buta, a gdy i tym razem nie udało mu się obrócić w powietrzu deskorolki i opaść bez upadku, wkurzył się. Uderzył mocno stopą w sam środek, ale nic to nie dało. Wybuchnęliśmy śmiechem, uznając to za przekomiczne. Wtedy młodszy Sykes kopnął sprzęt jeszcze raz i drugi, a zanim ogarnęliśmy, co tak naprawdę robi, było za późno. Deska się złamała, ale nie do końca.
- Stój! - Phil postąpił krok w jego stronę z wyciągniętą ręką, ale Tom już zdążył przełamać deskorolkę do końca, używając do tego własnej głowy. Śmiech się nasilił.
- Ale się wkurzyłem. - skwitował. - Żadna deskorolka nie pokona Toma Sykesa!
Chwycił obie części i ruszył w kierunku rzeki, rzucając nimi co jakiś czas o ziemię. Nicholls wykazał się przytomnością umysłu i poszedł za nim.
- Ej, co będziesz robił?
- Surfował.
Gdy już podszedł do brzegu, na kamienistą plażę, zaczął ściągać dżinsy przez buty.
- Czekaj, nie wejdziesz tam sam. - Matt również zaczął zdejmować z siebie ubrania. Uśmiechnęłam się, widząc, jak mój mały Matt zaczął dbać o bezpieczeństwo. Zanim jednak zdołał pozbyć się wszystkich części garderoby, rozległ się głośny plusk i młodszy Sykes zniknął pod wodą.
- Tom? - zawołał Oliver, który też pofatygował się nad wodę. - Tommy?
Mijały sekundy, a chłopak się nie pojawiał. Matt przyśpieszył ruchy i po chwili też był już w wodzie, brodząc przed siebie.
- O cholera, jaka zimna! - wrzasnął. Podeszłam do samego brzegu, woda niemalże obmywała mi buty, a ja próbowałam przebić spojrzeniem ciemność i toń wody.
- Tommy?! - ja również dołączyłam się do nawoływań. Minęła minuta.
- Thomas! - w głosie Olivera zaczęła pobrzmiewać panika. Sam zaczął ściągać buty i kurtkę, tak jak ja, wpatrując się w miejsce, w którym zniknął chłopak.
- Tu jestem - rozległ się głos gdzieś na prawo od nas. Oliver zamarł, stojąc do kolan w wodzie. Matt dygotał kawałek dalej, zanurzony po pierś. - Zapomniałem mojej deski surfingowej.
Podszedł do kawałków deskorolki i wziął jedną, rzucając ją w wodę i skacząc na nią. Spuściłam głowę, kręcąc nią w politowaniu, za to Oliver stał jak spetryfikowany.
- Ty cholerny idioto. - wyszeptał tak, że tylko ja go usłyszałam. Z trudem sięgnęłam po jego rękę, ciągnąc go na brzeg. - Było tak blisko. - skinęłam tylko głową.
Tymczasem chłopcy chyba przyzwyczaili się do temperatury wody, bo teraz radośnie w niej brodzili, urządzając konkurs w rzucaniu kamieniami w dal.
Miałam wielką ochotę zanurzyć się w pościeli i po prostu spać, ale nie chciałam zostawiać tej pijanej grupki nad wodą. Zerknęłam na Anię, która stała obok mnie z głową pochyloną na bok i przyglądała się Mattowi, który właśnie zmierzał w naszą stronę w samych bokserkach. Mokrych bokserkach. Z trudem oderwałam od niego wzrok, tłumacząc sobie, że już milion razy widziałam go w bieliźnie, a poza tym to nie mój chłopak. Ale te argumenty słabo brzmiały nawet w moich uszach.
- Ja spadam! - zawołałam, widząc, że Oli powoli ziewa, a Tom traci zainteresowanie swoją nową deską surfingową. Uniósł oba kciuki w górę i zanurkował ostatni raz, a gdy się wynurzył bliżej brzegu, strząsnął grzywkę na bok. Potem razem z Mattem, który wciągnął już na siebie spodnie, rzucili w wodę obie części deskorolki i powoli ruszyliśmy w stronę hotelu, który widzieliśmy po drodze.
