poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Szczere gratulacje...

        Spokojnie, tylko spokojnie. Mieliście kiedyś takie uczucie, że świat się robi co raz mniejszy i mniejszy, aż nagle nie możecie oddychać, bo jego ogrom was przytłacza? Albo gdy w kółko powtarzane słowo traci sens? Pomnóżcie to przez 1000, a będziecie mieć pojęcie, o czym mówię - jak powiadał Joe Black.
- Maddie? Chciałbym,  żebyś kogoś poznała.
           Rewia uśmiechów, grzeczności, taksowania się wzajemnie wzrokiem, uprzejme potakiwania, historyjka z jednej i drugiej strony, ostatni uścisk dłoni i ta osobistość jest już zaliczona - można odhaczyć z listy vipów. Dlaczego, do cholery, stałam się celebrytką?
- Piękna sukienka! - kobieta, stojąca u boku jakiegoś mężczyzny, którego imię podsunął mi Oliver mniej niż dwie minuty temu, uśmiechnęła się szeroko, patrząc na moją krótką, złotą sukienkę. Oddałam uśmiech,  starając się wypatrzyć w niej coś ładnego. Gdyby to był test na spostrzegawczość, to okropnie trudny.
- Dzięki. Em... Twój naszyjnik jest... Uroczy!
          Chyba dobrze się spisałam, bo Oli lekko klepnął mnie w biodro - dzisiejszy nawyk, który cały wieczór starałam się z niego wyplenić - dając znak,  że czas się zwijać. Odeszliśmy.
- Muszę się napić. - oznajmiłam przyjacielowi. Zerknął na moje zdesperowane oblicze i roześmiał się.
- Ojj, mała. Gala APMA's ci nie służy, hm?
- Tak jakbyś zgadł.
- Porzucisz mnie dla Matta? - stanął przodem do mnie i nachylił się nade mną. Jego brązowe oczy lśniły, niebezpieczne roziskrzone. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, gdy oparł swoje dłonie na moich biodrach. Może i niedawno chodziłam z jego bratem, może i miał narzeczoną, ale o obojgu mówiliśmy coraz mniej, a uroda Olivera zwalała z nóg. Poza tym, musiałam mieć go jak najbliżej siebie, dla własnego bezpieczeństwa.
- A będziesz miał coś przeciwko?
- Pewnie, że będę miał. Tak piękna dziewczyna w innych ramionach?
        Przysunęłam się do niego. Dzięki wysokim szpilkom nie musiałam się starać, by dosięgnąć jego ucha.
- Zaraz zacznie się gala. - szepnęłam. Zmrużył oczy, gdy przygryzłam wargę. Jego palce mocniej zacisnęły się na mojej talii.
- Maddie? Sykes? Alee! - niedaleko nas rozległ się znajomy głos,  więc odsunęliśmy się od siebie.
- Vic! - uścisnęłam przyjaciela. Podniósł mnie i okręcił mnie kilka razy w powietrzu. Za nim stał Mike, który właśnie zwinął dwa kieliszki szampana z tacy przechodzącego obok kelnera i wręczył mi jeden z całusem. W tym momencie rozległ się wzmocniony mikrofonem głos i na scenie pojawiła się orkiestra. Odnalazła nas reszta naszych zespołów,  więc wraz z Mattem i Mikey'em śpiewaliśmy fragmenty wykonywanych piosenek, które były nominowane do jednej z nagród. Wśród nich było również nasze "Shadow Moses". Po kilku występach i przemówieniu Marka Hoppusa, nagrodzie wokalisty Panic! At the Disco, podczas których zaczęliśmy się poważnie nudzić, na scenę wyszło troje muzyków. Pokazano krótką prezentację z nominowanymi zespołami...
- W 2014 Najlepszy zespół to... Pierce the Veil!
       Mike właśnie opowiadał mi dowcip o martwej prostytutce, gdy Jaime szarpnął go za ramię.
- Człowieniu! Wygraliśmy!
         Tony miał niepewną minę.
- Chodzi o nas?
- No i ten prawiczek wchodzi znowu do ciemnego pokoju...
- Wygraliśmy, Mike!
         Chłopcy ruszyli po statuetkę, a perkusista za nimi z ociąganiem. Oklaskiwałam ich z tysiącami fanów i dziesiątkami innych gwiazd.
         Odwróciłam się do Olivera, by zauważyć, że Vic nie dosięga do mikrofonu podczas przemowy, ale za mną stał tylko młody muzyk z półdługimi włosami i przyjaznym uśmiechem na twarzy. Zacisnęłam usta w fałszywym uśmiechu i zaczęłam się rozglądać za przyjacielem. Zbliżała się nasza kategoria...
- Jaime! Widziałeś Oliego?  - zauważyłam w tłumie basistę zwycięskiego zespołu.
- Nie, został z tobą. Zgubiłaś go?
- Nie, no co ty. Jaime, chyba znowu wygrałeś!
- Co wygrałem?
- APMA's basistę!
          Nie byłam w stanie uwierzyć,  jak bardzo popaprana była organizacja tej gali. Muzycy rozchodzili się na wszystkie strony, prezenterzy zapominali kopert z wynikami i statuetek. Nikt nigdy nie wiedział, czy wyjść na scenę,  czy też nie. Ciągle nie mogłam znaleźć nikogo z Bring Me the Horizon. Wściekła przemierzałam tłumy, gdy na wielkim ekranie wyświetlili się kolejni noninowani. Dobrze, że wcześniej ustaliliśmy, kto odbierze ewentualną nagrodę.
            Pierce the Veil kolejny raz było na scenie. Oznajmili zwycięzcę i ogłuszył mnie wrzask. Chwilę później chłopcy klęczeli, a zmierzał ku nim Oliver.
- Wygraliśmy! - szepnęłam. - Wygraliśmy!
- Gratuluję. - przede mną wyrósł przystojny brunet w czarnej koszuli. Widziałam go już dzisiaj na scenie,  wraz z zespołem chyba wygrał jakąś nagrodę.
- Dzięki. Jestem Maddie.
- Wiem. Jestem Andy.
- Tobie też należą się gratulacje, hm?
     Wzruszył skromnie ramionami.
- Chyba trochę tak.
      Uśmiechnęłam się do niego i chwilę później wisiałam w powietrzu.
- To nasza robota, to twoja robota, Maddie, ale jesteśmy zajebiści! - byłam w objęciach Olivera. - Kocham cię, Maddie, serio cię kocham!
        Roześmiałam się radośnie.
- To twoja nagroda!
        Odstawił mnie na ziemię, wcisnął statuetkę w dłonie i nachylił się nade mną. Chwilę później znów czułam na sobie jego usta. Patrzyłam na niego, szybko kalkulując ryzyko. Oddałam pocałunek.
- Należy się nam. - przyznałam cicho.
- Należy. Maddie, obiecasz, że zostaniesz przy mnie?
- O czym mówisz?
- Obiecaj, że nie będziesz wściekła.
- Nie będę. O co chodzi? - zignorował mnie. Zamiast tego spojrzał za mnie.
- Andy Velasquez, tak? - chłopak przytaknął. Pogrążyliśmy się w rozmowie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu,  że wszyscy chcą mnie znać. Owszem,  może to narcystyczne myślenie, ale czyż nie było prawdą,  że Oliver ciągle mnie komuś przedstawiał, a ten ktoś za każdym reagował: "Maddie Miko! Wiele o tobie słyszałem!".
         Mijała minuta za minutą,  a gala zbliżała się ku końcu. Chłopak z półdługimi włosami okazał się wokalistą Sleeping with Sirens, Andy przedstawił się jako muzyk dla Crown the Empire. Na scenie zawitali Joan Jett, Slash, the Misfist. Black Veil Brides dostało najbardziej oddanych fanów (pewnie dlatego,  że wielu słuchaczy odwróciło się od My Chemical Romance po ich rozstaniu) i oddało im w tłum statuetkę, potem ich lalusiowaty wokalista wystąpił z the Misfits, zapewniając wszystkich, że to jego największe marzenie i dzięki Alternative Press zdołał je spełnić. Nadchodziła trzecia z czterech nominacji dla BMTH. Byliśmy niemal pewni,  że nasze Sempiternal zwycięży - głosowało na mnie 3/4 Zawadzkiego.
     Do mikrofonu podszedł zespół,  o którym usłyszałam pierwszy raz w życiu i grzecznie się przywitał. Mieli na sobie identyczne koszulki.
- Podoba mi się nasz spot. - oznajmił Oliver. Rywalizacja w tej kategorii była ogromna, chyba największa. Oli nagle wydał się strasznie zamyślony.
- A zwycięzcą jest... "Sempiternal", Bring Me the Horizon!
        Ryk był ogłuszający! Wygraliśmy najważniejszą kategorię! Orkiestra zagrała symfoniczną wersję naszego singla, a Oli chwiejnym krokiem wszedł na podium, siląc się na uśmiech przed kamerami. Odebrał nagrodę i nagle wydał się bardzo zdenerwowany. Stałam w otoczeniu mojego zespołu i czekałam na przemowę przyjaciela.
- Wiecie, chciałbym wam powiedzieć coś,  czego nie powiedziałem nikomu. Zanim napisaliśmy "Sempiternal", naszym życiem trochę wstrząsnęło. Nowi ludzie, stare rany...a ja byłem do cholery uzależniony.
       Roześmiałam się niepewnie, ale chłopcy byli poważni, patrzyli na swoje buty.
- To świństwo nazywa się ketamina i brałem to miesiącami. Wszyscy mieli mnie dość... Mój zespół chciał mnie zabić,  moi rodzice chcieli mnie zabić,  mój cholerny brat chciał mnie zabić, każdy chciał mnie zabić,  a ja myślałem tylko,  że moja najlepsza przyjaciółka mogła przeze mnie zginąć. Nie macie pojęcia,  jak bardzo mi pomogliście, wasze listy, wasze maile, wasze wiadomości. Zostaliście ze mną, pomogliście mi. "Sempiternal" powstało dzięki wam. I nie macie pojęcia, jak bardzo popieprzony jest ten album.
        Stałam z otwartymi ustami. Byłam załamana. Blady Oliver u mnie w szpitalu.  Jego zapaść po bankiecie, biały proszek. Jego halucynacje. Jego zmienne nastroje. Jego totalne rozkojarzenie. Jego zachowanie. Śmierć Toma, słowa zespołu. Spojrzałam na nich.
- Czy to kuźwa żart?  Mamy lipiec, nie kwiecień. Czy to, cholera jasna, żart?!
      Stali zmieszani. Jeden patrzył na drugiego, oczekując, że ktoś inny weźmie głos. Wszystkie spojrzenia się na nas skierowały, dostaliśmy własny snop światła, pozbawiając go Joan Jett.
- Maddie, obiecałaś. - głos Olivera wwiercił mi się w czaszkę.
- Ty! Okłamałeś mnie!
- Nie powiedziałem o tym, a to nie to samo.
- Dlaczego, panowie, dlaczego?
- Maddie...
        Wbrew mojej woli poleciały mi po policzkach łzy. Czym sobie zasłużyłam na brak tej prawdy?
- Ja... Nie rozumiem.
- Obiecałaś,  że się nie wściekniesz.
        Miałam ochotę go strzelić. Gdyby nie fakt, jak bardzo się go bałam, zrobiłabym to. Zamiast tego odwróciłam się i zaczęłam przedzierać się przez tłum. Ludzie ustępowali mi, widząc moje łzy.
- Maddie! Maddie, proszę! - słyszałam za sobą głos Olivera, wznoszący się ponad hałas. Nie zatrzymałam się,  dopóki nie znalazłam się na parkingu dla muzyków. Tutaj panowała cisza i spokój. Przecięłam teren, wymijając autokary i samochody. Dotarłam do jakiegoś parku i usiadłam na ławce, trzęsąc się z zimna i od płaczu. Objęłam się ramionami, słuchając, jak Fall Out Boy odbierają ostatnią nagrodę.
- Mogę się dosiąść? - usłyszałam cichy głos. To właśnie teraz mój świat zaczął się zmniejszać i zmniejszać, dusić mnie. Dlaczego wszystkie nieszczęścia spadają na mnie w jednej chwili,  dlaczego nie partiami?
- A musisz?
- Chcę. Mogę też postać, ale wtedy jestem jeszcze wyższy niż normalnie, więc jak chcesz. - milczałam ponuro, siąkając nosem. Tam, w dole i tłumie, było o wiele cieplej. - Mogę ci też pożyczyć bluzę.
- Bo skoro ty masz stać, to ja mam marznąć?
- Racja. - chłopak zarzucił mi bluzę na ramiona i usiadł obok mnie. - Cały wieczór gdzieś mi umykałaś, za każdym razem.
- Nie specjalnie.
- A zatrzymałabyś się, gdybym cię zawołał?
- Pewnie nie. - wzruszyłam ramionami i szczelniej otuliłam się bluzą o cudnym zapachu, za którym potajemnie tęskniłam.
- Słyszałem wyznanie Olivera.
- Każdy słyszał.
- Całowałaś się z nim.
- Ash... To był przyjacielski gest.
- Często całujesz się z przyjaciółmi?
- Przyszedłeś mi tu czynić wyrzuty?
         Zamilkł i wpatrywał się w swoje tenisówki. Wyglądał tak strasznie młodo i rozbrajająco... Ashton Irwin, mój prywatny koszmar senny, siedzi właśnie koło mnie, w Cleveland w Ohio. Miał właśnie coś powiedzieć,  gdy zadzwonił mój telefon. Chłopak ze zdziwieniem wpatrywał się w mój biust, gdy zza dekoltu wyciągnęłam smartfona.
- Kobieta musi sobie radzić, a małe cycki to ułatwiają - wyjaśniłam i zerknęłam na wyświetlacz. - To Matt. Taak?
- Robimy afterek, taki trochę pozerski, coś jak skautowe ognisko.
- Co? - siąknęłam nosem, a Ashton podał mi chusteczkę. Skinęłam głową z wdzięcznością.
- No wiesz, ploteczki i śpiewanki, takie popisywanie się. Proszę cię,  dołącz, boję się chodzić sam po Cleveland, szukając cię.
- Matt...
- Zapomnij o Oliverze, pogadamy o tym później. Pobawmy się,  póki możemy.
- Ja.. Gdzie?
- Pół godziny na zgromadzenie zapasów i spotykamy się na scenie, przydadzą nam się instrumenty. Widzimy się?
- Pewnie...
- Dzięki,  Madd. Wygrałem dyszkę!
        Uśmiechnęłam się przez łzy i rozłączyłam.
- Zapraszają nas na afterparty. No, mnie. Ale możesz być moją osobą towarzyszącą.
- Jesteś pewna? Nie wiem,  czy będę tam mile widziany.
- Potrzebuję kogoś,  kto odciągnie ode mnie uwagę.
          Skrzywił się teatralnie, ale nic nie powiedział. Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą.
-Zastanawiałem się,  jak sobie radzisz po tym wszystkim... Ale chyba całkiem nieźle, hm?
- Nie narzekam.
           Dalej szliśmy w ciszy. Wstąpiliśmy do autobusu mojego zespołu,  gdzie przebrałam elegancką sukienkę na zwykłe legginsy i koszulkę "Chemicznych". Zostałam w bluzie Irwina.
         Wkrótce potem dotarliśmy pod scenę i, o dziwo, wcale nie byliśmy pierwsi. Sporo sławnych ludzi już się tu kręciło, śmiejąc i żartując ze sobą. Jak hieny, wokół nich krążyli paparazzi. Weszłam na scenę i po chwili zostałam otoczona znajomymi muzykami.
- Miko! Skoro już znasz prawie wszystkich, których możesz znać... Spełnię twoje największe marzenie! - Vic zamyślił się na chwilę. - "Dzięki AP marzenia stają się rzeczywistością!" - sparodiował jedno przemówienie. - Maddie, poznaj..
- Blink-182, do usług.
       Odwróciłam się powoli, bardzo powoli. Czyżby ten dzień miał mieć pozytywne zakończenie...?
- Żartowałem, co on tutaj robi?

