czwartek, 27 października 2016

Rozdział XIV.

muzyka.

               Cichy śmiech, brzmiący jakby ktoś nadludzkim wysiłkiem go tłumił, powoli wbijał się w moją podświadomość. Wokół mnie było mnóstwo miejsca, było mi cieplutko i wyjątkowo miałam całą kołdrę na sobie. Postanowiłam wykorzystać ten łut szczęścia i przeturlałam się na drugą stronę łóżka. O dziwo, nie wpadłam na narzekającego Maxxa albo wyrozumiałego Cody'ego. Uchyliłam powiekę. Łóżko było puste, nie licząc mojej skromnej osoby. Skąd więc ten śmiech...?
- Miko, gdybyś widziała swoją minę! - rozbawiony ton dotarł do mnie gdzieś z prawej strony. Usiadłam, nieprzytomnie rozglądając się za jego źródłem. Udało mi się skupić wzrok na postaci przyjaciółki, opierającej się o framugę z kpiącym wyrazem na twarzy i skrzyżowanymi na piersi rękoma. - Chodź na śniadanie.
- Zrobiłaś mi śniadanie? - wymamrotałam, przecierając twarz dłonią.
- Nie, sobie, ale mi zostało, więc równie dobrze możesz je sobie wziąć. Mogę ci zaparzyć kawę, jeśli chcesz.
           Jej uśmiech był tak do niej nie podobny, że mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, co takiego zawierał jej posiłek. Pół przytomnie zgramoliłam się z łóżka, potykając się o róg kołdry zwisającej nad podłogą. Miałam świadomość, że przyjaciółka nadal mnie obserwuje.
- Co muzyka robi z ludźmi. - pokręciła głową i wyszła z pokoju. Podreptałam za nią, wysilając wzrok, żeby trafić w drzwi, a nie w ścianę. Dotarłam do kuchni bez rozrysowanego planu mieszkania.
- Która jest godzina? - zapytałam, wyciągając z lodówki energetyka. Usiadłam przy ladzie kuchennej i przyciągnęłam do siebie duży kubek, do połowy wypełniony kawą. Zamiast mlekiem, uzupełniłam go energy drinkiem. Ania skrzywiła się z niesmakiem.
- A żebyś dostała przez to Tourette'a.
- Dzięki, przyjaciółko - po pierwszych dwóch łykach udało mi się skupić wzrok na zegarze w pokoju dziennym. Dochodziła 10. - Nie powinnaś być w szkole?
- Zrobiłam sobie dłuższy weekend. - odparła, zawzięcie klikając w telefon.
- W środku tygodnia? - upiłam łyk.
- Mamy piątek.
         Zakrztusiłam się Jedyną-Słuszną-Miksturą-Pop-Rockowca, uświadamiając sobie, że przespałam niemalże 70 godzin za jednym zamachem.
- Masz rozmach, Miko. To po Trevorze?
- Czy ty masz chłopaka? - wypaliłam, patrząc na jej uśmiech. Uniosła wzrok, rzucając mi pełne pogardy spojrzenie.
- Nie? Ty masz ich wystarczająco za nas dwie. Zbieraj się, wyjdziemy gdzieś.
- Na pewno nie jesteś chora? - przyjrzałam się jej uważnie. Ania skrajnie gardziła ludźmi i całodniowym bieganiu po centrach handlowych.
- To ty spałaś trzy dni. 
- I czuję się świetnie. - na dowód zajęłam się swoim napojem. - To co planujemy?
- Pamiętasz, jak kilka miesięcy temu zaczęłaś zabawę w gwiazdkę Disneya?
- Nie przypominam sobie. - zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio podpisałam jakiś kontrakt. Ania przewróciła oczami.
- Ty głupia kiełbasko. Jestem przecież twoim menadżerem. Przed tobą wywiad do Dziennika Zachodniego, Eska Rock i szkolnej gazetki. I krótkie jam session wieczorem, w klubie osiedlowym.
 - Co... - oparłam czoło o chłodny blat, próbując znaleźć logiczny argument przeciw takiemu traktowaniu.
- Żartowałam, zapiszemy się kurs prawa jazdy.

         Jęknęłam głośno w odpowiedzi
- I po co było to wszystko?
- Nie zniosę więcej autobusów, od jakiegoś czasu ciągle się spóźniam na lekcje.
- I że niby cię to przejmuje?
      Popatrzyła na mnie chwilę, z autentycznym zastanowieniem. A potem przybrała na twarz dobrze mi wyraz pogardy.
- Za pół godziny wychodzimy.
----------------------------------------------------------------------------
         Półtora miesiąca z Set It Off sprawiło, że nie potrzebowałam nikogo by pomógł mi dobrać ciuchy. Cody sprawił, że mój gust znacząco przybrał na smaku i spędziłam przed szafą tylko dziesięć minut, dobierając kolory. Gdy w końcu wyszłam z pokoju, Ania powoli dostawała białej gorączki.
- Pedantyzm nie jest ceniony w żadnej dziedzinie. Żadnej.
- Tylko perfekcja - odparowałam.
- Tej też nie masz. - ruszyła do drzwi, zgarniając klucze w blatu.
- A widziałaś tę kreskę? - wskazałam na swoje oczy. Chyba widziała, bo bez słowa wyszła z mieszkania. Rozejrzałam się wokół, upewniając się, że zabrałam wszystko, czego potrzebuję. Kojącym było odnaleźć wszystko na swoim miejscu, widzieć znajome cztery ściany.
- Idziesz? - rozległ się naglący krzyk z korytarza. Uśmiechnęłam się lekko. Tęskniłam za zachowaniem przyjaciółki.
        Zjeżdżając windą przeglądałam się w lustrze. Ania przewróciła oczami.
- Nic się nie zmieniłaś.
- Ty się zmieniłaś za nas obie. - przypomniałam jej znacząco. Wytrzymałam jej ciężkie spojrzenie.
- Co zamierzasz robić w domu?
- Może nagrać solowy album... - zamyśliłam się, patrząc na swoje odbicie. To nie był zły pomysł, a mnie przydałaby się druga opcja poza medycyną, na którą nawet nie chcę już iść. - Dalej grasz na perkusji?
- Okazjonalnie. Nie, nie nagram z tobą albumu, przegrywie. - wysiadła z windy.
- Nie jestem przegrywem!
- Jasne, pewnie.
          Wybiegając za Raine mijałam zdziwionych sąsiadów. Nie wiedziałam, czy bardziej szokowała ich moja ponowna obecność, czy fakt, że Raine wyszła z domu. Rzucałam im szybkie uśmiechy, co pogłębiało ich zdumienie. No przecież miałam status gwiazdy, tak czy nie? Gwiazdy potrzebują wiernych fanów.
- Zimno tutaj. - poskarżyłam się, otulając się mocniej szalem. Lodowaty wiatr pachnący zimą kąsał odsłoniętą twarz i dłonie. Było szaro i pochmurno, burzowe chmury zbierały się nad głową. W taką pogodę preferuję siedzenie na szerokim parapecie, owinięta w kocyk z kubkiem herbaty i książką lub kolejnym sezonem Supernatural. Albo wylegiwanie się na plaży w Miami.
- Spostrzegawcza jesteś, nie ma co.
- Wal się na buzię. - odwróciłam się od niej, stosując metodę Maxxa Danzigera. Nawet wymusiłam łzy w swoich oczach. Nie było trudno, zważywszy na wiatr wpychający się pod powieki.
- Jak chcesz. - wzruszyła ramionami i zajrzała do rozkładu jazdy. Ignorowała mnie! Zagryzłam wargi, uświadamiając sobie, że niemalże poświęciłam na nią mój makijaż. Założyłam ramiona na piersi, przysięgając osobie, że pierwsza się nie odezwę.
"Co tam, księżniczko?"
          Podejrzliwie zerkając na Anię, wyjęłam telefon i szeroko się uśmiechnęłam, widząc nadawcę.
"W porządku, księciuniu. Przeżyłeś nasze rozstanie?"
"Jak widać, choć było znojnie."
"Na szczęście świadomość, że możesz do mnie napisać była lekiem na twe bolączki."
"Jesteś moim najlepszym medykamentem."
      Uniosłam głowę, nadal wyszczerzona. Uświadomiła mi to uniesiona brew Raine.
- Ćpasz coś, jak nic. 
      Dumnie uniosłam podbródek.
"Cody, bo Annie mówi, że coś ćpam."
"Mówiłem ci, że te zielone listki to nie jest herbata."