Na miejscu, gdy już się zarejestrowaliśmy, rozpoczęła się bitwa o łóżka. Ja i Tommy zadowoliliśmy się pojedynczym, tak jak Ania z Mattem. Reszta rozlokowała się na kanapach oraz jedno- i dwuosobowych łóżkach. Łącznie zajęliśmy dwa pokoje. Z ulgą rzuciłam się na łóżko, które okazało się całkiem wygodne jak na dwugwiazdkowy hotelik. Tuż obok mnie ułożył się Tom, z nadal mokrymi włosami. Ściągnęłam buty, ramoneskę i kapelusik nie podnosząc się i odwróciłam głowę w stronę chłopaka. Jego spojrzenie już nie było chorobliwie wesołe, jak przed chwilą. Teraz było w nim coś, co sprawiło, że poczułam motylki w brzuchu. Ułożył się na boku, podpierając głowę jedną ręką, a drugą zrobił coś a'la ludzika, który zaczął wędrować od mojego uda, po brzuch, aż do szyi. Jego dłoń błądziła po moim ciele, a oczy wpatrywały się cały czas w moją twarz. Uśmiechnęłam się lekko, a on pochylił się i pocałował mnie. Uwielbiałam jego sposób całowania, zdecydowany, zmysłowy, drapieżny. Niezależnie od tego, czy tylko muskał swoimi ustami moje, czy też zdążał pogłębić pocałunek, zawsze jego wargi zostawiały po sobie ślad.
Wtedy poczułam, że nie chcę czekać. Tom był pierwszym chłopakiem, przy którym czułam się gotowa. Przewróciłam go na plecy i usiadłam na nim okrakiem, całując go. Znów poczułam, jak jego wargi układają się w uśmiech. Wsunął zimne dłonie pod moją spódniczkę, zsuwając ją. Szybko się jej pozbyliśmy, tak jak moich rajstop. Podniósł się do pozycji siedzącej i pozwolił ściągnąć sobie koszulkę, a potem błądził dłońmi po moich plecach, przedłużając chwilę pozostawienia mnie w samej bieliźnie. Całował moją szyję, linię szczęki, nie przestając się uśmiechać. Zaczęłam rozpinać jego dżinsy i chwilę później oboje byliśmy już w samej bieliźnie.
Teraz to on leżał na mnie, przesuwając językiem po moim brzuchu, udach i wywołując u mnie dreszcze. Byłam zupełnie zdecydowana, gdy sięgnął zwinnymi palcami do rozpięcia mojego biustonosza i jego wzrok zatrzymał się na moich piersiach. Zaśmiałam się cicho, a on z iskrą w oczach pociągnął mnie w dół. Jego dłonie zawędrowały na moje biodra, drażnił się ze mną. Znów musnął wargami moją szyję i...
Drzwi otworzyły się, a stanął w nich Phil, wpuszczając światło do pogrążonego w mroku pokoju. Szybkie spojrzenie na jego twarz, pełną zaskoczenia i lekkiego zawstydzenia spowodowało, że wybuchnęliśmy z Tomem śmiechem. Powoli usiedliśmy, Tom rzucił mi swoją koszulkę. Phil nie wiedział, co ze sobą zrobić, zakrył sobie oczy dłonią.
- Ja... Przyjdę rano, w sumie...
- O co chodzi? - zapytał Tom, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. - Czy widok nagiej Maddie jest aż tak dla ciebie przykry?
- Właśnie nie, w tym problem. Ja... nie będę wam już przeszkadzać... - zaczął się jąkać, drapiąc się po głowie. Przygryzłam wargę, unosząc kącik ust.
- No skoro i tak już tu jesteś, to powiedz to, co chciałeś. - odparłam.
- Ja... Ekhem, chciałem tylko pogadać z tobą, Tom. Chodzi o Australię, na lotnisku będzie na nas czekać niejaka pani Hemmings, ona będzie koordynatorką naszej trasy po Australii. Chciałbym, żebyś się z nią dogadał na temat sesji zdjęciowych, bo ona też jest fotografem, więc żebyście sobie nie wchodzili w paradę. I... jeszcze chciałem powiedzieć, że w Japonii zostały nam 3 koncerty, a dopiero potem lecimy dalej.
- Ma własny zespół, czy bierze Stokesy'ego i resztę naszych do ustawienia planu?
- Jest profesjonalistką, wszystko ma swoje. - nadal był czerwony, unikał naszych spojrzeń. - Więc, jeśli nie masz żadnych pytań, to ja już będę leciał... - powoli się cofał.
- Dzięki, Phil. - zawołał za nim Tommy tylko z lekką nutą ironii, a gdy drzwi się zamknęły, zmierzył mnie spojrzeniem. - A więc tak.