sobota, 28 marca 2015

"Chcesz wiedzieć?"

     Telefon Olivera zawibrował i po chwili rozległ się dźwięk dzwonka. Niemalże wypuściłam urządzenie z rąk, ale jakimś nadludzkim wysiłkiem i niewidzialną ręką udało mi się je przytrzymać. Zacisnęłam je w dłoniach, a spomiędzy palców wydobywała się melodia Metalliki. Rozejrzałam się szybko dookoła. Na końcu ulicy stał mały chłopczyk z lodem w ręce, gapiąc się na mnie jak na wariatkę. Uświadomiłam sobie, że stoję zgarbiona, ściskając w rękach smartfona jak Gollum pierścień. Wyprostowałam się i posłałam dziecku promienny uśmiech,  który szybko zniknął,  gdy tylko zerknęłam na ekran. Widniało na nim imię Jony.
      Drżącym palcem zaakceptowałam  połączenie i przyłożyłam telefon do ucha, milcząc.
- Sykes, no gdzie ty jesteś, nie umiesz odpisać na smsa? - drgnęłam, jakby głos Australijczyka był uderzeniem w policzek. - Stary, nie będę tu sterczał wieki, już zapomniałem, jak pizga w Anglii. Mam to, o co prosiłeś...
- Oliver cię o coś prosił? - odezwałan się mimo woli. Chwilę potem przeklęłam się w myślach. Jona milczał tylko chwilę, jednak prędko odzyskał rezon.
- Cześć Maddie! Taak, o kilka słoików Vegemite, bo jestem na jakiś czas w Sheffield. Na sesję zdjęciową.
- W Sheffield. - powtórzyłam. Sesja zdjęciowa w takiej architektonicznej dziurze jak Sheffield, serio?
- Jest gdzieś koło ciebie Sykes?
- Nie...
- Maddie, musisz odejść z tego zespołu. Wracaj do domu, nie jesteś tu bezpieczna. - szybko zmienił żartobliwą, lekką gadkę na twardy i zdecydowany ton.
- Jona, po której stronie ty w końcu stoisz? - irytowała mnie już ta jego gra. Chwilę milczał.
- Po tej słusznej. Wyjątkowo nie po zwycięskiej.
       Rozłączył się. Mimo iż słyszałam sygnał oznajmiający koniec rozmowy, spojrzałam z niedowierzaniem na wyświetlacz. Coś się tutaj dzieje, ale nie wiem jeszcze co. Ale dowiem się, muszę się dowiedzieć. Przygryzłam wargę i usunęłam ostatnie połączenie. A potem przywdziałam na twarz zimną maskę. determinacji i ruszyłam do marketu. Przekroczyłam drzwi i od razu zauważyłam Olivera.
- Dziewczyno, czy ty przechodziłaś kurs sznurowania butów online? - zapytał zirytowany, sięgając po drugą butelkę pepsi coli.
- Uhm. Nawet go zdążyłam ukończyć, a certyfikat "Dzielnego przedszkolaka" wraz z naklejką przyjdzie pocztą. - usatysfakcjonowana zaskoczonym spojrzeniem wokalisty, rozejrzałam się wokół. - Matt, weźmiesz mi Witta?
  Chłopak, który właśnie przeżuwał bułkę z otwartymi ustami i opierał się o wózek, metodycznie zapełniany produktami przez Lee, uniósł kciuk i pociągnął sprzęt, człapiąc na drugą stronę sklepu. Lee w tym samym momencie odwrócił się i upuścił pudełko pizzy, w jego mniemaniu, do wózka. Zaklął głośno, gdy pudełko upadło na ziemię.
        Zerknęłam na Olivera, który teraz wybierał chrupki z uwagą, którą poświęciłby turniejowi szachowemu.
- Dzięki za ratunek. - mruknęłam.
- Nie ma sprawy, musimy sobie pomagać.
- Chyba to zgubiłeś, gdy, no wiesz, przyodziałeś pelerynę superbohatera. - podałam mu telefon. Obejrzał go dokładnie, szukając usterek.
- Może po trasie wyskoczymy razem do kina lub na shake'a?
        Zgodziłam się, no bo co innego mogłam powiedzieć? "Sorry, Oliver, ale myślę, że wraz z Weinhofenem zabiłeś swojego brata, więc raczej nie będziemy umawiać się na wyjścia. Równie źle czuję się z tobą na jednej trasie koncertowej, zabijesz mnie w jej trakcie czy po zakończeniu"? To raczej słaby motyw na zacieśnienie więzi przyjaźni.
          Wyszliśmy ze sklepu, akurat w angielski deszcz,  jeszcze bardziej mokry i zimny niż w innych krajach. Powtarzając sobie, jak bardzo nienawidzę Wielkiej Brytanii, naciągnęłam kaptur na głowę.
- Pizza mi zmoknie! - zaczął lamentować Matt i wyrwał z naszych rąk wszystkie siatki z przyszłym obiadem, ruszając szybko naprzód.
- Żebyś ty z takim zaangażowaniem spełniał też moje polecenia, a nie tylko swojego żołądka..! - krzyknął za nim Olivier. Chłopak przystanął, ociekając strumieniami wody.
- Spełniam też potrzeby innej części mojego ciała. Chcesz wiedzieć jakiej?
-----------------------------------------------
         Bałam się,  bałam się cholernie. Ten hałas,  ten szum przypominał mi szepty gapiów, światła oślepiały jak australijskie słońce... I nie było koło mnie nikogo, nie widziałam żadnego pokrzepiającego uśmiechu, nie czułam pełnego otuchy uścisku dłoni. Nie było nic.
- Horizon,  3... 2... 1... Go!
           Pierwszy raz na scenie od wypadku Toma. Pierwszy raz na scenie, bez krztyny zaufania do tych, z którymi ją dzielę. Pierwszy raz na scenie bez chłopaka o lazurowych oczach na backstage'u... Ale, o dziwo, nie tęskniłam już za Tomem. Dopiero podczas koncertu uświadomiłam sobie, że ten ból, to uczucie straty nie były spowodowane śmiercią chłopaka, tylko tym, że mnie zostawił. Byłam przerażona samą sobą, tym, że zginął przeze mnie niewinny chłopak, mój chłopak, a ja myślałam tylko, że to pierwszy mężczyzna, który mnie porzucił od bardzo dawna. Bo zwykle to ja kontrolowałam moje związki.
             Czy to więc znaczyło, że go nie kochałam? Czy to było czyste pożądanie? A może sposób, by być bliżej Olivera? W takim razie o co chodziło z Ashtonem? Chwila sprawdzenia, jak daleko mogę się posunąć?
- Chcesz ciasteczko, Madeline? - zapytała Carol, dolewając mi czerwone wino do wysokiego kieliszka. Zamrugałam oczami, wracając duchem do domu państwa Sykes, gdzie byłam wraz z Oliverem.
- Nie, dziękuję. Nie, kanapki też nie zjem -uprzedziłam następne pytanie.
- Czy jesteś anorektyczką? - zapytał Ian. Przewróciłam oczami.
- Nie, nie jestem.
- A modelką?
- Też nie.
- Wszystkie dziewczyny Olivera to anorektyczki. I modelki.
- Nie jestem dziewczyną Olivera, dopiero co byłam dziewczyną Toma - zauważyłam ze złością. Oli uśmiechnął się, upijając łyk piwa.
- Skończ ją prowokować, tato. Jak chcesz czegoś ostrego, to w kuchni masz noże.
- Nie podskakuj, Oli.
- Cały czas siedzę.
- Wezmę ciasteczko - oznajmiłam. Ta rodzina naprawdę była chora. A ich syn cholernie inspirujący... I niebezpieczny. Po zakończeniu trasy byliśmy kilka razy na mieście i z niepokojem przyznaję, że Oliver skutecznie ukrywa dwa oblicza. Odszukałam jego wzrok i posłałam mu uśmiech.
      Jak to było? Przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej?

piątek, 13 marca 2015

"Grasz czy nie?"

