muzyka.
Jestem sobie w swoim sklepie muzycznym. No dobra, swoim w 1/3, bo dochody właściciela dzielę z najnowszą wersją swojej najlepszej przyjaciółki i założycielem tego katowickiego kącika zwanego "Rocker's Alley". Każde z nas jest odpowiedzialne za inną część lokalu - ja prowadzę sklep z płytami i sprzętem muzycznym, Tomek salę koncertową, a Ania kawiarenkę. Żadne z nas nie zna się na swojej części biznesu.
Lecącą w tle piosenkę My Chemical Romance - "I'm not okay" przerywa przenikliwy dźwięk hi-hatu. Ten instrument zastępuje nam dzwoneczek przy przeszklonych drzwiach wejściowych i wydawał się bardzo rockerskim rozwiązaniem, ale gdy rozbrzmiewa setki razy w ciągu każdego dnia, przyprawia już o ból głowy. Mimo to nikt go nie ściąga. To jeden z naszych znaków rozpoznawczych. No i jesteśmy na to zbyt leniwi.
Gdy hi-hat przebił się przez dźwięk muzyki, nie podniosłam głowy. Zbliżała się 20:00, godzina "Koncertowa", więc założyłam, że to Tomek wszedł do środka, by przygotować salę do koncertu kolejnego szerzej nieznanego zespołu, który miał tu grać. Ja się nie przejęłam, dalej składałam internetowe zamówienie na płyty, ale Ania podniosła wzrok zza lady. Uważnie obserwowała wchodzącą osobę.
- Ten hi-hat jest denerwujący. - rzucił Tomek, w ramach powitania. Chuchnął w dłonie odziane w skórzane rękawiczki bez palców i otrzepał się jak pies, zrzucając śnieg na ziemię. Płatki jego uszu, w których miał tunele ogromnych rozmiarów, zatrzepotały.
- Tak jak ty, a nadal tu przychodzisz. - odparowała Ania, opierając się o ladę przedramionami. Zerknęłam na nią. Tyle się w niej zmieniło. W nas obu. Ale o ile moje zmiany trwały głównie we mnie, ona je uzewnętrzniła.
Zarzuciła katowanie nauczycieli czerwonymi włosami i przefarbowała je na czarno. Jeżeli to niewystarczająco tworzyło kontrast z bladą skórą, na pewno robiła to czerwona szminka na ustach, w której Ania się zakochała. Na szyi, pod kaskadą włosów, ukrywał się majestatyczny wilk wyjący w stronę nieistniejącego księżyca, w uszach tkwiły niewielkie, jak na razie, tunele. Dzisiaj tatuaż i tunele były widoczne w całej okazałości, gdyż włosy dziewczyny były spięte w luźny kok.
- Dlaczego wy mnie ciągle dissujecie, Brutusy? Jeszcze wpadnę przez was w kompleksy. - Tomek ściągnął z głowy kaptur i podszedł do mnie, całując mój policzek na przywitanie i zerkając mi przez ramię. - Znowu robisz zamówienie? Ci klienci przychodzą tutaj chyba nie dla muzyki, a dla ciebie. Tylko głupio im wyjść z pustymi rękoma i na dodatek ze złamanym sercem.
- Nienawiść to podobno wysublimowany pociąg seksualny. - rzucił jeden ze stałych klientów, kładąc płytę Our Last Night na ladzie. - Madziu, skasujesz mnie?
Z naszymi klientami byliśmy po imieniu. Kolejny znak rozpoznawczy. Sięgnęłam po płytę i zerknęłam na okładkę.
- Wszyscy to ostatnio kupują. Kto to jest? - zapytałam, czytając listę na odwrocie.
- Jakiś post hardcore, podobno. Możesz ją puścić.
Niestety doznałam kilkusekundowego ataku autyzmu, gdy usłyszałam sygnał smsa. Sięgnęłam po telefon, a Ania przewróciła oczami i wyciągnęła mi album z rąk. Uśmiechnęłam się, odczytując wiadomość.
- Uhuhu, to chyba osławiony Trevor napisał! - zaśmiał się Tomek, ale ledwo to zarejestrowałam. Tak samo jak fakt, że Ania kieruje swoją dłoń w moją stronę i wyrywa mi smartfona z rąk.
- "Bejb, wsiadam w samolot. Jutro jestem w Polsce. Sobota aktualna? ;>" - odczytała głośno i spojrzała na mnie. W tle pianino przeszło w gwałtowną mieszankę perkusji i gitary. - Idziesz z nim na studniówkę?
- A nie idziesz z Ashtonem? - zainteresował się Tomasz.
- Zerwałam z Ashtonem - odparłam, a kilkanaście osób w lokalu wciągnęło głośno powietrze. - I tak, idę z Trevorem na studniówkę.
- W sumie, Aniu, co w tym złego? Ty też zerwałaś z Nichollsem. Magda, dlaczego zerwałaś z Irwinem?
- Tylko ja nie zerwałam z nim dla kogoś, kogo nigdy nie widziałam. Co ty o nim w ogóle wiesz?
Otworzyłam usta i... nie powiedziałam nic. Bo wiedziałam o nim wszystko i nic. Wiedziałam, że ma własny zespół, ale nie znałam jego nazwy. Znałam jego imię, ale nie nazwisko. Znałam dokładnie opis jego brata i rodziców, ale nie miałam pojęcia, gdzie dokładnie mieszka.
- No właśnie. Nie boisz się, że to kolejny nawiedzony muzyk?
- On taki nie jest! - zaprotestowałam. - I wiem, że jest wokalistą.
- Może to Trevor McNevan? - zasugerowała inna klientka.
- To nie on. On jest Amerykaninem.
- Madd, dlaczego ty nie możesz sobie znaleźć jakiegoś przystojnego Polaczka? - westchnęła Ania.
- Takiego jak ja! - wtrącił Tomek.
Spuściłam wzrok, a wraz z nim opuścił mnie cały entuzjazm. Pisałam z Trevorem od października, ale już wydawało mi się, że znam go na wylot, więc jego zaproszenie na moją studniówkę było dla mnie najzupełniej normalne. Zabrałam Ani mój telefon i dłuższą chwilę wpatrywałam się w ekran bez słowa. Czy się nie bałam? Byłam przerażona.
- No to dlaczego zerwałaś z Irwinem?
- Potrzebowałam... przestrzeni.
- To bardzo dyplomatyczna odpowiedź. - Ania przewróciła oczami. - Ale mogłaś mi chociaż wspomnieć, że odrzuciłaś wszystkie zaproszenia na studniówkę dla jakiegoś ducha!
Hi-hat ponownie zasygnalizował czyjeś wejście. Tym razem przyszedł jeden z muzyków grających dzisiaj wieczorem. Wiedziałam, że ma na imię Aleksander i ten koncert miał być dowodem na to, że nawet zespoły, które się rozpadły, mogą z powrotem ze sobą grać. Ot, taki żarcik ze strony Ani i Tomka, którzy czasem takie grupy zapraszali.
Kiedy ja próbuję przejść z powrotem do normalnego życia nastolatki i zapomnieć, że kiedykolwiek miałam szansę na ogromną karierę, ale żądny mojej krwi Anglik próbował mnie zabić, nagle uwodzi mnie inny wokalista, a na dodatek moi przyjaciele starają się mnie znów wrzucić na scenę. A jeżeli ta znajomość to kolejny haczyk? Nie chciałam przyjmować tego do wiadomości. Przygryzłam wargę i odpisałam Trevorowi.
"Aktualna."
niedziela, 31 stycznia 2016
środa, 20 stycznia 2016
CZĘŚĆ II. Prolog.
muzyka.
4.10.2015
Temat: Let's play a game
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Cześć! Wpadłem na twojego maila w pewnym zestawieniu i postanowiłem napisać. Proponuję niezobowiązującą znajomość. Jestem pewien, że pomimo twojej deklaracji o całkowitym wycofaniu się ze świata muzyki, nadal chętnie posłuchasz kilku ploteczek, zwłaszcza, jeśli dotyczą bezpośrednio ciebie :) Mogę być twoim osobistym łącznikiem między światami.
Bądźmy tak anonimowi, jak się da. Ja wcale nie wiem o tobie zbyt dużo.
Stay safe.
TMW.
7.10.2015
Temat: Ploteczki!
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Pierwsza ploteczka. Bring Me the Horizon wcale się nie rozpadło. Pracują nad nowym albumem. Z tym samym wokalistą.
TMW.
9.10.2015
Temat: Ploteczki!
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Kiedy czytam moje poprzedniego maile, mam ochotę uderzyć głową w mur. Zacząłem niezbyt zachęcająco, a wręcz odstraszająco. Wybaczysz mi? Miałem na myśli raczej to, że z tego świata trudno się wyrwać, a ja trochę w nim siedzę. Nie chciałem cię przestraszyć, szukam po prostu duszy choć trochę podobnej do mojej. Potrzebuję oddechu, trochę opinii kogoś, kto przeżywał to, co ja i udało mu się z tego wyrwać. Trafiłem na moment, w którym muzyka jest moją pułapką. Proszę, możemy pomóc sobie wzajemnie.
TMW.
11.10.2015
Temat: ODW: Let's play a game
Od: Madd Miko
Do: TMW
Treść: Witaj. Jakby to powiedzieć... przeraziłeś mnie. Od pierwszego maila miałam zamiar zablokować twojego maila i zapomnieć, że napisałeś. Co ma znaczyć to, że będziemy anonimowi? Przecież TY JUŻ WIESZ z kim piszesz. Ta tajemnica działa tylko w jedną stronę, a to beznadziejny układ. Jeżeli sądzisz, że będę z tobą współpracować, bo masz kilka informacji, o których ja mogę nie wiedzieć, to się pomyliłeś. Cios z informacją o BMTH jest po prostu żałosny. Zerwałam z muzyką, żeby o nich nie słyszeć. Zachęcenie mnie do znajomości z tobą poprzez plotki o nich jest śmiesznym i dziecinnym pomysłem.
Nie wiem, kim jesteś, ale daj mi spokój.
Miko.
11.10.2015
Temat: ODW: ODW: Let's play a game
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Maddie, posłuchaj. Nie chcę cię do niczego zmuszać. Jesteśmy dwoma samotnymi duszami. Kiedy tobie przestało się podobać w świecie muzyki, potrafiłaś zrezygnować. Ja nie potrafię. Daj mi tę siłę.
Chcesz wiedzieć kim jestem. Daj mi szansę się przedstawić. Daj nam szansę porozmawiać. Nie zawiedziesz się. Nie chcę cię straszyć. Chcę tylko poznać osobę, która jest tak silna, jak ja bym chciał.
Pierwsze informacje o mnie. Mam na imię Trevor. Jestem ze Wschodniego Wybrzeża. Muzykuję. Twoja kolej. Jesteś grze czy poza grą?
TMW.
14.10.2015
Temat: ODW: ODW: ODW: Let's play a game
Od: Madd Miko
Do: TMW
Treść: Okej. Jestem Maddie. Jestem z południowej Polski. Już nie muzykuję. Jeżeli sprawisz, że będę żałować, to cię znajdę i zabiję. Nawet jeżeli Wschodnie Wybrzeże jest większe niż sama Polska.
Madd.
17.10.2015
Temat: ODW: ODW: ODW: ODW: Let's play a game
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Nie pożałujesz. :) Będziemy się świetnie bawić.
TMW.
4.10.2015
Temat: Let's play a game
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Cześć! Wpadłem na twojego maila w pewnym zestawieniu i postanowiłem napisać. Proponuję niezobowiązującą znajomość. Jestem pewien, że pomimo twojej deklaracji o całkowitym wycofaniu się ze świata muzyki, nadal chętnie posłuchasz kilku ploteczek, zwłaszcza, jeśli dotyczą bezpośrednio ciebie :) Mogę być twoim osobistym łącznikiem między światami.