- Otóż to. - przytaknęłam. Atmosfera intymności, którą zdołaliśmy wykrzesać, uciekła wraz z Philem. - Chyba powinniśmy iść spać.
Wgramoliliśmy się pod kołdrę, rzucając sobie rozbawione spojrzenia. Tom leżał na plecach, krzyżując ramiona nad głową, a ja oparłam głowę na jego piersi. Leżeliśmy w ciszy i powoli odpływałam w sen, słuchając miarowego oddechu Sykesa. Poczułam, jak pierś chłopaka się unosi, jakby brał głębszy wdech.
- A już myślałem, że porucham. Serio.
Szłyśmy z Anią jedną z ulic, której nazwy nie potrafiłyśmy wymówić. Zresztą, taka wiedza nie była nam potrzebna, bo wszystkie ulice brzmiały i wyglądały dla nas identycznie. Ale Ania, w porównaniu do mnie, starała się zrozumieć ten język i od trzech miesięcy pilnie go studiowała. Mnie wystarczyło zwiedzanie miasta i poznawania jego kultury po angielsku, obserwowanie ludzi. Ku swemu rozczarowaniu, nigdzie nie widziałam żadnej kobiety ubranej w typowy japoński strój. Zamiast tego moim oczom ukazywał się widok dziewczyn i kobiet ubranych jak uczennice gimnazjum.
- Może powinnyśmy teraz skręcić? - Ania wskazała na jedną z identycznych, długich, oświetlonych i zatłoczonych dróg. Przytaknęłam i przeszłam przez ulicę, nie rozglądając się. Mimo wielkiego ruchu pieszych, samochody jeździły tylko okazjonalnie.
- No i jesteśmy w tym pięknym mieście, w którym wszystko wygląda tak samo oryginalnie... - mruknęłam, aby rozpocząć rozmowę.
- I jesteśmy tutaj jeszcze jakiś tydzień.
Znowu gdzieś skręciłyśmy. Kilka godzin temu rozstałyśmy się z chłopcami, którzy nie mogli przejść spokojnie koło żadnego klubu bez wejścia do środka. W jednym z takich klubów huczało w jednej części Rammstein na żywo, a w drugiej jakiś japoński DJ wkurzał swoim techno. Nie mogłam ogarnąć takiego połączenia, zresztą nie interesowało mnie zanadto upijanie się, nawet przy dobrej muzyce. Rozstałyśmy się więc z chłopcami i ekipą techniczną, decydując się na własną rękę zwiedzać nocne Tokio. Przechodziłyśmy z miejsca w miejsce, z ulicy na ulicę, nie mogąc się odnaleźć.
- Jak tam z Tommym? - zagaiła Raine. W sumie, jakby się zastanowić, to całkiem dobrze, że ma takie obco brzmiące nazwisko. Przynajmniej nikt nie ma problemu z wymówieniem go, a teraz to przecież ważne, by jej nazwisko było znane. Przypomniałam sobie, że nadal nie odpowiedziałam na zadane mi pytanie.
- Nie wiem, chyba dobrze.
- Chyba? Jesteście w końcu parą od paru miesięcy, czyż nie?
- To skomplikowane. - odparłam po chwili ciszy.. - No wiesz. W sumie to nie wiem.
Roześmiałyśmy się.
- Znasz mnie. Ja nie jestem jakoś stała w uczuciach, no i nie mam nic przeciwko umawianiu się z kilkoma facetami na raz..
- Ale teraz w trasie masz Toma cały czas przy sobie.
- Aczkolwiek przecież co miasto mogę poflirtować z kimś nowym, innym, prawda?
- Niby tak... A Tommy patrzy.
- Raczej więcej może usłyszeć. Ale... Teraz ani nas nie zobaczy, ani nie usłyszy. No i nie wydaje mi się, żeby w tym konkretnym momencie właśnie nie macał cycków jakieś paniusi w którymś z klubów. Przecież Nicholls jest mistrzem manipulacji, zaciągnie ich wszędzie.
- Spaliście ze sobą? - zapytała prosto z mostu. Zakrztusiłam się zielonym smoothie, który właśnie wciągałam przez słomkę.
- Skąd to pytanie?
- Oli mówił...