 klik!
        W ponurej ciszy, w otoczeniu szarości angielskiej aury, czerni żałobników i przejmującego, ciężkiego smutku, staliśmy pod dachem z czarnych parasoli na cmentarzu przy City Road w Sheffield. Patrzyłam prosto przed siebie, niewidzącym wzrokiem próbując przebić strugi deszczu, który nieprzerwanie lał się od rana. Wiedziałam, że gdzieś tam, za tą ścianą, znajduje się trumna, w której spoczywa ciało Toma... ale nie chciałam o tym pamiętać. Wolałam udawać, że mnie to nie dotyczy, że to tylko kolejne przedstawienie, w którym muszę wziąć udział. Czułam poklepywania na ramieniu, od czasu do czasu ktoś mnie obejmował, szeptał do ucha jakieś słowa, których nie rozumiałam, nie chciałam rozumieć. Przede wszystkim czułam palce Matta, zaciśnięte na mojej dłoni, dodające mi choć trochę otuchy. Płynąca zewsząd beznadzieja, bezsilność i apatia zdawała się dodatkowo pogłębiać nasz ból, ponura aura przygniatała nas podwójnie. Oliver po prostu stał, tak jak ja pogrążony we własnym cierpieniu, wbijając wzrok w zamkniętą trumnę. Gdyby nie Hannah, trzymająca nad nim parasol, zapewne nasiąkałby teraz wodą, zupełnie nie interesując się tym, co wokół niego. Od wypadku minęło parę dni, w ciągu których zamienił ze mną tylko kilka zdawkowych, nic nie znaczących słów. Zamknął się w sobie i teraz tylko Hannah oraz Matt mogli to niego dotrzeć. Nie winiłam go, wiedziałam, jak bardzo jest mu ciężko. Szkoda tylko, że nie pamiętał, jak bardzo i ja kochałam jego brata. Przejechałam spojrzeniem po zgromadzonych żałobnikach. Cały cmentarz został obstawiony przez gwiazdy muzyki, fotografii, innych przyjaciół i rodzinę Toma Sykes. Cierpieli razem z nami, choć nie widzieli dokładnie, jak tragiczną i nieprzypadkową śmiercią umarł mój chłopak.
        Carol głośno załkała, gdy trumna powoli zaczęła zjeżdżać w dół. Tylko obejmujący ją Ian nie pozwolił jej na osunięcie się na kolana pod ciężarem bólu po stracie swojego młodszego syna. Przygryzłam wargę, patrząc w bok, a kolejne łzy popłynęły po policzkach. Matt objął mnie bez słów, po prostu pozwalając mi na wtulenie się w niego. Jednak ja stałam twardo, ukrywając wszystkie uczucia, prócz tych lejących się łez. Tom Sykes stał się dla mnie tak ważną osobą w tak krótkim czasie. W głębi duszy widziałam jego lazurowe oczy, znamiona na kościach policzkowych, pasek od lustrzanki, która zawsze była w pobliżu. Słyszałam jego śmiech, niedbały ton, którym mówił: "Hej, księżniczko", albo "Miko, ale ty dramatyzujesz". Czułam smukłe dłonie na moich ramionach, jego usta na moich włosach. Pamiętałam ten leniwy uśmiech, bystre spojrzenie, błysk flesza, od którego zaczęła się nasza znajomość.
- Oliver, nie byłem pewien, czy będę miał dzisiaj wenę do dobrych zdjęć. - odezwał się aparat, który znowu zaświecił mi w oczy. - Ale teraz już mam.
Chyba żadne z nas do końca nie zrozumiało tej wypowiedzi.
- Tom, co ty do mnie mówisz? - zmarszczył brwi wokalista.
- Że właśnie zobaczyłem moje muzy! - fotograf pstryknął teraz fotkę Ani.
- Aha... To jest Maddie, a to Annie. - przedstawił nas szatyn.
- Ta Maddie? - aparat w końcu zawisnął na taśmie i naszym oczom ukazała się twarz. Znajoma, jakby młodsza kopia Olivera.
- Maddie Miko. - przygryzłam wargę.
- Tom Sykes. Młodszy brat, tego tu. - szturchnął Oliego w klatkę. - Braciszku, te dwie panie muszą być u mnie na planie, inaczej szukaj innego fotografa. Z nimi albo w ogóle.
 Odszedł, tak po prostu odszedł z naszymi podobiznami na karcie pamięci.
A teraz odszedł, tak po prostu odszedł, ze swoją podobizną w naszej pamięci. I to odejście bolało. A jeszcze bardziej, o ile to możliwe, bolała świadomość, że to mimo wszystko nie jest koniec. Przed nami jeszcze długa droga.
- Chodź, Madeline.
Nie zareagowałam, wpatrując się w dół, do którego spuszczono drewnianą, pięknie rzeźbioną skrzynię. Postąpiłam kilka kroków w jego stronę, wychodząc spod suchego parasola prosto na deszcz. Matt w ostatniej chwili ruszył za mną, dzięki czemu nie zmokłam. W ciszy staliśmy nad dziurą. Brakowało mi jakiegoś elementu tej układanki. Zaczynałam żałować, że zgodziłam się dołączyć do Bring Me the Horizon. Zacisnęłam powieki, czując, jak ból mnie wypełnia. Nie wyobrażałam sobie straty Toma. Jakimś szóstym zmysłem wyczułam coś nowego. Uchyliłam powieki i skierowałam swój wzrok na bramę cmentarną, którą powoli wychodzili goście.
W jej pobliżu, w jednej z bocznych uliczek, nad cudzym grobem pochylała się osoba w skórzanej kurtce, z kapturem od bluzy na głowie. Mimo to jakimś sposobem rozpoznawałam tę smukłą, gibką sylwetkę... widywałam ją dziesiątki razy. Wściekłość we mnie zawrzała, więc szarpnęłam Matta za rękaw kurtki, ciągnąc go za sobą, zdezorientowanego.
- Ty! - krzyknęłam, a kilka osób się na mnie obejrzało. Postać wyprostowała się z rękoma w kieszeniach, jednak nadal stała tyłem. -  Jak śmiesz tutaj przychodzić!
- Madeline Miko. - osobnik nadal się nie odwrócił. - Po pierwsze, trochę ciszej, bo ściągasz niepotrzebne zainteresowanie. Po drugie, będę rozmawiał tylko z tobą.
Zatkało mnie. Że też miał czelność, żeby nachodzić mnie na cmentarzu, w dniu pogrzebu mojego chłopaka, którego sam zamordował i jeszcze się rządził!
- Nie będziesz dyktował warunków. Jesteś mordercą!
- Nicholls, spadaj stąd. Będę rozmawiał tylko z Maddie. - Jona Weinhofen odwrócił się. Kurtka na wysokości piersi była lekko wypukła, jakby muzyk chował tam coś kanciastego. Coś jak broń. - A jeśli kogoś tu ściągniesz, może stać ci się krzywda.
- Grozisz nam?
- Już jakiś czas temu wam zagroziłem, teraz tylko przypominam. Decydujecie się?
Spojrzałam na Matta. Bardzo nie chciałam zostawać sama, nie z Joną, nie na cmentarzu, nie w tym deszczu, nie po pogrzebie najukochańszej osoby na świecie. Australijczyk był przerażająco spokojny, nawet znudzony. Czekał. Skinęłam głową i dotknęłam dłoni Matta, który przełknął ślinę i, rzuciwszy Jonie ostatnie spojrzenie, oddał mi parasol i powoli się oddalił. Zadrżałam, nie tylko z zimna.
- Czego chcesz? - zaczęłam, w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak.
- Żebyś zostawiła ten zespół.
- Chyba się przesłyszałam. - pokręciłam głową.
- Dziecino, zrozum, to nie jest twoje miejsce. Bring Me the Horizon nie ma prawa istnieć.
- Sam oddałeś mi miejsce w zespole! Sam z niego zrezygnowałeś! - podniosłam głos. W pół sekundy znalazł się przy mnie, zatykając mi usta dłonią.
- Przymknij się trochę, co? Nie przyszedłem zabierać ci twoich 5 minut. Przyszedłem cię ostrzec.
- Ostrzec? - zaśmiałam się. - Dopiero co zamordowałeś mojego chłopaka, a teraz chcesz mi udzielać porad?
- Maddie, nie jesteś bezpieczna... ten zespół nie jest z definicji dobry, tylko dlatego, że cię dostrzegł. Poza tym to nie ja zabiłem Toma. Szczerze, to nie chciałem, żeby umarł. Jego jedyną winą było to, że dał ci się uwieść. Widzisz, wszystko kręci się wokół ciebie.
- W co ty grasz, Weinhofen?
      Nie odpowiedział. Roześmiał się, wymijając mnie i kierując się w stronę metodycznie zasypywanego grobu. Ruszyłam za nim.
- Dlaczego zginął Tommy? - zadałam pytanie, czując, jak krew powoli mrozi mi żyły.
- Bo musisz zrozumieć, że ktoś stracił przez ciebie coś cennego. Dlatego teraz ty będziesz tracić wszystko, na czym ci zależy, aż zostaniesz sama, jedna, błagająca o litość, aż zrozumiesz swój błąd.
      Jona przykucnął nad grobem i wyciągnął z kieszeni kurtki mały, kwadratowy znicz. Odpalił knot. Nie wiedziałam dlaczego, ale ta forma pożegnania zmroziła mnie jeszcze bardziej. Stałam, targana emocjami. Jona odwrócił się.
- Aż zrozumiesz, że to nie jest miejsce dla ciebie.
-----------------klik!---------------------
        Siedzieliśmy znów w naszym domu w Sheffield. Od pogrzebu młodego Sykesa minęło 5 dni, a my musieliśmy w końcu wrócić na trasę. Ominęliśmy 3 koncerty, więc w ramach zadośćuczynienia postanowiliśmy zagrać jeden specjalny, dłuższy w stolicy. Ale teraz jeszcze siedzieliśmy w domu, w zasadzie pogrążeni w ciszy. Obserwowałam Olivera, który rzucał mi ukradkowe spojrzenia. Przeważnie mnie jednak ignorował.
         Na ekranie znowu leciała "Dynastia Tudorów", jedyny serial, którego fabułę panowie znali na wyrywki. Ja go oglądałam tylko po to, żeby popatrzyć na Rhys Meyersa. Teraz jednak byłam zajęta kimś innym. Czy smutek Olivera był udawany, czy rzeczywiście nie chciał śmierci swojego brata? Czy jego milczenie i zamyślenie to próba pozbycia się wyrzutów sumienia czy znalezienie winnego? Czy Hannah jest współsprawczynią? Mój ścisły umysł pracował na pełnych obrotach, łącząc wątki.
- Maddie, wiem, że na ogół Rhys Meyers powoduje u ciebie 60 minutowy autyzm, ale teraz przeszłaś samą siebie. - Matt stanął przed TV, zasłaniając mi ekran i tym samym Olivera po drugiej stronie pokoju dziennego.
- Spadaj, Nicholls - mruknęłam, wychylając się za perkusistę, by dalej śledzić wzrokiem wokalistę.
- To chyba trauma. - Matt zdecydowanie popisywał się dziś spostrzegawczością. Oliver zerknął do miseczki, z której metodycznie wrzucał sobie do ust orzeszki. Zacisnął wargi, jak zawsze, gdy był z czegoś niezadowolony i sięgnął po telefon.
- Skoczę się do Tesco. Ktoś coś chce? - rzucił w eter, patrząc w ekran. O nie, tak łatwo mi się nie wymknie!
- Pójdę z tobą! - zaoferowałam się. Nawet na mnie nie spojrzał. - Jestem głodna.
       Nie tylko jego brązowe oczy skierowały się na mnie ze zdziwieniem.
- Maddie, ty w ogóle masz coś takiego jak uczucie głodu?
- Oczywiście, przecież jestem człowiekiem. Poczekasz na mnie minutkę?
       Wstałam i zaczęłam wbiegać po schodach na górę. Oliver wsunął telefon do tylnej kieszeni dżinsów.
- Maddie, a Jonathan?
- Jak kocha, to poczeka. - odkrzyknęłam, niedbale wpychając sznurówki do trampków, nie wiążąc ich
- To może idźmy wszyscy? - zaproponował Jordan. Zmrużyłam oczy.
- Że niby boicie się puścić ze mną Oliego bez obstawy? Co wy sobie wyobrażacie, że chcę go zabić?  - roześmiałam się,  tylko w połowie mając pojęcie, co powiedziałam. Ich szybkie spojrzenia rozwiały moje wątpliwości - nie byli całkiem niewinni.
- Oczywiście, że nie. Wzięłaś kurtkę?  - Matt szybko zareagował. Serio, Matt, najbardziej angielski Anglik jakiego znam?
- Yes, sir. - zasalutowałam niedbale. Musiałam utrzymywać mój obecny wizerunek pogrążonej w rozpaczy i apatii, bezradnej nastolatki. Ostatnimi dniami chłopcy wychodzili z założenia, że przeżywam stres pourazowy, a ja nie próbowałam zaprzeczać. Jednak po tygodniu rozmyślań dotarły do mnie słowa Jony.
- No to chodźmy.
         Szliśmy ulicami, jak zwykle w małej paradzie. W pewnym momencie Matt przyspieszył kroku, uprzednio zostawiwszy mnie z Jordanem, i dołączył do Olivera na czele. Jakiś czas temu w drodze do Manchester też tak zrobili, a wtedy coś knuli. Nadstawiłam uszy, udając, że nadal interesuje mnie pogawędka z Fishem, który wiernie wypełniał powierzoną mu rolę odciągacza mojej uwagi.
- A co, jeżeli się rozmyśli? - zapytał cicho Matt.
- Mam dobry argument przetargowy.
- Sam nie wiem, Oli...
- Nie stresuj. Plan jest dobry, tylko się go trzymaj.
- Nie wiem, czy chcę to robić.
- Nicholls, jesteś w grze czy poza grą?
        Przyspieszyłam kroku,  ku dezorientacji Jordana. Co tu się do cholery dzieje? W mgnieniu oka byłam przy nich.
- W co gracie? - zapytałam z uśmiechem,  wpychając się między Matta a Olivera.
- W 20 pytań. - odparł bez wahania wokalista, rzucając Jordanowi mroczne spojrzenie. Byłam niemal pewna, że tamten wzruszył ramionami ze skruszoną miną. Udałam, że nie widziałam tej sytuacji.
- Mogę z wami?
- Okej. Pytanie pierwsze: długo podsłuchujesz?
- Tylko od momentu,  gdy Nicky zwątpił w zasady i odważnie zaczął je kwestionować. Ja też bym tak zrobiła.
 - Ty zawsze kwestionujesz moje wybory. Pytanie drugie: wolisz pizzę 4 sery czy hawajską?
- Wolę margharithę. Serio musimy na obiad kupować pizzę?
- Widzisz? Pytanie trzecie: ...
         Nie zdążył mi go zadać, bo całkiem przypadkiem zahaczyłam stopą o wystającą z mojego trampka sznurówkę i potknęłam się, spadając na Olivera. W jakże ślepej panice machałam kończynami,  aż w końcu kurczowo objęłam go rękoma, chwytając się czego popadnie i przesuwając dłonią po jego tylnej kieszeni. Chłopak w porę mnie złapał i teraz powoli odstawił na ziemię, a ja poprawiłam na sobie skórzaną kurtkę, ciężko oddychając.
- Trzymasz się?  - zmartwił się Matt.
- Tak. Dzięki wielkie, Oli. Wejdźcie do środka, a ja porządnie zwiążę buty, okej?  - wskazałam na Tesco po drugiej stronie ulicy. Oczy Olivera lekko pociemniały, ale skinął głową.
- Tylko się sama nie zabij.
         Trochę mnie zmroziło jego zdanie,  ale potulnie się uśmiechnęłam i uniosłam kciuk. Rzucił mi nieprzeniknione spojrzenie i odwrócił się, a ja kucnęłam, zawiązując sznurówkę. A gdy panowie weszli do marketu, wstałam i wyciągnęłam z wewnętrznej kieszeni kurtki telefon Olivera, który był celem mojego ataku podczas pozorowanego upadku. Upewniłam się,  że panowie są zajęci wybieraniem produktów na obiad i przełknęłam ślinę,  nagle zestresowana. Weszłam w wiadomości.
       O cholera.
----------------------------------------------------

Hej! Tak niesamowicie was przepraszam za tyle nieobecności!  Pisałam ten rozdział na telefonie,  co jest totalną męczarnią, ale oto jest gotowy. Mam nadzieję,  że choć trochę mi wybaczycie! Za wszystkie błędy z góry przepraszam
Dziękuję za tą cierpliwość i do następnego!

sobota, 17 stycznia 2015

...