- Co wy wszyscy tak przeciw mnie dzisiaj... - mruknęłam do siebie. Ania pociągnęła mnie do autobusu. Posłusznie usiadłam, obmyślając jakąś miażdżącą ripostę, a przyjaciółka przesunęła specjalną kartą po czytniku.
- Co to jest? - wskazałam na kawałek plastiku. Wyglądał jak karta kredytowa.
- Województwo idzie z duchem czasu i to zastąpi wkrótce bilety. Podobno.- wyjaśniła, wręczając mi jedną z kart. - Nie dziękuj mi za załatwienie tego za ciebie.
- Nie zamierzałam. - mruknęłam, chociaż faktycznie chciałam to zrobić. Zajęłam się wyglądaniem przez okno, chłonięciem widoków stolicy województwa. Ani trochę za nimi nie tęskniłam.
        Przed budynkiem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia stał spory tłum ludzi z transparentami i megafonami. Usiadłam wygodniej, przyglądając się, jak Polacy znowu walczą o któreś z swoich praw. Udało mi się zobaczyć jakieś loga, ale niestety nie umiałam odczytać napisów. Zwróciłam się do Ani, mając zamiar zapytać ją o strajk, ale dziewczyna miała słuchawki w uszach i znowu zapamiętale klikała w telefon. Przez chwilę mierzyłam ją spojrzeniem, kalkulując, czy zaspokojenie mojej ciekawości jest warte przerywania jej.
"Pisał do ciebie Tyler?"
 "Nie. A powinien?"
"W końcu dałaś mu swój numer. Nie wyglądał na zawiedzionego tym faktem"
"Czy ty mnie śledzisz, Carson?"
"Wszyscy na ciebie patrzyli, słonko."
 - Przepraszam...
         Uniosłam głowę, zamyślona. Czy w świecie muzyki można być normalnym? Czy są tutaj muzycy bez zaburzeń psychicznych? Dokąd ten świat zmierza, że nowa płyta Demi Lovato sprzedała się więcej razy niż ostatni album Muse? Gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie? Co nowego mogę pokazać...?
        Moja kostka została zaatakowana. Posłałam przyjaciółce spojrzenie pełne wyrzutu.
- Nie zaczynaj... - mruknęłam, ale dziewczyna skinęła głową w bok.
- Przepraszam... Chiałabyś mi się podpisać na koszulce?
         Rozczochrane, brązowe włosy, zielone oczy, zaczerwienione policzki i lekki uśmiech na wąskich ustach. Cholernie miła odmiana po wypieszczonych gwiazdorach.
- A chciałbyś mi podać swój numer? - zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Brzmi korzystnie.
       Wysiadł na najbliższym przystanku, odprowadzany moim okiem. Ania cmoknęła z niesmakiem.
- Jutro idziesz do szkoły, gwiazdko.
-----------------------------------------------------------------------------------
            Nienawidzę szkoły.
            Powtarzałam to Ani całą drogę autobusem, a przynajmniej dopóki nie odcięła się do mnie słuchawkami. Wtedy tylko posyłałam jej spojrzenia pełne urazy, ale skutecznie mnie ignorowała, wyglądając przez okno i machając głową w rytm muzyki.
             Podjęłam drugą próbę po wyjściu z autobusu, bo zaczęło mi to sprawiać coraz więcej frajdy, ale również mnie zignorowała. Pufnęłam głośno. Nie olewa się najlepszych przyjaciółek, nawet jeżeli one zostawiły cię na dwa miesiące! Deptałam jej po piętach, ale udało jej się ode mnie uciec przy szafkach, bo ściągnięcie skórzanej kurtki zajęło jej o wiele mniej czasu, niż mnie pozbycie się płaszcza, szalika, czapki, rękawiczek i bluzy. A wtedy zadzwonił dzwonek i zgubiłam się.
            Nienawidziłam szkoły. Tłum uczniów napierał ze wszystkich stron. Coraz więcej osób uświadamiało sobie, kogo mijają i odwracało się do kolegów z otwartymi ustami i jeszcze szerzej otwartymi oczami. Trasowali ruch, próbując zawrócić, zagadać, upewnić się, że to ja. Próbowałam wypatrzeć w tym tłumie moją klasę, ale uświadomiłam sobie, że nawet nie pamiętam ich twarzy.
           Ktoś mnie szarpnął za ramię.
- Chodź, pierwszy włoski.
           Świetnie, nie ma to jak powrócić do nauki i zacząć dzień włoskim. Ale odetchnęłam lekko, bo przynajmniej miałam jakiś cel. Przyjaciółka ciągnęła mnie przez zatłoczone korytarze w kierunku sali, a ja odwracałam wzrok i udawałam ogromne zainteresowanie gazetkami na ścianach, byle tylko uniknąć zaczepienia przez uczniów. To już nie byli fani. To był cholerny fandom, z moim ołtarzykiem na sali gimnastycznej i zbliżeniami mojej twarzy na suficie.
          Pod naszą pracownią było o wiele mniej osób. Oparłam się o ścianę, zamykając oczy i powoli wciągając powietrze w płuca.
- Szkoła chyba źle na ciebie działa. - zauważył jeden z kolegów, z którym utrzymywałam poprawne relacje, to znaczy nie irytowała mnie jego twarz.
- Daj mi spokój, 20 godzin temu grałam jeszcze koncert, czego ty ode mnie oczekujesz...
- Przede wszystkim pani skupienia, Miko. - w moją podświadomość wdarł się wysoki damski głos. Wyszczerzyłam się w uśmiechu i spojrzałam na profesorkę, otwierającą drzwi do klasy.
- Zrobię co w mojej mocy, pani profesor, ale mam jeden problem... Tam wszyscy byli tacy idealni, a tutaj moi mentorzy pozostawiają wiele do życzenia.
          Grupa powoli dusiła się ze śmiechu, a ja prześlizgnęłam się pod ramieniem Rachity, posyłając jej szeroki uśmiech. Odprowadziła mnie spojrzeniem, które w zamiarze miało mnie wgnieść w ścianę, ale nie zrobiło na mnie najmniejszego wrażenia.
          Ledwo co usiadłam w ławce, wezwała mnie do tablicy. Na szczęście już w 1 klasie zaradnie kupiłam używaną książkę, więc bez większego trudu przepisałam zadanie na białą tablicę. Odesłała mnie bez oceny, na co wzruszyłam ramionami. Gdybym potrzebowała jej sympatii do szczęścia, nie toczyłabym z nią wojny od trzech lat.
        Rozejrzałam się po klasie. Większość grupy wpatrywała się w swoje telefony albo bazgrała coś w zeszytach. W sumie był to zwyczajny widok na lekcjach włoskiego. Nikt nigdy nie był specjalnie zainteresowany. Profesorka prowadziła monolog na temat czasu trapassato prossimo, który nikomu nie był potrzebny do szczęścia i prawdopodobnie nikt go nie ogarniał. Ale spokojnie, profesorka zorientuje się dopiero przy najbliższym sprawdzanie.
      Westchnęłam głośno, niemal ostentacyjnie, opierając policzek o dłoń. Rachita posłała mi urażone spojrzenie, na co przewróciłam oczami. Wszyscy ją ignorowali, tylko ja miałam przez to nieprzyjemności.
      Ktoś tu komuś zazdrości.
      Podświetliłam ekran telefonu w poszukiwaniu nieodebranych wiadomości. Zero, nul. W Ameryce jest przecież cholerny środek nocy, nikt nie będzie do mnie pisał. Zerknęłam na Anię, nie odrywając twarzy od dłoni. Dziewczyna parsknęła śmiechem i wróciła do pisania smsa czy innej wiadomości. Ponownie podświetliłam ekran. Tyle znajomości i żadnego głupiego odzewu od tylu godzin...
      Jest!
"Nie mogę spać."
"Chyba zapomniałem włączyć alarm w domu."

      Nawet nie powstrzymywałam uśmiechu cisnącego się na usta.
"Naprawdę właśnie to spędza ci sen z powiek?"
"Joshua się na mnie o coś gniewa."
"Może o to, że wyrzuciłeś go z zespołu. Znowu."
"To on mnie wyrzucił pierwszy! Robi to średnio dwa-trzy razy na miesiąc."
"W razie czego The Outsiders nadal szukają tamburynisty."
"A gra tam Josh?"
"Tak, na cymbałkach."
"To ja gram na cymbałkach!"
"Wchodzę w to."