- Oliver mówi wiele rzeczy. - odetchnęłam. - Nie, nie spaliśmy ze sobą. - Ania spuściła wzrok, uśmiechając się. - Czy ty w ogóle wiesz może, gdzie my jesteśmy? - zapytałam, przystając. Ania pokręciła przecząco głową. - Świetnie. - skwitowałam, rozglądając się. Nigdzie nie widziałam żadnego charakterystycznego punktu, który pozwoliłby nam się odnaleźć.
- Może zapytajmy kogoś? Jesteś przecież dobra w zaczepianiu przypadkowych przechodniów. - zaproponowała. Spojrzałam na nią zmrużonymi oczami, decydując się.
- No dobra. Chodźmy do tych tam...
Ruszyłam w stronę dwóch europejsko ubranych Japończyków. No wiecie, airmax'y, rurki, luźne koszulki, fullcapy. Poprawiłam czarny kapelusik na głowie, obróciłam na nadgarstku rzemyki i podeszłam do nich z ładnym uśmiechem na twarzy.
- Hej. - zaczęłam. - Szukamy klubu... "Rebel". Możecie nas pokierować?
Obaj zlustrowali mnie od stóp do głów. Gdy już doskonale obejrzeli sobie moje nogi, teraz odziane w czarne rajstopy i wysokie, czarne i sznurowane workery, piersi, przykryte białą koszulką bez rękawów, wsadzoną niedbale w białą, krótką spódniczkę, przenieśli wzrok na Anię. Ania jednak miała na sobie poszarpane dżinsy, więc nie zobaczyli za wiele, ale i tak zatrzymali wzrok na tych niesamowicie długich nogach, które wydawały się jeszcze dłuższe dzięki botkom na szpilce. Czasem jej zazdrościłam tej wyższej perspektywy.
- Pewnie możemy. Ale po co macie iść do klubu, skoro możemy zabawić się tutaj?
Nie popełniłam tego błędu i nie spojrzałam na Anię, szukając pomocy. Skrzyżowałam ręce na piersiach, zakrywając je dodatkowo połami ramoneski, którą miałam na sobie. Wiedziałam, że to lustrowanie nas wzrokiem było zbyt nachalne, zbyt długie, zbyt... Intymne.
- Obawiam się, że nie skorzystamy z waszej propozycji. Dzięki za drogowskaz! - pomachałam im z udawaną lekkością i odwróciłam się z zamiarem odejścia. Ania była już kilka kroków dalej. Właśnie stawiałam pierwszy krok, gdy wyższy z nich, mój dotychczasowy rozmówca, złapał mnie za rękę i pociągnął w swoim kierunku.
- Obawiam się, że nie pytałem cię o zdanie, mała.
- Chyba nie do końca wiesz, na co się porywasz. - odparłam spokojnie, odchylając się od niego. - Chyba nie do końca wiesz kim jestem i co może się stać, gdy mnie nie puścisz.
- Zaraz mogę się przekonać, co takiego potrafisz. - szepnął, szarpiąc moją rękę, więc chcąc nie chcąc znalazłam się bliżej niego. Drugą rękę położył mi na plecach i zjeżdżał dłonią coraz niżej. Przeklęłam się w duchu za założenie tej spódniczki i szarpnęłam do tyłu, ale mężczyzna był zbyt silny.
- Sądzę, że nie możesz - rozległ się gdzieś za mną głos Toma. Ale to był chyba wytwór mojej wyobraźni, bo przecież nie było opcji, żeby on tu był. - Może łaskawie puścisz moją dziewczynę?
Zerknęłam przez ramię. Kilka metrów od nas stali Nicholls i obaj bracia Sykes. Gdy trefny Japończyk nadal mnie trzymał i patrzył na niego z lekceważeniem, Tom zniecierpliwił się.
- Wydaje mi się, że powiedziałem jasno i wyraźnie i na dodatek po angielsku, żebyś puścił moją dziewczynę. - westchnął. - No ale skoro nie zrozumiałeś...
W dwóch krokach znalazł się tuż koło nas i nagle ucisk na mojej ręce zelżał. Co więcej, całkowicie znikł. Tak samo jak dotyk ręki na moich plecach. Mężczyzna, który przed chwilą próbował mnie przekonać do spędzenia z nim upojnej nocy, właśnie leżał na ziemi, przyciskając obie ręce do twarzy. Spomiędzy jego palców ciekła krew. Zszokowana obejrzałam się na Toma, który właśnie machał prawą ręką, jakby próbował z niej coś strząsnąć. Potem spojrzał groźnie na towarzysza powalonego Japończyka. Jednak ten właśnie cofał się powoli, bełkocząc coś w swoim śmiesznym języku.