Rozdział niestety nie będzie dodany jeszcze przez długi okres czasu, gdyż mój laptop... uległ awarii, a wraz z nim cały rozdział zniknął w czeluściach serwisu ;c
Przepraszam, miałam go dodać już dawno, tylko przez mój nagły perfekcjonizm czekałam i czekałam z publikacją...
Gdy tylko sprzęt do mnie wróci, wrzucę kolejny rozdział : ) Mam nadzieję, że się nie rozczarujecie!

niedziela, 28 grudnia 2014

Dlaczego?

      nastrojowo: klik
----------------------
         Ashton był pierwszym, który zjawił się koło mnie. Nie pozwolił mi biec dalej, do nieruchomego ciała mojego chłopaka, jego silne ręce oplotły mnie w pasie i odsunęły daleko poza miejsce wypadku. Szarpałam się, ale obrócił mnie w ramionach jak zabawkę, przyciskając moją twarz do swojej klatki. Płakałam, moje łzy moczyły mu koszulkę Guns N' Roses. Otoczona zapachem mięty i czarnej herbaty chciałam zapomnieć, gdzie jestem.
- Luke, dzwoń po pogotowie! - krzyknął gdzieś ponad moją głową. Otrząsnęłam się i ze zdwojoną siłą wyrwałam z uścisku perkusisty. Zaskoczony, puścił mnie. - Maddie!
        Podbiegłam do leżącego chłopaka. Zdusiłam w sobie przerażenie na widok ogromnej ilości ciemnoczerwonej krwi, tworzącą kałużę naokoło ciała. Łzy nadal ciekły mi po twarzy, więc niecierpliwym gestem otarłam je wierzchem dłoni, zakładając maskę chłodnego opanowania. Naruszając wszelkie zasady udzielania pomocy, odwróciłam chłopaka na plecy, sprawdzając oddech. A potem mój własny również się zatrzymał.
        Świat skurczył się do rozmiarów plamy krwi na koszulce Toma, pulsującej wciąż i wciąż w moich oczach. Śmiertelnie blada twarz, coraz zimniejsze dłonie, jazgot samochodów obok, zamknięte powieki, krzyki przyjaciół, uchylone usta Toma, czyiś dotyk na moim ramieniu, gonitwa myśli... zwłaszcza tej jednej. Tom Sykes umiera.
       Wzięłam głęboki wdech i znowu otarłam łzy. Ogarnij się, Miko - szepnęłam do siebie i podciągnęłam koszulkę chłopaka. Odkleiła się od jego ciała z głośnym mlaśnięciem, od którego lekko mnie zemdliło. Krwi przybywało, choć jego serce nie biło. Ciemna ciecz była wszędzie, śmierć nadchodziła w jej metalicznym zapachu.
- Jestem z tobą, Madd. - usłyszałam głos Ashtona, który klęczał po drugiej stronie. - Mów, co mam robić.
- Zadzwoń po pogotowie i zajmij się sobą. - odpowiedziałam, układając ręce na klatce piersiowej rannego i właśnie na nim się skupiając. Nie bałam się żadnej choroby, byłam pewna dotychczasowego stanu zdrowia mojego chłopaka. Zaczęłam uciskać jego pierś, cicho i błagalnie powtarzając tak drogie mi imię. Tylko chwilę wahałam się przed wykonaniem wdechów, gdy strużka krwi z ust Toma wolno popłynęła po policzku. Wmówiłam sobie, że tylko mi się to przywidziało i że wcale nie potwierdza to moich największych obaw.
          Wokół nas robił się coraz większy tłum, gapie stali i wpatrywali się w moje próby przywrócenia oddechu Tomowi. Ich szepty, spojrzenia, ruchy, pełne przerażenia głosy napierały na mnie, odbierały mi zdolność myślenia. Szalę goryczy przelały pierwsze kliknięcia aparatów. Jednak Ashton dobrze się spisał, razem z przyjaciółmi odpierając atak komentujących gapiów. Jeden jedyny raz, gdy potrzebni byli ochroniarze, właśnie wtedy gdzieś zniknęli. Zamiast nich chłopcy ustawili się w półkolu, biorąc na siebie pierwszy plan.
      Powietrze przeszył przenikliwe echo sygnałów pogotowia, wzbijając się ponad wszelkie inne odgłosy. Ten dźwięk już drugi raz ratował mi życie. Chwilę potem, koło mnie pojawili się australijscy ratownicy.
- Dobrze ci idzie, ale proszę, nie przestawaj. Sprawdzę jego funkcje życiowe, kontynuuj uciski. - poinstruował mnie jeden z nich. Skinęłam głową, a łzy, które na nowo wypełniły mi oczy, skapnęły na ciało pode mną. Ratownicy uwijali się wokół mnie, trzymając pod ręką sprzęt specjalistyczny, przyklejając elektrody od defibrylatora na tors chłopaka.
- To moja rodzina! - usłyszałam krzyk, który natychmiast rozpoznałam. Oliver przecisnął się przez tłum, po czym opadł na kolana tuż koło mnie, patrząc z niedowierzaniem na własnego brata, bledszego niż zwykle, bez tchu.
      Maszyna mierzyła szanse Toma na przeżycie. Od jej decyzji zależał cały los. Ratownik nachylił się nad ekranem, a później podniósł wzrok na nas.
- Możesz przestać. - oznajmił mi cichym, stanowczym tonem. Przytaknęłam, nie przestając uciskać piersi chłopaka. Oliver obok mnie ciężko usiadł, mierząc spojrzeniem ciało brata. - Proszę, przestań. Już mu nie pomożesz.
- Nie, ja dam radę.
- Proszę, przestań. On nie żyje... - powtórzył ratownik, chwytając moje ramiona i odciągając mnie od rannego. Wstałam i cofnęłam się, zupełnie tego nie kontrolując, całkowicie polegając na lekarzu. Dopiero łzy Olivera uświadomiły mi, co powiedział ratownik. Chłopak patrzył gdzieś w bok, dłonią zasłaniając twarz. Nagle zobaczyłam innych członków zespołu - Matta, Lee - którzy stali za pierścieniem policjantów, odgradzających nas od tłumu, i patrzyli ze łzami w oczach na rozgrywającą się w środku scenę.
- Nie! - krzyknęłam. - Tom! Tommy!
       Próbowałam się wyrwać, ale on był przygotowany, najwidoczniej nie pierwszy raz przytrzymywał zrozpaczone nastolatki, zupełnie inaczej niż Ashton.
- Błagam, puść mnie, pozwól mi iść...! - krzyczałam, wierzgając i rzucając się.
- Uspokój się, to mu nie pomoże. - spokojnie odpowiadał ratownik.
- Proszę, tylko raz... błagam... - spojrzałam na niego prosząco. Przez chwilę na jego twarzy malowało się niezdecydowanie, które ostatecznie wykorzystałam, znów zalewając się łzami. - Proszę... to mój chłopak...
Wolna. Podbiegłam do Toma, nie przyjmując do wiadomości faktu, że już nie żyje.
- Tommy, Tommy... - szeptałam, przytulając nieruchome ciało. Oliver patrzył na nas, nie kryjąc łez. Siąkał nosem, przysuwając się do nas. Przytulił mnie, mamrocząc jakieś słowa. Nic się nie liczyło, tylko ja i coraz zimniejsze ciało Toma. Oparłam sobie jego głowę o kolana i z przerażeniem uświadomiłam sobie, że przenikliwie niebieskie oczy Toma są otwarte, wpatrują się we mnie, jednak brakuje im tej zwykłej iskierki życia, humoru, miłości, pasji. Mogłabym przysiąc, że gdy do niego podbiegałam, oczy były zamknięte. Coś przewróciło mi się w żołądku, gdy zrozumiałam, że Tom Sykes umarł, patrząc na mnie, próbującą go ratować. Wybuchnęłam płaczem, wypuszczając go z rąk i opadając do tyłu, prosto w ramiona Olivera.
- On żył, a ja tego nie zauważyłam... - wyjąkałam. - Zabiłam go. - ta irracjonalna myśl brzmiała w moich ustach zastraszająco prawdziwie. Oliver nic nie odpowiedział, przycisnął mnie tylko mocniej do siebie, kręcąc głową.
        Tym razem próby ratowników, aby nas odsunąć od poszkodowanego, przyniosły skutek. Otępiali, pozwoliliśmy się zaprowadzić do karetki, gdzie usadzono nas na schodkach i podano nam jakieś leki, pewnie uspokajające. Ktoś czyścił moje dłonie, kolana, uda, twarz z krwi Toma. Skutecznie zasłonili nam dalsze procedury przy jego ciele, więc mogliśmy po prostu siedzieć i czekać, aż puszczą nas wolno.
- Jak się czujecie? - zapytał kolejny ratownik. A może ten sam, nie wiedziałam, nie obchodziło mnie to. Powoli kiwaliśmy głowami, choć pytanie wymagało innej odpowiedzi. Mimo to chyba poczuł się usatysfakcjonowany, bo pozwolił nam iść. Szybko zostaliśmy przejęci przez przyjaciół, którzy bez zbędnych słów po prostu byli.
- Jedźmy stąd. - zaproponował Matt, ciągnąc nas do autokaru.
- Zaczekajcie! - rozległ się za nami czyiś głos. - Powinniście to zobaczyć.
Byłam bardzo zmęczona, wściekła, smutna, zrozpaczona, samotna, zrezygnowana, załamana, nieszczęśliwa. Nie miałam siły i cierpliwości na słuchanie Ashtona Irwina.
- Nie możesz się po prostu odpieprzyć? - zaatakowałam go, nim zdążył powiedzieć cokolwiek. Zatrzymał się w pół kroku, zaskoczony moim wybuchem. - Zepsułeś, wszystko zepsułeś, nie tak miało to wyglądać...!
- Maddie. - Matt podszedł do mnie, ale nie próbował mnie objąć. Po prostu stał i patrzył, czekając, aż sama się uspokoję.
- A ty... to twoja wina - zwróciłam się do Keana. - Gdyby nie twoje chore przypuszczenia, Tom nigdy by stamtąd nie wyszedł, nie patrząc na drogę!
- Maddie. - Matt pokręcił głową.
- Ale to ja go zabiłam. - zakończyłam cicho, bezradnie. - Pozwoliłam mu umrzeć...
- Przepraszam, Maddie. Ale to nie jest wina nikogo z nas... - Ashton odważył się zabrać głos. - Ja... znalazłem to niedaleko... miejsca wypadku. - wyciągnął w naszym kierunku rękę z kartką, wyglądającą na skrawek oderwany od większej części. Był pognieciony, brudny, jeden róg zabarwił się na czerwono. Patrzyliśmy na niego, wyczerpani minionymi wydarzeniami. Mimo to Oliver podszedł do chłopaka, sięgnął po znalezisko.
          Chwilę później wypuścił je z rąk i cofnął się dwa kroki, wpatrując się w kartkę z przerażeniem, jakby to była tykająca bomba.
- To niemożliwe. - rozejrzał się szybko po okolicy. - Do autokaru, teraz.
       Podążyliśmy za nim, bez słowa sprzeciwu czy zapytania. Oli przepychał się przez tłum, wypuszczając oddech dopiero w bezpiecznych ścianach pojazdu.
- Sykes? - odezwał się Matt pytająco, wskazując karteczkę, którą zabrał z ulicy, jako jedyny o niej pamiętając.
- Myślałem, że ten koszmar się skończył. Sądziłem, że z dniem, w którym wydostaliśmy się z tej cholernej piwnicy to wszystko odeszło...
- Sykes, możesz zacząć mówić z sensem? Bredzisz...
- Nie jesteśmy bezpieczni... zwłaszcza w Australii.
- Co ma Australia do Natalie? - zapytałam.
- Weinhofena. - odparł bez wahania. Rozległy się powątpiewające śmiechy, które szybko zamarły na widok poważnej miny wokalisty.
- Przecież Natalie siedzi w więzieniu.
- Ale nie Weinhofen.
- Jona był ofiarą, nie pamiętasz, Oli? - wtrącił Lee, ale Oliver już kręcił głową.
- Najwidoczniej nie. Przeczytajcie to cholerstwo. To chyba nie był tylko duet Jona - Natalie.
- Oliver, boję się ciebie. Może to szok pourazowy? - odezwał się Jordan.
- Zamknij się. - odparliśmy wszyscy razem i nachyliliśmy się nad karteczką.
       "Niech to będzie mą zemstą za każdą ranę, którą pozostawił wbity w me plecy nóż.
Żyjcie tak, jakbyście byli gotowi na śmierć.
Kolejność jest losowa."
- Czy to nie jest... - zaczęłam.
- O kurwa. - odezwał się w tym samym czasie Matt. - Chyba mamy przejebane.
       Przekleństwa wydawały się na miejscu. Te cytaty wyrażały więcej niż tysiąc słów.
- Skąd pewność, że to Jona? - odezwał się Jordan.
- To nie tylko Jona. Przy pisaniu Meduzy była Hendrick.
          Przypomniały mi się słowa Olivera z bankietu. "Myślałem, że jesteś Hendrick, a ta szmata nas zdradziła." Przerażenie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą.
- Sądzisz, że Jona byłby w stanie zaaranżować własne porwanie? - nie dowierzał Lee.
- Przecież on też... o cholera. Jona był prawie nietknięty, gdyby nie pięść Olivera. - oznajmił Kean.
        Oliver chwycił się za głowę, chodząc w kółko i powtarzając "Ja pierdolę", jak jakąś mantrę, chroniącą nas od nowych okoliczności.
- Jedźmy już do domu. Nie mam siły tu być. - powiedziałam po dłuższej chwili ciszy, gdy każde z nas było trawione własnym demonem strachu i wspomnień. Dodatkowo pulsował w nas ból po stracie Toma, a przecież nie dotarło to do nas jeszcze całkowicie, najgorsze było dopiero przed nami.
- Jak ich dorwę, to ich kurwa zabiję. - poinformował nas Oliver, wściekły jak nigdy.
- To będzie całkiem słuszny rozgłos, Sykes. - zgodził się z nim Matt. Pokręciłam głową, czując, jak mnie to przerasta. Dlaczego?
------------------------klik---------------------------------
     