           Jak to się stało, że jestem powiernikiem wszelkich sekretów tylu mężczyzn rozrzuconych po świecie? Że piszą do mnie po każdą radę? Jak udało mi się to osiągnąć, nawet z nimi nie sypiając? Natychmiast przed oczami pokazał mi się Irwin. To zły przykład.
          Powinnam odwiedzić babcię. Dawno z nią nie rozmawiałam.
          Może powinnam zostać psychologiem dla celebrytów?
          Nie pamiętam, czy oddałam Ashtonowi Irwinowi jego bluzę.
          Gdzie jest teraz Oliver Sykes...?
          Potrząsnęłam głową, uświadamiając sobie, że moje myśli błądzą po ścieżkach, których nie chcę roztrząsać. No i przydałoby się coś odpisać Tylerowi.
"Jeżeli nie włączyłem alarmu, Jenna mnie zabije."
"Jeżeli go nie włączyłeś, ktoś prawdopodobnie zrobi to za ciebie."
"Czemu mam wrażenie, że wiesz, co mówisz?"
      Gwałtownie zwróciłam się do Ani, ignorując fakt, że szybko zakryła swoją komórkę.
- Ania! Mam genialny pomysł - wyszeptałam gorączkowo.
- Kontynuuj. - mruknęła, kończąc smsa.
- Założę bloga.
- I co będziesz na nim publikować? - poświęciła mi uwagę. - 1000 powodów na ból istnienia?
- Nie. - przygryzłam wargę. - Ale to niezły pomysł. Ale nie. Założę bloga fandomowego. - uderzyłam płaską dłonią o ławkę i odchylając się do tyłu pełna samozadowolenia. Nie zwróciłam uwagi na zająknięcie Rachity. Obserwowałam Anię. Mierzyła mnie spojrzeniem z pogardą na twarzy. W końcu się odwróciła.
- Głupia jesteś.
- Wcale nie!
- No tak, absolutnie nikt się nie skapnie, że jesteś autorką bloga o jakichś 7 zespołach, które się znają i, o rany, co za zbieg okoliczności - wszystkie mają ciebie za przyjaciółkę. To nie jest mądre, tylko nielojalne. Pogódź się z tym, że w XXI wieku nie ma w tym biznesie zbyt wielu rzeczy, o których nikt nie wie.
- Tak? A kto niby wie, że Lee Malia sortuje żelki w grupach według kolorów i zjada je w kolejności od najmniej do najbardziej ulubionego? Hę?
- Przestań. - bawiła się telefonem. - Naprawdę to robi?
- Tak! Te piękne oczy to widziały!
- Nadal jestem na nie. To żałosne.
- Skończ z tymi bredniami! - rzuciłam głośno. Na tyle głośno, że zwróciłam na siebie uwagę klasy, a także, co gorsza, profesorki. W mgnieniu oka zrobiła się cała czerwona i już nie mówiła o czasie bliskim czasie zaprzeszłym.
- MIKO! Znosiłam twoją bezczelność przez lata, ale miarka się przebrała. Mówiłam dyrekcji wiele razy, że nie powinni ci tak pobłażać, że to niewychowawcze, ale byli tacy dumni... Kolejny muzyk w szkole, mówili, kolejna gwiazda, to dobra promocja... Ale ty jesteś bezczelna, arogancka, nie będę tego dłużej znosić! - niemalże jednym susem pokonała dzielącą nas odległość i szarpnęła mnie za ramię, podnosząc do góry. Przestraszyłam się, machinalnie przypominając sobie szarpnięcie Olivera i jego leniwy uśmiech tuż po odzyskaniu równowagi.
- Zostaw mnie! - krzyknęłam. Klasa zamarła w bezruchu, nie wiedząc, co się dzieje. Profesorka pociągnęła mnie zza ławki, kierując się w stronę drzwi. Ania poderwała się do góry.
- Niech nikt się nie rusza! - zagroziła Rachita i wyciągnęła mnie z klasy. Jej wysokie obcasy stukały głośno o posadzkę.
- Pani jest psychiczna... - wymamrotałam, niemalże za nią biegnąc. Jej uścisk był nieznośny, byłam pewna, że będę miała siniaki. Kobieta dotarła do drzwi od sekretariatu, które z impetem otworzyła. Przemaszerowała przez nie, zupełnie nie zważając na zdziwioną minę sekretarki i weszła do gabinetu dyrektora. Niewysoka kobieta podniosła wzrok znad papierów rozrzuconych po biurku.
- Pani dyrektor, ja już tego nie zniosę! Miko jest bezczelna, arogancka, nieprzygotowana do lekcji, używa telefonu, jest wulgarna i sprowadza obcych do szkoły!
- Sandro, puść uczennicę.
-  Wszystko miało się ustabilizować, ale grono pedagogiczne nie może jej dłużej pobłażać! Albo ona, albo ja!
- Puść uczennicę!
      Rachitę zatkało na tyle, że zdołałam się jej wyrwać. Potarłam bolące ramię, odsuwając się jak najdalej od wariatki. Zaraz nam obu się oberwie za jej niesubordynację.
- Sandro, najlepiej będzie, jeżeli pójdziesz do pokoju nauczycielskiego i tam na mnie poczekasz, dobrze?
- Pani dyrektor, Miko trzeba wyrzucić, jest zdegenerowana!
- Czy jej oceny o tym świadczą? - przerwała jej dyrektorka. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, czy ja mam jakiekolwiek oceny w tym roku. - Nie? Więc proponuję odpocząć w pokoju, zanim porozmawiamy o tym, dlaczego zostawiłaś klasę samą i dlaczego szarpiesz uczennicę w murach szkoły.
        Rachita przez chwilę stała oniemiała, a potem wybiegła z gabinetu. Ponownie potarłam ramię, czując, że teraz zacznie się przesłuchanie na temat mojej postawy. Dyrektorka usiadła za biurkiem i wskazała mi krzesło po drugiej stronie. Niepewnie zajęłam miejsce.
- Madziu, powiedz mi, proszę. Jak udała się trasa koncertowa?
     Ja to mam szczęście.
-------------------------------------------------------------------------------------------
      @Oliver's P.O.V
     Oliver, uważam, że powinieneś to przemyśleć.
      Uśmiechnąłem się sam do siebie, obserwując Jordana. Oparłem przedramiona o kolana i nie przerywałem mu. Niech się wygada.
       Wyglądał przez okno, na mokrą ulicę. Ściemniało się, a deszcz nie przestawał padać. Kocham Anglię. Jordan przybrał na twarzy wyraz melancholii, gdy oglądał samochody rozchlapujące kałuże. Prawdopodobnie chciał się poczuć jak w teledysku, którego Bring Me the Horizon nigdy by nie nagrało. Chyba stracił wątek.
- Co dokładnie powinienem przemyśleć? Przed chwilą rozmawialiśmy o dwóch różnych rzeczach, J.
- Obie powinieneś.
- Powiedz mi, co cię trapi.
- Co mnie trapi? - odwrócił się do mnie z bólem w oczach. - Oliver, porwać ludzi to jedno, ale zamordować ich....
- Nie chcę ich zamordować, ej. Tylko... upozorować to.
- To szalone!
- Bo to, co teraz robimy jest zupełnie normalne. - wyprostowałem się i wziąłem głęboki wdech. Miałem dobry humor, bo wiedziałem, że sprawy przybierają dobry obrót. Miałem niezły plan i musiałem go tylko wcielić w życie. Dlatego też mogłem Jordanowi pozwolić na ten melodramat. To go zresetuje przed akcją. - Jordan, rozumiesz, dlaczego musimy to zrobić?
- Nie do końca łapię twoją wizję, wybacz.
      Tylko spokojnie. Wytłumaczysz to na spokojnie. Ale na wszelki wypadek splotłem ręce przed sobą. Gdyby coś.
- Trevor przegrał. Pozwolił uciec Maddie. A ja muszę mieć tę dziewczynę. Dlatego daję mu szansę na naprawienie tego. Dostanie drugą szansę na przyprowadzenie do mnie tej małej cwaniary.
- Poprzez groźbę zamordowania mu rodziny?
- Masz Emily. Za jakiś czas pojawi się Eliot. Co byś czuł, gdybym zagroził tobie?
- Zniszczyłbym cię.
- A teraz pomyśl, że miałbym element przetargowy. Dziewczyna za życie twojej rodziny.
- W porządku. Ale skoro chcesz mu kazać jej szukać... To dlaczego sam za nią jedziesz?