- Doskonale go rozumiem, wiesz? - rzucił Matt w eter. - Tylko ja mogę tak zrobić, a on nie. I to jest ta różnica. - poprawił fullcapa z czerwonym daszkiem na głowie. - No i ja jestem przystojny.
Został zignorowany.
- Co się stało? - zapytał Oli.
- Co wy tu robicie? - zapytała w tym samym momencie Ania.
- Wyrzucili nas z klubu. To znaczy, wyrzucili Matta. - odpowiedział Oliver jako pierwszy.
- A my zabłądziłyśmy i zapytałyśmy o drogę. Wygląda na to, że zrobiłyśmy ogromne kółko.
- Klub jest tu niedaleko... Za tamtym rogiem - wskazał Matt za siebie, ruszając na wprost.
- Dlaczego cię wyrzucili? - zapytałam perkusistę, nadal wtulona w Toma, pod ostrzałem bystrego spojrzenia Ani.
- Trochę za bardzo poniosła go muzyka. - odparł za przyjaciel Oli. - Wskoczył na bar i zabrał DJ-owi mikrofon.
- Po prostu nie mogłem znieść Rammstein'u przez kolejne 3 godziny, kurde, ile można?
- Wątpisz w Rammstein?!
- Nie, ale to mnie już wkurzało!
- Dlatego wskoczyłeś na bar i zacząłeś tworzyć własny techno-rock?
- Właśnie tak. A ty jesteś przeciw mnie!
- Popatrz, nie mówię, że ochroniarz miał rację, tylko że to, co mówił, nie było mylne.
- Wychodzi na to samo. - Matt wsadził ręce do kieszeni kurtki, którą zarzucił przed wyjściem na niebieską koszulę w kratkę. - A tak w ogóle, co mówił?
- Że nie wpadliśmy do klubu po to, żeby odbierać DJ-owi robotę, zabierając mu mikrofon.
- Ale to zrobiliśmy!
- Pewnie dlatego nas wyrzucił. - inteligentnie zauważył Tom, w którego niebieskich oczach nie widać było już niepokoju, który dominował tam przez kilka ubiegłych chwil. Wspięłam się na palce i pocałowałam go lekko w usta. Oddał pocałunek i ja poczułam, jak się uśmiecha. Uwielbiałam, gdy na jego ustach rozciągał się uśmiech, albo zaczynał coś mamrotać, gdy się całowaliśmy.
- Dobra, idziemy do tego cholernego Maca, teraz! - Matt uniósł rękę jak kapitan statku, a drugą objął Anię w talii.- Podążajcie za mną, zacni panowie i wy, piękne damy.
Szliśmy, podśmiewając się z Matta, którego orientacja w terenie była jeszcze mniejsza od mojej. Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, gdzie zgubili resztę ekipy, ale nie zapytałam głośno.
- Czy w całym Tokio nie ma żadnego McDonalda? - wkurzył się w końcu perkusista, gdy krążyliśmy po okolicy blisko kwadrans.
- Nie wiem. Zapytaj tych dwoje. - Oli wskazał na jakąś parkę, stojącą po drugiej strony ulicy. Mimowolnie przewróciłam oczami, ale Tom tylko zachichotał na widok kobiety szczelnie otulonej jakimś płaszczem, który kształtem bardziej przypominał koc z guzikami.
- Przepraszam, jest gdzieś tutaj McDonald?
Japończycy patrzyli na niego ze zdziwieniem.
- McDonald. Jest gdzieś tutaj?
- Mick Donald? - zapytał w końcu facet, strząsając papierosa.
- McDonald. Ronald McDonald? - Matt próbował wyjaśnić.
- Aa! - Japończyk wyglądał, jakby odkrył Amerykę. - W tamtą stronę! - wskazał na drogę naprzeciwko.
- Oo, dzięki, bracie! - przybili żółwiki.
Poszukiwania McDonalda zakończyły się sukcesem i naszą szaleńczą radością. Na miejscu okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł i w lokalu siedzieli już Phil, Johnny, Dean i Stokesy, część naszej ekipy technicznej. Ich stolik był najgłośniejszy, przyciągał niezliczoną ilość spojrzeń i uśmiechów obecnych tam dziewcząt oraz nieco mniej entuzjastycznych zerknięć mężczyzn. Gdy podeszliśmy do nich, hałas wzmógł się o okrzyki powitalne.