Staliśmy we dwoje przed małym, ładnym domkiem z ogródkiem. Oliver wpatrywał się w niego, niewidzącym spojrzeniem mierząc podwójną huśtawkę, mały taras i staw.
- Zawsze się tu bawiliśmy. Kiedyś zrzuciłem Toma z tej huśtawki i oddałem mu potem swojego snickersa, żeby nie powiedział o tym rodzicom.
      Uśmiechnęłam się lekko, wyobrażając sobie małych braci Sykes, wesoło bawiących się w ponurej scenerii Sheffield.
- Innym razem założyliśmy się, że nie wejdę na dach nad tarasem jak spider-man... spadłem i złamałem nogę. Powiedziałem o tym rodzicom jakieś dwa dni później, gdy nie mogłem nią już ruszać.
      Nie odpowiedziałam, tylko chwyciłam go za rękę i pierwsza przekroczyłam bramę, widząc poruszenie za firanką. Przełknęłam głośno ślinę. Oli jakby odzyskał część sprawności, sam otworzył drzwi i tym razem to on mnie pociągnął do środka.
- Oli! - rozległ się kobiecy głos, przepełniony radością, że oto po kilku tygodniach rozstania, znów zobaczyła swojego syna, którego właśnie przytuliła. Gdy Carol Sykes odsunęła się od swojego pierworodnego, spojrzała na mnie. Niewysoka, zaokrąglona. To po niej chłopcy odziedziczyli rysy twarzy... a Tom oczy. Teraz patrzyły na mnie te same, przenikliwe, lazurowe tęczówki. Przełknęłam ślinę, walcząc sama ze sobą. - Ty pewnie jesteś Maddie.
- Tak. A pani jest matką braci Sykes.
- To ja. - uśmiechnęła się. - Wchodźcie, wchodźcie. Gdzie jest Tom?
- To może wejdźmy dalej, co? - zaproponował Oli, przeciskając się obok matki. Jego ojciec wyszedł z innego pomieszczenia, również witając się z synem i ze mną.
- Gdzie Tommy? - zadał to samo pytanie, od którego łzy cisnęły mi się do oczu.
         Staliśmy w salonie. Oliver nakazał rodzicom usiąść, a potem wziął głęboki wdech. Widziałam, po pełnych wyczekiwania minach jego rodziców, że to będzie ciężka nowina.
- Czy Tom został w Australii? - zapytała Carol.
- Nie. Tak. W pewnym sensie.
- To trzy różne odpowiedzi, Oli. Co chcesz nam powiedzieć? - zmarszczył brwi Ian. - Przeleciał cię i zostawił dla innej? - zwrócił się do mnie.
       Poczułam na sobie proszące spojrzenie Olivera, więc wygładziłam spódniczkę i przełknęłam ślinę.
- Tom został potrącony, tuż pod studiem w Sydney. - oznajmiłam cicho.
- Gdzie jest teraz? - Ian nie dał się zwieść. - Zostawiliście go tam w szpitalu? Nie mogliście do nas napisać, zorganizowalibyśmy transport...
- Tom jest w Anglii, nawet tu, w Sheffield. - Oli zabrał głos.
- Jak się czuje? Co mu jest? - dopytywała się Carol. Widziałam, że ściska dłoń męża, a ich najstarszy syn nie ma na tyle siły, by oznajmić to, po co tu przyjechaliśmy.
- Tom nie żyje. Został... śmiertelnie potrącony i... - urwał mi się głos. Carol zaszlochała głośno.
- Maddie go reanimowała, ale ratownicy i tak stwierdzili, że na próżno... to było zbyt mocne. - dodał Oliver.
        Nie mogłam patrzeć na kolejne łzy, więc cicho opuściłam salon i weszłam do kuchni, obitej drewnianymi panelami. Przez łuk prowadzący do salonu widziałam, jak cała rodzina cierpi, po stracie ukochanej osoby. Ja sama znów poczułam, jak wilgotnieją mi oczy.
- Dziękuję. - usłyszałam za sobą i odwróciłam się, ocierając policzki.
- Starałam się zbyt mało.
        Carol podeszła do jednego ze zdjęć, na którym stali całą rodziną i roześmiani wpatrywali się w obiektyw.
- To my stworzyliśmy Oliego i Toma Sykes. Wszystkie zołzy kochały Oliego i Toma Sykes...
- Ja też ich kochałam. Nadal ich kocham. - przyznałam cicho. Carol już nie płakała. Patrzyła na mnie twardym wzrokiem.
- Oczywiście, że tak, moja droga. Dlatego nie możesz teraz opuścić Olivera, choćby nie wiem co. On przeżyje stratę Toma, ale ty musisz zostać przy nim.
- Ale Hannah... - zaoponowałam.
- Hannah to tylko dziewczyna. A ty... ty jesteś prawdziwym skarbem. Całe ich szczęście ostatnich lat, to właśnie ty.
             Gdyby wiedziała, jak bardzo jej słowa są mylne.
---------------------------------------------------------------
        Moi rodzice tak w ramach świątecznego prezentu odłączyli mi internet, ale oto jest, i jestem ja, i jest nowy rozdział. A ja mam nadzieję, że dobrze spędziliście święta, a sylwester będzie... niezapomniany :D
        Zapraszam!

środa, 3 grudnia 2014

"Tak na szczęście."