Bądźmy tak anonimowi, jak się da. Ja wcale nie wiem o tobie zbyt dużo.
Stay safe.
TMW.
7.10.2015
Temat: Ploteczki!
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Pierwsza ploteczka. Bring Me the Horizon wcale się nie rozpadło. Pracują nad nowym albumem. Z tym samym wokalistą.
TMW.
9.10.2015
Temat: Ploteczki!
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Kiedy czytam moje poprzedniego maile, mam ochotę uderzyć głową w mur. Zacząłem niezbyt zachęcająco, a wręcz odstraszająco. Wybaczysz mi? Miałem na myśli raczej to, że z tego świata trudno się wyrwać, a ja trochę w nim siedzę. Nie chciałem cię przestraszyć, szukam po prostu duszy choć trochę podobnej do mojej. Potrzebuję oddechu, trochę opinii kogoś, kto przeżywał to, co ja i udało mu się z tego wyrwać. Trafiłem na moment, w którym muzyka jest moją pułapką. Proszę, możemy pomóc sobie wzajemnie.
TMW.
11.10.2015
Temat: ODW: Let's play a game
Od: Madd Miko
Do: TMW
Treść: Witaj. Jakby to powiedzieć... przeraziłeś mnie. Od pierwszego maila miałam zamiar zablokować twojego maila i zapomnieć, że napisałeś. Co ma znaczyć to, że będziemy anonimowi? Przecież TY JUŻ WIESZ z kim piszesz. Ta tajemnica działa tylko w jedną stronę, a to beznadziejny układ. Jeżeli sądzisz, że będę z tobą współpracować, bo masz kilka informacji, o których ja mogę nie wiedzieć, to się pomyliłeś. Cios z informacją o BMTH jest po prostu żałosny. Zerwałam z muzyką, żeby o nich nie słyszeć. Zachęcenie mnie do znajomości z tobą poprzez plotki o nich jest śmiesznym i dziecinnym pomysłem.
Nie wiem, kim jesteś, ale daj mi spokój.
Miko.
11.10.2015
Temat: ODW: ODW: Let's play a game
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Maddie, posłuchaj. Nie chcę cię do niczego zmuszać. Jesteśmy dwoma samotnymi duszami. Kiedy tobie przestało się podobać w świecie muzyki, potrafiłaś zrezygnować. Ja nie potrafię. Daj mi tę siłę.
Chcesz wiedzieć kim jestem. Daj mi szansę się przedstawić. Daj nam szansę porozmawiać. Nie zawiedziesz się. Nie chcę cię straszyć. Chcę tylko poznać osobę, która jest tak silna, jak ja bym chciał.
Pierwsze informacje o mnie. Mam na imię Trevor. Jestem ze Wschodniego Wybrzeża. Muzykuję. Twoja kolej. Jesteś grze czy poza grą?
TMW.
14.10.2015
Temat: ODW: ODW: ODW: Let's play a game
Od: Madd Miko
Do: TMW
Treść: Okej. Jestem Maddie. Jestem z południowej Polski. Już nie muzykuję. Jeżeli sprawisz, że będę żałować, to cię znajdę i zabiję. Nawet jeżeli Wschodnie Wybrzeże jest większe niż sama Polska.
Madd.
17.10.2015
Temat: ODW: ODW: ODW: ODW: Let's play a game
Od: TMW
Do: Madd Miko
Treść: Nie pożałujesz. :) Będziemy się świetnie bawić.
TMW.
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Czyżby comeback?
Witajcie!
Próbując swoich sił w kilku innych projektach stwierdziłam, że... Tęsknię za Maddie i jej muzycznym światem! Znów zaczęłam wyrywać kartki z zeszytów szkolnych i zapisywać pomysły na dalszy ciąg.
Dlatego też zastanawiam się, czy powinnam reaktywować tego bloga z dalszymi przygodami? Zostawić to w spokoju? Umieścić całkiem inny punkt narracji? Widzicie to jakoś? Czekam na Wasze odpowiedzi - a dla leniuszków jest ankieta tuż obok -------------->
See ya!
Próbując swoich sił w kilku innych projektach stwierdziłam, że... Tęsknię za Maddie i jej muzycznym światem! Znów zaczęłam wyrywać kartki z zeszytów szkolnych i zapisywać pomysły na dalszy ciąg.
Dlatego też zastanawiam się, czy powinnam reaktywować tego bloga z dalszymi przygodami? Zostawić to w spokoju? Umieścić całkiem inny punkt narracji? Widzicie to jakoś? Czekam na Wasze odpowiedzi - a dla leniuszków jest ankieta tuż obok -------------->
See ya!
piątek, 25 września 2015
Epilog.
klik.
Maddie! To znaczy... Madziu! - zatrzymałam się z kubkiem kawy w ręce i odwróciłam od Ani, z którą właśnie żartowałam, powoli wychodząc ze szkoły. W tłumie uczniów Zawadzkiego zobaczyłam profesorkę od angielskiego, przedzierającą się z trudem. - Maddie. To znaczy Madziu. Mogę cię prosić na chwilkę?
Skinęłam głową, ignorując używanie przez nauczyciela angielskiej wersji mojego imienia. Ania miała na mnie zaczekać przed szkołą, w planach miałyśmy wspólne wyjście na koncert. Ruszyłam za profesorką do jej pracowni. W środku wskazała mi ręką, żebym zajęła miejsce koło biurka. Ostrożnie odstawiłam kubek z parującą zawartością i z wyczekiwaniem spojrzałam na anglistkę. Nerwowo przekładała w dłoniach plik podejrzanie znajomych kartek, zerkając na mnie. W końcu wzięła głęboki wdech.
- Przeczytałam twoje wypracowanie.
Spodziewałam się takiej reakcji. Ta pani nie uczyła tu zbyt długo, nic nie wiedziała o moich ekscesach w minionych dwóch latach nauki. Kiwnęłam głową, prosząc, by kontynuowała.
- To wszystko... To świetna historia, z której może nawet mogłabyś sklecić książkę. Tylko jakim sposobem udało ci się wymyślić i spisać taką intrygę w dwie godziny?
Uśmiechnęłam się półgłębkiem. Niedowierzania też się spodziewałam. Każdy tak reagował.
- Bo to nie jest fikcja, pani profesor. Wszystkie usprawiedliwienia i decyzje dyrekcji są w dokumentacji szkoły. Z Anią naprawdę się przyjaźnię, na brzuchu naprawdę mam blizny po pobiciu... - podciągnęłam rękaw swetra, a na widok tatuażu profesorka wytrzeszczyła oczy. - A tatuaż mam prawdziwy.
- To wszystko przecież da się stworzyć. Co w takim razie stało się z Tomem?
- Nie wróciliśmy do siebie. Urwaliśmy kontakt, nie chciałam mieć nic więcej wspólnego z Bring Me the Horizon. Pani profesor, czy ja wyglądam jak nudna dziewczyna z tego miasta? Nie sądzę.
Rozległo się pukanie do drzwi. Profesorka podskoczyła, jakby spodziewała się co najmniej Natalii z chloroformem. Drzwi się uchyliły i do środka weszła wysoka postać, otoczona zapachem mięty i czarnej herbaty ze strzechą brązowych loków.
- Dzień dobry. - grzecznie przedstawił się Ashton Irwin. - Wiem, że to sprawy szkoły, ale za godzinę wchodzę na scenę w Katowicach i chciałem zabrać moją dziewczynę na koncert... Trochę nam się śpieszy.
Oniemiała profesorka skinęła głową, wpatrując się to w Irwina, to w zapisane przeze mnie kartki. Pożegnałam się i wstałam, kierując się do wyjścia. Byłam już przy drzwiach, trzymając Ashtona za rękę, gdy anglistka się ruszyła.
- A co się stało z Oliverem? Jakim sposobem dali ci spokój?
- Oli nie żyje. Za bardzo uzależnił się od ketaminy i strzelił sobie w łeb.
KONIEC.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak oto dotarliśmy, a raczej dotarłyśmy do końca! Dziękuję za śledzenie tej historii, za 21 miesięcy istnienia bloga, 4114 wyświetlenia, 62 posty, całą 3 obserwatorów i 48 komentarzy. Może ta historia nie była jakaś górnolotna, a o mojej frekwencji możnaby napisać hymn żałobny, ale świetnie się bawiłam z tą historią. Nie sądziłam, że wyjdzie z tego coś tak... Niezłego.
DZIĘKUJĘ!
chem_fanatic
Maddie! To znaczy... Madziu! - zatrzymałam się z kubkiem kawy w ręce i odwróciłam od Ani, z którą właśnie żartowałam, powoli wychodząc ze szkoły. W tłumie uczniów Zawadzkiego zobaczyłam profesorkę od angielskiego, przedzierającą się z trudem. - Maddie. To znaczy Madziu. Mogę cię prosić na chwilkę?
Skinęłam głową, ignorując używanie przez nauczyciela angielskiej wersji mojego imienia. Ania miała na mnie zaczekać przed szkołą, w planach miałyśmy wspólne wyjście na koncert. Ruszyłam za profesorką do jej pracowni. W środku wskazała mi ręką, żebym zajęła miejsce koło biurka. Ostrożnie odstawiłam kubek z parującą zawartością i z wyczekiwaniem spojrzałam na anglistkę. Nerwowo przekładała w dłoniach plik podejrzanie znajomych kartek, zerkając na mnie. W końcu wzięła głęboki wdech.
- Przeczytałam twoje wypracowanie.
Spodziewałam się takiej reakcji. Ta pani nie uczyła tu zbyt długo, nic nie wiedziała o moich ekscesach w minionych dwóch latach nauki. Kiwnęłam głową, prosząc, by kontynuowała.
- To wszystko... To świetna historia, z której może nawet mogłabyś sklecić książkę. Tylko jakim sposobem udało ci się wymyślić i spisać taką intrygę w dwie godziny?
Uśmiechnęłam się półgłębkiem. Niedowierzania też się spodziewałam. Każdy tak reagował.
- Bo to nie jest fikcja, pani profesor. Wszystkie usprawiedliwienia i decyzje dyrekcji są w dokumentacji szkoły. Z Anią naprawdę się przyjaźnię, na brzuchu naprawdę mam blizny po pobiciu... - podciągnęłam rękaw swetra, a na widok tatuażu profesorka wytrzeszczyła oczy. - A tatuaż mam prawdziwy.
- To wszystko przecież da się stworzyć. Co w takim razie stało się z Tomem?
- Nie wróciliśmy do siebie. Urwaliśmy kontakt, nie chciałam mieć nic więcej wspólnego z Bring Me the Horizon. Pani profesor, czy ja wyglądam jak nudna dziewczyna z tego miasta? Nie sądzę.
Rozległo się pukanie do drzwi. Profesorka podskoczyła, jakby spodziewała się co najmniej Natalii z chloroformem. Drzwi się uchyliły i do środka weszła wysoka postać, otoczona zapachem mięty i czarnej herbaty ze strzechą brązowych loków.
- Dzień dobry. - grzecznie przedstawił się Ashton Irwin. - Wiem, że to sprawy szkoły, ale za godzinę wchodzę na scenę w Katowicach i chciałem zabrać moją dziewczynę na koncert... Trochę nam się śpieszy.
Oniemiała profesorka skinęła głową, wpatrując się to w Irwina, to w zapisane przeze mnie kartki. Pożegnałam się i wstałam, kierując się do wyjścia. Byłam już przy drzwiach, trzymając Ashtona za rękę, gdy anglistka się ruszyła.