Biały stolik był długi, ale ilość puf i foteli, na których mogliśmy usiąść była ograniczona, więc Tom ściągnął mnie na swoje kolana. Ania nie dała się tak zmanipulować Mattowi i zajęła własne miejsce - co w sumie było rozsądne, bo perkusista non stop wstawał, skakał i ogólnie wyglądał jak osoba dotknięta ADHD.
- Dragi rujnują życie - powiedziałam głośno, gdy Matt znowu zaczął robić jakieś śmieszne miny. Spojrzenia obecnych nasiliły się, a Matt i Oliver po krótkiej konsultacji wzrokowej zaczęli komicznie wykrzywiać twarze, sprawiając wrażenie chorych na porażenie mózgowe. Pokręciłam tylko głową, nie dołączając się do ogólnej wesołości. Ania mierzyła mnie porozumiewawczym spojrzeniem, które starannie ignorowałam, gdy razem z Tomem jedliśmy frytki.
Postanowiliśmy wynająć na jedną noc pokój w hotelu, aby wygodnie przespać się choć trochę przed następnym koncertem, ale najpierw musieliśmy wrócić do autokaru. Chłopcy nie mogli się oprzeć pokusie zajrzenia do jeszcze jednego klubu. Mając w pamięci poprzednią samodzielną wycieczkę, nie miałam nic przeciwko, gdy Tom pociągnął mnie za sobą do środka.
Jakieś dwie godziny później niemalże wszyscy mieli już lekkie zaburzenia równowagi, za to humory nadal przednie. W końcu dotarliśmy do autokaru, który zaparkowaliśmy na totalnym zadupiu nad rzeką i zobaczyliśmy przed nim Lee i Matta w otoczeniu dziewczyn z technicznej: Lisy, Taylor i Sarah. Jeździli na deskorolkach, które dostaliśmy w Kanadzie na początku miesiąca.
- Oo, wróciliście! Przez chwilę sądziliśmy, że wciągnęły was japońskie przedmieścia! - uśmiechnął się Lee, widząc wstawionych i szczęśliwych muzyków.
- Wow, powtórz to! - Tom zignorował gitarzystę i szeroko otwartymi oczami (a te niebieska głębia naprawdę robi wtedy wrażenie) patrzył na Phila, który właśnie zabrał jedną deskorolkę i skoczył na niej, odwracając ją w powietrzu. Dźwiękowiec i menadżer trasy uśmiechnął się i powtórzył. - Też tak zrobię!
Zabrał drugą deskę i ustawił stopy tak, jak pokazywał mu blondyn. Wybił się i potknął przy lądowaniu. Niecierpliwie ściągnął vansy, zostając w dżinsach i czarnej koszulce. W otoczeniu śmiechów raz jeszcze spróbował, ale tym razem udało mu się przewrócić. Skakał i skakał, za każdym razem potykając się lub przewracając. Za którymś razem już się nie podniósł, leżał na betonie.
- Tommy? - zawołał Oli, zaśmiewając się. Jego brat przewrócił się na plecy, patrząc w niebo.
- Kurwa. - podsumował i podniósł się chwiejnie. Spojrzał na swoje stopy. - Ta krwawi - poinformował nas, strzepując lekko krew z lewej stopy na beton. - A ta nie krwawi. - na prawą wciągnął jednego buta i raz jeszcze wszedł na deskorolkę. Obok nas starszy Sykes też spróbował swoich sił w popisywaniu się, ale szło mu jeszcze gorzej, jeśli jest to możliwe.
Tom zdążył wciągnąć drugiego buta, a gdy i tym razem nie udało mu się obrócić w powietrzu deskorolki i opaść bez upadku, wkurzył się. Uderzył mocno stopą w sam środek, ale nic to nie dało. Wybuchnęliśmy śmiechem, uznając to za przekomiczne. Wtedy młodszy Sykes kopnął sprzęt jeszcze raz i drugi, a zanim ogarnęliśmy, co tak naprawdę robi, było za późno. Deska się złamała, ale nie do końca.
- Stój! - Phil postąpił krok w jego stronę z wyciągniętą ręką, ale Tom już zdążył przełamać deskorolkę do końca, używając do tego własnej głowy. Śmiech się nasilił.