       Mieszkanie przypominało Aleję Tornad. Puszki po monster energy i coli, paczki po chipsach i ciasteczkach, brudne kubki po kawie i innych napojach, talerzyki, sztućce, opakowania po żarciu na wynos leżały wszędzie. Dom mojej babci przypominał miejsce czegoś na skalę Project X. Skrzywiłam się, gdy zobaczyłam Mike'a na wpół pod dywanem. Luke znowu zajął mu pokój.
          Przedzierałam się dalej. Schody, korytarz, salon. Koszulka Luke'a na kanapie. Bokserki Mike'a na telewizorze. Dżinsy Caluma ciśnięte pod dywanik przed sofą (na Mike'a) i najki Ashtona robiące za kwiatki na parapecie. Dotarłam do kuchni i, z obrzydzeniem odklejając skórkę po bananie z drzwi lodówki, otworzyłam ją. Cztery jajka, reszta mleka, wczorajsza pizza, skarpetka, na wpół opróżniony karton soku jabłkowego, druga skarpetka, mnóstwo bitej śmietany. Zaklęłam pod nosem, zatrzaskując drzwi i siadając przy stole z głową w ramionach, wcześniej strącając z niego wiórki kokosowe i resztki kakao.
- Oni mnie zrujnują.. - mruknęłam sama do siebie.
        Po zakończeniu roku wróciłam do domu z tymi australijskimi przybłędami i zastałam babcię z walizkami w przedpokoju.
- Madzia, pieniądze są w pudełku po czekoladkach w komodzie, zakupy zrobione, klucze masz. Bawcie się dobrze!
- Zaraz, co się dzieje?
- Jadę z Krysią nad morze. Nie masz nic przeciwko.
- A gdybym miała?
- Zamykajcie drzwi na noc! Paa!
        I tyle. Zostawiła mnie samą z czterema nastoletnimi muzykami z Sydney. Cudownie. Minęło 5 dni, my zapuściliśmy dom, lodówka świeci pustkami, a pieniądze topnieją. Westchnęłam, tęskniąc za trasą koncertową. Tam na każdym punkcie dostawaliśmy jedzonko. Westchnęłam raz jeszcze.
- Głowa do góry i uśmiech, Maddie, życie jest piękne i świat stoi otworem! - nie musiałam podnosić głowy, by wiedzieć, że Calum zawitał do kuchni.
- Rujnujecie mnie. - zarzuciłam mu.
- Ja bawię się świetnie.
           Słyszałam, jak wbija ostatnie jajka na rozgrzaną patelnię i po chwili po kuchni rozniósł się zapach jajek. Skrzywiłam się, wciskając głębiej twarz w zagłębienie w łokciu.
- Dzisiaj musimy tu posprzątać.
- Szkoda, że w Polsce nie macie vegemite.
- Jest ohydne! Smakuje jak kostka rosołowa.
- Lepsze niż ta wasza nutella. - usłyszałam syk bitej śmietany.
- Jak możesz w ogóle porównywać vegemite do nutelli?
- Mogę. Brakuje mi tu go.
        Podniosłam głowę i równocześnie Calum odwrócił się do mnie. W kuchni rozległ się krzyk i stukot przewracanego krzesła. Wpatrywałam się w Hood'a. Tupot czyichś stóp zakłócił nagłą ciszę, która powstała po wybrzmieniu okrzyku.
- Jeezu, Hood, obiecałeś nam, że tego nie zrobisz! - Ashton zakrył oczy, zażenowany. A ja nie mogłam oderwać wzroku od... nie byłam pewna czego. Czy od dłoni Caluma, w której trzymał spory kawałek pizzy, na której piętrzyła się jajecznica przykryta bitą śmietaną i cynamonem czy od faktu, że chłopak był zupełnie... nagi.
- To silniejsze ode mnie. - odparł i wzruszył ramionami, zgarniając śmietanę, która skapnęła mu na brzuch i zlizując ją. Teraz to ja schowałam twarz w dłoniach. Nagle uświadomiłam sobie, że krzyk należał do mnie, a ja sama stoję teraz w towarzystwie nagiego Caluma i rozespanego, na wpół rozebranego Ashtona, który patrzył nieprzytomnie na przyjaciela.
- Masz, załóż to. Ukryj swoje... wszystko. - Irwin zgarnął z paprotki skarpetkę któregoś z nich i rzucił ją przyjacielowi. Ten złapał ją nieufnie, powoli wciskając sobie do ust resztkę osobliwego śniadania i zaczął mozolne nakładanie fragmentu garderoby.
- Nie, ja wychodzę. - oznajmiłam. Nagle wszystkie spojrzenia - mniej lub bardziej przytomne, skierowały się na mnie. Przejechałam dłonią po włosach spiętych w luźnego koka. - Pomijając syf w tym domu, pomijając fakt, że władowaliście się tutaj znikąd... To było przegięcie.
- Maddie, jesteś biol-chemem, powinnaś przywyknąć...  - zaoponował Calum. Posłałam mu zabójcze spojrzenie.
- Dzisiaj radzicie sobie sami.
          Wyszłam z kuchni, gniewnie tupiąc bosymi stopami w rozmiarze 37. Ktoś szedł za mną, ale nie odwracałam się, dalej przecinając główny pokój. Nagle poczułam, jak dwoje silnych ramion oplata mnie w pasie, a potem ciągnie gdzieś na bok.
         Przeturlaliśmy się przez oparcie kanapy i wylądowaliśmy na poduszkach. Leżałam na właścicielu tych opalonych ramion. Uniosłam się na swoich własnych przedramionach, zdmuchując z oczu luźne kosmyki włosów.
- Jak chciałeś powiedzieć mi "cześć", to wystarczyło zawołać.
- Nie złość się.
- Daruj sobie. Dzisiejszy dzień spędzam bez was.
- Nie złość się. - powtórzył Ashton, wpatrując się we mnie swoimi elektryzującymi, zielonymi oczami.
- Nie próbuj mnie udobruchać. - zaczęłam się podnosić, ale pociągnął mnie za rękę i znowu leżałam na nim. Przysunął głowę do mojego ucha.
- Nie złość się. - wyszeptał. Odwróciłam lekko głowę i pocałowałam go. Przez chwilę się nie ruszał, ale później przejechał językiem po mojej wardze. - Jesteś piękna, ale jesteś dziewczyną Toma. Nie chcę niczego poza twoją przyjaźnią, Madd.
        Wstałam, wściekła jeszcze bardziej niż wcześniej i obciągnęłam koszulkę na krótkie spodenki. Wściekła, zraniona, zażenowana, przerażona, niepewna, pełna niezrozumienia i samokrytyki, niepoczytalna, zakochana, wdzięczna. Uciekłam.
-------------------------------------------------------------------------------
         Godzinę później leżałyśmy na dachu domu Ani. Wejście na niego odkryłyśmy pewnej bezsennej nocy, którą miałyśmy spędzić na oglądaniu horrorów, a skończyło się na wyśmiewaniu lustra (- A podobno są tam zaklęte dusze... - Bzdura, widzisz?). Tak więc leżałyśmy na kocyku, który rozłożyłyśmy na nagrzanych słońcem dachówkach i opalałyśmy się, plotkując i podglądając sąsiadów.
- Twój sąsiad mógłby zainwestować przez zimę we własną siłownię, zamiast poświęcać wszystkie pieniądze na tę starą szopę.
- Patrz, ona znowu podgląda Adama, zamiast skupić się na własnym mężu!
- Ten dzieciak w końcu nie trafi z trampoliny do basenu...
- Ashton przyleciał za tobą aż z Sydney.
- Renatka znowu podlewa te kwiatki... CO? - usiadłam gwałtownie, ryzykując upadek z wysokości.
- Ogarnij się, twój kręgosłup źle zniesie lądowanie. - odczekała spokojnie, aż na powrót się położę. Przyszło mi to z trudem. - Mówię, że ten przystojny perkusista przeleciał dla ciebie pół świata i spędza teraz w wakacje w tej dziurze, zwanej naszym miastem.
- Chcesz mi wmówić, że Irwin na mnie leci?
- Oczywiście, że tak. - stwierdziła, upijając łyk frugo. Patrzyłam na nią z rozchylonymi ustami, przypominając sobie poranek w domu i zaczerwieniłam się.
- Ale Tom..
- Tom, Tom, no co Tom? Widzisz go tu gdzieś? - Ania ostentacyjnie rozejrzała się po okolicy. - Bo ja nie. Za to widzę Ashtona Irwina w twoich myślach.
          Spuściłam wzrok. Czy Ania domyślała się, że za każdym razem, gdy Irwin przeszedł przez salon, nie mogłam się skupić? Że wodziłam za nim wzrokiem, gdy on tego nie widział? Że uwielbiałam brzmienie jego głosu? Czy wiedziała, że Ashton proponował gry kontaktowe, jak twister, rozbierany poker albo inne, tym podobne? Czy wyczytała także z moich myśli, co zrobiłam dzisiaj na kanapie?
- I nie zaprzeczaj. Zawsze podobali ci się perkusiści, a gdy jakiś na ciebie leci, to wybierasz brata wokalisty, który bawi się w fotografa. Jesteś hipokrytką!
- Ale ja jestem z Tomem! - zaprzeczyłam, mimo jej zakazu.
- No, jeśli Irwin zostanie tu dłużej, to już nie będziesz.
- Ja...
- Nic nie mów, nic nie mów, doskonale wiem, jak jest.
- Kiedy mamy wracać do Londynu? - uznałam, że już za długo bawi się moim kosztem, a teraz dodatkowo na jej twarzy wykwitł kpiący uśmieszek. Stanowczo Ania za bardzo się wyostrzyła w towarzystwie Nichollsa. Wytrzymałam jej zwycięskie spojrzenie. Skrzywiła się z niesmakiem, odpuszczając.
- Czekam na telefon od Phila. Mam nadzieję, że nie wcześniej niż w przyszłym tygodniu.
- Nie tęsknisz?
- Tęsknię. Ale biorę przykład z ciebie - raz na jakiś czas pozwalam mu myśleć, że tak nie jest. To faktycznie działa.
- Czy ja jestem jakąś ikoną przywódcy?
             Nie odpowiedziała mi. Zamiast tego rozległ się okrzyk.
- Ania? Aaniaa, ktoś do ciebie!
- Czego chce? - dziewczyna wychyliła się poza krawędź dachu. Stojąca na dole blondynka zadarła głowę do góry i krzyknęła.
- Ania, co ty tam robisz?!
           Wychyliłam się obok przyjaciółki.
- Dzień dobry!
- Madzia! Rany boskie, złaźcie stamtąd natychmiast!
- A powiesz mi, kto do mnie dzwoni?
- Złaź na dół!
- Taka matka - Ania przewróciła oczami i przeczołgała się do klapy w dachu, która prowadziła na korytarz tuż koło jej pokoju. Zeszłam za nią, ściągając kocyk i okrywając nim ramiona, już na dole. - No, to kto to był?
- Jakiś Maakols. - mama Ani lustrowała mnie od stóp do głów. To nie tak, że mnie nie lubiła, być może po prostu uważała, że odciągam jej córkę od obowiązku szkolnego, ciągając ją... wszędzie.
        No bo tak, rodzice Ani nie wiedzieli, że ich córka jest managerem angielskiego zespołu deathcorowego, a jej najlepsza przyjaciółka ich gitarzystką, sławną w wieku 17 lat.
- Słucham? -  Ania wymownie zamrugała i uniosła brwi.
- Matkols... jakoś tak. Coś bełkotał, powtarzał "Anja, Anja".
- Matt Nicholls. - mruknęła dziewczyna, zabierając swojej matce słuchawkę od bezprzewodowego telefonu stacjonarnego. - Nicky?
            Oddaliła się od nas, więc zostałam sam na sam z blondynką. Zakołysałam się na stopach, przybierając na twarz możliwie miły uśmiech i wbiłam wzrok w trawnik. Nie lubiłam rozmawiać z rodzicami, zwłaszcza cudzymi. Na szczęście ze swoimi już nie musiałam...
- Jak szkoła? - zagaiła pani Raine. O nie, ziściły się moje obawy.
- Całkiem nieźle, przed następnym rokiem mam okazję trochę odpocząć.
- Jak oceny?
- Babcia nie narzeka.
- A co u babci?
- Ma się dobrze.
- Marzniesz? - ściągnęłam kocyk z ramion. Niech to się już skończy.
- Nie.
- Jaka uczelnia po maturze?
- Uniwersytet Medyczny w Katowicach. - postanowiłam wybrać uczelnię, która powinna zrodzić najmniej pytań, wzrokiem błagając Anię, żeby już wróciła.
- Okay, Maddie, Nicholls mówi, że Phil kazał przekazać, ze Craig wcisnął was do Kerrang! na piątek..
- Mamy środę... Kiedy lot?
- Jutro.
- Zaraz, jaki lot? Kto to jest Nikys, jaki Fyl, co za Krejk? - mama Ani patrzyła na nas szeroko otwartymi oczami. Zbladła, zaczęła szybciej oddychać.
- Lot do Anglii, na wywiad z takim magazynem, mamo. A Nicholls to mój chłopak.
- Zespołu... chłopak... powiedz, że się przesłyszałam.
- Nie, mamo. Mam 17 lat, mam już chłopaka, to raczej normalne.
            Blondynka złapała się za ramię i osunęła się na ziemię. Chociaż określenie: "upadła", byłoby tutaj trafniejsze. Rzuciłam się do przodu, sprawdzając oddech. Był stanowczo za szybki, zbyt łapczywy.
- Ania, 999, podaj swój adres i powiedz, że twoja mama zasłabła.
           Pochyliłam się nad kobietą. Doskonale wiedziałam, że powinnam podnieść jej nogi i ręce, ale coś mi nie pasowało. Ukłułam ją palcem w klatkę piersiową. Drgnęła.
- To zawał.
 ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
           Jak się czujesz?
- Ja? Całkiem nieźle. Dlaczego pytasz o to właśnie mnie?
- Uratowałaś człowieka.
- Nic nie zrobiłam. To tylko... pierwsza pomoc.
- Ania nie zrobiła nic.
- Bo to jej matka, też bym się pewnie nie ruszyła.
              Cisza. Spojrzenie.
- Dobra, nie myślę tak. Ale to logiczne, że była... zaskoczona.
- Dziękuję. - Nicholls przestąpił z nogi na nogę. - No wiesz... zamordowanie matki swojej dziewczyny przed poznaniem jej nie wpływa dobrze na dalszą karierę i związek.
- Niezaprzeczalnie. Powinieneś do niej zadzwonić, zanim wejdziemy przed kamery.
- Masz rację. - wyciągnął komórkę i oddalił się. Jego miejsce zajął Tom, który objął mnie od tyłu. W trampkach sięgałam mu do piersi, więc oparłam o nią głowę.
- Okay, Horizon, wyuczyliście się pytań? - zapytał głośno, gestem zwołując resztę zespołu.
- Czy naprawdę pseudo "Horizon" przykleiło się do nas na stałe? - skrzywił się Jordan.
- Tak. Odpowiedzi przygotowane? - ponowił pytanie młodszy Sykes. Tym razem powoli kiwaliśmy głowami.
- Mogą nas pytać o coś innego, niż zapowiedzieli? - zainteresowałam się. To miał być mój pierwszy wywiad i byłam podekscytowana i zaciekawiona, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Osoby postronne mogły odnieść wrażenie, że codziennie udzielam wywiadu.
- Jeśli jakiś wątek ich zainteresuje, mogą pociągnąć go dalej. Wszystko robione jest pod publikę.
- O jaa... Czyli teoretycznie mogą mnie zapytać o nasz związek?
          Przytaknął. Jęknęłam, rozrzucając karteczki z pytaniami, które przeglądałam ostatni raz, jak konfetti.
- No to po co nam te cholerne odnośniki?
- Grunt, żeby nie dać po sobie poznać, które pytanie ci się nie podoba. - poradził mi Oli i cofnął się o krok, nadeptując na Matta, który cicho do nas właśnie dołączył. - O, sorry, stary!
- Luzik. - mruknął w odpowiedzi perkusista, zbyt lakonicznie jak na niego.
- Matt? Jest okay? Ma-att. - szturchnął go wokalista.
- U mnie tak. Annie do nas nie dołączy.
- Dlaczego? - zdziwiłam się.
- Bo jej mama umarła.
         Ciszę, która zastała, przerwało głośne pęknięcie balona, którą Kean wydmuchał z gumy miętowej. Jordan uniósł dłoń i klepnął nią płasko w kark basisty.
- Frajer.
- Spadaj, nawet jej nie znam!
- Ja też nie, i co? - wkurzył się Nicholls. - Ale to matka naszej przyjaciółki i menadżerki, trochę empatii!
        Empatii? To Matt zna takie słowo?
- Jak ma się Ania? - zapytał Oliver.
-  O wiele lepiej niż się spodziewałem...
- Głupio mi się wtrącić, ale za 5 minut musicie wchodzić... - Tom był lekko zakłopotany. - Teraz musicie zamienić się w aktorów i udawać, że wszystko jest okay. Wrócimy do tego później, nie zostawimy jej samej.
           Pocałował mnie w policzek i wypuścił z objęć. Poprawiłam koszulkę z napisem "Take fun seriously" i upewniłam się, że bandamka przytrzymuje wysokiego koka.
- Wywiady chyba nie są takie trudne. - zauważył Ashton, który stał naprzeciw mnie, wciągając policzki do środka. Starał się unikać Toma, który wyraźnie go nie trawił. Perkusista rozsądnie uznał, że powinniśmy zapomnieć o tym, co zrobiłam w domu mojej babci i po prostu pozostać przyjaciółmi. Byłam mu za to wdzięczna. - Chcesz kinderka, tak na szczęście?
          Roześmiałam się wesoło na widok czekoladki, którą wyciągnął w moim kierunku i ułamałam kawałek. Przez chwilę ciumkaliśmy słodycz w ciszy.
- Na pewno sobie poradzisz. - zacytował Irwin, uśmiechając się. Wspięłam się na palce i pocałowałam go w policzek, jak przyjaciółka lub młodsza siostra. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i wskazał brodą na wejście do studia. - Śmiało.
- Oto i oni! Oli Sykes, Matt Nicholls, Lee Malia, Matt Kean, Jordan Fish iiii.... Maddie Miko! Bring Me the Horizon!
- Czołem, Simon. - Oliver zabrał głos jako pierwszy. Usiedliśmy na czerwonych kanapach, prowadzący zajęli miejsca naprzeciw nas. Do Simona dołączyła niewysoka kobieta, przefarbowana na fatalny odcień rudego. - Janette.
- Sempiternal to wasz czwarty album. Poprzednie trzy wydawaliście z chirurgiczną wręcz precyzją - co drugą jesień. Skąd nagłe opóźnienie? - zaczęła Janette. Przechyliłam głowę na bok, wsłuchując się w jej słowa.
- Zainwestowaliśmy w niego o wiele więcej trudu niż w poprzednie... zmieniliśmy się, dorośliśmy. Nie chciałem dłużej wrzeszczeć, a czysty wokal brzmiał śmiesznie przy tym, co graliśmy. Jordan uratował nam skórę, wnosząc coś nowego. - odparł Oli, wyluzowany i uśmiechnięty. Zgrabnie ominął temat porwania.
- Czy tylko Jordan miał w tym swój udział? - zapytał Simon, w domyśle chytro. W rzeczywistości wszyscy naokoło wiedzieliśmy, do czego dążył. Oliver doskonale o tym wiedział.
- Nie tylko. Nasz menadżer stawał na głowie, żeby wszystko mogło się udać - każdy koncert, każda ścieżka.
- A co z Maddie Miko? Powiedz nam, jakie to uczucie, dołączyć do takiego zespołu jak BMTH?
- Ouh, dołujące i ekscytujące. Miałam po prostu szczęście. - wzruszyłam ramionami.
- Nazywasz to przypadkiem? - zaskoczyłam Janette.
- Tak. - posłałam jej uśmiech. - Ja tylko pojechałam na ich koncert, nie spodziewając się, że znudzi im się samotność na scenie i kogoś na nią wciągną. I że będę to ja.
- Masz rację! - podjął Simon. - Panowie, dlaczego akurat na tym koncercie, dlaczego akurat Maddie?
- Ustaliliśmy z chłopakami, że Oksford da nam coś nowego. Nie wiedzieliśmy dokładnie, co, ale to był impuls. Zdzierając sobie gardło na scenie, zobaczyłem ją w tłumie smartphonów i rozhisteryzowanych twarzy... Spokojną, uśmiechniętą. Wyobraź sobie wzburzone morze, które obija się o latarnię morską. Właśnie tym była dla mnie ta dziewczyna - ostoją, światłem.
- Była? Maddie, czyżby twój związek z Tomem zniszczył coś między tobą a Oliverem?
             Ouh, zaczyna się.
- Chcesz zapytać, czy ja i Oli byliśmy ze sobą, tak? - roześmiałam się krótko. - Odpowiedź brzmi: nie. Oliver jest dla mnie starszym bratem, najlepszym przyjacielem, to logiczne, że jego brat był większym wyzwaniem! Zresztą, Tom jest obiektywny, nie muszę się przed nim tłumaczyć z tego, co robię na scenie.
- Mówiąc o przyjaźni, Maddie, za tobą była jeszcze jedna osoba... Ktoś, kogo ten oksfordzki przypadek pominął. Jak wspominasz Natalie i jej spisek?
- Szczerze mówiąc, niewiele pamiętam. Wiedzieliście, że ciemność i śpiączka nie najlepiej wpływają na zapamiętywanie otoczenia?
             Wybuchnęli śmiechem. Widziałam kamerzystów wkoło nas, makijażystów, wizażystów, reżysera, 5SOS, naszą ekipę. Wszyscy śledzili nas z zapartym tchem. Ujrzałam w końcu duży zegar poza planem, który czerwonymi liczbami odliczał czas do końca programu - 2 minuty. Wytrzymam.
- Czy było to przyczyną opóźnienia wydania Sempiternal? - zapytała Janette. Spojrzeliśmy po sobie.
- Tak, chyba tak. Na pewno nie bezpośrednią, ale myślę, że miało na to duży wpływ. Dzięki temu jesteśmy mocniejsi, trwalsi. - odezwał się Oli.
- W ostatecznym rozrachunku jesteście na plus - zwłaszcza Australia, Wyspy i USA przyjęły was ciepło, a liczba innych nagród i nominacji, które się posypały, na pewno nie są przeszkodą w dalszej karierze.
             Skinęliśmy zgodnie głowami, niemalże tak, jak na koncercie w rytm muzyki.
- Myślę, że jeszcze się zobaczymy, jeśli nie w studiu, to na waszym kolejnym koncercie. Gdzie tym razem?
- Już jutro w Glasgow. - odparł Oliver i uniósł lekko kącik ust.
- Więc do zobaczenia! Panie i panowie, Bring Me the Horizon!
            Kamera piknęła ostatni raz i zaczął się ruch. Wszyscy ożyli, poprawiając fryzury, oglądając nagranie, rozmawiając i popijając wodę. Odszukałam wzrokiem 5SOS i podeszłam do nich.
- No, nie było najgorzej Miko. Nie wspomniałaś o nas! - Calum poruszał wymownie brwiami.
- Wasze 5 sekund jeszcze nadejdzie. - zaśmiałam się. Oni również, gdy już zrozumieli żart.
- Podoba mi się ta bandana. - Ashton dotknął moich włosów i białej chustki na nich ułożonej.
- Mnie też, dlatego ją noszę. - posłałam mu ostatni uśmiech i, z zamiarem natychmiastowej rozmowy z Anią, ruszyłam w stronę wyjścia, gdzie stał Tom.
- Mówiłem, że będzie świetnie.
- No przecież nie mogło być inaczej. Jednak o nas zapytali...
- Przeszkadza ci to?
- No raczej nie marzyłam o tym, żeby wszyscy o nas wiedzieli. Nie potrzebuję pół świata w naszym związku.
         Tom zatrzymał się, już na zewnątrz. Musieliśmy przejść przez ruchliwą drogę, żeby dostać się do autokaru. Słońce wyjątkowo świeciło. Zatrzymałam się kilka kroków przed chłopakiem i odwróciłam do niego, mrużąc oczy.
- Czy Ashton ma z tym coś wspólnego? - zapytał cicho.
- Słucham?
- Dlaczego go tu ze sobą przywiozłaś? Spędziliście u ciebie razem cały tydzień, teraz też spędzasz cały wolny czas właśnie z nim...
- Tom, chyba nie sądzisz, że ja i Ash...
- Madd, ja widzę, jak na niego patrzysz. Jak twoja uwaga skupia się na nim, gdy wchodzi do pokoju. Twój lekko zamyślony uśmiech, gdy znowu mnie nie słuchasz. Czy coś wydarzyło się pomiędzy nim, a tobą?
- Tom...
- Coś było?
- Nie, Tom, jesteśmy tylko przyjaciółmi!
- Więc dlaczego ci nie wierzę?
         Patrzył mi prosto w oczy. Bałam się, że zobaczy w nich wspomnienie sprzed paru dni, wspomnienie tej cholernej kanapy w moim domu. Mimo to nie spuściłam wzroku.
- Dlaczego tak mówisz?
- Matt się wygadał. Ukrywacie się od Australii, a teraz jeszcze mnie okłamujesz. Nie jestem zazdrosny o bluzy Olivera, albo nawet Nichollsa, ale nie uważasz, że chodzenie w ciuchach dopiero co poznanego Australijczyka jest niestosowne?
        Tym razem nie zdołałam ukryć zaskoczenia i prawdy. Kean się wygadał, Kean powiedział Tomowi o bluzie Ashtona, Kean wyjawił Tomowi najpilniej skrywaną przeze mnie tajemnicę. Poczułam, jak mimowolnie trzęsie mi się dolna warga. Tom pokręcił głową i odwrócił się, wchodząc na drogę. Wbiegłam za nim, o włos omijając nadjeżdżający samochód.
- Tom!
        Pisk opon, głośny, głuchy huk oraz pełen bólu i zaskoczenia krzyk uświadomił mi, że samochód, który mnie ominął, nie zdołał ominąć także Toma...