- A co się stało z Oliverem? Jakim sposobem dali ci spokój?
- Oli nie żyje. Za bardzo uzależnił się od ketaminy i strzelił sobie w łeb.
KONIEC.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak oto dotarliśmy, a raczej dotarłyśmy do końca! Dziękuję za śledzenie tej historii, za 21 miesięcy istnienia bloga, 4114 wyświetlenia, 62 posty, całą 3 obserwatorów i 48 komentarzy. Może ta historia nie była jakaś górnolotna, a o mojej frekwencji możnaby napisać hymn żałobny, ale świetnie się bawiłam z tą historią. Nie sądziłam, że wyjdzie z tego coś tak... Niezłego.
DZIĘKUJĘ!
chem_fanatic
środa, 23 września 2015
Koniec gry.
klik.
Jona Weinhofen naprawdę był w Polsce. Postać na przystanku wcale nie była moim przywidzeniem. Nie byłam pewna, czy moją zdolność do rozpoznawania twarzy można było uznać w tym wypadku za pozytywną umiejętność czy też nie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by to roztrząsać.
Umówiliśmy się na placu przed popularnym Spodkiem. Stosunkowo bezpieczne miejsce, na widoku, nie zatłoczone, ale też nie opustoszałe. Idealne. Siedziałyśmy z Anią na jednej z ławek, wygrzewając się w słoneczku. Gdyby nie okoliczności, byłabym zadowolona z chwili relaksu. W rękach trzymałyśmy kubki z colą z Maca i rozglądałyśmy się dyskretnie za blondynem.
Nadszedł z całkiem innej strony, niż się spodziewałyśmy. Specjalnie usadowiłyśmy się nieco z boku, tak, że cały plac, parking oraz ulica były pod naszym monitoringiem, a jednak Jona wykazał się nie lada przebiegłością, przychodząc dokładnie za nasze plecy.
- Witam piękne panie. - nachylił się między nas z tym swoim wilczym uśmiechem. Niemalże podskoczyłam na ławce. Szybko wstałam.
- Jona. Dzięki, że przyszedłeś.
- Nie musisz wstawać. Maddie, wyglądasz przepięknie. - pokręcił głową, śledząc moją sylwetkę od stóp aż po czubek głowy. Podziękowałam i usiedliśmy - Jona po jednej stronie ławki, ja z Anią po drugiej. Między nami spokojnie mogłaby się rozsiąść jeszcze jedna osoba. Zapadła cisza. Jona śledził wzrokiem otoczenie, jakby spodziewał się ataku.
Niemalże zapomniałam, jaki był przystojny. Zapuścił gęstą brodę, wydziarał sobie kilka nowych tatuaży. Miał na ustach lekki, niepewny uśmiech, błysk w zamyślonym spojrzeniu, niewielką bliznę na kości policzkowej. Był jeszcze szczuplejszy niż wcześniej, ale umięśniony.
- Masz kogoś? - wyrwało mi się. Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.
- Uwielbiałem to w Tobie. Tę bezpośredniość. - patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę. Nie odpowiedział mi na pytanie, po prostu sondował mnie wzrokiem.
- Miłe te uprzejmości, ale nie po to się tu spotkaliśmy - zauważyła Ania. - Za niedługo zacznie się ściemniać, a wybacz, Jona, nie mam ochoty zostać z Tobą po zmierzchu.
- Rozumiem. - odchrząknął. - No cóż, chyba powinienem zacząć. Lepiej usiądźcie wygodnie. To długa historia.
Najpierw Franceschi, potem Turner. Wieczorami wydzwania Gaskarth, popołudniami Bakarat. Cyklicznie 3 razy w tygodniu dzwonią Fuentesi, tak na przemian. Gdybym wiedział, że tak łatwo zdobyć ich uwagę. już dawno dałbym sobie połamać żebra! - Oliver krążył w kółko, długimi nogami powoli wycierając ścieżkę na dywanie w pokoju dziennym. Przyjaciele z jego zespołu ignorowali go, zajęci grą w karty. Podbiegł do Matta i wytrącił mu karty z ręki. - Uderz mnie! Uderz, tylko mocno! Możesz mi złamać nos.
- Boże, Sykes, ale świrujesz - perkusista pokręcił głową z niesmakiem i podniósł karty. - Powinieneś być zadowolony, że twoje "odkrycie" tak dobrze sobie radzi.
- Odciąga ode mnie całą uwagę! - jęknął wokalista.
- Czy nie o to ci chodziło? O chwilę spokoju dla siebie i Pixie? - wtrącił Lee.
- Nie chcę siebie i Pixie...
Zrozumieli natychmiast.
- Oh, Sykes. Coś ty narobił. - Nicholls odłożył karty i spojrzał na przyjaciela. - Dlaczego?
- Gdybym wiedział, to bym teraz nie pytał. - usiadł ciężko w wolnym fotelu i podparł głowę ramionami. Zapadła cisza, podczas której przyjaciele mężczyzny wymienili między sobą spojrzenia. Karty poszły na bok.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytał ostrożnie Jona, nadal należący do towarzystwa. Myśleli, że już im nie odpowie, gdy nagle usłyszeli jego głos:
- Muszę ją stąd odesłać.
- No cóż - skwitował Matt. - Może nie będzie tak trudno. Ostatecznie, jakie ma szanse na wyjście ze śpiączki?
- Nie chcę jej zabić! - Oliver poderwał się na równe nogi. - Chcę tylko... Żeby zniknęła.
- To się źle skończy. - mruknął Lee. Prorok się znalazł.
-------------------------------------------------
Matt siedział przy Maddie już kilka długich godzin, ale nie przeszkadzało mu to. Mógł w spokoju pomyśleć nad tym, co się właściwie stało z jego życiem. Jego zespół wrócił do ojczystego kraju, gdzie zaczął nagrywać kolejny album, ale wokalista został w Polsce, świętując tu 26 urodziny z przyjaciółmi z You Me at Six.
Ale on siedział tutaj, przy swojej przyjaciółce, którą wspierał i kierował od jej pierwszych dni z BMTH. Siedział i prawie modlił się, żeby wszystko wróciło do normy.
Ręka dziewczyny nieznacznie ruszyła się, Matt ledwo to poczuł w zaciśniętych dłoniach. Przeniósł wzrok na jej twarz. Powieki, dotychczas nieruchome, drgały. Już myślał, że to kolejny fałszywy alarm, gdy po raz pierwszy od niemalże pół roku brązowe oczy Maddie Miko ujrzały świat.
- Boże, Madeline... - zamarł, gdy zalała go fala szczęścia i przerażenia. (dziewczyno, co ty zrobiłaś, dlaczego, nie, nie możesz). Maddie drgnęła, zupełnie jakby usłyszała jego myśli. - Madd?
Patrzył na nią z niedowierzaniem. Tyle razy widział tę chwilę w głowie, bał się jej. Uświadomił sobie, że niemal machinalnie prowadził pogawędkę z przyjaciółką. Jego głowę zaprzątała ważniejsza myśl - ostrzec ją? Udawać, że wszystko jest jak kiedyś? Zadzwonić po Olivera? Dziewczyna robiła się coraz bledsza.
- Pójdę po lekarza.
Bił się z myślami. Przecież Sykes nic jej nie zrobi, tu, w szpitalu. Zadzwoni.
- Oli?
- Czego chcesz, Nicholls?
- Obudziła się.
- Hę...?
- Maddie jest przytomna.
- Nie... Proszę. Jeżeli żartujesz, to dość okrutnie, Matt.
- Przyjedź.
- Jeżeli to żart...
- Przyjedź.
Głęboko wciągnął powietrze nosem. Nie czuł się wcale lepiej. Bał się jak cholera.
--------------------------------------------
Dlaczego ją tu ściągnąłeś? - wrzasnął Oliver po raz kolejny. - Miałeś ją zostawić w tej cholernej Polsce...
- Bo nagrywamy album...
- W dupie mam ten album. Nie nagram go z nią. Odeślij ją do domu, zabij ją, cokolwiek.
- Sykes, zdecyduj się. Najpierw nie nagrasz go bez niej, potem z nią... Ta pieprzona ketamina wysysa ci mózg.
- Zamknij się. Ty ją tu ściągnąłeś i ty za nią odpowiadasz.
- Przecież ją kochasz...
- A ona kocha mojego brata.
Potarł twarz wytatuowaną dłonią. Nie mógł patrzeć jak dwie osoby, które kochał najbardziej na świecie, zakochiwały się w sobie wzajemnie. Niszczyło go to. Nie mógł już tego znieść. Coraz głębiej wpadał w to narkotykowe bagno.
- Muszę coś z tym zrobić.
Już miał plan.
------------------------------------------------
Tom i Maddie wyszli przed budynek radia, rozmawiając ze sobą. Oliver siedział w niewyróżniającym się czarnym dodge'u jako pasażer na tylnej kanapie - miejsce kierowcy zajął Jona.
- Nie wiem, czemu ci pomagam. - mruknął Australijczyk, obserwując parę. Maddie patrzyła w szoku na swojego chłopaka, na jego twarzy malowały się wściekłość i ból.
- Doskonale wiesz. I tak wszystko zrzucimy na Natalie.
- Jakoś ci nie ufam.
- Jakoś już za późno, żeby się wycofać. Jedź!
Tom wybiegł na ulicę, a Oliverowi serce podeszło do gardła, gdy jego brat ledwo ominął pędzący autobus i szedł dalej, nie rozglądając się. Podjechali. Sykes szybko wciągnął swojego brata do samochodu i wyrzucił z niego coś... Coś, w co uderzył nadjeżdżający z naprzeciwka pojazd. Jona z trudem utrzymał kierownicę ale odjechał dalej i za rogiem zaparkował. Oliver patrzył z zapartym tchem przez tylną szybę na powstałą kolizję. Maddie krzyknęła i rzuciła się na drogę.
- Co to kurwa miało być?! - wrzasnął Tom. - Co do...
- Zamknij się. - uciszył go brat.- Teraz tego nie rozumiesz, ale kiedyś to pojmiesz. Tak musiało być.
- Ale Maddie... - próbował wysiąść, ale Jona z bólem zablokował mu drzwi. - Puśćcie mnie!
- Ona cię zdradziła, Tommy. Zdradziła cię z tym Australijczykiem, z Irwinem. Tom, tak będzie dla nas lepiej. Ona musi wrócić do swojego życia. - Oliver kłamał jak najęty. Za wszelką cenę musiał utrzymać brata w samochodzie. Czuł wyrzuty sumienia, ale tylko jako leciutkie drgania. W głębi duszy czuł satysfakcję.
Po twarzy Toma spłynęła łza. Jedna jedyna, w przeciwieństwie do ilości łez wylanych przez Maddie, która właśnie próbowała reanimować trupa ukradzionego z kostnicy. Trupa z niebieskimi szkłami kontaktowymi na martwych oczach.
------------------------------------------------
Wyglądała pięknie. Krótka, złota sukienka opinała jej uwodzicielsko kobiece kształty, szpilki podkreślały smukłe nogi. Oliver cały wieczór trzymał Maddie przy sobie, prowadził ją z ręką na jej biodrach, a w nielicznych momentach, gdy puszczał ją gdzieś samą, wodził za nią wzrokiem. Jego Maddie.
Od rzekomej śmierci jej chłopaka schudła, zmarkotniała. Wybuchy niekontrolowanego śmiechu, genialne odpowiedzi i nieustanne pytania, w których się zakochał zniknęły. Zostały zastąpione przez lekki, zamyślony uśmiech, ciemne spojrzenie jej oczu gdzieś w dal i nieme pytania, których nigdy nie zadała. Ale Oliver poprzysiągł sobie przywrócić w niej tę iskierkę życia.