- Bo nie będę znowu czekał, aż on ją znajdzie, przekona do siebie... Ten idiota zaliczył Crystal chyba tylko dlatego, że ona chciała zaliczyć jego, bo koleś ma w sobie mniej charyzmy niż mój Oscar. A Oscar jest psem.
       Znowu wyjrzał przez okno. Cholerny aktorzyna. Ale ja jestem lepszy. Wstałem i powoli podszedłem do niego.
-  Więc jesteś ze mną?
- Dlaczego ci tak na niej zależy, hm? Jeden powód.
- Mój zespół ją kocha. A ja chcę odzyskać ich zaufanie. Tylko dzięki niej to zrobię - kłamstwo gładko przeszło mi przez gardło. Spodziewałem się tego pytania.
- Nie lepiej z nimi porozmawiać?
- Przecież cały czas się staram. Chociaż... Matt mi gdzieś zniknął. Dawno go nie widziałem. Wiesz coś o tym?
        Uuu, te przestraszone, niebieskie oczy. Coś wie.
- Może jest u rodziny. W sumie dawno nas tu nie było.
- Może jest u rodziny - powtórzył. - Może wszyscy powinniśmy spędzić teraz trochę czasu z rodziną?
      Zaśmiałem się, pewny, że Jordan mnie oszukuje. Nawet ten sukinsyn nie jest po mojej stronie.
- Pewnie. Family day.
      Ja im kurwa dam, spotkania z kimkolwiek bez mojej wiedzy. Gdzie jest, kurwa, Nicholls?

środa, 31 sierpnia 2016

Rozdział XIII.

   muzyka.
       Oliver's P.O.V
          Obserwowałem tę dzicz, próbującą dostać się do przepełnionego amfiteatru w Chastain Park. 268 akrów zieleni wydawało się zbyt niewielkim, by pomieścić tych wszystkich fanów, psychofanów, dziennikarzy i paparazzi. Już teraz nie było tam miejsc, a do 10:00 było jeszcze mnóstwo czasu.
     Siedziałem w samochodzie i czekałem na resztę zespołu. Nie spaliśmy w jednym hotelu, w zasadzie od dawna nie byliśmy zespołem. Raczej... grupą osób, które nadal muszą zarabiać. Jak w wielkiej korporacji. Stukałem palcami o podłokietnik, wyglądając przez okno.
      Nie chciałem wygrać wczorajszego Reed's Festival, ale kurwa, byłem pewien zwycięstwa. Kto inny miałby zgarnąć statuetkę? Sleeping with Sirens? All Time Low? Black Veil Brides z wokalistą, który rozpędza solową karierę? No proszę, kurwa, bez żartów. Byliśmy jedynymi faworytami.
      Oprócz Maddie Miko. Dziewczyna, której szukałem przez pół roku po dwóch kontynentach i trzech krajach była... tu, gdzie ja. Wysłałem za nią nawet tego głupca, porywając mu żonę i dziecko, zaryzykowałem rozpad zespołu, który notorycznie dostarcza mi pieniądze, przekonałem Hannah, że cichy ślub jest lepszy niż huczna impreza, wyciszyłem plotki w mediach,  a to wszystko po to, żeby wpaść na nią w najmniej spodziewanym momencie.
    Dłoń niemal sama zwinęła mi się w pięść, gdy o tym pomyślałem. Ona nadal była nieświadoma. Nie miała pojęcia, że na nią poluję. Najwidoczniej nie domyśliła się nawet, że to ja wysłałem Trevora. No tak, przecież mając taki wianuszek fanów wokół niej, nie spodziewała się, że kolejny facet może być wtyczką. Była tak pewna siebie, taka nieustraszona. Właśnie to w niej kochałem. Ducha walki. Była najpiękniejszą kobietą, jaką znałem.
    Powoli zjeżdżały się inne zespoły. Pomimo tego, że Reed's Festival było trzymane w tajemnicy, na następny dzień po imprezie i tak odbywała się konferencja prasowa, żeby media nie były zbyt zasmucone, a fani zawiedzeni. To dwie silne grupy, a obie musisz mieć w swojej garści, by przeżyć na scenie.
     Wysiadłem, gdy zobaczyłem nissana Horizon. Nie wydawali się przejęci porażką. Jakby było im wszystko jedno, czy wygraliśmy my, czy jakieś przybłędy z drugiego końca świata. Podszedłem do nich, nie odzywając się słowem. Oni również nic nie powiedzieli. Matt rozglądał się w tłumie, jakby kogoś szukał. Przez chwilę w piersi ukłuło mnie uczucie niepewności. A jeżeli Matt przez ten cały czas miał kontakt z Maddie, ja go lekkomyślnie odtrąciłem? Przecież oni zawsze byli blisko...
   Zaśmiałem się głośno, gdy to sobie uświadomiłem. Panowie spojrzeli na mnie z pobłażaniem i raczej niewielkim zainteresowaniem. I tak traktowali mnie jak świra.
- Hej, może po tym wszystkim pójdziemy na piwo? - zaproponowałem. Odwrócili się od obiektywów.
- Nie ma jeszcze południa. - powoli zauważył Lee.
- Tak, wiem. Ale nikt nie mówi o imprezie, tylko o pojednawczym piwku.
- Ja chyba odpuszczę. - stwierdził Matt i odszedł. Ręce mnie świerzbiły, by go dogonić i mu trzasnąć, ale się powstrzymałem. Wymusiłem uśmiech, patrząc na resztę Horizon. Powoli kręcili głowami.
- Może jak wrócimy do domu, co? Tam będzie prościej.
- Tak. Pewnie. - w duszy przewróciłem oczami. Jeżu, że też muszę się zniżać do ich poziomu. Ruszyliśmy do amfiteatru, mijając tłumy. Obserwowałem mój zespół. Gdy przechodziliśmy koło innych kapel, z żadnej ze stron nie rozlegały się powitalne okrzyki. Raczej ciche pozdrowienia, gdy już złapali kontakt wzrokowy. Mój zespół nie maszerował dumnie przez tłum. On przemykał, pokonany i zmęczony. Czarę goryczy przelał moment, gdy Pierce the Veil po prostu się odwrócili na nasz widok. Nie rozumiałem tego.
      Wyszliśmy na scenę, wszystkie nominowane zespoły. twenty one pilots, jako zwycięzcy, stali dokładnie po środku. Idiota w różowych włosach i  autystyk w żółtej marynarce. Nie było drugich i trzecich miejsc, żadnych nagród pocieszenia. Albo jesteś wystarczająco dobry, albo spadaj. I oni podobno byli. Przez chwilę byliśmy na pierwszym planie - jakichś 15 artystów - a potem wyszedł prowadzący Festival. Billie Joe Armstrong.
    Wymieniał wszystkie zespoły po kolei. Zacząłem się kiwać na stopach, ziewając z nudów. Mój wzrok przykuł ruch po drugiej stronie szeregu. Wychyliłem się. Maddie robiła dokładnie to samo co ja. Złożyłem przed sobą ręce. Ona również. Podrapałem się po nadgarstku. Spojrzała na mnie i posłała mi kpiące spojrzenie. Cofnąłem się.
- I jestem serio szczęśliwy, mogąc przyznać zwycięstwo jednym z najmłodszych nominowanych artystów, wiecie? Przedstawiam wam twenty one pilots!
    Przewróciłem oczami, gdy obaj wyszczerzyli się do siebie w tym samym momencie i wyszli równe trzy kroki przed szereg. Byli tak kurewsko kompatybilni, że zacząłem się zastanawiać, czy ćwiczą to w domu.
- A z racji tego, że cały Festival jest niespodzianką samą w sobie, nie wiedzieli oni również, że muszą teraz zagrać jeden utwór! - te amerykańskie wymoczki nadal mieli uśmiechy na twarzach. Denerwowało mnie to. - Ale nie ich. Nigdy nie słyszałem, żeby Tyler grał na gitarze, więc to sprawdzę. Nieco narcystycznie wychodzę z założenia, że każdy słyszał tę piosenkę chociaż raz... i nominuję twenty one pilots do wykonania American Idiot!
   Muzycy na scenie byli zdziwieni. Tradycją Reed's było zadanie dla zwycięzcy, ale coverowania bez przygotowania jeszcze nie było. Może Billie też nie wierzy w ich wygraną.
- Przyda nam się tylko basista - uśmiechnął się wokalista. Wypchnąłem policzek językiem. Jeżu, ale to będzie żenujące. Wszyscy grzecznie zeszliśmy na backstage, by podziwiać występ. Poczłapałem tam, no bo co miałem zrobić.