poniedziałek, 10 listopada 2014

"Trzymasz się?"

         Wchodzę do szkoły. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Po prawej sala gimnastyczna, po lewej biblioteka, kawiarenka i ksero, najczęściej zawalone żebrzącymi licealistami (Ej, masz 20 groszy? To cholerstwo nie wydaje reszty...). Teraz korytarze były prawie puste, nikt nie śpieszy się na rozdanie świadectw, zwłaszcza to z Zawadzkiego. Przedłużająca się akademia, na której uczniowie parodiują profesorów (jakby dotychczas nie zrobili z nich pośmiewiska na fejsbukowych grupach), niekończące się wyróżnienia i wręczanie nagród - tego nie mogli znieść nawet najwięksi fani naszej szkoły. Tak kończy się wybór najlepszego liceum w mieście.
             Miniona trasa koncertowa dała mi w kość i nawet po dwóch dobach spędzonych w domu niemalże na śnie, byłam wykończona. Odwróciłam się lekko na wysokich szpilkach nude, prosta, biała sukienka zawirowała wokół mnie, złote bransoletki zadźwięczały na nadgarstkach.
- Magda?!
             Ruszyłam na lewo, w kierunku kawiarni, z głębokim postanowieniem wypicia kubka kawy. Zdążyłam przejść kilka kroków, gdy ktoś szturchnął mnie w ramię.
- Magda, jak miło cię widzieć!
            Zmrużyłam oczy z kreską eyelinera na powiekach i tuszem na rzęsach. Patrzyłam na wysoką dziewczynę, blond włosy, uśmiech na twarzy. Chwilę później zorientowałam się, że nie jest wysoka - po prostu ma na stopach szpilki.
- Zastanawialiśmy się, czy wrócisz na zakończenie roku, ale sprawdziliśmy waszą trasę koncertową no i nie było tam nic w okolicy tej daty, więc uznaliśmy, że może przyjdziesz. - wyrzuciła z siebie na jednym tchu. Moje spojrzenie zapewne wyrażało bezkresne zdumienie i irytację, więc wypowiedziałam zdanie nienawiści:
- Czy my się znamy?
            Jej uśmiech, ku mojej uldze, lekko przygasł.
- Jestem Zuza Dudek, przewodnicząca szkoły.
- Wybacz, ja nawet na zajęcia nie chodzę, dlatego nikogo nie znam. A teraz przepraszam, ale przed akademią muszę... zadzwonić.
- Pewnie do Toma, jesteście taką piękną parą!
- Taa, dzięki... - już wiedziałam, dlaczego chłopcy mówili, że to będzie dla mnie ciężka przeprawa. Fani zaczynali działać mi na nerwy, z tą swoją wszędobylskością, z tą fanatyczną wręcz wiedzą na mój temat. Zupełnie inny świat niż grupa muzyków, przyjaciół, gdzie wzajemnie pilnowaliśmy siebie przed takimi atakami. Teraz byłam zdana tylko na siebie, o ile nie znajdę w tym tłumie Ani.
- Czy przyjechał tu z tobą? Może przyjechał Oliver? O, a Matt jest?
- Przykro mi, ale ich pierwsza wizyta w Zawadzkim była również ostatnią.
- Żałuję, że mnie wtedy nie było! Może zagrasz na akademii?
- Nie. - ucięłam krótko i odwróciłam się, zirytowana, kierując się w stronę kawiarni.
- Madzia! Chciałam ci jeszcze tylko powiedzieć, że naprawdę doceniam twój talent i uważam, że jesteś naprawdę piękna, świetnie się ubierasz, dobrze śpiewasz i grasz i... jestem twoją fanką, naprawdę... Popatrz!
             No dobra, odwróciłam się, nie mogłam być aż tak zła, bądź co bądź, to moja koleżanka ze szkoły. Którą znam od 5 minut. Jednak gdy podeszłam do niej i zobaczyłam to, co mi pokazała, aż sapnęłam ze złości. Wykręciłam jej nadgarstek wnętrzem do mnie i zamarłam.
            Ujrzałam czarny, wytatuowany napis, taki sam, który miał na nadgarstku każdy członek Bring Me the Horizon, włącznie z Anią i Tomem. Tatuaż, który zrobiliśmy sobie na zakończenie trasy koncertowej, mniej niż tydzień temu. Jego autorem był Oliver, wykonawczynią - Hannah. Ale mimo, iż nie minął tydzień, co więksi fani już go mieli. Pokręciłam głową, wypuszczając dłoń dziewczyny z rąk i cofając się.
             Uciekłam do tej przeklętej kawiarenki i siedziałam teraz na wysokim krześle, pochylona nad Dolce Gusto, wpatrując się we własny tatuaż na lewym nadgarstku. Normalny świat dobijał mnie dwa razy bardziej, niż się spodziewałam. Nie sądziłam, że życie sławnego, nastoletniego muzyka aż tak bardzo różni się od zwykłej egzystencji. Boleśnie odczuwałam rozstanie z rzeczywistością. W ramach dalszego ciągu użalania się nad sobą, zrobiłam dotychczasowy rachunek sumienia.
Plusy:
- 6 nowych gitar
- nowi, wpływowi znajomi
- 6 szalonych przyjaciół, gotowych poświęć dla mnie życie
- świat, stojący przede mną otworem
- wizy, prowadzące do każdego miejsca na świecie
- ciuchy (definitywnie)
- nowa umiejętność makijażu
           Miałam ochotę skreślić to ostatnie, zażenowana swoją myślą. Lecz taka była prawda, do tej pory nie zwracałam na to uwagi, pociągając rano rzęsy tuszem i usta pomadką, wychodziłam do szkoły. Właśnie, kolejny plus.
- ucieczka od szkoły
- zawód, bo na medycynę już się nie dostanę
- zawód = pieniądze!
Minusy:
- Natalia
- okupy
- porwania
- życie na widelcu
- fanatyczni fani
- więcej fanatycznych fanów
- wyczerpujące trasy koncertowe.
- brukowce i magazyny.
               Popatrzyłam w zamyśleniu na serwetkę, po której pisałam. Nie byłam pewna, gdzie wpisać Toma i wszystkich innych chłopaków, na których miałam ochotę... i którzy mieli ochotę na mnie. Dlatego zrobiłam dla nich nową rubryczkę: "Wahania nastroju". Skinęłam głową sama do siebie i zeskoczyłam z krzesła, obejmując jednorazowy kubek szczupłymi palcami i odwracając się ku wyjściu...
AUA!
             Uderzyłam w coś dużego, miękkiego i pachnącego czarną herbatą i miętą. Kubek z kawą wypadł mi z dłoni, nieuchronnie kierując się w stronę mojej sukienki, ale silne ręce podniosły mnie i obróciły, odstawiając z dala od zabójcy mojej sukienki. Szeroko otwartymi oczami spojrzałam na siebie, nie widząc żadnej plamy, żadnego uszczerbku na życiu i wyglądzie moim i mojego ubioru. Kubek z kawą rozbił się o ziemię, rozpryskując się i na chwilę zmieniając kształt, pod wpływem uderzenia o kafelki na ziemi. Widziałam to wszystko dokładnie, jak gdyby ktoś puścił to w zwolnionym tempie. Zamrugałam i świat wrócił do normy.
- Trzymasz się? - głos, przesiąknięty poczuciem humoru i australijskim akcentem wwiercił się w moje uszy, nie docierając do mózgu. Mój wzrok utknął w czarnym kapelusiku ułożonym na brązowych lokach, szarej, luźnej koszulce z rękawami 3/4. Jego oczy...
     "Jego zielone oczy patrzyły na mnie rozbawionym spojrzeniem. Co więcej, lekko kpiącym. Siedziałam między kolanami Toma, który opierał podbródek o czubek mojej głowy. Dzisiejszy dzień był ostatnim, który spędzaliśmy w Sydney. Siedzieliśmy na scenie w australijskim House of Blues w towarzystwie 5SOS i Pierce the Veil, których tu spotkaliśmy. Mieli koncert gdzieś indziej, ale kilka godzin po naszym show, więc postanowili nam towarzyszyć w ostatnich chwilach. Ich spotkanie było naprawdę świetną niespodzianką, ale chłopcy musieli koniecznie opowiedzieć im, co się dotychczas wydarzyło. Zastanawiałam się, czy zaczęli żałować...
- I wtedy słyszę takie ŁUP, no to odwracam się i widzę tyyyle krwi i zatrzaśnięte drzwi! - Oliver zatoczył rękoma koło w powietrzu, akcentując, jak wiele tej krwi było. Przewróciłam oczami, nic nie mówiąc.
- Byłem pewny, że Maddie nie pozostawi tego bez komentarza, no i nie zawiodłem się! - dodał Nicholls.
- Dosłownie go rozgniotła. - pokiwał głową Lee.
- Spędziłem potem w Photoshopie całą godzinę, starając się usunąć tą cholerną szramę. Uwierz mi, to była ciężka praca. Trudno jest zredukować rozcięcie łuku brwiowego, wiecie, że tam jest mnóstwo krwi? - Tommy pocałował mnie w czubek głowy, pod czujnym spojrzeniem 5SOS. - Ale Maddie, następnym razem błagam, mierz w miejsca których nie widać, oszczędzisz mi roboty.
     Cała sala rozbrzmiała śmiechem. Wykręciłam się w jego ramionach, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie. Posłał mi uśmiech.
- Zaimponowało mi, że tak mu przywaliłaś. Nie wpadłbym na to, że można wykorzystać drzwi.
- Teoretycznie sam na nie wpadł, więc nikt nie udowodni ci winy, Maddie. - Nicholls spojrzał znacząco na Kean'a, który wpatrywał się w podłogę. - Na wypadek, gdyby ktoś próbował.
- Ale mnie i tak najbardziej rozwaliło to twoje "Ojej, Matt". - Oliver ryknął śmiechem i nie mógł się pozbierać. Trzymał się za brzuch, łapczywie łykając powietrze. Tony uśmiechał się pod nosem, a Jaime patrzył na mnie z udawanym przerażeniem. I Ashton, z tym jego kpiącym, seksownym, zielonym spojrzeniem...
         Wcześniej, gdy Matthew zasugerował, że zdradzam Toma z Ashtonem, uznałam, że żadne słowa nie będą dostatecznie... twarde, by udowodnić niesłuszność oskarżeń. Pociągnęłam więc perkusistę za sobą, a gdy dotarliśmy do pracowni Jo, po prostu odczekałam kilka dodatkowych sekund, by zatrzasnąć drzwi tuż przed nosem basisty. Nie sądziłam, że rozwalę mu łuk brwiowy... Liczyłam na złamany nos. Krwi jest o wiele mniej, za to ile bólu...
            Więc gdy zobaczyłam (a raczej usłyszałam), że nie trafiłam w miejsce docelowe, zawróciłam. Ujrzałam widok nędzy i rozpaczy w towarzystwie nieokiełznanych wybuchów śmiechu, więc niepocieszona pomogłam basiście doturlać się do najbliższego siedzenia. Jednak nie mogłam obejść się bez wcześniejszego komentarza:
- Ojej, Matt, w tym magicznym portalu zwanym "Drzwi" jest takie urządzenie jak klamka, to się naciska i portal staje otworem. Ojj, chłopcze, jesteś taki nierozgarnięty.
           Przy wtórze śmiechów zespołu szybko opatrzyłam basistę i jak gdyby nigdy nic ruszyłam dalej do studia makijażu. Z lekkim uśmiechem satysfakcji pod nosem. Od tamtej pory nie usłyszałam ani słowa przytyku ze strony Matta Keana, a chłopcy uważają mnie za umiarkowanie zimną sukę, co, by the way, bardzo im się podobało.
 - Horizon, za chwilę otworzą bramkę, musicie się zebrać. - Tom zerknął na zegarek na nadgarstku. Posłusznie wstaliśmy i w małych grupkach schodziliśmy na backstage. Tommy poszedł w drugą stronę, pewnie do Phila, albo zadzwonić do rodziców.
- Nie jestem pewien, ale chyba powinienem ci podziękować. - rozległ się koło mnie głęboki głos Luke'a. Zadarłam głowę do góry, patrząc na kolegę, a później spojrzałam przez ramię, czując na sobie badawcze spojrzenie zielonych tęczówek.
- Dlaczego? Albo raczej - za co?
- Chcieliśmy zacząć żyć z nową perspektywą, motywacją, ale nie mogliśmy jej nigdzie znaleźć. Wskazałaś nam światełko w tunelu, bo było z nami bardzo źle.
            No proszę, czyżby Magda Miko była jakąś nową ikoną przywódcy?
- Radziliście sobie całkiem nieźle. - stwierdziłam, sprawdzając, czy brązowo-pomarańczowy Epiphone pasuje do moich dżinsów we flagę amerykańską. Nie pasował. Rozejrzałam się za inną gitarą.
- Supporting One Direction nie jest największym marzeniem kapeli rockowej.
- Nie mogę się nie zgodzić. Ale to może być tylko środek do osiągnięcia celu, jesteście dopiero na starcie.
- Tobie się udało i to jest... Wow. - pokręcił głową. Przymierzyłam czarną gitarę. Wyglądało o wiele lepiej. Zaczęłam przegrzebywać paski.
- Wiesz co, nieco inaczej wygląda dołączenie do zespołu, który ma już na koncie kilka sukcesów i planuje kolejną płytę, niż wystartować z czymś całkiem nowym. Na szczęście macie Gaskartha, on nie jest aż tak ciemny. Czasem tylko udaje.
- Najlepsze jest to, że Ashton zupełnie zmienił nastawienie. - prawie upuściłam gitarę, do której próbowałam przyczepić pasek. - Chyba to, co się dzieje między jego rodzicami dobija go bardziej, niż chciałby przyznać.
- Czasem jest po prostu trudno. A czasem masz to gdzieś. - przyznałam cicho.
- Co masz na myśli?
           Zamyśliłam się, patrząc w dal na australijskiego perkusistę, żartującego z angielskim bębniarzem. Przełknęłam ślinę.
- Każda decyzja ma swoje korzyści i szkody. Trzeba tylko umieć rozróżnić, które są dla nas bardziej pozytywne."