Czuł się gorzej. Oszukiwał siebie, swoją ukochaną, swoich przyjaciół, swoich rodziców. Tylko po to, by ją zdobyć. Ketamina naprawdę działała na niego coraz gorzej, stawał się rozgoryczony, wściekły, rozproszony, szalony. Tylko kształt jej bioder, zarys piersi, linia twarzy, które planował zdobyć dzisiejszego wieczoru nadawały mu pęd do życia.
Gala APMA's toczyła się swoim jednostajnym rytmem. Gdy ogłosili ich zwycięską kategorię, uznał, że nadeszła pora, by wyznać część prawdy. Pocałował Maddie, namiętnie, głęboko. Gdy oddała pocałunek, zatriumfował gdzieś wewnątrz siebie. Tej nocy będzie jego.
- Maddie, obiecasz, że zostaniesz przy mnie?
- O czym mówisz?
- Obiecaj, że nie będziesz wściekła.
Ich album zwyciężył. Oliver znów zdobył swoją pewność.
- Wiecie, chciałbym wam powiedzieć coś, czego nie powiedziałem nikomu. Zanim napisaliśmy "Sempiternal", naszym życiem trochę wstrząsnęło. Nowi ludzie, stare rany...a ja byłem do cholery uzależniony.
I gdy wtedy, z tego podium zobaczył jej minę, po tym wyznaniu.... Wtedy już wiedział, że się przeliczył. I że nie ma już nic do stracenia. Koniec gry. Musi ją zniszczyć.
-------------------------------------------------
Siedzieliśmy w ciszy. Jona ciągnął swą opowieść, cichym, melodyjnym głosem. Po twarzy ciekły mi łzy, mocząc koszulkę i legginsy. Mój świat... moje ostatnie dwa lata były jednym wielkim cholernym kłamstwem. Czułam ramię Ani koło swojego, ale nie śmiałam spojrzeć jej w twarz. Wiedziałam, że się cieszy, że Matt do końca okazał się dobry. Że jej chłopak stanął po naszej stronie...
- Więc... - oczyściłam gardło, zanim podjęłam dalszy ciąg pytania.- Więc gdzie jest Tom?
- Tutaj. - odezwał się głos tuż za mną. Właśnie tam, skąd nadszedł Jona. Zamknęłam oczy, czując, jak z moich oczu wydostaje się kolejna fala gorących łez. Ledwo co się pozbierałam po pogrzebie mojego ukochanego mężczyzny, stanęłam na nogi i wróciłam do rzeczywistości... A on znowu się pojawia i przewraca ją do góry nogami.
Wstałam chwiejnie i odwróciłam się. Gdy zobaczyłam tę bladą twarz, przepiękne, lazurowe oczy, które jakiś czas temu wpatrywały się we mnie z nienawiścią, a później były martwe i niewidzące, gdy usłyszałam jego cichy głos... Tego było za wiele. Objęłam się ramionami i osunęłam na ziemię, głośno i histerycznie szlochając. Tom w mgnieniu oka przeskoczył niewysoki murek i ławkę, po czym znalazł się przy mnie, również opadając na kolana i zgarniając mnie w objęcia.
- Nie! Nienawidzę cię... - szlochałam, próbując się wyrwać. - Zostaw mnie...
Trzymał mnie mocno, jedną ręką obejmował moje plecy, drugą dociskał moją głowę do swojej piersi. Łzy moczyły mu czarną koszulkę.
- W domu ktoś zostawił nam wiadomość... - zabrała głos Ania. - Zdemolowane mieszkanie, biała chryzantema i tekst na laptopie.
- Tom to zrobił. Brat Maddie powiedział nam wszystko, gdy przedstawiliśmy mu tę historię. Nie spodziewaliśmy się, że zadzwonisz, ale chcieliśmy wam dać znak, że nad wami czuwamy... Że jesteście bezpieczne.
- A co z atakiem Natalie? - słyszałam słowa Ani przebijające się przez uspokajające szepty Toma. Czułam jego zapach, znajomy, ukochany. Czułam, że to wszystko skończyło się zbyt szczęśliwie. Czułam, że nie mogę jeszcze raz pozwolić na to, żeby w moim życiu pojawiło się Bring Me the Horizon.
- Tego nie planowaliśmy. Przynajmniej tak sądzę. Naprawdę chciałem odejść z zespołu... Oliver ćpał zbyt dużo, już nie dla rozrywki. Tylko Maddie mnie tam zatrzymała. Była zbyt niewinna, zbyt... Młoda. On by ją zniszczył.
Uspokoiłam się, powoli, z trudem. Otarłam oczy i nieśpiesznie wstałam, zbierając myśli.
- Jona... Dziękuję. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Aniu, twoja droga jest dowolna. Matt okazał się najlepszym przyjacielem, w co nigdy nie wątpiłam. Nie musisz z niego rezygnować. A ty, Tom...
Jona Weinhofen naprawdę był w Polsce. Postać na przystanku wcale nie była moim przywidzeniem. Nie byłam pewna, czy moją zdolność do rozpoznawania twarzy można było uznać w tym wypadku za pozytywną umiejętność czy też nie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by to roztrząsać.
Umówiliśmy się na placu przed popularnym Spodkiem. Stosunkowo bezpieczne miejsce, na widoku, nie zatłoczone, ale też nie opustoszałe. Idealne. Siedziałyśmy z Anią na jednej z ławek, wygrzewając się w słoneczku. Gdyby nie okoliczności, byłabym zadowolona z chwili relaksu. W rękach trzymałyśmy kubki z colą z Maca i rozglądałyśmy się dyskretnie za blondynem.
Nadszedł z całkiem innej strony, niż się spodziewałyśmy. Specjalnie usadowiłyśmy się nieco z boku, tak, że cały plac, parking oraz ulica były pod naszym monitoringiem, a jednak Jona wykazał się nie lada przebiegłością, przychodząc dokładnie za nasze plecy.
- Witam piękne panie. - nachylił się między nas z tym swoim wilczym uśmiechem. Niemalże podskoczyłam na ławce. Szybko wstałam.
- Jona. Dzięki, że przyszedłeś.
- Nie musisz wstawać. Maddie, wyglądasz przepięknie. - pokręcił głową, śledząc moją sylwetkę od stóp aż po czubek głowy. Podziękowałam i usiedliśmy - Jona po jednej stronie ławki, ja z Anią po drugiej. Między nami spokojnie mogłaby się rozsiąść jeszcze jedna osoba. Zapadła cisza. Jona śledził wzrokiem otoczenie, jakby spodziewał się ataku.
Niemalże zapomniałam, jaki był przystojny. Zapuścił gęstą brodę, wydziarał sobie kilka nowych tatuaży. Miał na ustach lekki, niepewny uśmiech, błysk w zamyślonym spojrzeniu, niewielką bliznę na kości policzkowej. Był jeszcze szczuplejszy niż wcześniej, ale umięśniony.
- Masz kogoś? - wyrwało mi się. Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.
- Uwielbiałem to w Tobie. Tę bezpośredniość. - patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę. Nie odpowiedział mi na pytanie, po prostu sondował mnie wzrokiem.
- Miłe te uprzejmości, ale nie po to się tu spotkaliśmy - zauważyła Ania. - Za niedługo zacznie się ściemniać, a wybacz, Jona, nie mam ochoty zostać z Tobą po zmierzchu.
- Rozumiem. - odchrząknął. - No cóż, chyba powinienem zacząć. Lepiej usiądźcie wygodnie. To długa historia.
Najpierw Franceschi, potem Turner. Wieczorami wydzwania Gaskarth, popołudniami Bakarat. Cyklicznie 3 razy w tygodniu dzwonią Fuentesi, tak na przemian. Gdybym wiedział, że tak łatwo zdobyć ich uwagę. już dawno dałbym sobie połamać żebra! - Oliver krążył w kółko, długimi nogami powoli wycierając ścieżkę na dywanie w pokoju dziennym. Przyjaciele z jego zespołu ignorowali go, zajęci grą w karty. Podbiegł do Matta i wytrącił mu karty z ręki. - Uderz mnie! Uderz, tylko mocno! Możesz mi złamać nos.
- Boże, Sykes, ale świrujesz - perkusista pokręcił głową z niesmakiem i podniósł karty. - Powinieneś być zadowolony, że twoje "odkrycie" tak dobrze sobie radzi.
- Odciąga ode mnie całą uwagę! - jęknął wokalista.
- Czy nie o to ci chodziło? O chwilę spokoju dla siebie i Pixie? - wtrącił Lee.
- Nie chcę siebie i Pixie...
Zrozumieli natychmiast.
- Oh, Sykes. Coś ty narobił. - Nicholls odłożył karty i spojrzał na przyjaciela. - Dlaczego?
- Gdybym wiedział, to bym teraz nie pytał. - usiadł ciężko w wolnym fotelu i podparł głowę ramionami. Zapadła cisza, podczas której przyjaciele mężczyzny wymienili między sobą spojrzenia. Karty poszły na bok.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytał ostrożnie Jona, nadal należący do towarzystwa. Myśleli, że już im nie odpowie, gdy nagle usłyszeli jego głos:
- Muszę ją stąd odesłać.
- No cóż - skwitował Matt. - Może nie będzie tak trudno. Ostatecznie, jakie ma szanse na wyjście ze śpiączki?
- Nie chcę jej zabić! - Oliver poderwał się na równe nogi. - Chcę tylko... Żeby zniknęła.
- To się źle skończy. - mruknął Lee. Prorok się znalazł.
-------------------------------------------------
Matt siedział przy Maddie już kilka długich godzin, ale nie przeszkadzało mu to. Mógł w spokoju pomyśleć nad tym, co się właściwie stało z jego życiem. Jego zespół wrócił do ojczystego kraju, gdzie zaczął nagrywać kolejny album, ale wokalista został w Polsce, świętując tu 26 urodziny z przyjaciółmi z You Me at Six.
Ale on siedział tutaj, przy swojej przyjaciółce, którą wspierał i kierował od jej pierwszych dni z BMTH. Siedział i prawie modlił się, żeby wszystko wróciło do normy.
Ręka dziewczyny nieznacznie ruszyła się, Matt ledwo to poczuł w zaciśniętych dłoniach. Przeniósł wzrok na jej twarz. Powieki, dotychczas nieruchome, drgały. Już myślał, że to kolejny fałszywy alarm, gdy po raz pierwszy od niemalże pół roku brązowe oczy Maddie Miko ujrzały świat.
- Boże, Madeline... - zamarł, gdy zalała go fala szczęścia i przerażenia. (dziewczyno, co ty zrobiłaś, dlaczego, nie, nie możesz). Maddie drgnęła, zupełnie jakby usłyszała jego myśli. - Madd?
Patrzył na nią z niedowierzaniem. Tyle razy widział tę chwilę w głowie, bał się jej. Uświadomił sobie, że niemal machinalnie prowadził pogawędkę z przyjaciółką. Jego głowę zaprzątała ważniejsza myśl - ostrzec ją? Udawać, że wszystko jest jak kiedyś? Zadzwonić po Olivera? Dziewczyna robiła się coraz bledsza.
- Pójdę po lekarza.
Bił się z myślami. Przecież Sykes nic jej nie zrobi, tu, w szpitalu. Zadzwoni.
- Oli?
- Czego chcesz, Nicholls?
- Obudziła się.
- Hę...?
- Maddie jest przytomna.
- Nie... Proszę. Jeżeli żartujesz, to dość okrutnie, Matt.
- Przyjedź.