    Maddie zeszła otoczona muzykami. Oparłem się o ścianę, zakładając ręce na piersi. Najchętniej już teraz wróciłbym do domu.
- O której masz samolot, Madd? - usłyszałem. Słuch automatycznie mi się wyostrzył, choć starałem się stać niewzruszenie i patrzeć, jak różowowłosy świr zajmuje miejsce za perkusją, a Mike Dirnt wchodzi na scenę jako dodatkowy basista.
- Za trzy godziny, Cody. Pytałeś już z 10 razy! - jej głos był tak radosny, że sam miałem ochotę się uśmiechnąć.
- Tak, wiem. Ale nie mogę przywyknąć do tej myśli, że wyjeżdżasz! - przytulił ją. A ona się nie odsunęła.
- Koniec trasy, koniec zabawy. Ale, hej, możemy się przecież jeszcze zobaczyć!
- Maddie, a ja też mogę przylecieć do tych twoich... czekaj, nauczyłem się! Do Katowice? - zapytał gitarzysta z Set It Off. Maddie natychmiast uciszyła go i rozejrzała się. Dostrzegła mój wzrok.
   I nie posłała mi już kpiącego uśmiechu.
   1:1, Maddie Miko.
--------------------------------------------------------------------------------------
       Maddie's P.O.V.
         Okej, dobra, przyznaję bez bicia. Uciekłam. ZNOWU. Bardzo łatwo było mi być odważną w środku zatłoczonego klubu, otoczona muzykami. Co innego, gdy miałam sama wsiąść w samolot i lecieć do siebie, zwłaszcza, że Zach wygadał się przy Oliverze co do mojego miejsca zamieszkania. Taki mój los.
       Zanim jednak uciekłam, postanowiłam wcielić mój plan w życie. No wiecie, priorytety. Poczekałam, aż cały tłum gratulujących puści Tylera wolno. Wydawał się bardzo zmęczony i to niekoniecznie przez śpiewanie do 7 rano.
- Jakie to uczucie, panie Joseph? - zapytałam. Odwrócił się w ledwo hamowaną niechęcią na twarzy. Jednak gdy mnie zobaczył, tamten wyraz zastąpiła ulga.
- Maddie, to ty! Przez chwilę myślałem, że ktoś znowu będzie mi gratulować. Nawet nie wiem już, co im odpowiadać...
- Nigdy nie mów: "wiem". Dostaniesz etykietkę snoba i zadzierającego nos pedała.
- Mówisz z autopsji? - zawołał Josh z drugiej strony ich vana.
- Nie, ja dobrze wyglądam w krótkich spódniczkach.
- Tyler też.
- W takim razie może zadzierać nosa.
     Przez chwilę po prostu staliśmy. Tyler patrzył w ziemię, ja gapiłam się na Tylera, a we mnie wzrok wlepiał Josh. Oderwałam spojrzenie od wokalisty i posłałam pytającą wersję perkusiście. Zmrużył oczy, kręcąc głową, jakby chciał mi powiedzieć: "Ani się waż". Wyszczerzyłam się w niewinnym uśmiechu.
- A więc.. - urwałam, przypominając sobie słowa Tomka, żeby nie zaczynać zdania od "a więc". Ale co tam, po  angielsku brzmi to lepiej. - A więc gdzie teraz?
- Co masz na myśli? - Tyler zerknął na mnie przelotnie.
- Co teraz robicie. Trasa, dom, trip życia?
- Na chwilę do Ohio, zaczerpnąć powietrza... a potem w trasę.
- Międzynarodową. - dodał Josh.
- Wow. Jacy staliście się sławni!
- Gdybym wiedział, że do czerwonych skarpetek powinienem zakładać legginsy, a nie spodnie, to już dawno byśmy tu doszli.
     Parsknęłam śmiechem, widząc jego powagę. 
- Jak cię odnajdę, Maddie Miko? - padło w końcu pytanie, do którego zgrabnie dążyłam. Ukryłam pełen satysfakcji uśmiech i wyciągnęłam marker.
- Napiszę ci na nadgarstku, żeby nie było podejrzeń. Ty przecież często mażesz się pisakami, co? - szybko nabazgrałam mu mój numer, a wierzch dłoni pomazałam i roztarłam tusz, tak jak robili to chłopcy. Tyler zmrużył oczy.
- Niezła z ciebie agentka.
- A przy tym jaka skromna. Słyszymy się wkrótce. - przytuliłam go, pomachałam Joshowi i odeszłam najbardziej wyluzowanym krokiem, na jaki było mnie stać. Odliczałam w myślach... 3... 2... 1...
-  Maddie!- zatrzymałam się i odwróciłam. Włosy zafalowały na wietrze. Uniosłam brew pytająco, chodź wiedziałam, o co chodzi. Joseph podbiegł do mnie i pocałował w policzek. - Dzięki. Za wszystko.
    Posłałam mu uśmiech i opuściłam go. Wiedziałam, że za mną patrzy. Zawsze to robili. Szłam sobie pewnym krokiem, czując, jak podekscytowanie wypełnia mnie coraz bardziej, gdy na coś wpadłam.
- Kurde... - wymamrotałam, bo to zniszczyło moje efektywne wyjście.
- Kiedyś inaczej na mnie reagowałaś.
      Zamarłam, gdy spojrzałam mu w twarz. Mężczyźnie, któremu kiedyś powierzyłam własne życie. Za którym wskoczyłabym w ogień. Dopóki sam nie próbował mnie w niego wepchnąć...
- Słyszałem, że masz trzy godziny. Chodźmy na drinka.
- W zasadzie już tylko 2,5, no i muszę jeszcze wrócić do hotelu po rzeczy...
- Zdążysz.
- I pożegnać się...
- O, zdecydowanie zdążysz. - pociągnął mnie za ramię.
- Oliver, ale ja nie chcę z tobą iść!
     Przyciągnął mnie do siebie.
- Zawsze musisz mieć widownię, hm? Nie możesz choć raz zwyczajnie czegoś zrobić, Maddie?
      Poczułam się na tyle urażona jego słowami (hej, kto tu robił publiczne przemówienia o swoim uzależnieniu?!), że po prostu za nim poszłam. Rozglądałam się po drodze, szukając kogoś, kto mi pomoże, ale jak złość wszyscy gdzieś zniknęli. Albo ich do tego zmuszono.
    Oliver nadal miał ten irytujący zwyczaj trzymania dłoni na moim biodrze i prowadzenia mnie, więc co chwila musiałam przyśpieszać, żeby tego uniknąć. Perswazje słowne na niego nie działały. Na szczęście tuż po wyjściu z parku znaleźliśmy przyjemną knajpkę. Oliver bez słowa zaprowadził mnie do stolika i zamówił butelkę whisky i colę.
- Poważnie? Whisky w samo południe?
- Maddie jest niezadowolona. Co robić? Może zaproponuję jej coś, co ją ucieszy. - zmarszczyłam brwi, czując niewielkie deja vu. Gdzieś już słyszałam ten tekst. Oliver zmienił zamówienie na sok pomarańczowy i wódkę. Przewróciłam oczami.
- Po co mnie tu ściągnąłeś?
- Żeby porozmawiać.
- Więc rozmawiajmy.
- Najpierw przyjemności. - kompletnie zignorował kelnerkę i upił łyk drinka, którego przyniosła. W swoim wyczułam tylko sok pomarańczowy.
- Dzięki, tato - uśmiechnęłam się, obiecując sobie, że będę dzisiaj ironiczna i cyniczna aż do bólu. Zbierał się w sobie, żeby coś powiedzieć, więc go uprzedziłam. - Dlaczego mnie ścigasz?
- No pewno nie po to, żeby nagrać z tobą album.
- Ah, tak, jeden ci się udało samemu. Chociaż, czekaj... Nie, gdyby nie chłopcy - no i Jordan - miałbyś raczej marne szanse, co?
- Dla własnego dobra mogłabyś czasem milczeć. - knykcie nieco mu zbielały, gdy zacisnął palce na blacie.
- No przecież mnie tu nie zabijesz - zaśmiałam się. - Rozmawiamy jak przyjaciele. Przecież nimi jesteśmy, tak?
    Zmarszczył brwi i sięgnął po moją szklankę, pociągając z niej łyk.
- Czuję się dziwnie, wiedząc, że upiłaś się sokiem pomarańczowym.