- Świetnie wyglądasz, Madd. - podjął chłopak, widząc, że odpłynęłam. Potrząsnęłam głową, odwracając się od wspomnień. Wspomnień, które aż zanadto sugerowały, że ja i Irwin nie możemy być tylko przyjaciółmi.
- Ty też, Ash. - oczyściłam lekko gardło. - Co ty tutaj robisz. - bardziej zabrzmiało to jak stwierdzenie, niż pytanie.
- Zwiedzamy Polskę. - oznajmił, jak gdyby to było naturalne, że na wakacje wylatuje się z Australii, żeby pozwiedzać polskie zabytki.
- Dlaczego akurat w mojej szkole? - coś do mnie dotarło. - Wy zwiedzacie?
- O, Maddie, nawet umiesz odmieniać przez przypadki!
- Mike? - odwróciłam się. - Skąd ty możesz wiedzieć, co to są przypadki?
- Jest jednym z nich, warto było poznać rodzeństwo. - rozległ się kolejny głos.
- Luke. Kto was tu wpuścił?
- Umówiłem się z tutejszą woźną. Czy coś jest ze mną nie tak? - Calum trzymał skrawek karteczki między palcami i wpatrywał się w niego.
- Czy wy za każdym kolejnym zdaniem zaczynacie kolejny wątek? - zmrużyłam oczy, nie podtrzymując tematu randki z 60 letnią sprzątaczką.
- O, masz tatuaż! - zauważył Michael.
- Wow, jaki fajny! - nagle każdy z nich oglądał mój nadgarstek, brzęcząc moimi bransoletkami i ignorując moje pytanie.
- Gdzie się zatrzymaliście? Moje miasto raczej nie należy do tych nastawionych na turystów...
- U ciebie.
- W takim razie najlepiej będzie, jeśli tam na mnie poczekacie, a ja przyjdę do was po rozdaniu świadectw... Zaraz, CO?!
- Twoja babcia nas wpuściła. Powiem ci, że jak na osobę w tym wieku, świetnie mówi po angielsku.
         Pokręciłam głową, zrezygnowana. Nie po to z ulgą wyjechałam z Sydney, by teraz przeżywać to wszystko jeszcze raz, od nowa. Zresztą, tym razem któreś z nas mogłoby stracić głowę.
- Poza tym chyba zapodziałem u ciebie moją bluzę, ale mogę się mylić.
- Gdyby nie to, że się nie mylisz. - dodał Luke. - Madd, poczekamy na ciebie na tych zajebiście wygodnych kanapach, okej?
           Wcześniej nie miałam zamiaru wchodzić na salę gimnastyczną i oglądać tych cyrków, ale teraz poczułam, że to konieczność. Nie mogłam znieść zapachu Irwina, mącącego mi w głowie, widoku elektryzującej czerwieni włosów Mike'a, badawczego spojrzenia Luke'a i uśmiechu Caluma. Bez słowa odwróciłam się i odeszłam, szukając Ani.
           Znalazłam ją na kanapie na piętrze, siedziała ze słuchawkami w uszach, ze skrzyżowanymi nogami. W porównaniu do mnie założyła czarne dżinsy i luźną, białą koszulkę, nie kłopocząc się chodzeniem w szpilkach.
- Jak się trzymasz? - zapytała, wyciągając teraz jedną słuchawkę.
- Nie no, błagam cię, chociaż ty. - wybuchłam. Jako moja managerka i najlepsza przyjaciółka przywykła już do moich humorów, więc wiedziała, że takie zachowanie ma jakieś podłoże. Siedziała cicho, wyczekująco. - Zgadnij, kto postanowił spędzić wakacje w naszym mieście.
Bring Me the Horizon wykluczała z miejsca, to ona dysponowała ich wolnym czasem. Wzruszyła ramionami.
- No, olśnij mnie. Kto?
- Irwin i kumple.
- Wkręcasz?!
            Moja skrzywiona mina mówiła sama za siebie. Wybuchnęła śmiechem.
- Zerwij z Tomem jeszcze teraz, póki nie musisz mieć wyrzutów sumienia. - poradziła mi.
- Słucham? Dlaczego mam z nim zrywać?
- Bo w momencie, gdy Irwin i Miko spędzają wakacje w jednym miejscu, coś musi się stać. Ty mu się nie oprzesz, doskonale o tym wiesz. A on wie, że traci dla ciebie głowę.
- Aniu, ogarnij się, dobrze? Na co dzień mieszkamy na dwóch różnych stronach świata, jak ty to sobie wyobrażasz?
- Najwidoczniej oni jakoś to sobie wyobrażają, skoro tu przylecieli i zaczęli działać.
            Jęknęłam przeciągle, ukrywając twarz w dłoniach.
- Aniu, ja nie mogę. Wtedy okaże się, że Matthew miał rację.
- Trzeba było o tym myśleć, zanim pozwoliłaś się odprowadzić Irwinowi w nocy do domu jego najlepszego przyjaciela. I zanim zaprosiłaś ich na wasze koncerty.
- Skąd oni mieli mój adres? - zaczęłam się zastanawiać. Ania wsadziła znów słuchawkę do ucha, wpatrując się w telefon. - Raine, powiedz mi, że nie miałaś z tym nic wspólnego.
- Nie miałam z tym nic wspólnego. - odparła.
- Masz szczęście, że nie jestem w nastroju do kłótni. - zagroziłam.
- Ależ jesteś, Miko. Ale wiesz, że twoje argumenty są słabe, więc tego nie ciągniesz.
- Nienawidzę, kiedy masz rację.
- Chyba kończy się akademia. Ciekawi mnie twoja średnia, serio.
- Magdalena Miko, klasa 2 F, świadectwo z wyróżnieniem.
- Przesłyszałam się? - spojrzałam na Anię. Nie interesowałam się moją średnią, kiedy usłyszałam, że zdaję, po prostu sobie odpuściłam. Ale jakim cudem mogłabym ukończyć drugą klasę z wyróżnieniem?
           Zerwałam się z miejsca i biegiem przebyłam schody w dół i korytarz, aż na salę gimnastyczną. Pani Dyrektor stała na środku parkietu, koło stołu z nagrodami i dyplomami, z moim świadectwem w ręku. Poprawiłam fryzurę i krokiem modelki przecisnęłam się między uczniami, docierając do samego środka.
- Panna Miko osiągnęła coś na pozór nie możliwego, rozpoczynając swoją karierę muzyczną w klasie pierwszej. Teraz, po wielu wydarzeniach, po rozkwicie jej kariery, ukończyła klasę drugą na profilu biologiczno-chemicznym. To niebywałe osiągnięcie, więc gratulujemy raz jeszcze i życzymy dalszych sukcesów w obu karierach.
         Byłam absolutnie zaskoczona, odebrałam świadectwo z biało-czerwonym paskiem, uścisnęłam lekko dłonie Rady Pedagogicznej, jak w transie kierując się ku wyjściu z tłumem uczniów.
- No, gratuluję, Miko. - uśmiechnął się Irwin. Ania stała koło nich.
- Nieźle.
          Uśmiechnęłam się i powędrowałam za klasą do sali biologicznej, gdzie reszta uczniów miała dostać świadectwa. Zajęłam miejsce pod oknem. Na boisku szkolnym zauważyłam chłopców, grających w koszykówkę. Odwróciłam wzrok, patrząc na wyczytywane osoby, które biegły po odbiór świadectw. Dwa lata temu zaczynałam moją przygodę w liceum właśnie z nimi, a teraz byłam od nich oddzielona barierą nie do przebycia.
          Raz jeszcze kierując wzrok na śmiejących się Australijczyków, uświadomiłam sobie, jak bardzo różni się świat mój, a chociażby Łukasza, który właśnie wracał na swoje miejsce.
- Jeszcze tylko wklepa i wakacje. Dzisiaj melo na Korniku!
       Właśnie. A przede mną szmat czasu z australijskim zespołem pop-rockowym, a potem powrót na trasę koncertową. Czujecie tą różnicę?
--------------------------------------------------------------------------------------------








Powyżej możecie zobaczyć wzór tatuażu, który od tej pory ma na nadgarstku fanfictionowe BMTH :D Podoba się Wam?
Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo przepraszam za takie odstępy w rozdziałach, ale jestem jak chomik wypuszczony na wolność - nie ogarniam nowej rzeczywistości. Mam nadzieję i plany się poprawić, ale jak zwykle moje obietnice legną w gruzach, więc dziękuję Wam za cierpliwość. Prawie codziennie wchodziłam na bloggera, z trwogą i przez palce patrząc, czy liczba obserwatorów się nie zmieniła. Dzięki Wam, nie zmniejszyła się : )
Ten rozdział miał wyglądać całkiem inaczej, ale wersje, które pisałam były tak totalnie nudne dla mnie samej, że ostatecznie powstało to. Ouh, mogę mieć tylko nadzieję, że nie zawiodłyście się.
Koniec tego. Dziękuję Wam raz jeszcze i... so long.