- Jeżeli to żart...
- Przyjedź.
Głęboko wciągnął powietrze nosem. Nie czuł się wcale lepiej. Bał się jak cholera.
--------------------------------------------
Dlaczego ją tu ściągnąłeś? - wrzasnął Oliver po raz kolejny. - Miałeś ją zostawić w tej cholernej Polsce...
- Bo nagrywamy album...
- W dupie mam ten album. Nie nagram go z nią. Odeślij ją do domu, zabij ją, cokolwiek.
- Sykes, zdecyduj się. Najpierw nie nagrasz go bez niej, potem z nią... Ta pieprzona ketamina wysysa ci mózg.
- Zamknij się. Ty ją tu ściągnąłeś i ty za nią odpowiadasz.
- Przecież ją kochasz...
- A ona kocha mojego brata.
Potarł twarz wytatuowaną dłonią. Nie mógł patrzeć jak dwie osoby, które kochał najbardziej na świecie, zakochiwały się w sobie wzajemnie. Niszczyło go to. Nie mógł już tego znieść. Coraz głębiej wpadał w to narkotykowe bagno.
- Muszę coś z tym zrobić.
Już miał plan.
------------------------------------------------
Tom i Maddie wyszli przed budynek radia, rozmawiając ze sobą. Oliver siedział w niewyróżniającym się czarnym dodge'u jako pasażer na tylnej kanapie - miejsce kierowcy zajął Jona.
- Nie wiem, czemu ci pomagam. - mruknął Australijczyk, obserwując parę. Maddie patrzyła w szoku na swojego chłopaka, na jego twarzy malowały się wściekłość i ból.
- Doskonale wiesz. I tak wszystko zrzucimy na Natalie.
- Jakoś ci nie ufam.
- Jakoś już za późno, żeby się wycofać. Jedź!
Tom wybiegł na ulicę, a Oliverowi serce podeszło do gardła, gdy jego brat ledwo ominął pędzący autobus i szedł dalej, nie rozglądając się. Podjechali. Sykes szybko wciągnął swojego brata do samochodu i wyrzucił z niego coś... Coś, w co uderzył nadjeżdżający z naprzeciwka pojazd. Jona z trudem utrzymał kierownicę ale odjechał dalej i za rogiem zaparkował. Oliver patrzył z zapartym tchem przez tylną szybę na powstałą kolizję. Maddie krzyknęła i rzuciła się na drogę.
- Co to kurwa miało być?! - wrzasnął Tom. - Co do...
- Zamknij się. - uciszył go brat.- Teraz tego nie rozumiesz, ale kiedyś to pojmiesz. Tak musiało być.
- Ale Maddie... - próbował wysiąść, ale Jona z bólem zablokował mu drzwi. - Puśćcie mnie!
- Ona cię zdradziła, Tommy. Zdradziła cię z tym Australijczykiem, z Irwinem. Tom, tak będzie dla nas lepiej. Ona musi wrócić do swojego życia. - Oliver kłamał jak najęty. Za wszelką cenę musiał utrzymać brata w samochodzie. Czuł wyrzuty sumienia, ale tylko jako leciutkie drgania. W głębi duszy czuł satysfakcję.
Po twarzy Toma spłynęła łza. Jedna jedyna, w przeciwieństwie do ilości łez wylanych przez Maddie, która właśnie próbowała reanimować trupa ukradzionego z kostnicy. Trupa z niebieskimi szkłami kontaktowymi na martwych oczach.
------------------------------------------------
Wyglądała pięknie. Krótka, złota sukienka opinała jej uwodzicielsko kobiece kształty, szpilki podkreślały smukłe nogi. Oliver cały wieczór trzymał Maddie przy sobie, prowadził ją z ręką na jej biodrach, a w nielicznych momentach, gdy puszczał ją gdzieś samą, wodził za nią wzrokiem. Jego Maddie.
Od rzekomej śmierci jej chłopaka schudła, zmarkotniała. Wybuchy niekontrolowanego śmiechu, genialne odpowiedzi i nieustanne pytania, w których się zakochał zniknęły. Zostały zastąpione przez lekki, zamyślony uśmiech, ciemne spojrzenie jej oczu gdzieś w dal i nieme pytania, których nigdy nie zadała. Ale Oliver poprzysiągł sobie przywrócić w niej tę iskierkę życia.
Czuł się gorzej. Oszukiwał siebie, swoją ukochaną, swoich przyjaciół, swoich rodziców. Tylko po to, by ją zdobyć. Ketamina naprawdę działała na niego coraz gorzej, stawał się rozgoryczony, wściekły, rozproszony, szalony. Tylko kształt jej bioder, zarys piersi, linia twarzy, które planował zdobyć dzisiejszego wieczoru nadawały mu pęd do życia.
Gala APMA's toczyła się swoim jednostajnym rytmem. Gdy ogłosili ich zwycięską kategorię, uznał, że nadeszła pora, by wyznać część prawdy. Pocałował Maddie, namiętnie, głęboko. Gdy oddała pocałunek, zatriumfował gdzieś wewnątrz siebie. Tej nocy będzie jego.
- Maddie, obiecasz, że zostaniesz przy mnie?
- O czym mówisz?
- Obiecaj, że nie będziesz wściekła.
Ich album zwyciężył. Oliver znów zdobył swoją pewność.
- Wiecie, chciałbym wam powiedzieć coś, czego nie powiedziałem nikomu. Zanim napisaliśmy "Sempiternal", naszym życiem trochę wstrząsnęło. Nowi ludzie, stare rany...a ja byłem do cholery uzależniony.
I gdy wtedy, z tego podium zobaczył jej minę, po tym wyznaniu.... Wtedy już wiedział, że się przeliczył. I że nie ma już nic do stracenia. Koniec gry. Musi ją zniszczyć.
-------------------------------------------------
Siedzieliśmy w ciszy. Jona ciągnął swą opowieść, cichym, melodyjnym głosem. Po twarzy ciekły mi łzy, mocząc koszulkę i legginsy. Mój świat... moje ostatnie dwa lata były jednym wielkim cholernym kłamstwem. Czułam ramię Ani koło swojego, ale nie śmiałam spojrzeć jej w twarz. Wiedziałam, że się cieszy, że Matt do końca okazał się dobry. Że jej chłopak stanął po naszej stronie...
- Więc... - oczyściłam gardło, zanim podjęłam dalszy ciąg pytania.- Więc gdzie jest Tom?
- Tutaj. - odezwał się głos tuż za mną. Właśnie tam, skąd nadszedł Jona. Zamknęłam oczy, czując, jak z moich oczu wydostaje się kolejna fala gorących łez. Ledwo co się pozbierałam po pogrzebie mojego ukochanego mężczyzny, stanęłam na nogi i wróciłam do rzeczywistości... A on znowu się pojawia i przewraca ją do góry nogami.
Wstałam chwiejnie i odwróciłam się. Gdy zobaczyłam tę bladą twarz, przepiękne, lazurowe oczy, które jakiś czas temu wpatrywały się we mnie z nienawiścią, a później były martwe i niewidzące, gdy usłyszałam jego cichy głos... Tego było za wiele. Objęłam się ramionami i osunęłam na ziemię, głośno i histerycznie szlochając. Tom w mgnieniu oka przeskoczył niewysoki murek i ławkę, po czym znalazł się przy mnie, również opadając na kolana i zgarniając mnie w objęcia.
- Nie! Nienawidzę cię... - szlochałam, próbując się wyrwać. - Zostaw mnie...
Trzymał mnie mocno, jedną ręką obejmował moje plecy, drugą dociskał moją głowę do swojej piersi. Łzy moczyły mu czarną koszulkę.
- W domu ktoś zostawił nam wiadomość... - zabrała głos Ania. - Zdemolowane mieszkanie, biała chryzantema i tekst na laptopie.
- Tom to zrobił. Brat Maddie powiedział nam wszystko, gdy przedstawiliśmy mu tę historię. Nie spodziewaliśmy się, że zadzwonisz, ale chcieliśmy wam dać znak, że nad wami czuwamy... Że jesteście bezpieczne.
- A co z atakiem Natalie? - słyszałam słowa Ani przebijające się przez uspokajające szepty Toma. Czułam jego zapach, znajomy, ukochany. Czułam, że to wszystko skończyło się zbyt szczęśliwie. Czułam, że nie mogę jeszcze raz pozwolić na to, żeby w moim życiu pojawiło się Bring Me the Horizon.
- Tego nie planowaliśmy. Przynajmniej tak sądzę. Naprawdę chciałem odejść z zespołu... Oliver ćpał zbyt dużo, już nie dla rozrywki. Tylko Maddie mnie tam zatrzymała. Była zbyt niewinna, zbyt... Młoda. On by ją zniszczył.
Uspokoiłam się, powoli, z trudem. Otarłam oczy i nieśpiesznie wstałam, zbierając myśli.
- Jona... Dziękuję. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Aniu, twoja droga jest dowolna. Matt okazał się najlepszym przyjacielem, w co nigdy nie wątpiłam. Nie musisz z niego rezygnować. A ty, Tom...
niedziela, 16 sierpnia 2015
(Wyjątkowo nie po zwycięskiej)
Spanikowałam. Moje ciało wydostało się spod mojej kontroli i zaczęłam histerycznie szlochać, bezładnie kręcąc się po pokoju, po prostu przechodząc z kąta w kąt, jak pacjentka zakładu psychiatrycznego. Ania siedziała na moim łóżku, to śledząc wzrokiem mnie, to tekst na komputerze. Teraz podniosła białą chryzantemę z podłogi i obracała ją między palcami. Nadal łkając, osunęłam się po ścianie, ciężko opadając na dywan ukrywając twarz w dłoniach.
- Nie chcę już, nie mam siły, to mnie przerasta, dlaczego... - wrzucałam z siebie słowa niemalże poza kontrolą. Ania zacisnęła zęby i wyszła z pokoju. Przerażona, podniosłam się i chwiejnie pobiegłam za nią.
Moja przyjaciółka wykazała się o wiele większą przyjemnością umysłu niż ja. Zamknęła drzwi wejściowe i po prostu zaczęła sprzątać odłamki szkła, zawartość lodówki oraz szafy. Wytarłam pięścią łzy i w ciszy do niej dołączyłam.
Po skończonej pracy usiadłyśmy naprzeciw siebie w małej kuchni. Pomiędzy nami stała chryzantema w słoiku po nutelli.
- Kogoś zobaczyłaś, tam na przystanku. - Ania mówiła bardzo cicho, ledwo dosłyszalnie. Skinęłam głową, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź. - Kogoś, kto cię wystraszył na tyle, że spodziewałaś się ataku. Kto to był?
Milczałam, wpatrując się we własne paznokcie, zaledwie wczoraj pomalowane na ciemny burgund. Wczoraj, kiedy Jona Weinhofen był tylko koszmarem, przez który budziłam się w środku nocy, zlana potem.
- Musimy wezwać policję.
- Nie możemy - odzyskałam głos. - W centrum widziałam Jonę. Wpadł na mnie, widziałam go przez ułamek sekundy, ale to musiał być on. Tylko jakim sposobem znalazł się tam na tyle szybko, że komputer nie zdążył się wyłączyć, a zaledwie pojawił się wygaszacz? Dojazd tutaj to 30 minut. W obie strony daje godzinę. Niemożliwe, aby to on zdemolował mieszkanie i zostawił wiadomość.
- Więc kto? Krasnoludki?