- Skończmy gierki. Wiem, że masz wtyczkę wśród moich znajomych. Domyśliłam się tego, tylko ty powodujesz paranoję i choroby psychiczne.
    Wydawał się naprawdę zaskoczony, zwłaszcza takim obrotem spraw. Nie musiał wiedzieć, że kłamię i gram na czas. Nachyliłam się do niego.
- Więc czego ty ode mnie jeszcze chcesz? Chciałeś mnie znaleźć - brawo, udało ci się. Co teraz?
    Siedział i patrzył w stolik. Upiłam nerwowy łyk i ukradkiem wytarłam spocone dłonie o uda.  Byłam przerażona tą konfrontacją, choć jak na razie wszystko wskazywało na to, że wygrywam. Ale z Oliverem nigdy nic nie było czarno-białe. Zbierał się w sobie, walczył z myślami. Wyjrzał przez okno za mną i zaklął.
- Ty naprawdę im płacisz, co?
     Odwróciłam się, szukając powodu zdenerwowania Sykesa. W naszą stronę zmierzał Cody z Maxxem, a za nimi... Trevor.
- Maddie, wbrew pozorom nie chcę cię skrzywdzić - zaczął, ale przerwałam mu śmiechem. 
- Nasyłasz na mnie jakichś gogusiów w kapturach, podstawiasz chłopaka, śledzisz mnie, porywasz z konferencji, rozwalasz sobie zespół jakąś obłąkańczą manią... - drgnął gwałtownie.- ... i ty chcesz mi powiedzieć, że nie chcesz mnie skrzywdzić? Lada chwila otworzę lodówkę i ty tam będziesz!
- Skąd to wiesz?
- Nie doceniasz mnie. - odparłam i odchyliłam się na krześle. W tym momencie chłopcy weszli do knajpki.
- Witaj, Oliverze. Pozwolisz, że zabierzemy już Maddie?
- Nie przypominam sobie, żebyśmy byli po imieniu. - na twarzy Anglika pojawiła się ledwie skrywana pogarda. Uniosłam brew.
- Jak zawsze uroczy - skomentował Cody i podał mi rękę. Przyjęłam ją i podniosłam się. Oliver za mną, chwytając mnie za ramię.
- Nawet się nie waż.
- Hej, zostaw mnie! - szarpnęłam się. Zmierzył mnie spojrzeniem i powoli puścił z leniwym uśmiechem.
- Okej. Pozdrów ode mnie babcię. Do zobaczenia. - jednym haustem dopił drinka, rzucił banknot na stół i wyszedł, rzucając nam tajemniczy uśmiech. Dopiero gdy wyszedł, Cody dotknął mojego podbródka, zamykając mi buzię.
- Jest dziwniejszy niż myślałem.
- Wręcz przeciwnie. - odparłam cicho, obserwując przez witrynę oddalającą się sylwetkę. - Jedźmy już do domu.
      Wyszliśmy na ulicę i powoli zmierzaliśmy w stronę naszego vana. 
- Maddie, nie możesz uciec. - odezwał się Trevor, zatrzymując się. Zerknęłam na niego przelotnie.
- Słucham?
- Musisz wrócić do Olivera. On cię potrzebuje!
- Chyba znowu się przesłyszałam. Czy ty właśnie bronisz Sykesa?
- Tak. - odparł, po krótkim wahaniu. - Nie widzisz, że on jest zdesperowany?
- Najpierw się go boisz, potem go bronisz. Czy ty masz rozdwojenie jaźni? - Maxx przewrócił oczami. W tym momencie podeszli do nas uśmiechnięci bracia Fuentes wraz z zespołem.
- Myślę, że dla własnego bezpieczeństwa powinieneś się trzymać z dala od Maddie, Trevor. - Cody z namysłem patrzył na kolegę. - Nie to, że ona jest groźna. Nie. Ja osobiście cię znajdę, jeżeli coś jej się stanie.
- Cody, ale robisz melodramat. - Wentworth rozłożył ręce. - Wiesz co? Jeżeli coś jej się stanie, to nie ja będę za to odpowiedzialny. Ostrzegałem was.
- Mówiłem. Zdecydowanie rozdwojenie jaźni. - skomentował Maxx. Trevor spojrzał na mnie błagalnie.
- Maddie. Proszę. Rób to, co mówię. - przez chwilę starałam się z niego wyczytać, o co tak naprawdę chodzi. Tym razem moja intuicja zawiodła. Pokręciłam głową. Błagalny wyraz na jego twarzy zmienił się w rozwścieczoną maskę. - Świetnie. Życzę ci powodzenia w przeżyciu następnych 24 godzin.
     Odszedł szybkim krokiem. Mike gwizdnął.
- To chyba było zerwanie.
- Maddie, nie możesz lecieć tym lotem. - Cody położył mi dłonie na barkach, patrząc mi głęboko w oczy.
- Czy tylko my nie mamy obłąkańczej manii ratowania Maddie? - Mike skrzywił się, patrząc na brata. - Powiedz mi, Vic, czy my robimy coś źle, że się w niej nie zakochujemy?
        Spojrzenie Victora zawierało całą odpowiedź. Zacisnęłam powieki. W co ja się znowu pakuję...?
--------------------------------------------------------------------------------------------
      Cicho weszłam do mieszkania, starając się nie zabić o wszystkie swoje tobołki. Zanim zamknęłam drzwi, rozejrzałam się jeszcze podejrzliwie po korytarzu. A potem upuściłam sobie gitarę na stopę. Zaklęłam cicho, uświadamiając sobie, że nie śpię od jakichś 72 godzin. Wszystko przez to, że panicznie boję się latać i zamiast nafaszerować się lekami nasennymi, zapchałam się ogromną ilością kofeiny. Gdzieś na trasie Chicago - Warszawa zaczęło mną trząść tak bardzo, że bałam się, że wprowadzę samolot w turbulencje i każą mi wysiąść.
      Dasz radę - pomyślałam, zaciskając zęby i raz jeszcze podjęłam próbę przejścia przez korytarz. Rzuciłam wszystko w drzwiach do własnego pokoju, włącznie z kurtką i wysokimi butami. Rzuciłam okiem na zegarek na nadgarstku. Dochodziła północ. Gdzie jest Ania...?
      Dotarły do mnie dźwięki muzyki. Przez chwilę musiałam zebrać w sobie, żeby zlokalizować ich źródło. Pokój dzienny.
- Cześć. - opadłam na kanapę koło przyjaciółki. Czytała jakąś książkę, kompletnie mnie ignorując. Patrzyłam na nią podejrzliwie. - Nie oglądasz Sherlocka?
      Uniesiona brew wystarczyła mi za odpowiedź. Westchnęłam głośno raz czy drugi, wyciągając telefon.
- Zauważyłaś w ogóle, że nie było mnie przez 2 miesiące w domu?
- Nie przesadzaj, niecałe półtora. Doskonale to wiem, w końcu nikt mi nie marudził nad uchem, że się nudzi.
     Pozostało mi tylko urażone spojrzenie i skierowanie wzroku w ekran. Po przejrzeniu wszystkich nowych followersów i odpisaniu na zaległe wiadomości ("Żyjesz?"; "Uprowadzili ci samolot?"; "Tęsknisz już za mną?") zaczęłam przeglądać instagrama. Parsknęłam śmiechem, gdy zobaczyłam zdjęcie z backstage'u, na którym jestem otoczona muzykami, zawzięcie im coś tłumacząc. A potem znalazłam to z klubu, gdzie stoję naprzeciw Olivera, z ręką wspartą o biodro, a on z wyciągniętą dłonią proponuje mi powrót do gry. Za nim jest pełno tańczących ludzi, zupełnie ignorujących nas, a za mną stoją jak mur mniej więcej 3 zespoły. Udostępniłam je Ani. Cmoknęła z irytacją, odkładając książkę i wyciągając telefon. Przez chwilę patrzyła na zdjęcie, a ja wsłuchiwałam się w piosenkę, lecącą w tle. Nie podobała mi się, zbyt (albo za mało) psychodeliczna.
- Głupia jesteś? - zapytała mnie, ściskając telefon. - Miałaś nie iść na koncert Our Last Night.
- I nie poszłam. To z Reed's Festival, takiego...
- Wiem, co to jest. Umiem przeglądać internet.
- Ale nie interesujesz się takimi nowinkami...
- Zamilcz. Dlaczego ja cię widzę z Oliverem?
- Bo Adam Elmakias robi dobre zdjęcia z ukrycia...?
- Co tam się wydarzyło?