- Ale się wkurzyłem. - skwitował. - Żadna deskorolka nie pokona Toma Sykesa!
Chwycił obie części i ruszył w kierunku rzeki, rzucając nimi co jakiś czas o ziemię. Nicholls wykazał się przytomnością umysłu i poszedł za nim.
- Ej, co będziesz robił?
- Surfował.
Gdy już podszedł do brzegu, na kamienistą plażę, zaczął ściągać dżinsy przez buty.
- Czekaj, nie wejdziesz tam sam. - Matt również zaczął zdejmować z siebie ubrania. Uśmiechnęłam się, widząc, jak mój mały Matt zaczął dbać o bezpieczeństwo. Zanim jednak zdołał pozbyć się wszystkich części garderoby, rozległ się głośny plusk i młodszy Sykes zniknął pod wodą.
- Tom? - zawołał Oliver, który też pofatygował się nad wodę. - Tommy?
Mijały sekundy, a chłopak się nie pojawiał. Matt przyśpieszył ruchy i po chwili też był już w wodzie, brodząc przed siebie.
- O cholera, jaka zimna! - wrzasnął. Podeszłam do samego brzegu, woda niemalże obmywała mi buty, a ja próbowałam przebić spojrzeniem ciemność i toń wody.
- Tommy?! - ja również dołączyłam się do nawoływań. Minęła minuta.
- Thomas! - w głosie Olivera zaczęła pobrzmiewać panika. Sam zaczął ściągać buty i kurtkę, tak jak ja, wpatrując się w miejsce, w którym zniknął chłopak.
- Tu jestem - rozległ się głos gdzieś na prawo od nas. Oliver zamarł, stojąc do kolan w wodzie. Matt dygotał kawałek dalej, zanurzony po pierś. - Zapomniałem mojej deski surfingowej.
Podszedł do kawałków deskorolki i wziął jedną, rzucając ją w wodę i skacząc na nią. Spuściłam głowę, kręcąc nią w politowaniu, za to Oliver stał jak spetryfikowany.
- Ty cholerny idioto. - wyszeptał tak, że tylko ja go usłyszałam. Z trudem sięgnęłam po jego rękę, ciągnąc go na brzeg. - Było tak blisko. - skinęłam tylko głową.
Tymczasem chłopcy chyba przyzwyczaili się do temperatury wody, bo teraz radośnie w niej brodzili, urządzając konkurs w rzucaniu kamieniami w dal.
Miałam wielką ochotę zanurzyć się w pościeli i po prostu spać, ale nie chciałam zostawiać tej pijanej grupki nad wodą. Zerknęłam na Anię, która stała obok mnie z głową pochyloną na bok i przyglądała się Mattowi, który właśnie zmierzał w naszą stronę w samych bokserkach. Mokrych bokserkach. Z trudem oderwałam od niego wzrok, tłumacząc sobie, że już milion razy widziałam go w bieliźnie, a poza tym to nie mój chłopak. Ale te argumenty słabo brzmiały nawet w moich uszach.
- Ja spadam! - zawołałam, widząc, że Oli powoli ziewa, a Tom traci zainteresowanie swoją nową deską surfingową. Uniósł oba kciuki w górę i zanurkował ostatni raz, a gdy się wynurzył bliżej brzegu, strząsnął grzywkę na bok. Potem razem z Mattem, który wciągnął już na siebie spodnie, rzucili w wodę obie części deskorolki i powoli ruszyliśmy w stronę hotelu, który widzieliśmy po drodze.
Na miejscu, gdy już się zarejestrowaliśmy, rozpoczęła się bitwa o łóżka. Ja i Tommy zadowoliliśmy się pojedynczym, tak jak Ania z Mattem. Reszta rozlokowała się na kanapach oraz jedno- i dwuosobowych łóżkach. Łącznie zajęliśmy dwa pokoje. Z ulgą rzuciłam się na łóżko, które okazało się całkiem wygodne jak na dwugwiazdkowy hotelik. Tuż obok mnie ułożył się Tom, z nadal mokrymi włosami. Ściągnęłam buty, ramoneskę i kapelusik nie podnosząc się i odwróciłam głowę w stronę chłopaka. Jego spojrzenie już nie było chorobliwie wesołe, jak przed chwilą. Teraz było w nim coś, co sprawiło, że poczułam motylki w brzuchu. Ułożył się na boku, podpierając głowę jedną ręką, a drugą zrobił coś a'la ludzika, który zaczął wędrować od mojego uda, po brzuch, aż do szyi. Jego dłoń błądziła po moim ciele, a oczy wpatrywały się cały czas w moją twarz. Uśmiechnęłam się lekko, a on pochylił się i pocałował mnie. Uwielbiałam jego sposób całowania, zdecydowany, zmysłowy, drapieżny. Niezależnie od tego, czy tylko muskał swoimi ustami moje, czy też zdążał pogłębić pocałunek, zawsze jego wargi zostawiały po sobie ślad.