Intensywnie myślałam. Jeszcze w niewoli u Natalii to Jona chciał odejść z zespołu. O to pokłócili się z Oliverem. Co było później? Wypadek Toma w Australii, pozostawiona karteczka. Wizyta Jony na cmentarzu i jego ostrzeżenie. A potem następne, przez telefon Olivera, gdy coś dla niego załatwił. A teraz ta wiadomość i obecność Jony w moim mieście... Nis mogłam się w tym dopatrzyć żadnej logiki. Po której stronie on w końcu stoi? "Po tej słusznej. Wyjątkowo nie po zwycięskiej." Ale która była zwycięska? Objęłam głowę ramionami. Nachodził jeden z ataków migreny, które ostatnio miewałam coraz częściej.
- Aaargh! - wrzasnęłam w przypływie frustracji i gwałtownie wstałam od stołu, przywracając krzesło. Ania nerwowo drgnęła. Podeszłam do jednej z szuflad i wyjęłam tabletki przeciwbólowe. Intensywnie myślałam.
Całkowite pogodzenie się z losem w więzieniu Natalii. Szybka cisza ze strony Olivera, gdy wybiegł za dzieckiem. Ogromny tłum nad ciałem Toma przed studiem w Australii. Niesamowicie szybki przyjazd pogotowia. Nieobecność zespołu, aż do przybycia ratowników. Ich zakryte twarze. Łzy Olivera, ale zarazem jego nienaturalny spokój. Nagła przemiana Matta, zwiększona czujność. Narady, z dala od moich uszu. Nieustanna obserwacja. Biały proszek.
- To wszystko było zaplanowane... - wyszeptałam, chociaż sama nie wiedziałam, o co mi dokładnie chodzi.
- Czy ty nie uderzyłaś się w głowę przypadkiem? Magda, oszalałaś! To nie jest film akcji!
- Bo zapowiadało się jak komedia romantyczna? Dotychczas to Oliver rozdawał karty, teraz pora na mnie.
Wstałam i pobiegłam do pokoju, wyciągając po drodze torbę szafy. Rzuciwszy ją na łóżko, zaczęłam wyjmować ubrania. Mogłam się założyć, że Ania przewróciła oczami, ale usłyszałam tylko westchnienie rezygnacji. Żadna z nas nie chciała powiedzieć głośno: "Ogarnij się, pchasz się śmierci w ramiona!". Nie wiedziałam, co jest słuszne, cała ta historia nie miałaby miejsca, gdybym odrzuciła to cholerne zaproszenie na święta do Bring Me the Horizon.
- Zastanów się lepiej, skąd ten Ktoś, ktokolwiek to był, znał nasz adres.
- Kto to był...
Milczałyśmy, przecież nie było już nic do dodania. Oliver jest szalony, to już wiemy, ale oprócz niego w zespole są jeszcze 4 inne osoby. No i Jona, który trzyma stronę w zależności od pory miesiąca. O co tak naprawdę chodzi?
- Myślisz, że Matt jest w to zamieszany?
- Oczywiście, że tak. - w jej niebieskich oczach zakręciły się łzy, widziane przeze mnie po raz pierwszy od 6 lat znajomości. - Przecież są najlepszymi przyjaciółmi.
- Aniu...
- Wiesz co? Nie chcę znać prawdy. Nie mam ochoty dowiadywać się, jak się ta historia skończy. Chcę zapomnieć, że to kiedykolwiek miało miejsce.
- Wiesz, że Matt może nie wiedzieć wszystkiego, co roi się Oliverowi w głowie?
- Skończyłam z tym. Skończyłam z Mattem.
Podniosła się i szybko wyszła z kuchni. Chwilę później usłyszałam, jak trzaskają drzwi od jej pokoiku. Oparłam łokcie na stole, dłońmi podparłam głowę, ciężką od myśli, opcji i intryg. Wpatrywałam się w chryzantemę, gdy nagle coś we mnie zaskoczyło.
Kto wiedział, gdzie mieszkałyśmy z Anią? Jej tata, ale jego z góry można było wykluczyć. Zbyt pogrążony w żałobie po śmierci żony. Moja babcia.. Zbyt konkretna i lojalna kobieta, by komuś wydała nasz adres bez naszej wyraźnej zgody. I Marcin...
Gdzieś w przedpokoju zaczęła grać muzyka. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to mój telefon, nadal pozostawiony w szkolnym plecaku. Odebrałam w ostatniej chwili.
- Cześć, mała! Wyskoczymy dziś na jakąś pizzę lub lody? Ania też niech się czuje zaproszona!
- Marcin... To raczej zły pomysł. Mamy sporo nauki, pracy i w ogóle.
Z jakiejś przyczyny postanowiłam nie mówić bratu nic o przykrej niespodziance zastanej w domu.
- O której kończycie? Podejdę po was.
- Marcin, nie możemy się dzisiaj spotkać. Muszę już kończyć, profesorka...
- Panna Miko, po dwóch latach nauki nadal nie zapoznała się pani ze statutem szkoły? No, no, no, chyba wizyta u pani pedagog powinna cię czegoś nauczyć, skoro moje lekcje już cię nie interesują. - Ania bezszelestnie podeszła do mnie i teraz wyrwała mi telefon z ręki, udając profesorkę od włoskiego. - Panna Miko oddzwoni, gdy skończy swą odsiadkę. Żegnam.
Rozłączyła się i podała mi telefon.
- Dzwoń do Weinhofena. Musimy zamknąć ten rozdział, a zrobimy to tylko poprzez poznanie prawdy.
Mimo iż to Ania miała funkcję menadżera, to ja się zawsze lubiłam rządzić. Ale dzisiaj straciłam całą swoją hardość, schowałam pazurki i potulnie wykonywałam polecenia. Teraz patrzyłam na Anię szeroko otwartymi, brązowymi oczami.
- Przestań tak patrzeć, cholernie przypominasz Kota w butach.
- Pewnie te błagalne oczy zaprowadziły mnie tak wysoko.
- Nie denerwuj mnie, tylko dzwoń!
Wzięłam głęboki wdech i przełknęłam ślinę. Podjęłyśmy decyzję, że Jona Weinhofen stoi po naszej stronie (wyjątkowo nie po zwycięskiej). To, czy nasz wybór był dobry, okaże się wkrótce.
- Jona? Tu Maddie... Mam sprawę.
Moja przyjaciółka wykazała się o wiele większą przyjemnością umysłu niż ja. Zamknęła drzwi wejściowe i po prostu zaczęła sprzątać odłamki szkła, zawartość lodówki oraz szafy. Wytarłam pięścią łzy i w ciszy do niej dołączyłam.
Po skończonej pracy usiadłyśmy naprzeciw siebie w małej kuchni. Pomiędzy nami stała chryzantema w słoiku po nutelli.
- Kogoś zobaczyłaś, tam na przystanku. - Ania mówiła bardzo cicho, ledwo dosłyszalnie. Skinęłam głową, nie mogąc zdobyć się na odpowiedź. - Kogoś, kto cię wystraszył na tyle, że spodziewałaś się ataku. Kto to był?
Milczałam, wpatrując się we własne paznokcie, zaledwie wczoraj pomalowane na ciemny burgund. Wczoraj, kiedy Jona Weinhofen był tylko koszmarem, przez który budziłam się w środku nocy, zlana potem.
- Musimy wezwać policję.
- Nie możemy - odzyskałam głos. - W centrum widziałam Jonę. Wpadł na mnie, widziałam go przez ułamek sekundy, ale to musiał być on. Tylko jakim sposobem znalazł się tam na tyle szybko, że komputer nie zdążył się wyłączyć, a zaledwie pojawił się wygaszacz? Dojazd tutaj to 30 minut. W obie strony daje godzinę. Niemożliwe, aby to on zdemolował mieszkanie i zostawił wiadomość.
- Więc kto? Krasnoludki?
Intensywnie myślałam. Jeszcze w niewoli u Natalii to Jona chciał odejść z zespołu. O to pokłócili się z Oliverem. Co było później? Wypadek Toma w Australii, pozostawiona karteczka. Wizyta Jony na cmentarzu i jego ostrzeżenie. A potem następne, przez telefon Olivera, gdy coś dla niego załatwił. A teraz ta wiadomość i obecność Jony w moim mieście... Nis mogłam się w tym dopatrzyć żadnej logiki. Po której stronie on w końcu stoi? "Po tej słusznej. Wyjątkowo nie po zwycięskiej." Ale która była zwycięska? Objęłam głowę ramionami. Nachodził jeden z ataków migreny, które ostatnio miewałam coraz częściej.
- Aaargh! - wrzasnęłam w przypływie frustracji i gwałtownie wstałam od stołu, przywracając krzesło. Ania nerwowo drgnęła. Podeszłam do jednej z szuflad i wyjęłam tabletki przeciwbólowe. Intensywnie myślałam.
Całkowite pogodzenie się z losem w więzieniu Natalii. Szybka cisza ze strony Olivera, gdy wybiegł za dzieckiem. Ogromny tłum nad ciałem Toma przed studiem w Australii. Niesamowicie szybki przyjazd pogotowia. Nieobecność zespołu, aż do przybycia ratowników. Ich zakryte twarze. Łzy Olivera, ale zarazem jego nienaturalny spokój. Nagła przemiana Matta, zwiększona czujność. Narady, z dala od moich uszu. Nieustanna obserwacja. Biały proszek.
- To wszystko było zaplanowane... - wyszeptałam, chociaż sama nie wiedziałam, o co mi dokładnie chodzi.
- Czy ty nie uderzyłaś się w głowę przypadkiem? Magda, oszalałaś! To nie jest film akcji!
- Bo zapowiadało się jak komedia romantyczna? Dotychczas to Oliver rozdawał karty, teraz pora na mnie.
Wstałam i pobiegłam do pokoju, wyciągając po drodze torbę szafy. Rzuciwszy ją na łóżko, zaczęłam wyjmować ubrania. Mogłam się założyć, że Ania przewróciła oczami, ale usłyszałam tylko westchnienie rezygnacji. Żadna z nas nie chciała powiedzieć głośno: "Ogarnij się, pchasz się śmierci w ramiona!". Nie wiedziałam, co jest słuszne, cała ta historia nie miałaby miejsca, gdybym odrzuciła to cholerne zaproszenie na święta do Bring Me the Horizon.
- Zastanów się lepiej, skąd ten Ktoś, ktokolwiek to był, znał nasz adres.
- Kto to był...
Milczałyśmy, przecież nie było już nic do dodania. Oliver jest szalony, to już wiemy, ale oprócz niego w zespole są jeszcze 4 inne osoby. No i Jona, który trzyma stronę w zależności od pory miesiąca. O co tak naprawdę chodzi?
- Myślisz, że Matt jest w to zamieszany?
- Oczywiście, że tak. - w jej niebieskich oczach zakręciły się łzy, widziane przeze mnie po raz pierwszy od 6 lat znajomości. - Przecież są najlepszymi przyjaciółmi.
- Aniu...
- Wiesz co? Nie chcę znać prawdy. Nie mam ochoty dowiadywać się, jak się ta historia skończy. Chcę zapomnieć, że to kiedykolwiek miało miejsce.
- Wiesz, że Matt może nie wiedzieć wszystkiego, co roi się Oliverowi w głowie?
- Skończyłam z tym. Skończyłam z Mattem.
Podniosła się i szybko wyszła z kuchni. Chwilę później usłyszałam, jak trzaskają drzwi od jej pokoiku. Oparłam łokcie na stole, dłońmi podparłam głowę, ciężką od myśli, opcji i intryg. Wpatrywałam się w chryzantemę, gdy nagle coś we mnie zaskoczyło.
Kto wiedział, gdzie mieszkałyśmy z Anią? Jej tata, ale jego z góry można było wykluczyć. Zbyt pogrążony w żałobie po śmierci żony. Moja babcia.. Zbyt konkretna i lojalna kobieta, by komuś wydała nasz adres bez naszej wyraźnej zgody. I Marcin...