        Opowiedziałam jej wszystko. Hej, tylko na to czekałam, żeby w końcu móc się pozachwycać moim amerykańskim snem! Na zakończenie dodałam, ciężko wzdychając:
- Chyba się zakochałam.
- Ty się nie zakochujesz.
- Przecież spotykam się z mężczyznami!
- To wyzysk i hobby.
- No wiesz! - oburzyłam się. Przypomniał mi się seksowny uśmiech Tylera. - Ale słuchaj... 
- Będziesz mi znowu opowiadać o chłopaku, tak?
- Zamierzam wyrwać Tylera Josepha. To muzyk z....
- twenty one pilots. To też wiem.
- Skąd?
- Słucham ich od jakichś... no nie wiem, 3 lat?
- Dlaczego ja o tym nie wiem?
- Wiesz. Nazywasz to głupimi rapsami i każesz mi ściszyć. - zakręciła ręką w powietrzu. - A to słyszysz? To też twojego, hm, chłopaka. Życzę ci powodzenia.
        Przez chwilę siedziałam, wsłuchując się w piosenkę. Nadal mi się nie podobało. Zaczęłam się zastanawiać, w którym kierunku zmierzam. Trevor ma żonę. Tyler ma żonę. Oliver ma żonę. Andy wkrótce się żeni. Alex też.
       Tylko ja muszę być poważna i napisać maturę. Nie chcę być schematyczna. Zwykły zawód nie jest jednak dla mnie.
- Ja cię tylko proszę, Magda. Opanuj się. Nie podoba mi się to twoje spojrzenie.
       Roześmiałam się głośno, ignorując jej wzrok. Przecież ja już mam nowy plan na życie.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział XII.

      muzyka.

      Nie doczekałam końca imprezy. Wiedziałam, że nie mam szans wygrać, nawet mi na tym nie zależało. Zagrałam piosenkę Tomka i wcisnęłam im kit, że to kawałek z nadchodzącej płyty, a większość nie miała nic przeciwko takiemu obrotowi spraw. Myślę, że Tomek też nie miałby problemu z tym, że jego perełka uzyskała aprobatę muzycznego świata.
     Ale występ na scenie, poprzedzająca go trasa koncertowa i na koniec nagłe spotkanie Olivera twarzą w twarz zrobiło swoje i koło 2 w nocy nogi się pode mną ugięły.
- Cody, nie mam już siły. - poskarżyłam się chłopakowi, odrywając go od rozmowy z Maxxem. Zmierzył moje vansy krytycznym spojrzeniem.
- Przynajmniej nie przez wysokie buty.
- Proszę cię, nigdy nie założyłabym szpilek na coś, co ma w nazwie "Festival".
- Dobra dziewczynka. To co, zrywamy się? - zaproponował. Ochoczo się zgodziłam, potrząsając głową jak małe dziecko na obietnicę frytek.
- Zostanę, żeby poznać wyniki - odezwał się Maxx, dopijając drinka.
- Spotkamy się w hotelu.
      Podał mi rękę i razem zaczęliśmy się przeciskać do wyjścia. Nie było to łatwe, bo każdy, dosłownie każdy musiał wyrazić swoje zdziwienie naszą ucieczką i dorzucić kilka słów w ramach odbębnienia towarzyskiej rozmówki. Przy kolejnej osobie ("Maddie, już wychodzisz? Poważnie? Zabawa się dopiero zaczyna!") zerknęłam w górę, by zobaczyć, czy wisi nade mną świecący baner. Nie wisiał. A mimo to ludzie ciągle mnie zaczepiali.
- To by było na tyle z dyskretnej ucieczki. - sapnęłam do Cody'ego, gdy udało nam się w końcu wyjść na zewnątrz.
- Ciesz się, że w środku nie ma dziennikarzy, bo nie mielibyśmy życia.
- I tak nie będziemy mieli. Muzycy są większymi plotkarzami niż paparazzi. - odpowiedziałam, wyciągając Carsonowi kluczyki od samochodu z dłoni. - Piłeś, nie jedź!
- Wypiłem tylko kilka drinków...
- Zamówimy taksówkę.
- A kto odwiezie mój samochód?
- Wypożyczalnia, z której go wziąłeś. - stanęłam tuż przy krawężniku i wyciągnęłam kciuk. Niemal natychmiast zatrzymał się żółto-biały pojazd. Cody wzruszył ramionami i zagadał do kierowcy, a ten wskazał tylną kanapę.
     Nie jestem pewna, ile zajęła nam podróż, bo chyba mi się przysnęło. Tak samo jak lokajowi w hotelu, więc Cody przechylił się przez ladę i zuchwale porwał naszą elektroniczną kartę.
- Biedaczek, musi się z nami użerać. Mam nadzieję, że tu nie ma kamer. - pokręcił głową, ciągnąc mnie za sobą do windy, a potem dalej, do pokoju. Czułam się skrajnie wyczerpana, nie miałam nawet siły dowlec się do sypialni. Opadłam na kanapę w salonie, zrzucając pada do konsoli i chrupki. Cody stał pod drzwiami z nieodgadnionym wyrazem na twarzy. Gdy już udało mi się skupić na nim zmęczony wzrok, chyba podjął jakąś decyzję i ruszył powoli do sypialni.
    Powieki same mi opadały, resztką woli przytrzymywałam je otwarte. Kiedyś, gdy byłam z Anią w stolicy na koncercie, kilka godzin jeździłyśmy metrem, na zmianę zasypiając i budząc się. Chyba nigdy nie zasnęłyśmy równocześnie, ale za każdym razem jedna otrzymywała od drugiej reprymendę (- "Nie śpij, bo cię okradną"! - Nie śpię. Ty śpisz. - Nie. Ty śpisz!"). Właśnie tak się teraz czułam - podświadomość już spała, ale ciało jeszcze nie.
    Bardziej wyczułam niż zobaczyłam, że Cody siada koło mnie i zrzuca buty. To samo robi z moimi, a potem kładzie się na plecach, ciągnąc mnie za sobą. Oparłam się o jego pierś i w tym samym momencie zasnęłam, czując kocyk pod brodą i dłoń Cody'ego na moich włosach.
     Śniło mi się, że leżę na scenie, przytulona do Cody'ego Carsona. Śpimy. On trzyma rękę w moich włosach, a ja obejmuję go w pasie, ale wydaje się to w porządku. Zdecydowanie nie w porządku jest to, że wprost na nas świeci reflektor, a my sami jesteśmy pod baczną obserwacją setek par oczu. Gdzieś z daleka, ale bardzo wyraźnie dobiegają do mnie głosy.
- Wygląda słodko jak śpi.
- Uhm. Maddie też!
      Nastała ciężka cisza, wyczuwalna nawet w moim śnie. Poruszyłam się nieznacznie, czując się coraz bardziej skrępowana tą sytuacją.
- Jesteś idiotą, Jaime.
- A ty homofobem!
- A ty jesteś jak produkcje DC.
- Jaki...?
- Niedorobiony.
- Cii! - włączył się trzeci głos, gdy na sali rozległy się śmiechy i łomot. - Obudzicie ich.
      Teraz usłyszałam czwarty, rzeczowy i poważny ton.
- Czy oni są parą?
        Otworzyłam oczy. Tak, byliśmy obserwowani, ale nie przez setkę, a przez dziesiątkę par ślepi. Oślepiającym reflektorem okazała się lampka, skierowana prosto na nas, oraz zwykłe światło z żyrandola. Natomiast zdecydowanie leżałam przytulona do nie swojego chłopaka. Ja przecież nie mam chłopaka.
- Nie możecie sobie znaleźć innej piaskownicy? - wymamrotałam, odgarniając grzywkę i mocniej naciągając koc na głowę.
- W tej bawimy się wystarczająco dobrze.
- Czy ty możesz przestać za mną chodzić, Jaime? Lubię cię, ale bez przesady, to już się robi chore...
- Jeezu, co wy wszyscy do mnie macie?! - obruszył się i wstał, odchodząc w kąt. - Znajdę sobie nowych przyjaciół!
- I zespół, błagam. - dorzucił Tony.
- Maddie, wytłumacz nam, proszę, dlaczego my jeszcze nie wiemy o tak poważnych zmianach w twoim życiu? - Vic nachylił się ku nam z drugiej kanapy. Patrzyłam na niego jednym okiem, zastanawiając się nad ciętą odpowiedzią.