Wtedy poczułam, że nie chcę czekać. Tom był pierwszym chłopakiem, przy którym czułam się gotowa. Przewróciłam go na plecy i usiadłam na nim okrakiem, całując go. Znów poczułam, jak jego wargi układają się w uśmiech. Wsunął zimne dłonie pod moją spódniczkę, zsuwając ją. Szybko się jej pozbyliśmy, tak jak moich rajstop. Podniósł się do pozycji siedzącej i pozwolił ściągnąć sobie koszulkę, a potem błądził dłońmi po moich plecach, przedłużając chwilę pozostawienia mnie w samej bieliźnie. Całował moją szyję, linię szczęki, nie przestając się uśmiechać. Zaczęłam rozpinać jego dżinsy i chwilę później oboje byliśmy już w samej bieliźnie.
Teraz to on leżał na mnie, przesuwając językiem po moim brzuchu, udach i wywołując u mnie dreszcze. Byłam zupełnie zdecydowana, gdy sięgnął zwinnymi palcami do rozpięcia mojego biustonosza i jego wzrok zatrzymał się na moich piersiach. Zaśmiałam się cicho, a on z iskrą w oczach pociągnął mnie w dół. Jego dłonie zawędrowały na moje biodra, drażnił się ze mną. Znów musnął wargami moją szyję i...
Drzwi otworzyły się, a stanął w nich Phil, wpuszczając światło do pogrążonego w mroku pokoju. Szybkie spojrzenie na jego twarz, pełną zaskoczenia i lekkiego zawstydzenia spowodowało, że wybuchnęliśmy z Tomem śmiechem. Powoli usiedliśmy, Tom rzucił mi swoją koszulkę. Phil nie wiedział, co ze sobą zrobić, zakrył sobie oczy dłonią.
- Ja... Przyjdę rano, w sumie...
- O co chodzi? - zapytał Tom, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. - Czy widok nagiej Maddie jest aż tak dla ciebie przykry?
- Właśnie nie, w tym problem. Ja... nie będę wam już przeszkadzać... - zaczął się jąkać, drapiąc się po głowie. Przygryzłam wargę, unosząc kącik ust.
- No skoro i tak już tu jesteś, to powiedz to, co chciałeś. - odparłam.
- Ja... Ekhem, chciałem tylko pogadać z tobą, Tom. Chodzi o Australię, na lotnisku będzie na nas czekać niejaka pani Hemmings, ona będzie koordynatorką naszej trasy po Australii. Chciałbym, żebyś się z nią dogadał na temat sesji zdjęciowych, bo ona też jest fotografem, więc żebyście sobie nie wchodzili w paradę. I... jeszcze chciałem powiedzieć, że w Japonii zostały nam 3 koncerty, a dopiero potem lecimy dalej.
- Ma własny zespół, czy bierze Stokesy'ego i resztę naszych do ustawienia planu?
- Jest profesjonalistką, wszystko ma swoje. - nadal był czerwony, unikał naszych spojrzeń. - Więc, jeśli nie masz żadnych pytań, to ja już będę leciał... - powoli się cofał.
- Dzięki, Phil. - zawołał za nim Tommy tylko z lekką nutą ironii, a gdy drzwi się zamknęły, zmierzył mnie spojrzeniem. - A więc tak.
- Otóż to. - przytaknęłam. Atmosfera intymności, którą zdołaliśmy wykrzesać, uciekła wraz z Philem. - Chyba powinniśmy iść spać.
Wgramoliliśmy się pod kołdrę, rzucając sobie rozbawione spojrzenia. Tom leżał na plecach, krzyżując ramiona nad głową, a ja oparłam głowę na jego piersi. Leżeliśmy w ciszy i powoli odpływałam w sen, słuchając miarowego oddechu Sykesa. Poczułam, jak pierś chłopaka się unosi, jakby brał głębszy wdech.
- A już myślałem, że porucham. Serio.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