Gdzieś w przedpokoju zaczęła grać muzyka. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to mój telefon, nadal pozostawiony w szkolnym plecaku. Odebrałam w ostatniej chwili.
- Cześć, mała! Wyskoczymy dziś na jakąś pizzę lub lody? Ania też niech się czuje zaproszona!
- Marcin... To raczej zły pomysł. Mamy sporo nauki, pracy i w ogóle.
Z jakiejś przyczyny postanowiłam nie mówić bratu nic o przykrej niespodziance zastanej w domu.
- O której kończycie? Podejdę po was.
- Marcin, nie możemy się dzisiaj spotkać. Muszę już kończyć, profesorka...
- Panna Miko, po dwóch latach nauki nadal nie zapoznała się pani ze statutem szkoły? No, no, no, chyba wizyta u pani pedagog powinna cię czegoś nauczyć, skoro moje lekcje już cię nie interesują. - Ania bezszelestnie podeszła do mnie i teraz wyrwała mi telefon z ręki, udając profesorkę od włoskiego. - Panna Miko oddzwoni, gdy skończy swą odsiadkę. Żegnam.
Rozłączyła się i podała mi telefon.
- Dzwoń do Weinhofena. Musimy zamknąć ten rozdział, a zrobimy to tylko poprzez poznanie prawdy.
Mimo iż to Ania miała funkcję menadżera, to ja się zawsze lubiłam rządzić. Ale dzisiaj straciłam całą swoją hardość, schowałam pazurki i potulnie wykonywałam polecenia. Teraz patrzyłam na Anię szeroko otwartymi, brązowymi oczami.
- Przestań tak patrzeć, cholernie przypominasz Kota w butach.
- Pewnie te błagalne oczy zaprowadziły mnie tak wysoko.
- Nie denerwuj mnie, tylko dzwoń!
Wzięłam głęboki wdech i przełknęłam ślinę. Podjęłyśmy decyzję, że Jona Weinhofen stoi po naszej stronie (wyjątkowo nie po zwycięskiej). To, czy nasz wybór był dobry, okaże się wkrótce.
- Jona? Tu Maddie... Mam sprawę.
"Myślałam, że..."
klik.
Od felernej gali w Cleveland minęło już sporo czasu. Nadeszła piękna, ciepła jesień, a wraz z nią nasza klasa maturalna. Nasze małe mieszkanko dotychczas pozostało tajemnicą. Nikt nas nie nachodził, nie było niepożądanych wizyt, gości i telefonów. Obie z Anią zmieniłyśmy numery telefonów, które dostali tylko nasi najbliżsi. Aby utrzymać mieszkanie, nie umrzeć z nudów i zarazem nie roztrwonić od razu całej, zarobionej przy Bring Me the Horizon, kasy, obie poszłyśmy do pracy. Ja zostałam doradcą i sprzedawcą w sklepie muzycznym, Ania księgową tejże miejscówki. Mieściła się tu także niewielka sala prób i często zjawiały się młode zespoły, pełne entuzjazmu i wiary w przyszłość. Zazdrościłam im tej radości, błysku w oczach i często ucinałam sobie z nimi pogawędki. Wielu z nich mnie niestety rozpoznawało - wtedy szybko odsyłałam ich do mojego współpracownika - o, ironio, imieniem Tomek.
Gdy nastał wrzesień, z ciężkimi sercami wróciłyśmy do szkoły. Z jednej strony cieszyłyśmy się, że mamy możliwość przyłożenia się do matury, z drugiej strony wiedziałyśmy, że tego nie zrobimy i żałowałyśmy wszystkich beztroskich chwil na trasie. Coraz bardziej widoczna była tęsknota Ani za Mattem. Kilka razy rozważałyśmy opcję skontaktowania się z Nichollsem poprzez adres babci, który i tak znali, ale czerwonowłosa pierwsza odrzucała myśl.
- Nie chcę ryzykować. - powtarzała.
Wiedziałyśmy, że Sykes nie pozabijał reszty zespołu, bo internet aż huczał od plotek. Niekończące się spekulacje o mojej nieobecności na trasie, wałkowanie tematu gali, podejrzenia ucieczki z Irwinem do Chin. Coraz to nowsze nagłówki były coraz głupsze.
- Madd? Patrz na to. - obie z Anią siedziałyśmy koło siebie na etyce, ignorując profesorkę, która zawzięcie prowadziła monolog o homoseksualistach. Teraz dziewczyna podsunęła mi pod nos swój telefon i wcisnęła w dłoń słuchawkę. Posłusznie skierowałam wzrok na ekran i ze świstem wciągnęłam powietrze.
- Magdaleno? Co się stało? - zainteresowała się profesorka, urywając w pół słowa. Spojrzałam na nią na wpół przytomnie.
- Nie jestem w stanie uwierzyć, pani profesor, jak bardzo ludzie potrafią być brutalni w stosunku do innych. - widziałam niezrozumienie w jej oczach, więc potrząsnęłam głową. - Na przykład prześladowania homoseksualistów przez "normalnych" obywateli. Co to ma na celu? Kto tu jest wtedy gorszy, pani profesor?
- To świetne pytanie! No cóż, odpowiedź jest... - znów pogrążyła się w swojej wypowiedzi, a ja ponownie zerknęłam na wyświetlacz.
"Po ucieczce Maddie Miko, Bring Me the Horizon znów staje na nogi!" - głosił wielki nagłówek. Pod spodem był link do teledysku na youtube. Drżącym palcem kilknęłam w odnośnik. Usłyszałam oklaski, cichy kaszel i głos Matta, uderzającego w pałeczki: "One, two, three, four..."
Zamarłam, gdy zobaczyłam beatlesową wersję Horizon i usłyszałam czysty głos Olivera. Taki, o jakim skrycie marzył po wydaniu Sempiternal. Z tekstem, który napisałam po śmierci Toma. Zagotowało się we mnie i jakaś część mnie natychmiast chciała zadzwonić do Sykesa i wygarnąć mu prawa autorskie. Profesorka przechwyciła moje pełne bólu spojrzenie i wstawiła mi szóstkę za pełną empatii postawę względem trudów życia homoseksualistów. Tylko dzwonek uratował mnie od wybuchnięcia histerycznym śmiechem. Ania zaciągnęła mnie do szkolnej kawiarenki i zamówiła dwa parujące kubki kawy.
- Myślałam, że będziesz bardziej rozsądna i nie zostawisz im gotowego hitu pod nosem. - mruknęła.
- A ja myślałam, że nie będę musiała uciekać przed psychopatycznym muzykiem.
- Okay. Co powinnyśmy teraz zrobić?
- Może to zignorować i skupić się na maturze? - zasugerowałam, obejmując kubek. Ania prychnęła pogardliwie.
- A może wysłać im kolejny hit, tylko od razu napisany w tonacji Olivera?
- Aniu, skończyłam z tym. Nie mam ochoty dłużej mieszać się w ten cholerny biznes.
- Jesteś śmieszna. Jeden cios wyrzucił cię poza ring? Ciebie?
- Najwidoczniej. - wzruszyłam ramionami, patrząc przez okno na boisko do siatkówki. - Mam dobrą pracę, mieszkanie, wkrótce kończę 18 lat i piszę maturę z chemii...
- Skończ już pierdolić o tej maturze! - Ania wyrzuciła ręce w powietrze. - Ciągle ta matura i matura, w kółko! Ocknij się, Miko, brakuje ci muzyki! Musisz wrócić do biznesu, potrzebujecie siebie wzajemnie!
Uczniowie Zawadzkiego, stojący w kolejce po przekąski, przyglądali się nam z zainteresowaniem. Mój powrót do szkoły był sensacją, lokalnym skandalem. Zakryłam oczy dłonią. Ania zacisnęła zęby i podeszła do przypadkowego uczniaka.
- Czy Miko powinna dalej grać? - zapytała go, chwytając go za ramię. Zaskoczony chłopak gorliwie pokiwał głową. Ania dotknęła następnej osoby. - Powiedz jej, że ma dalej śpiewać, bo ją przecież zamorduję!
Słowa były wypowiedziane w żartobliwym kontekście, ale podziałały na mnie jak piorun. Zeskoczyłam z wysokiego stołka, chwyciłam plecak i wyszłam ze szkoły, porzucając dwie ostatnie godziny języka włoskiego.
Skierowałam się na przystanek autobusowy, nakładając słuchawki na uszy i wciskając zaciśnięte pięści do kieszeni bluzy. Wzrok skupiłam na popękanej płycie chodnikowej i moich tenisówkach, raz po raz pojawiających się w zasięgu wzroku. Nawet muzyka, która, według Ani, tak mnie potrzebowała teraz mi nie pomagała. Poczułam silne szarpnięcie.
- Hej! - krzyknęłam do chłopaka, który na mnie wpadł. - Uważaj, jak chodzisz, łajzo!
Wściekła jeszcze bardziej niż wcześniej, podeszłam do rozkładu jazdy i ze zdecydowanym uporem zaczęłam poszukiwać najbliższego autobusu do domu. Jednak zamiast cyfr i liczb pojawiła mi się przed oczami blond czupryna wystająca spod ciemnego kaptura, należąca do osoby, która na mnie wpadła. Gwałtownie podniosłam głowę, aż mój kręgosłup boleśnie zaprotestował i rozejrzałam się wokół. Wypatrywałam znajomej, lecz niekoniecznie przyjaznej twarzy, gdy nagle poczułam rękę na ramieniu. Bez namysłu szybkim ruchem wpakowałam napastnikowi łokieć w brzuch i odskoczyłam na bok z zamiarem ucieczki prosto przed siebie, gdy usłyszałam zduszony okrzyk. Z szeroko otwartymi oczami odwróciłam się i zobaczyłam Anię, teraz zgiętą w pół i trzymającą się za brzuch.
- Nienawidzę cię. - wydusiła, gdy pochyliłam się ku niej z przeprosinami cisnącymi się na usta. - Zamilcz, Miko. Ani słowa.
Bezradnie rozejrzałam się po twarzach obcych ludzi, gapiących się na nas z głodem rozrywki w oczach.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że to ty!
- Ahh, więc obcym ludziom już można pakować łokieć w żołądek, tak? - wysyczała, nadal z trudem łapiąc powietrze. - Tak mi się opłacasz za krycie cię przed tą jędzą od włoskiego?
- Przepraszam. - odparłam jeszcze raz i darowałam sobie wszelkie tłumaczenia, a zwłaszcza mówienie o moim przewidzeniu. Przecież mnóstwo ludzi może mieć taką fryzurę jak mój prywatny koszmar senny...
Do domu dotarłyśmy w zupełnej ciszy. Ania nie odezwała się do mnie nawet wtedy, gdy otworzyłam jej drzwi do windy w naszym bloku i ustąpiłam jej pierwszeństwa. Z cichym westchnieniem wcisnęłam guzik z cyfrą 7, patrząc z żalem na przyjaciółkę. Blok był na planie litery L, więc musiałyśmy skręcić w dłuższy korytarz, by dostać się do naszego mieszkania. Już od rogu, zza którego wyszłyśmy, powoli wyciszając muzykę, coś mi się nie podobało.
Drzwi od mieszkania były uchylone.
W pierwszym odruchu stanęłam jak wryta. W drugim rzuciłam się ku szparze w drzwiach. Dopiero wtedy zadziałał mój instykt i przystanęłam, oglądając się za siebie. Zobaczyłam tylko Anię z lekkim przerażeniem na twarzy.