- Tak, oni są parą. - dotarł do mnie kolejny głos. Odwróciłam lekko głowę, patrząc w tamtą stronę. Czarne włosy. Biała koszula. Różowe włosy. Czarna koszulka.
- Uff. Nie jesteśmy jedyną homoseksualną parą tutaj. - właściciel białej koszuli uniósł rękę z czerwoną przepaską i przyłożył ją do serca. Drugą trzymał na kolanie kolegi. Powoli usiadłam, przeciągając się i ciesząc,  że nie muszę już odpowiadać Vicowi.
- No nie, ja i Jack te... - chwila ciszy. Wyprostowałam się i skierowałam pytające spojrzenie na Alexa Gaskartha. - Nie, Jack, jednak z tobą zrywam.
- Ja z tobą też, Tyler. Mam dość bycia wykorzystywanym! - różowowłosy strącił dłoń przyjaciela ze swojego kolana.
- Zakładam zespół The Outsiders. Ktoś chce w nim być? - odezwał się Jaime z kąta.
- Ja! - podniósł rękę Barakat. - I to JA z tobą zrywam, Alexandrze!
      Cody uniósł powiekę.
- Zamknijcie mordy, jest 4:30!
     Wszyscy, którzy znali Krystalicznego Carsona, spojrzeli na niego. Maxx aż się zachłysnął powietrzem.
- Kochanie! Ty znasz takie słowa?!
- Kurde, dajcie spać... - odwrócił się na bok, zabierając cały kocyk. Przez chwilę się z nim szarpałam, ale dałam za wygraną, zadowalając się moją własną sukienką, którą (na szczęście) nadal miałam na sobie.
- Otóż to, jest 4:30. Co wy tu robicie o tej godzinie? - zapytałam, przejmując pałeczkę w odpytywaniu.
- Nie, właściwe pytanie brzmi: Co WY tutaj robicie o tej godzinie. - Vic złączył palce i wlepił we mnie wzrok.
- "Zdania pytające kończy się znakami zapytania, nie kropką. Opcjonalnie zdań oznajmujących nie zaczyna się od pytającego wyrazu." - zacytował Jaime.
- Siedzisz w kącie? To siedź! - starszy Fuentes nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Mimowolnie zaczęłam się rozglądać za młodszym.
- Ja pizgam. - Cody odrzucił koc i usiadł gwałtownie. Jego blond włosy sterczały na wszystkie strony. Dyskretnie przeczesałam własne, brązowe kosmyki. - Czego chcecie i dlaczego nazywacie mnie lesbijką?
- After party! - wrzasnął Mike, otwierając drzwi na oścież. Za nim do środka wtoczyli się Trevor i Woody. Każdy z nich trzymał w ręku butelkę alkoholu. Fuentes zatrzymał się jako pierwszy, nieprzytomnie i nieprzyzwoicie radośnie rozglądając się po pomieszczeniu. Zauważył Jaimego. - A co ty tu robisz, bracisssszku? - zapytał go, dość chwiejnie ruszając w jego stronę.
     Tyler i jego kolega o różowych włosach wymienili niepewne spojrzenia. Reszta towarzystwa skupiła się na Preciado, szlochającym w rękaw Mike'a, a Cody, z całą godnością, na jaką go było stać, wymaszerował z pokoju do łazienki. Trevor zasnął na kanapie.
- Hej, nie jest tak źle. - odezwałam się do duetu. - Oni już tak mają.
- I on mi wtedy powiedział: "Marsz do... do... do kąąąąątaaaa!" - zawodził Jaime.
- Nie tak wyobrażałem sobie liderów obecnej muzyki. Raczej dużo brokatu i łzawych opowieści o trudnym dzieciństwie, nie to. - chłopak w czarnej koszuli wydawał się trochę... spostponowany.
- Łzawe opowieści już masz. - uśmiechnęłam się. - Jestem Maddie.
- Tyler - odpowiedział od razu mój rozmówca z baru na festiwalu. - I przepraszam za tamto dziwne gadanie przy barze. Wypiłem za mało energetyków.
- A ja jestem Josh i nie piję od 5 lat. - odparł perkusista.
- A co się stało 5 lat temu?
- Dołączyłem do Tylera i było wystarczająco dziwnie. - odsunął się od niego kawałek. Przez chwilę w zamyśleniu patrzyliśmy na odcinek "Trudnych spraw', rozgrywający się na naszych oczach, a potem zabrałam głos.
- Jak się tu znaleźliście?
- Hm, chyba Alex nas porwał. Mówił, że jesteśmy bardzo dobrzy i popieprzeni i będziemy tu idealnie pasować.
- Tylko nie jesteśmy pewni, którym przymiotnikiem. - dodał Josh. Zaśmiałam się.
- Kto wygrał Reed's?
- twenty one pilots. - Tyler nabawił się seksownego uśmiechu, od którego nie mogłam oderwać wzroku.
- O. A kto to?
- Hm. My - odparli obaj równocześnie. 
- O. - powtórzyłam, przywołując w myślach ich piosenkę. Ten elektryzujący występ, czystą pasję, płynne ruchy. - O.
- Cieszę się, że ci się podobało. Nazywa się "Fairly Local". Nawet udało ci się zapamiętać tekst.
      Zanuciliśmy go razem, a Josh wybijał rytm na kolanach. Ledwo co zatrzymaliśmy się w przyjaznej ciszy pełnej zrozumienia, gdy Mike podniósł głowę jak pies myśliwski, łapiący trop.
- Talent show! - wrzasnął.
- Nie umiesz nic oznajmić spokojnym tonem? - zapytał Vic.
- Niee! Śpiewamy, śpiewamy, śpiewamy!
- Ty akurat powinieneś cieszyć się najmniej, przecież nie umiesz. - wtrącił Alex. Duet z Ohio znowu wymienił niepewne spojrzenia. Alex podchwycił je i szybko wytłumaczył zasady. - Żadne przechwałki, to tylko improwizacja, panowie. Można się dobierać w pary, grupki, robić show, dać się ponieść. Dowolną piosenką. Dobra zabawa. Maddie, pokażemy im?
    Skinęłam głową, zapraszając też Vica. Jack wziął gitarę. Alex rozpoczął ich własną piosenkę, a ja, wraz z Victorem robiliśmy za chórki w "A Love Like War". W drugim refrenie zerwaliśmy się z siedzeń, skacząc i tańcząc po pokoju, zupełnie, jakbyśmy byli na koncercie. W solówce porwałam drugą gitarę i wraz z Jackiem, klęcząc naprzeciw siebie, zagraliśmy jak prawdziwi rockowcy. W tym czasie wrócił Carson, w o niebo lepszym humorze.
- Podbijam stawkę - wtrącił Jaime po skończonej piosence. - Fall Out Boy, The Phoenix. Maddie kontra Cody.
   Nie było czasu na zaakceptowanie - każde wyzwanie było od razu realizowane. Cody wziął na siebie pierwszą zwrotkę, ale ja porwałam refren, choć twardo próbował mi dotrzymać kroku. Zdecydowanie wygrałam jednak, wyciągając sylabę dwukrotnie dłużej niż oryginał. I nadal miałam powietrze w płucach.
- Rozumiecie zasady? - zapytał Vic chłopców zupełnie niepotrzebnie. Oczy im się świeciły na samą myśl, jak epicko jest wziąć w tym udział.
- Tyler kontra Vic, IAMX, The negative sex! - rzuciłam z satysfakcją.
    Zanim zdążyłam się nacieszyć, Tyler zmazał mi uśmiech z twarzy. Absolutnie wymiatał. Z miejsca zakochałam się w jego głosie, po raz kolejny. Nie mogłam się na niego napatrzyć, nasłuchać. Miałam ochotę go dotknąć, trzymać, nie puszczać. Oczarował mnie. Czułam pożądanie, wiedziałam, że ten facet musi być mój. Patrzyłam, jak z zamkniętymi oczami rusza się na boki, z dłońmi wciśniętymi pod uda. Wyczuwałam drgania muzyki, jego głosu w powietrza, tej energii. Pierwszy raz coś takiego czułam. Tę moc, poczucie wyższości, niezniszczalności i totalną ignorancję.
- Maddie. Ziemia do Maddie Miko. Halo.
    Zamrugałam gwałtownie, wracając do rzeczywistości. No, nie całkiem.
- Maddie dostałaś wyzwanie. - niepewnie powtórzył Tony.
    O tak. Wiem. Sama je sobie postawiłam. Właśnie na nie patrzę.
 - Z przyjemnością je przyjmę.
   I wygram.