Przełykając ślinę, na przekór sobie ruszyłam do domu. Uchylając szerzej drzwi zobaczyłam potłuczone szkło z lustra na podłodze. Kawałek dalej leżały nasze porozrzucane ciuchy. Na skrawku podłogi z kuchni widziałam rozlany sok pomarańczowy. Cicho weszłam głębiej, widząc coraz większe zniszczenia. Jednak szybki przegląd pomógł mi zrozumieć, że złodzieje nie szukali łupów - wartościowe gitary i laptop Ani zostały na swoim miejscu w salonie, tam, gdzie go rano zostawiła. Zaczęłam szukać mojego notebooka, z sercem w gardle wchodząc do mojej sypialni. Tutaj również panował bałagan, ale na łóżku znalazłam mój sprzęt, włączony. Podeszłam do niego jak zahipnotyzowana i podniosłam go, obracając ekranem do siebie. Na ziemię spadła pojedyncza, biała chryzantema. Z gardła wyrwał mi się okrzyk przerażenia, gdy zobaczyłam wiadomość pozostawioną w edytorze tekstu. Ania wbiegła do pokoju i na głos odczytała słowa w języku angielskim.
"Jestem blisko."
Od felernej gali w Cleveland minęło już sporo czasu. Nadeszła piękna, ciepła jesień, a wraz z nią nasza klasa maturalna. Nasze małe mieszkanko dotychczas pozostało tajemnicą. Nikt nas nie nachodził, nie było niepożądanych wizyt, gości i telefonów. Obie z Anią zmieniłyśmy numery telefonów, które dostali tylko nasi najbliżsi. Aby utrzymać mieszkanie, nie umrzeć z nudów i zarazem nie roztrwonić od razu całej, zarobionej przy Bring Me the Horizon, kasy, obie poszłyśmy do pracy. Ja zostałam doradcą i sprzedawcą w sklepie muzycznym, Ania księgową tejże miejscówki. Mieściła się tu także niewielka sala prób i często zjawiały się młode zespoły, pełne entuzjazmu i wiary w przyszłość. Zazdrościłam im tej radości, błysku w oczach i często ucinałam sobie z nimi pogawędki. Wielu z nich mnie niestety rozpoznawało - wtedy szybko odsyłałam ich do mojego współpracownika - o, ironio, imieniem Tomek.
Gdy nastał wrzesień, z ciężkimi sercami wróciłyśmy do szkoły. Z jednej strony cieszyłyśmy się, że mamy możliwość przyłożenia się do matury, z drugiej strony wiedziałyśmy, że tego nie zrobimy i żałowałyśmy wszystkich beztroskich chwil na trasie. Coraz bardziej widoczna była tęsknota Ani za Mattem. Kilka razy rozważałyśmy opcję skontaktowania się z Nichollsem poprzez adres babci, który i tak znali, ale czerwonowłosa pierwsza odrzucała myśl.
- Nie chcę ryzykować. - powtarzała.
Wiedziałyśmy, że Sykes nie pozabijał reszty zespołu, bo internet aż huczał od plotek. Niekończące się spekulacje o mojej nieobecności na trasie, wałkowanie tematu gali, podejrzenia ucieczki z Irwinem do Chin. Coraz to nowsze nagłówki były coraz głupsze.
- Madd? Patrz na to. - obie z Anią siedziałyśmy koło siebie na etyce, ignorując profesorkę, która zawzięcie prowadziła monolog o homoseksualistach. Teraz dziewczyna podsunęła mi pod nos swój telefon i wcisnęła w dłoń słuchawkę. Posłusznie skierowałam wzrok na ekran i ze świstem wciągnęłam powietrze.
- Magdaleno? Co się stało? - zainteresowała się profesorka, urywając w pół słowa. Spojrzałam na nią na wpół przytomnie.
- Nie jestem w stanie uwierzyć, pani profesor, jak bardzo ludzie potrafią być brutalni w stosunku do innych. - widziałam niezrozumienie w jej oczach, więc potrząsnęłam głową. - Na przykład prześladowania homoseksualistów przez "normalnych" obywateli. Co to ma na celu? Kto tu jest wtedy gorszy, pani profesor?
- To świetne pytanie! No cóż, odpowiedź jest... - znów pogrążyła się w swojej wypowiedzi, a ja ponownie zerknęłam na wyświetlacz.
"Po ucieczce Maddie Miko, Bring Me the Horizon znów staje na nogi!" - głosił wielki nagłówek. Pod spodem był link do teledysku na youtube. Drżącym palcem kilknęłam w odnośnik. Usłyszałam oklaski, cichy kaszel i głos Matta, uderzającego w pałeczki: "One, two, three, four..."
Zamarłam, gdy zobaczyłam beatlesową wersję Horizon i usłyszałam czysty głos Olivera. Taki, o jakim skrycie marzył po wydaniu Sempiternal. Z tekstem, który napisałam po śmierci Toma. Zagotowało się we mnie i jakaś część mnie natychmiast chciała zadzwonić do Sykesa i wygarnąć mu prawa autorskie. Profesorka przechwyciła moje pełne bólu spojrzenie i wstawiła mi szóstkę za pełną empatii postawę względem trudów życia homoseksualistów. Tylko dzwonek uratował mnie od wybuchnięcia histerycznym śmiechem. Ania zaciągnęła mnie do szkolnej kawiarenki i zamówiła dwa parujące kubki kawy.
- Myślałam, że będziesz bardziej rozsądna i nie zostawisz im gotowego hitu pod nosem. - mruknęła.
- A ja myślałam, że nie będę musiała uciekać przed psychopatycznym muzykiem.
- Okay. Co powinnyśmy teraz zrobić?
- Może to zignorować i skupić się na maturze? - zasugerowałam, obejmując kubek. Ania prychnęła pogardliwie.
- A może wysłać im kolejny hit, tylko od razu napisany w tonacji Olivera?
- Aniu, skończyłam z tym. Nie mam ochoty dłużej mieszać się w ten cholerny biznes.
- Jesteś śmieszna. Jeden cios wyrzucił cię poza ring? Ciebie?
- Najwidoczniej. - wzruszyłam ramionami, patrząc przez okno na boisko do siatkówki. - Mam dobrą pracę, mieszkanie, wkrótce kończę 18 lat i piszę maturę z chemii...
- Skończ już pierdolić o tej maturze! - Ania wyrzuciła ręce w powietrze. - Ciągle ta matura i matura, w kółko! Ocknij się, Miko, brakuje ci muzyki! Musisz wrócić do biznesu, potrzebujecie siebie wzajemnie!
Uczniowie Zawadzkiego, stojący w kolejce po przekąski, przyglądali się nam z zainteresowaniem. Mój powrót do szkoły był sensacją, lokalnym skandalem. Zakryłam oczy dłonią. Ania zacisnęła zęby i podeszła do przypadkowego uczniaka.
- Czy Miko powinna dalej grać? - zapytała go, chwytając go za ramię. Zaskoczony chłopak gorliwie pokiwał głową. Ania dotknęła następnej osoby. - Powiedz jej, że ma dalej śpiewać, bo ją przecież zamorduję!
Słowa były wypowiedziane w żartobliwym kontekście, ale podziałały na mnie jak piorun. Zeskoczyłam z wysokiego stołka, chwyciłam plecak i wyszłam ze szkoły, porzucając dwie ostatnie godziny języka włoskiego.
Skierowałam się na przystanek autobusowy, nakładając słuchawki na uszy i wciskając zaciśnięte pięści do kieszeni bluzy. Wzrok skupiłam na popękanej płycie chodnikowej i moich tenisówkach, raz po raz pojawiających się w zasięgu wzroku. Nawet muzyka, która, według Ani, tak mnie potrzebowała teraz mi nie pomagała. Poczułam silne szarpnięcie.
- Hej! - krzyknęłam do chłopaka, który na mnie wpadł. - Uważaj, jak chodzisz, łajzo!
Wściekła jeszcze bardziej niż wcześniej, podeszłam do rozkładu jazdy i ze zdecydowanym uporem zaczęłam poszukiwać najbliższego autobusu do domu. Jednak zamiast cyfr i liczb pojawiła mi się przed oczami blond czupryna wystająca spod ciemnego kaptura, należąca do osoby, która na mnie wpadła. Gwałtownie podniosłam głowę, aż mój kręgosłup boleśnie zaprotestował i rozejrzałam się wokół. Wypatrywałam znajomej, lecz niekoniecznie przyjaznej twarzy, gdy nagle poczułam rękę na ramieniu. Bez namysłu szybkim ruchem wpakowałam napastnikowi łokieć w brzuch i odskoczyłam na bok z zamiarem ucieczki prosto przed siebie, gdy usłyszałam zduszony okrzyk. Z szeroko otwartymi oczami odwróciłam się i zobaczyłam Anię, teraz zgiętą w pół i trzymającą się za brzuch.
- Nienawidzę cię. - wydusiła, gdy pochyliłam się ku niej z przeprosinami cisnącymi się na usta. - Zamilcz, Miko. Ani słowa.
Bezradnie rozejrzałam się po twarzach obcych ludzi, gapiących się na nas z głodem rozrywki w oczach.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że to ty!
- Ahh, więc obcym ludziom już można pakować łokieć w żołądek, tak? - wysyczała, nadal z trudem łapiąc powietrze. - Tak mi się opłacasz za krycie cię przed tą jędzą od włoskiego?
- Przepraszam. - odparłam jeszcze raz i darowałam sobie wszelkie tłumaczenia, a zwłaszcza mówienie o moim przewidzeniu. Przecież mnóstwo ludzi może mieć taką fryzurę jak mój prywatny koszmar senny...
Do domu dotarłyśmy w zupełnej ciszy. Ania nie odezwała się do mnie nawet wtedy, gdy otworzyłam jej drzwi do windy w naszym bloku i ustąpiłam jej pierwszeństwa. Z cichym westchnieniem wcisnęłam guzik z cyfrą 7, patrząc z żalem na przyjaciółkę. Blok był na planie litery L, więc musiałyśmy skręcić w dłuższy korytarz, by dostać się do naszego mieszkania. Już od rogu, zza którego wyszłyśmy, powoli wyciszając muzykę, coś mi się nie podobało.
Drzwi od mieszkania były uchylone.
W pierwszym odruchu stanęłam jak wryta. W drugim rzuciłam się ku szparze w drzwiach. Dopiero wtedy zadziałał mój instykt i przystanęłam, oglądając się za siebie. Zobaczyłam tylko Anię z lekkim przerażeniem na twarzy.
Przełykając ślinę, na przekór sobie ruszyłam do domu. Uchylając szerzej drzwi zobaczyłam potłuczone szkło z lustra na podłodze. Kawałek dalej leżały nasze porozrzucane ciuchy. Na skrawku podłogi z kuchni widziałam rozlany sok pomarańczowy. Cicho weszłam głębiej, widząc coraz większe zniszczenia. Jednak szybki przegląd pomógł mi zrozumieć, że złodzieje nie szukali łupów - wartościowe gitary i laptop Ani zostały na swoim miejscu w salonie, tam, gdzie go rano zostawiła. Zaczęłam szukać mojego notebooka, z sercem w gardle wchodząc do mojej sypialni. Tutaj również panował bałagan, ale na łóżku znalazłam mój sprzęt, włączony. Podeszłam do niego jak zahipnotyzowana i podniosłam go, obracając ekranem do siebie. Na ziemię spadła pojedyncza, biała chryzantema. Z gardła wyrwał mi się okrzyk przerażenia, gdy zobaczyłam wiadomość pozostawioną w edytorze tekstu. Ania wbiegła do pokoju i na głos odczytała słowa w języku angielskim.
"Jestem blisko."
Subskrybuj:
Posty (Atom)